Koszulka dla Mateusza

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Wchodzi nasza rzeczniczka, Beata.
– Już – mówi.
Zostawiam kota pod opieką Jolanty i wychodzę z Beatą. W sali, w której ma się odbyć konferencja, czeka już mnóstwo dziennikarzy. I jest też on.
Zaczyna się.
– Panie prezesie, pierwsze pytanie! Dlaczego zgodził się pan na spotkanie z przewodniczącym Mateuszem?
– Cóż – mówię – powodów jest kilka. Między naszymi ugrupowaniami nie układało się najlepiej. Uznałem, że dla dobra nas wszystkich lepiej będzie poszukać tego co nas łączy niż tego co nas dzieli.
– Dzieli właśnie – Mateusz nerwowo mnie w ręku plik kartek i powoli przesuwa się do mnie. – Chciałbym panu wręczyć.
Wiem, oczywiście, że chce wręczyć i co chce wręczyć. To jest to, po co nalegał, aby w ogóle zorganizować tę konferencję. To dlatego tak mnie wzywano, wyzywano i nalegano abyśmy się spotkali na konferencji poświęconej demokracji. To oczywiście tylko pretekst. On ma podejść i wręczyć kartki, mają to sfotografować i pokazać wszystkie telewizje i gazety.
Co jest w tych papierach? To też nieistotne. Z tego co mi mówili „pakiet demokratyczny”, żądania, wezwania i nalegania aby było tak jak było, czyli demokratycznie.
Mateusz przysuwa się coraz bliżej. Spoglądam na Beatę, pora zaczynać.
Beata podchodzi do mnie i wręcza mi zawiniątko.
Odwracam się i podaję je Mateuszowi. Jest zaskoczony, zapomina, że ma mi podać dokumenty i chwyta to, co mu podaję.
Nie puszczam ręki, przytrzymuję paczkę, migają flesze.
Cofam rękę, Mateusz ogląda co mu podałem. Rozwija. To koszulka, czyli jak to młodzi mówią t-shirt. Na przedzie ma cytat „Warto być przyzwoitym” i podobiznę Włodka.
– Dziękuję – mówi zaskoczony Mateusz i usiłuje przełożyć w rękach koszulkę i dokumenty. Odwraca koszulkę tyłem, a tam napis „Wartość 'warto' wynosi 120 tysięcy”.
Migają flesze.
Mateusz spogląda na mnie i wyciąga w moją stronę papiery, ja jednak odchodzę w bok i stają przy mikrofonie.
– Cieszę się, że przewodniczący Mateusz znalazł chwilę, aby się ze mną spotkać. Jak już mówiłem, powodów było kilka. Pierwszy z nich to ten, że prawdopodobnie było to nasze ostatnie spotkanie w tym gronie.
Zapadła cisza i ktoś z sali pyta „jak to?”.
– Bardzo prosto – mówię – zarząd chce odwołać pana Mateusza z funkcji przewodniczącego. Więc chyba już się nie spotkamy jak prezes z przewodniczącym…
– Skąd pan wie… – pyta drewnianym głosem Mateusz.
– Z Tweetera – odpowiadam swobodnie. – Co, nie słyszał pan, że regiony robią przeciw panu rebelię? Nie? Naprawdę nic? Nawet ze Szczecina? No to chyba faktycznie powinni pana odwołać.
– A inne powody? – pada z sali.
– Kiedy przewodniczący Mateusz przestanie być przewodniczącym zapewne odda się sprawom rodzinnym. Z tego co wiem, wreszcie będzie mógł widywać dzieci. Ze swej strony niezwykle mi przyjemnie poinformować pana Mateusza, że będzie mógł przekazać swoim dzieciom radosną nowinę. Otóż nasza partia pochyli się nad ich losem i wielu innych dzieci. Postaramy się, aby osoby uchylające się od płacenia alimentów przekazywały jednak jakieś świadczenia. Nie ma sensu zaostrzanie kar, ci ludzie nie powinni siedzieć w więzieniu, oni powinni pracować. Przymusowo. A pieniądze będą przekazywane dzieciom.
Mateusz już nie podaje mi papierów. Stoi i słucha.
– To wszystko. Dziękuję państwu – mówię i wychodzę.
Wracam z Beatą do gabinetu.
– Świetnie pan wypadł.
– Wiem – siadam w fotelu, kot już jest przy mnie. – Wypisujcie fakturę.
– Za co?
– Jak to za co? Za koszulkę.
– A ile…
– Piętnaście tysięcy z groszami. Dokładną kwotę sprawdźcie sobie sami. Faktura ma być na ten ich komitet., Tylko nie zapomnijcie wpisać, że za koszulkę Mateusza. Ciekawi mnie, jak się będzie tłumaczył.
Siedzę sobie i głaszczę kota.  Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.

1 stycznia 2017, niedziela

Nie znamy się, jeszcze się nie znamy
Choć dzieli nas szerokość naszych ramion
Edyta Bartosiewicz „Nie znamy się”


Było wczesne przedpołudnie pierwszego dnia w roku.
Świadomość, że rok dopiero się zaczyna napełniały Ankę niebywałą energią. Większą niż zwykle, bo Anka zazwyczaj była pełna energii.
Teraz wracała z zabawy noworocznej u znajomych. Bawiła się oczywiście świetnie i teraz jechała do swojego domu pod Poznaniem w znakomitym nastroju. Nie było to jednak pełne zadowolenie. Na niebie jej dobrego samopoczucia tkwiło kilka ciemnych chmur.
Pierwsza z nich to było wrażenie, że gospodarze żegnali ją z ulgą. Że wyjeżdża. Trochę ją to irytowało. Przecież ona bawiła się świetnie, opowiedziała tyle błyskotliwych uwag i dykteryjek…
Druga – to świadomość, że nie będzie miała komu opowiedzieć swojego sylwestra. Matka na pewno znudzi się po dwóch minutach rozmowy telefonicznej. A Olę, jej siostrę, interesuje tylko jej chłopak. Zresztą, oboje wyszli też gdzieś na Sylwestra i na pewno jeszcze nie wrócili.
Na Ankę czekał pusty dom. Żadne tam luksusy, niewielka stara chatka w małym miasteczku. Ale wyremontowana tak, by spełniać wymogi obecnych czasów. Na Ankę nie czekał nikt, bo aktualnie nie była z nikim związana.
Irytowała ją sama myśl o związku. Dosyć miała nieudanych prób. Dlatego tym bardziej ją denerwowało postępowanie Oli.
Takie też było jej noworoczne postanowienie noworoczne, o którym nikomu nie powiedziała. Żadnych facetów. Teraz czy kiedykolwiek. Samej jest jej najlepiej. Owszem faceci się pchali, próbowali do niej startować. Wysoka blondynka, o długich włosach.  Efektowna, pomimo braku makijażu (gardziła nim) i bliskości czterdziestki (intensywne treningi tańca pomagały jej utrzymać ciało w świetnej figurze i kondycji).
Na drodze nie było praktycznie żadnego ruchu. Jechała ostrożnie, bo pogoda była paskudna. Kilka stopni powyżej zera zaowocowało wielką plagą mgieł. Dlatego Anka jechała powoli, wpatrując się powoli w ledwo widoczny zarys prawego pobocza. Zapewne dlatego w ostatniej chwili zauważyła, że po drugiej stronie drogi, tuż za łukiem, zatrzymało się jakiś samochód. Nie jechał, stał przy drodze, a kierowca kręcił się koło niego. Kiedy zobaczył toledo Anki zatrzymał się i zamachał w jej kierunku.
Noga Anki sama przesunęła się na hamulec i auto zaczęło zwalniać. Niech będzie, pomyślała. Pomóc pewno nie pomoże, ale miała ochotę ponapawać się czyimś nieszczęściem. Przejechała wolno obok białego berlinga rejestrując kątem oka porozkładane narzędzia oraz spłaszczoną u dołu przednią oponę. Zawróciła, zjechała na pobocze i zatrzymała się przed berlingiem. Wysiadła i podeszła do unieruchomionego pojazdu. Kierowca wyszedł jej naprzeciw. Anka omiotła go tylko wzrokiem. Jej wzrostu, krótkie, ciemne włosy, chyba w jej wieku. To, co się rzucało w oczy, to to, że twarz, ręce oraz roboczy kombinezon miał niesamowicie brudne. Poza tym – wyglądał jakoś tak nijako.
– Co opona przebita? – rzuciła swobodnie Anka.
– Jak widać – odparł cichym głosem kierowca berlingo. – Najechałem gałąź.
– Nie widzę na szosie żadnej gałęzi…
– Bo już ją usunąłem. Ma pani szczęście.
– Dlaczego?
– Gdyby jechała pani parę minut wcześniej, to pani by najechała i teraz to pani by tu stała.
Anka uczuła lekkie zakłopotanie, więc postanowiła szybko zmienić temat.
– I co z tym kołem? Nie ma pan zapasu?
– Mam.
– Lewarka pan nie ma?
– Mam.
– No to w czym problem?
Kierowca spojrzał na Ankę i wyjaśnił cicho:
– Nie mogę odkręcić jednej śruby w kole.
Anka zaczęła się głośno śmiać.
– A to dobre! Mężczyzna powinien potrafić wszystko, ale żeby głupiej śrubki…
Kierowca berlingo wcale się nie zdenerwował.
– No co ja pani poradzę. Nie mogę i tyle.
– Bo pan nie ma siły – burknęła. – Niech pan pokaże klucz.
Kierowca bez słowa wręczył jej solidny klucz krzyżakowy.
– I tym nie może pan odkręcić? Kiepsko, kiepsko… Niech pan patrzy, zaraz ta śruba puści. Raz, dwa…
– W tą stronę pani ją przykręca.
Poirytowana Anka zmieniła chwyt i zaczęła przekręcać klucz w drugą stronę. Ani drgnęło.
– Mówiłem – rzekł flegmatycznie kierowca.
– Faceci zawsze tylko mówią – wbiła szpilę Anka szarpiąc za klucz. – No i co pan tak stoi? Może gdybyśmy razem…
– A pani ma swój klucz do kół?
– Chyba mam… – zaskoczył ją tym pytaniem. Zostawiła jego klucz, wróciła do toledo, otworzyła bagażnik i zaczęła szukać narzędzi. – O, mam takie coś!
I wyjęła klucz do kół podobny do fajki.
– Ten będzie idealny – kierowca wyjął go z jej ręki i zaczął oglądać.
– Idealny??? – nie wytrzymała. – Krzyżakowym nie udało się odkręcić, a takim czymś ma się udać?? Nie ma nawet jak tego porządnie złapać!
Kierowca otworzył tylne drzwi berlingo i wyjął z auta długą rurkę. Nasunął ją na uchwyt klucza fajkowego.
– Pasuje idealnie.
– A nie mógł pan tego zrobić ze swoim kluczem?
Pokazał, że klucz krzyżakowy na każdym końcu ma zgrubienia i cienka rurka nie była w stanie przez nie przejść. Ukląkł przy kole i nałożył klucz fajkowy na śrubę.
– A teraz niech pani popchnie rurkę. Nie, nie tak – powstrzymał Ankę widząc jaki bierze oburącz zamach.- Wystarczy lekko, jedną dłonią.
– Akurat – prychnęła Anka. Wbrew jej prognozom rzeczywiście można było lekko popchnąć jedną dłonią.
– I już śruba odkręcona.
– Jak pan to zrobił? – zaciekawiła się Anka.
– Fizyka, proszę pani. Dalej to już odkręcę krzyżakowym. Może pani zabrać swój klucz. Dziękuję bardzo.
Anka wrzuciła klucz do bagażnika i pojechała dalej.
Nie myślała już więcej ani o berlingo, ani o jego kierowcy.

Rozmowa

Impresja na temat programu „Rolnik szuka żony”. Do jednego z rolników napisała pani doktor seksuologii.


– Dzień dobry pani.
– Mówmy sobie po imieniu. Martyna.
– Marian. Muszę zapytać o jedno – dlaczego się pani zgłosiła? Tak mnie to ciekawi, że nawet zaprosiłem panią do grona tych, z którymi mamy się spotkać.
– Tylko dlatego? Och…
– Martyno, jesteś kobietą piękną, wykształconą, masz doktorat.
– Tytuł doktora oznacza, że jestem lekarzem.
– O. To jeszcze lepiej. Dlaczego ty, lekarz, taka piękna jesteś, i chcesz iść na wieś? Za żonę do rolnika?
– Moje dotychczasowe życie nie było… Ech… Udane… Chciałabym czegoś nowego…
– Nowego mówisz… Na wsi ciężka praca, a ty potrafiłabyś pracować ciężko? Tak tylko pytam, bo sam nie wiem kogo wybrać, a nawet jak kogoś wybiorę to i tak nic z tego nie będzie.
– Dlaczego? To po co poszedłeś do programu?
– Nie ja. E… Rodzice mnie zgłosili.
– O Jezu!
– Nie śmiej się.
– Nie śmieję się.

Legalny budżet

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Mariusz opowiada co tam u niego w ministerstwie. Nagle otwierają się drzwi i wpada Grzegorz. I od progu zaczyna krzyczeć.
– Może najpierw dzień dobry – mówię.
Grzegorz zaskoczony coś tam duka, wreszcie siada przy moim biurku.
– Ktoś cię prosił, żebyś usiadł? Nie rządź się – burczy Mariusz.
Zaśmialiśmy się razem z kotem, bo udał mu się ten dowcip jak mało co.
Ale Grzegorz, widzę, nadal zły.
– Co to jest? – pyta.
– Karma dla kota – mówię – zagraniczna, boście wszystkie polskie fabryki sprzedali.
– To, co to jest, ja się pytam – i kładzie mi na biurko jakiś papier.
– No co, czego nie rozumiesz? To pokwitowanie odbioru diety poselskiej.
– Zawsze było inne? Czemu je zmieniliście?
Mariusz poprawia krawat i mówi:
– Dobra zmiana.
– Na czym ta zmiana polega? – pytam.
– Tu, dopisali, o – Grzegorz obraca kartkę tak, abym mógł przeczytać. Zakładam okulary, kot w tym czasie próbuje zabrać Grzegorzowi kartkę.
– Zostaw – mówię.
Grzegorz zostawia kartkę i siada.
– Do kota mówiłem… No, niech tam. Co my tu mamy… „Ja, niżej podpisana, podpisany, kwituję odbiór diety poselskiej i tym samym uznaję legalność źródła mojego dochodu”.
– Zbigniew wymyślił – dodaje pospiesznie Mariusz.
– A konsultował z jakimś prawnikiem?
Mariusz, widzę, nie wie co powiedzieć, więc na wszelki wypadek wyjaśniam, że to żart. Grzegorz niby się śmieje, po uprzejmości, i mówi:
– Nadal uważamy, że budżet jest nielegalny.
– Podpiszesz to? – pytam.
– Nie podpiszę.
– No to nie dostaniesz diety.
– Ja wam…! Ja was…!
– No i do kogo pójdziesz na skargę? Do Donalda?
Tu już nawet Mariusz od razu zorientował się, że żartuję.
– Jakim prawem?! – Grzegorz się spina.
– To z troski o was – nadal głaszczę kota.
– Ładna mi troska!
– Tak, Grzegorz, to z troski. Nasz system sprawowania władzy jest…
– …faszystowski!
– Daj spokój Grzegorz, to, że przegraliście, to nie znaczy, że cały świat to faszyzm. Chodzi mi o to, że jeśli porównasz nasz sposób sprawowania władzy, a wasz, to możemy mówić o pewnym braku kongruencji.
Grzegorz mruga oczami, widzę, że nie wie o czym mówię, ale jest twardy, nie pyta. Pewno po wyjściu zaraz zagoni młodych od siebie do internetu żeby mu poszukali co znaczy kongruencja. Mariusz sięga dyskretnie po smartfona i stuka po ekranie.
– Wiesz Grzegorz dlaczego wygraliśmy? My naprawdę troszczymy się o ludzi. O was też. Nie mogę pozwolić, żebyście czerpali pieniądze z nielegalnego źródła. To jest, te, no…
– Paserstwo – podpowiada Mariusz stukając zawzięcie.
– Właśnie. Wziąłbyś pieniądze z nielegalnego budżetu, Grzegorz, i co? I Mariusz by cię musiał aresztować.
Grzegorz zaciska zęby, sapie, wywraca oczami, w końcu podpisuje papier i wychodzi. Za drzwiami widzę, kłębi się tłum.
– Zwycięstwo!!! – krzyczy  Grzegorz i macha podpisaną przez siebie listą. Błyskają flesze, podnieceni dziennikarze przekrzykują się z pytaniami.
– Nawet drzwi nie zamknął – mruczę do kota. – Co za maniery.
Mariusz rozumie od razu, wstaje i idzie. Wypycha Grzegorza na korytarz, odmawia komentarza i zamyka drzwi.
Siedzę sobie i głaszczę kota.  Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.

Autorytety w szkole, część 2

Pani pedagog zapowiedziała uczniom kolejne spotkanie z autorytetem, po czym otworzyła drzwi. Wszedł jakiś pan, a za nim pani ze szkolnego sklepiku.
– Oooo – zdumieli się uczniowie. – Dzisiaj będzie o handlu?
– Raczej o złodziejstwie – odparła głuchym z gniewu pani ze sklepiku, po czym sięgnęła do kiszeni płaszcza pana i wyjęła stamtąd batonik. – Nie zapłacił pan, wie pan jak to się nazywa?
– A wie pani, że narusza moją nietykalność osobistą? – pan odpowiedział pytaniem.
– Żebym ja panu nie naruszyła czegoś jeszcze! – rzekła złowróżbnie pani ze sklepiku i wyszła.
– Dzisiaj porozmawiamy sobie o prawie, a naszym gościem jest pan sędzia! – oznajmiła pani pedagog radośnie.
– Witam panią serdecznie! – zakrzyknął pan sędzia, chwycił dłonie pani pedagog w swoje dłonie i kilkukrotnie nimi potrząsnął. Pani pedagog spojrzała na swoje palce i wycedziła:
– Panie sędzio…
– Tak?
– Mój pierścionek.
– Który? Ma ich pani dużo.
– Ten z kciuka. Nie ma go.
– To pani problem.
– Raczej pana, bo pan mi go zabrał.
– Na jakiej podstawie pani tak twierdzi?
– Widzę go w pańskiej ręce.
– To nie moja ręka! – zastrzegł odruchowo pan sędzia.
– Więc niech nie pana ręka mi go odda – zirytowała się pani pedagog. Pan sędzia potulnie usłuchał, po czym założył ręce i zaczął spacerować po klasie.
– Prawo to jest bardzo ważna rzecz, to podstawa demokracji… – opowiadał pan sędzia chodząc po klasie. Wszyscy zaczęli przysypiać, gdy nagle rozległ się dziwny szmer. Spojrzenia powędrowały na podłogę, a tam… Pan sędzia zaczepił nogą o plecak Grubego Maćka i teraz wlókł ten plecak po podłodze.
– To mój plecak! – nie wytrzymał właściciel.
Pan sędzia nie zareagował i szedł dalej mówiąc.
– Ej, no, panie, to jest mój plecak!
Nadal brak reakcji.
– Hej, chłopaki, pomóżcie mi, tak nie może być!
Łukaszek już wstawał i okularnik z trzeciej ławki też, gdy pan sędzia zrobił coś niespodziewanego. Kucnął z plecakiem Grubego Maćka gdzieś w kącie i pochylił się nad nim obracając przy tym plecami do środka klasy.
– Co on robi? Co on robi? – zaniepokoił się Gruby Maciek.
Przewodnicząca klasy Melissa zajrzała panu sędziemu przez ramię i zawołała:
– Nie uwierzycie, on chowa za pazuchę twoje drugie śniadanie!
Tego dla Grubego Maćka było za wiele. Rzucił wiązankę brzydkich słów, z których do powtórzenia nadawało się jedynie „kurwa” i runął w kierunku pana sędziego.
Na szczęście inni uczniowie zdołali go zatrzymać.
– On ma immunitet! tłumaczył Łukaszek. – Wiesz co grozi za napaść na sędziego?
– A kraść śniadania to wolno?! – wołał rozżalony Gruby Maciek.
– Niby kto ci ukradł śniadanie? – spytał pan sędzia.
– Pan!
– A świadków masz?
– Ma – odparła całą klasa jednym głosem.
Pan sędzia lekko się stropił, ale machnął ręką i się rozchmurzył:
– Et, tacy tam świadkowie…
– Mamy też nagranie – odezwał się siedzący do tej pory cicho Sajmon, uczeń na wózku inwalidzkim. I pomachał komórką do pana sędziego.
Pan sędzia się poddał.
– Błagam, nie publikujcie tego! – łkał. – Nie zabijajcie mnie!
– Dlaczego pan to robi? – spytała pani pedagog sprawdzając dotykiem czy ma wszystkie pierścionki.
– Aby zostać sędzią trzeba przejść badania lekarskie medycyny pracy – wyznał pan sędzia. – Wszyscy bez kleptomanii są odrzucani! To, można rzec, nasza choroba zawodowa! Ale nie myślcie, że to jakaś fanaberia! O, nie! My to robimy z biedy! Tak! Widzę, że nie macie pojęcia jacy my jesteśmy biedni! Ja jestem tak biedny, że chodzę do Starbucksa z własnym wrzątkiem!

Moja dziupla, moja sprawa!

– Znowu protestują – powiedział markotnie dziadek Łukaszka mieszając łyżką rosół w garnku na kuchence. – Przejść nie można przez osiedle, bo co rusz jakaś grupa społeczna żąda…
Zadzwonił dzwonek do drzwi.
Wszystkie osoby, które znajdowały się w kuchni, czyli dziadek, mama i Łukaszek spojrzeli po sobie czujnie.
– Ja nie mogę iść – dziadek zaczął wrzucać do garnka makaron „Jak za Żołnierzy Wyklętych”.
– Idź ty – mama powiedziała do Łukaszka. Łukaszek westchnął głęboko i poszedł. Wrócił po minucie w towarzystwie jakiejś pani z transparentem.
– Dzień dobry! – zakrzyknęła gromko pani. – Szukam osób, które chciałyby pójść ze mną na demonstrację!
– Za ile? – zapytał Łukaszek.
– Gratis! – oburzyła się pani.
Łukaszek położył się na stole i udawał że śpi.
– A za czym ten protest? – zapytał dziadek sięgając po solniczkę i zaraz zastrzegł:
– Tak tylko pytam bo i tak nie pójdę, zupę gotuję…
Pani nie odpowiedziała tylko zaprezentowała transparent:
„Moja dziupla – moja sprawa”.
Dziadkowi palce się rozwarły i solniczka wpadła do rosołu.
– Co za świństwa… – wyjąkał.
Mama Łukaszka zachichotała i powiedziała, że ona owszem idzie, bo walka o demokrację to piękna rzecz. I wyszła razem z panią zabierając ze sobą transparent.
Po kwadransie mama Łukaszka ponownie pojawiła się w kuchni. Minę miała złą i zaciętą.
– Dobrze że jesteś – zagadał dziadek. – Gdzie w tym domu jest solniczka? Rosół zrobiłem, pyszny, tylko mało słony.
Mama nic nie powiedziała tylko spoglądała w ścianę.
– Co się stało? – spytał zaniepokojony Łukaszek. – Już po demonstracji?
Mama osunęła się na krzesło.
– To mordercy – wyszeptała. – Oni wcale nie walczą o aborcję tylko chcą wycinać drzewa!

Autorytety w szkole, część 1

– Was trzeba przygotować do życia w społeczeństwie – oznajmiła pani pedagog.
– To my jeszcze nie jesteśmy przygotowani? – zirytował się Gruby Maciek. – To po członek męski ja tyle lat do szkoły chodziłem?
I dostał naganę.
– Teraz już wiesz po co – rzekł z satysfakcję okularnik z trzeciej ławki.
I też dostał naganę.
Pani pedagog z lubością kończyła pisać tekst, kiedy w klasie rozległy się dziwne odgłosy.
– Co tam się dzieje? – spytała zaniepokojona.
– Proszę pani, to Hiobowski! – zaraportowała dziewczynka, która prawie zawsze odzywała się jako pierwsza. – On się chyba dusi!
– Co ci jest, chłopcze?!
– Duszno mi proszę pani… Nie mogę złapać tchu… I tak jakby słońce się zaćmiło… I w ogóle strasznie jest…
– A to dlaczego?
– Bo nie mogę żyć pod tym strasznym szkolnym reżimem, który niszczy godność ludzi naganami – Łukaszek rozłożył ręce.
– Właśnie, że nie! – wrzasnęła pani pedagog i kto wie jakby to się skończyło gdyby nie otworzyły się drzwi i weszła jakaś młoda i ładna pani.
– Oooo – powiedziała cała klasa, bo rozpoznała ją natychmiast. Była to młoda celebrytka, która gorąco popierała opozycję a w wolnym czasie prowadziła blog „Biało-czerwone gotowanie fit”.
– Witamy panią serdecznie – powiedziała pani pedagog uśmiechając się z trudem. – Drogie dzieci, będzie mieć teraz cały cykl spotkań z autorytetami, które powiedzą wam jak żyć.
– Zwłaszcza teraz – uzupełniła młoda pani, po czym zbladła i zaczęła głośno wciągać powietrze.
– Ona zaraz zemdleje – zauważyła przewodnicząca klasy Melissa.
Pani pedagog podsunęła młodej pani krzesło.
– Dziękuję… Wie pani, tak jakoś mi się słabo zrobiło. Duszno mi i nie mogę jakoś złapać tchu…
– Niech pani tego nie mówi! – krzyknął Łukaszek.
– Dlaczego?
– Bo za mówienie takich słów grozi nagana!
– Co za bzdury! – młoda pani zmarszczyła brwi. – Co to za terror? Kto tak mówi?
– Nikt – warknęła pani pedagog. – A ty się Hiobowski nie śmiej.
I wpisała Łukaszkowi naganę.
– Sama pani widzi – westchnął Łukaszek.
– Podziwiam pani bloga – szepnęła z zazdrością dziewczynka, która prawie zawsze odzywała się jako pierwsza. – Świetnie pani gotuje. I świetnie pani wygląda.
– Bo jem zdrowe rzeczy.
– Nie, to nie to. Wiem, że dużo pani ćwiczy. Kiedy pani znajduje na to czas?
– Jam kiedy ćwiczę! Naprawdę! Na przykład teraz. Przybiegłam do szkoły spożywając po drodze sałatkę z liści cebuli!
– Może pani powie po co pani tu przyszła? – pani pedagog próbowała zmienić temat.
– Właściwie to nie wiem. Kazali mi bo szkoła zapłaciła i…
– Pani bierze udział w nowej, fantastycznej akcji społecznej – wycedziła przez zęby pani pedagog. – Jak ona się nazywa?
– Zbieram paragon za aborcję! – wykrzyknęła z emfazą młoda pani.
Klasa jakoś nie zapałała entuzjazmem.
– Ale dlaczego? – zdziwiła się pani. – Przecież każdy taki paragon bierze udział w akcji, dzięki tej akcji zbierzemy pieniądze i wiecie co za to kupimy? Inkubatory dla wcześniaków! Jak pani premier znowu będzie mieć wypadek samochodowy, to może dzięki naszemu sprzętowi…
A klasa nadal nie pałała entuzjazmem.
– To trudny rejon – szepnęła pani pedagog.
– Widzę – odparła niepocieszona młoda pani. – A ja tu liczyłam na to, że wy tu stawicie opór władzy. W końcu macie tradycje powstańcze.
Uczniowie spojrzeli na siebie ze zdziwieniem.
– Ale my nie Powstanie Warszawskie tylko Wielkopolskie – odezwał się Gruby Maciek.
– Wiem – powiedziała młoda pani pogłębiając konsternację wśród młodzieży. – O nie właśnie mi chodziło. Przecież było przeciwko władzy, no nie?
– Ale ta władza była obca, narzucona siłą!
– No właśnie, tak jak teraz!
– Ale Powstańcy Wielkopolscy walczyli z Niemcami! – nie wytrzymał Łukaszek.
Tego dla młodej pani było za wiele.
– No jak to, chłopcze?! Czego was w tej szkole?! Nie mówi się „z Niemcami”, tylko „z Nazistami”! Powstańcy Wielkopolscy walczyli z Nazistami!

O blogu

Dawno, dawno, temu, daleko stąd… Rzeczywiście dawno, bo trzeciego lipca dwa tysiące ósmego roku. Daleko stąd, gdyż na portalu internetowym Salon24.
Pojawił się pierwszy tekst z cyklu „Świat za pięć lat”, z serii opowiadań o rodzinie Hiobowskich. Potem pojawił się drugi odcinek, trzeci i następne…
Czas leciał, odcinków przybywało. Historyjki zaczęły się pojawiać również na innych portalach. Obecnie (luty 2017) są publikowane na: niepoprawni.pl, naszeblogi.pl i blog-n-roll.pl.
Czas leciał, a portal Salon24 się zmieniał. Zmiany były częste i różne, ale zawsze na gorsze. Skutkowały zazwyczaj fermentem wśród blogerów, awanturami i represjami administracji. Solidaryzowałem się z blogerami, no bo przecież portal ma być dla blogerów, a nie blogerzy dla portalu. Inni toczyli bój z adminami, kasowali blogi, odchodzili, wracali… Ja chciałem robić to, po co założyłem bloga: pisać. Zostawałem więc i pisałem. I tak pisałem i pisałem aż nadszedł początek dwa tysiące siedemnastego roku. I kolejna zmiana.
Blogerzy oczywiście zaprotestowali, ja też zaprotestowałem, część ludzi odeszła i być może byłoby tak jak poprzednio. Ale nie tym razem. Tym razem wprowadzone zmiany właściwie podważają sens dalszego pisania na Salon24. I tym razem nie mogę pisać dalej, bo pisać się już po prostu nie da.
Zmian jest dużo i są głębokie.
Przede wszystkim zmianie ulegał strona główna. Jest inne logo, inny układ, inna kolorystyka, dodano wielgachne obrazki. Portal informacyjny wygląda teraz jak sklep internetowy Media Expert. I co gorsza jest to kompletnie nieczytelne. Najpierw muszę przejechać oczami po wszystkich obrazkach żeby potem skupić się na czytaniu tytułów. Prawie cała strona główna to wpisy wybrane przez administrację. Chronologiczny układ wpisów blogerów został przeniesiony na sam dół strony. Ładnie potraktowano tych co tworzą ten portal, nie ma co…
Z tytułami jest jeszcze lepiej. Na stronie głównej nadaje je administracja! I tak oto moja notka o tytule „Autorytety w szkole, część 1” otrzymała tytuł „Zbieram paragon za aborcję! Kupimy za to inkubatory dla wcześniaków”. Dobrze, że nie zatytułowano „Wszyscy umrą!!!”, może więcej osób by się nabrało i kliknęło. Jest to wyrwany z kontekstu fragment dialogu, który kompletnie nie oddaje treści notki. Co prawda po kliknięciu na zajawkę na stronie głównej z administracyjnym tytułem otwiera się notka z właściwym, autorskim tytułem, ale to tylko potęguje zamieszanie i człowiek się zastanawia czy czyta to, co chciał.
Trzecia i chyba najistotniejsza zmiana to to, że teraz komentować można tylko poprzez konta Facebook. Niesie to za sobą szereg bardzo istotnych konsekwencji. Po pierwsze, osoby, które mają konto na Salon24 a nie mają na Facebooku nie mogą już komentować. Po drugie, komentarze mogą być zasypane spamem i hejtem z kont na FB. A po trzecie – gdy ktoś zacznie pisać komentarze ze swojego prawdziwego konta na FB – wystarczy gdy ktoś doniesie, że pisał np. „mowę nienawiści” i to doniesie nie do administracji S24, a do administracji FB. I wtedy ten ktoś straci konto na FB. Dochodzi kwestia ochrony danych osobowych i wiele innych ciekawych aspektów, w które nie miałem zamiaru się wgłębiać.
Chciałem pisać.
Ale pisać się nie da. Nie da się znaleźć własnego tekstu na stronie głównej. Nie da się ścierpieć co lepszych tytułów nadanych przez administracji. A poza tym moje notki mają teraz o połowę mniej wejść i zero komentarzy.
Już parę dni po wprowadzeniu zmian podjąłem decyzję o wyprowadzce z Salonu24 i to chyba był jedyny pozytywny efekt wprowadzonych zmian. Taki impuls, żeby coś zmienić. Dokąd pójść? To pytanie zadawało sobie wiele osób na S24. Dużo osób poszło „na swoje” i ja podjąłem również taką decyzję. W ten sposób właściciele Salonu24 doprowadzili do tego, o co niektórzy ich podejrzewali: rozpędzili na cztery wiatry piszących u siebie blogerów. Teraz ci blogerzy piszą nadal, ale znaleźć ich teksty jest o wiele trudniej. Może o to chodziło?
A zatem ja również poszedłem na swoje. Trochę to trwało, ale chciałem tu wszystko urządzić sam.
Mam nadzieję, że się spodoba.
I teraz plan jest taki, że nastąpi powolna migracja z Salon24 na ten blog. Nowe odcinki będą zamieszczane i tam i tu, a także tutaj będą powoli umieszczane odcinki archiwalne.
Co jeszcze, niedawno pojawiły się projekty poboczne w postaci trzech innych blogów z opowiadaniami, niezwiązanymi z rodziną Hiobowskich. Te blogi również zostaną przeniesione tutaj.
Może jeszcze pojawią się jakieś nowe cykle opowiadań. Kto wie.
Ten blog stanie się więc takim centrum, gdzie powinno być wszystko co zamieszczałem i zamieszczam w sieci.
I jeszcze kilka informacji: Blog jest tworzony za pomocą WordPressa. Hosting zapewnia OVH. Szablon bloga to Metro CreativeX od Themeisle.