Prawdziwa herezja

Dziadek Łukaszka wraz z wnukiem szykowali się do wyjścia do kościoła.
– A wy? – zapytał Łukaszek.
– Byłem wczoraj – odparł leniwie tata Łukaszka i zagłębił się w lekturze książki „Pakt Mieszko-Hodon”.
– Ja też pójdę – zerwała się siostra Łukaszka.
– Dokąd? Na mszę? Też idę – zaskoczyła wszystkich mama Łukaszka. – Mam do zamienienia dwa słowa z księdzem!
– Jak ona idzie to i ja – nie wytrzymała babcia. – To podejrzane, że ona idzie, może tam dają coś za darmo?
– Zbawienie – rzekł z namaszczeniem dziadek, ale babcia spojrzała tylko z ironią i nic nie powiedziała.
Poszli więc w piątkę. Msza minęła bez zakłóceń, za to po nabożeństwie mama Łukaszka uparła się, że chce koniecznie porozmawiać z księdzem. Poszli więc pod plebanię i czekali. Kapłan wyszedł już ze świątyni i rozmawiał to z jedną, to z drugą grupką osób.
– Nie my jedni mamy do niego sprawę – westchnął dziadek. – A propos, co to za sprawa?
– Kwestia wiary i korespondencji – odparła zaciętym głosem mama Łukaszka.
Czekali więc. Dla zabicia czasu siostra Łukaszka zaczęła opowiadać o swoich planach na ten dzień.
– Idziemy wieczorem z moim chłopakiem na koncert – siostra Łukaszka zajrzała do torebki. – Tu mam bilety.
I akurat wypadła jej z torebki paczka prezerwatyw i czystym przypadkiem zlądowała u nóg nadchodzącego księdza niczym sprawa o TK na biurku sędziego Łąciecha-Wojczewskiego.
Zapadło niezręczne milczenie. Nagle wszyscy pod kościołem zeszli się i patrzyli.
– No co – odezwał się wreszcie siostra. – Oprócz koncertu planujemy coś jeszcze. To źle?
– Źle! – wykrzyknął dziadek. – Używanie tego czegoś to grzech i…!
– Już nie – przerwał mu ksiądz łagodnie. – Już nie. Najnowsza encyklika papieska…
– Ten papież! Ciągle głosi jakieś herezje!
– To nie są herezje…
– Jak to nie?! A czy ksiądz wie co oni zamierzają z tym zrobić?!
– Ja powiem – w głosie siostry Łukaszka brzmiała determinacja. – Zamierzamy je zużyć. Wszystkie.
Niektóre panie spojrzały na nią z zazdrością.
– Jak? Przed ślubem? – osłupienie dziadka nie miało granic. – Przecież to grzech!
– Też już nie – wtrącił się ponownie kapłan.
– Co? A jakby dwóch face…
– No jakby to panu powiedzieć… Hm…
– Co???! Pierwsze słyszę!
– Prasy katolickiej się nie czyta, widzę – uśmiechnął się ksiądz lekko ganiąc dziadka. – Dużo u nas zmian ostatnio.
– Zmian?! Toż to jakieś herezje!
– Żadne tam herezje. To po prostu prawdziwa wiara, kierująca się miłością…
– A propos miłości – odezwała się mama Łukaszka. – Czy ksiądz dostał mój list?
– Miłosny? – spytała z ironią babcia.
– Nie, ten w którym piszę o imigrantach.
– A tak, dostałem, nie wiem tylko…
– Sprawa jest bardzo prosta. Pytanie brzmi czy ksiądz przyjmie imigrantów na parafię, czy nie.
– Nie, ależ skąd.
– A więc ksiądz nie jest prawdziwym chrześcijaninem! – zagrzmiała mama.
– Co to za herezje?! – oburzył się dziadek.
– Jakie herezje!? Chrystus sam był uchodźcą, przyszedł do swoich a swoi go nie przyjęli!
A gdzie „miłujcie się”? Ja jestem ateistką i mówię księdzu, że większym chrześcijaninem jest ten, kto pomaga uchodźcom przyjmując ich…
– Herezje!!! – zapiał jeszcze głośniej dziadek.
– Żadne tam herezje! Taki ateista, który przyjął…
– Który? – wtrącił się Łukaszek.
Mama straciła wątek.
– Pytam: który – powtórzył Łukaszek. – Może jakieś nazwisko kogoś, kto przyjął?
– No… W tej chwili nie pamiętam, ale co to ma za znaczenie, skoro jest tu ktoś, kto powinien pomóc, a nie pomaga?
– To do mnie te pretensje, że nie pomagam? – obruszył się ksiądz.
– Jasne, a do kogo?! – nacierała mama. Tłum zamruczał groźnie.
– A skąd ten pomysł, że nie pomagam?
– Przecież nie przyjął ksiądz żadnego uchodźcy!
– Jak to nie?!
Mamę zatkało.
– Zaraz, zaraz… To ksiądz przyjął uchodźców?!
– A bo to raz…
– Co ja za herezje słyszę!
– Zabawne – skomentował Łukaszek. – Słysząc ateistkę krzyczącą „herezje”…
Mama nie zważała jednak na to.
– Jak? Ilu? Kiedy?
– W zeszłym roku, kilka razy… Przyjęliśmy tu kilka rodzin, jedną po drugiej… Starcy, kobiety z dziećmi, ciężarne…
– To nie są uchodźcy – zauważył złośliwie dziadek. – Uchodźcy to młodzi, zdrowi, sprawni mężczyźni, którzy nie chcą pracować, tylko chcą pieniędzy…
– Co się z nimi stało? – dopytywała mama.
– Spierdolili do Niemiec – rzekł głośno Łukaszek.
– Wyrażaj się!
– Ale on ma rację – wziął go w obronę ksiądz.
– Ale przeklinanie to grzech, chyba, czyż nie? – zapytała babcia.
– No jakby to powiedzieć…
– Wiem, wiem, prasy katolickiej nie czytam…
– Właśnie, bo wczoraj papież ogłosił…
– Kolejną herezję – stęknęła babcia.
– Cisza z tymi herezjami! – krzyknęła mama. – Co z tymi uchodźcami pytam się?
– Przecież syn pani wyjaśnił. Spie… Wyjechali do Niemiec. Chyłkiem, bez pożegnania, nocą.
– Skąd wiedziałeś? – mama zwróciła się do Łukaszka.
– Nie tylko imigranci tak robią. Młodzi Polacy też. Ale was to nie interesuje. Niedługo zastrzyku eutanazyjnego nie będzie miał kto wam zrobić.
– Nic nie zostało po tym uchodźcach? – mama była zrozpaczona.
– Zostały rachunki. Za remont, za prąd. Parafianie jakoś się nie garną do tego, żeby płacić, więc cieszy mnie, że pani, ateistka, dołoży się do kwoty… To będzie takie chrześcijańskie… – i ksiądz wyciągnął dłoń.
Mama uciekła najpierw wzrokiem, potem dłonią burcząc coś, że ateizm zobowiązuje do niepłacenia.
– A szkoda – rzekł ksiądz. – Gdyż przykro to mówić, ale religia katolicka jest… No, może nie w odwrocie, ale w pewnym dołku, kryzysie. Spada liczba powołań, pustoszeją świątynie, zamykane są kościoły… Trudno się troszczyć o innych gdy samemu jest ciężko…
– Ale to nie w Polsce – machnął ręką Łukaszek. – U nas są budowane nowe kościoły, tworzone są nowe parafie… W Pawełkowicach powstaje właśnie parafia Chrystusa Dobrego Uchodźcy.
– Nie słyszałem – zdumiał się ksiądz.
– Prasy katolickiej się nie czyta… – Łukaszek nie mógł sobie odmówić.
Nieoczekiwanie wśród tłumu pojawiły się głosy poparcia dla niego.
– Tak, tak, ja też słyszałam…
– Owszem, mówił mi syn…
– Był artykuł o tym w lokalnej prasie…
– Ależ proszę państwa… – roześmiał się kapłan. – To są jakieś herezje!
– Żadne herezje, proszę księdza, taka parafia naprawdę powstała, jest nawet gęsto obsadzona przez kilku księży!
– Kilku?!! Przy obecnych niedoborach kadrowych?!! To niemożliwe!! Skąd są ci księża?
– Z Ukrainy – bąknął ktoś.
– Ja… Jak to? Z Ukrainy? – księdzu się zrobiło słabo. – Jak to tak?
– Biskupowi brakowało wikariuszy, to ich sprowadził – padło z tłumu.
– Ale tak jest super proszę księdza!
– Wreszcie są księża, którzy interesują się parafianami i nie wymawiają brakiem czasu!
– Oni się zajmują parafią od świtu do zmierzchu!
– A jacy gorliwi! W niedzielę robią tam dwanaście mszy! Od siódmej do szóstej! I to w wakacje! Bo po wakacjach ma być piętnaście!
– I mniej kosztują! Za wesele biorą jedną trzecią stawki co u polskiego księdza!
– Jacy oszczędni! Nie wydają na samochody tylko w pięciu jeżdżą jednym Punto!
– Jacy oni robotni! Sami kościół naprawią i sprzątną nawet!
Ksiądz trzymał się za serce i osuwał powoli po ścianie plebanii.
– Ukraińcy… Za księdza… – charczał cicho. – I to jest prawdziwa herezja!

Procesja i przedszkole

Hiobowscy poszli na procesję z okazji Bożego Ciała. Wszyscy, chociaż były z tym pewne problemy. Konkretnie dwa.
Pierwszym problemem był strój siostry Łukaszka.
– Tak nie możesz iść! – sapał dziadek Łukaszka zgorszony. – Widać ci całe ciało!
– To w sam raz na to święto! – ucieszyła się siostra.
Dziadek zaczął jej tłumaczyć, że ciało a Boże Ciało to nie to samo. Siostra Łukaszka poszła się przebrać w coś skromniejszego. Problem jedna pozostał. Siostra miała tak śliczną figurę, że nawet ubrana w worek po ziemniakach nadal przyciągałaby męskie spojrzenia.
Drugim problemem była mama Łukaszka, która oświadczyła, że nie idzie.
– Kościół, która zmusza wszystkich do wszystkiego, nie zmusi mnie abym w tym uczestniczyła – oświadczyła mama Łukaszka. – I zapowiedziała, że robi głodówkę morską.
– Na czym to polega? – zainteresowała się babcia Łukaszka.
– Nie jem kawioru i ośmiorniczek.
– Ależ my ich i tak nie jemy, wszyscy – zauważył tata Łukaszka.
– Tak, ale ja ich teraz nie jem celowo i świadomie! – i zadowolona mama Łukaszka ułożyła się na kanapie.
– Możesz nie iść, ale nie masz prawa krytykować i oceniać – ostrzegł ją Łukaszek.
– Co?! Jak to?! Kto tak powiedział?!
– Midam-Achnik – i Łukaszek pokazał jej na tablecie artykuł z Wiodącego Tytułu Prasowego. Tytuł brzmiał: „Tylko ktoś kto był w SB ma prawo krytykować SB”.
Mama walczyła z sobą sześć sekund, po czym skapitulowała i oświadczyła, że pójdzie.
Siostra Łukasza nadal wyglądała oszałamiająco. Zresztą większość pań wyglądała oszałamiająco. Pogoda była ładna, ciepła i słoneczna, więc płeć piękna postanowiła owo piękno pokazać. Tak też stwierdził mąż dozorczyni, pan Sitko, kiedy Hiobowscy wyszli przed blok i zaczęli formować wraz z innymi procesję. Ocena pana Sitko była trzeźwa, bowiem sam pan Sitko był trzeźwy, co się bardzo rzadko zdarzało.
– Piękne te nasze Polki – rzekł pan Sitko wodząc oczami od jednej do drugiej.
– Te burki to zły pomysł – potwierdziła dziadek.
– Nie potępiajmy zaraz wszystkiego – wzrok pana Sitko zatrzymał się na jego niezmiernie wyelegantowanej małżonce.
Procesja ruszyła. Mama Łukaszka z zadowoleniem stwierdziła, że obok niej idzie mama przedszkolaka o imieniu Wiktymiusz, z którą już jakiś czas temu się poznała. Zaczęły więc we dwie krytykować procesję, kościół i prawie wszystko inne.
A procesja szła i szła, krążąc po osiedlu. Ksiądz śpiewał przez megafon, a wierni po nim.
– Od powietrza, głodu, ognia i wojny… A to co?
– Od powietrza, głodu, ognia i wojny… A to co? – powtórzyli mechanicznie wierni.
– Nie, nie, ja się pytam co to jest?! To przed nami?! – spytał wystraszonym głosem ksiądz.
Ludzie zaczęli się cisnąć i przepychać. Przed nimi był jakiś niewielki budynek, którego część leżała w drobnych fragmentach na ziemi, tworząc malownicze ruiny.
– To jest przedszkole, do którego chodzi mój syn – odezwała się głośno z dumą mama Wiktymiusza.
– To było przedszkole – sprostował tata Łukaszka. – Co tam się stało? Gaz wybuchł?
– Nie, bomba – odparła ze spokojem mama Wiktymiusza i zaczęła tonować odzywające się tu i ówdzie krzyki przerażenia. – Ależ proszę państwa, co to za ksenofobia, co to za faszyzm?
– Nie wolno łączyć wybuchu bomby z terroryzmem – odezwała się mocno mama Łukaszka.
– O dziękuję pani, jeden głos rozsądku na tej pustyni nietolerancji. Tak, proszę państwa, to była zwykła domowa bomba, wyprodukowana w mieszkaniu, żaden tam terroryzm, ot, zwykła domowa kłótnia.
– Incydent – dodała mama Łukasza.
– Ale kto to zrobił? – spytał dziadek Łukaszka. – Pewno jakiś uchodźca.
– O, wypraszam sobie! Pan Sadullah nie jest żadnym uchodźcą!
– Polakiem też nie.
– Jest Polakiem, mieszka w Polsce już dwa miesiące!
– A co się właściwie stało, że on to przedszkole, tego? – zaciekawiła się mama Łukaszka. – Chciał zaprotestować przeciwko deptaniu konstytucji przez władzę?
– Niezupełnie – zakłopotała się mama Wiktymiusza. – Jakaś nieodpowiedzialna przedszkolanka zaproponowała aby zrobić teatrzyk. Wystawić bajkę. Wiktymiusz też miał brać w tym udział, na szczęście mu zabroniłam.
– A co to miała być za bajka?
– Trzy świnki. Pan Sadullah jak się dowiedział, że jeden  jego sześciu synów, który chodzi do tego przedszkola, jest jedną ze świnek, to tak się zdenerwował, że przyniósł bombę i zdetonował ją w łazience.
Ludzie krzyknęli.
– Ile osób zginęło? – tata Łukaszka był wstrząśnięty.
– Nikt nie zginął. Zginęły za to wszystkie krany, ktoś prawdopodobnie ukradł i wyniósł na złom. Ci Polacy!
– Może to pan Sadullah wyniósł – odezwał się Łukaszek.
– Co ty chłopcze opowiadasz! On?! Nie masz żadnego dowodu!
– On też jest Polakiem, sama pani mówiła. Ci Polacy!
– A… E… Mniejsza z tym.
– ale jak on mógł coś takiego zrobić, to straszne – skrzywiła się babcia Łukaszka. – Ludzie się męczą, pracują, murują, instalują, a przyjdzie taki i bum i poniszczy.
– Ale ja go rozumiem proszę pani. Świetnie go rozumiem. To wina dzieci. Sprowokowały go. Na bo jak to: świnki? Promować wieprzowinę w ramadanie?
– No i sama pani widzi – rzekł tata Łukaszka. – Fanatyk religijny!
– Co też pan opowiada! – oburzyła się mama Łukaszka. – Pan Sadullah nie jest żadnym fanatykiem! Niemożna łączyć tej drobnej utarczki z islamem!
– Przecież sama pani mówiła, że ramadan…
– Ale islam to religia pokoju! A on wysadził łazienkę!
Wszyscy zamilkli porażeni trafnością tego argumentu.
– Ale my tak nie robimy – próbował bronić się dziadek.
– Robicie, robicie! – atakowała mama Wiktymiusza. – Mało to katolików wysadzało restauracje kiedy im zaproponowali kotleta w piątek!?

Uhuhu

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Nasza rzeczniczka Beata biega wystraszona trochę. Wyciąga z szafki te lepsze filiżanki i uważnie je ogląda. Bo ma podać w nich kawę biskupowi.
– A biskup to nie byle kto – twierdzi Beata.
– Do tego krakowski – dodaję i zastanawiam się czego też on ode mnie chce.
Biskup przybywa punktualnie w towarzystwie dwóch osób. Tamci jednak zostają za drzwiami, Beata też. W gabinecie zostajemy tylko ja i biskup.
– Szczęść Boże – biskup siada i nerwowo się kręci.
– Szczęść Boże – odpowiadam spokojnie i też siadam. – Co Jego Ekscelencję sprowadza do mnie?
Ekscelencja myśli, wzdycha, kręci się, wreszcie przełamuje się i mówi:
– Jest taki jeden ksiądz…
– Uhuhu… – mówię.
– Tak, właśnie ten.
– No i co ja…
Biskup przerywa mi gestem.
– Panie prezesie, gdyby to chodziło o zwykłego księdza, to nie byłoby sprawy. Ja umiem sobie radzić z takimi rzeczami. Ale tym razem… Tym razem jest inaczej.
– A dlaczego?
– Dlatego, że tym razem mamy tu niestety politykę.
Cisza.
– To źle? – pytam. – Co się wszyscy uwzięli na tę politykę? To rzecz jak każda inna.
– My nie mamy prawa…
– E tam, każdy ma prawo. Czy ksiądz, czy biskup ma prawo mieć poglądy, wypowiadać się, namawiać, oceniać…
– Co? Co ja słyszę?! A wie pan co ten ksiądz wygadywał?! I to ma być w porządku?!
– Niczego takiego nie powiedziałem. Uważam, że każdy, ksiądz też, ma prawo do swoich poglądów i ma prawo je wygłaszać. Ale jeśli one stoją w sprzeczności z tym, co powinien głosić z racji bycia księdzem…
– Właśnie – biskup jest nadal pochmurny.
– No to powinien te poglądy zmienić. Albo… Pracodawcę.
– Zaczniemy od zmiany poglądów. Czy pan ma może jakiś pomysł?
– Co ja… – wzruszam ramionami.
– Jeszcze raz mówię, że to sprawa polityczna, a nie religijna, a na polityce zna się pan świetnie.
– Z czym dokładnie jest problem?
– Och – macha ręką Jego Ekscelencja. – A z czym nie jest? Obżarstwo, pijaństwo, przeklina, gardzi zwykłym człowiekiem, zanadto przywiązany do wartości świeckich…
– No to ja bym zrobił to tak…
Dwadzieścia minut później włączam radio, jest już konferencja biskupa.
– Ksiądz Kazimierz powraca do swojej diecezji. Jak sami państwo wiecie, powołań mamy coraz mniej, a obowiązków nam nie ubywa. Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby kapłan siedział w stolicy i gnuśniał. Ksiądz Kazimierz ma już nowe obowiązki. Dużo nowych obowiązków. Został kapelanem pieszych, głuchych, odchudzających się i alkoholików. I oczywiście kapelanem budowlańców. I jedzie na misję do Polski wschodniej.
Siedzę sobie i głaszczę kota.  Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.

Babcia płakała jak kserowała

Na osiedlu był punkt małej poligrafii. Obsługiwała go pewna pani, zwana z racji wieku – babcią, a z racji funkcji – Xero. I z Babcią Xero wybuchła mała osiedlowa awantura.
Zaczęło się od sprawy dość wstydliwej i niezręcznej.
Łukaszek, Gruby Maciek i okularnik z trzeciej ławki przyszli kserować wypracowanie.
– Odmawiam – rzekła Babcia Xero z satysfakcją.
– Nie ma pani prawa odmówić – replikował Łukaszek.
– Jest wolny rynek, mam prawo.
– Nie ma czegoś takiego jak wolny rynek. A już w Polsce na pewno, zwłaszcza jeśli należymy do Unii.
– Ty mi się prorządowy bachorze nie wymądrzaj. Nie skseruję i już.
– Powód – zadudnił Gruby Maciek.
Babcia Xero skrzyżowała ramiona i wycedziła:
– Klauzula sumienia.
– Phi hi hi! – zachichotał okularnik szyderczo.
Babcia Xero poczerwieniała z irytacji.
– A co, zmusicie mnie?
– My nie – odparł ze spokojem Łukaszek. – Kto inny.
– Może ci siepacze ze służb, co? Wpadną o szóstej rano, rzucą mnie na kserokopiarkę i…
– Chciałoby się. Nie proszę pani, nakaże to pani sąd.
– Jaki sąd???
– Łódzki – i Łukaszek sięgnął po smartfona. – Moja mama wgrała mi ostatnio „Poradnik przeżycia w tymkraju” z Wiodącego Tytułu Prasowego. O proszę, tu jest. Artykuł z tej właśnie gazety. Łódzki drukarz został skazany przez sąd za odmowę wykonania roll-upu z hasłami LGBT.
– I bardzo słusznie – pokiwała głową Babcia Xero. – Najważniejsze to… Co ty piszesz?
Łukaszek wziął pustą kartkę nabazgrał szybko na niej „Karosław-Jaczyński jest wielki” i podał Babci Xero mówiąc:
– Raz proszę.
W Babcię jakby piorun strzelił.
– Co? Czyś ty…?
Łukaszek pomachał smartfonem.
– Bo jak nie, to do łódzkiego sądu dzwonię!
Babcia jak w transie, chwyciła kartkę drżącymi rękami i położyła na maszynie. Nacisnęła przycisk. Z maszyny wyjechała druga kartka.
– Teraz ja, też raz – zadudnił Gruby Maciek. Podał kartkę z napisem „Bardysław-Władyszewski nie jest profesorem”.
Babci Xero zaszkliły się oczy, ale skserowała.
– I ja też raz – przypomniał o sobie okularnik podając kartkę „Wystarczy nie kraść”. Potem było „Repolonizacja mediów jest fajna”, „Nie ma alternatywy dla partii rządzącej”, „Nie ma żadnego terroru w tymkraju”, „Niech żyje 500+” i wiele innych…
Babcia płakała jak kserowała. Każda kolejna kartką była porcją soli na jej żywe mięso jej mentalnej rany.
Zajrzał jakiś facet.
– Klient! – ucieszyła się Babcia Xero. – Co dla pana?
– E… Tego… – rozbawiony mężczyzna czytał hasła z kartek. – Nie wiedziałem, że pani taka, tego… Prorządowa…
– Nic podobnego! Zmusili mnie! Co dla pana?
– Zaczekam – powiedział wesoło facet.
– Oni już wychodzą!
– Niech pani będzie – Łukaszek machnął ręką. – Ale przyjdziemy jutro. I pojutrze. I później…

11 stycznia 2017, środa

Alicja siedziała w kuchni i przestraszonym wzrokiem wodziła za swoją nadmiernie energiczną siostrą. Anka opowiadała jej właśnie swoje ostatnie przygody. W odpowiednim świetle oczywiście.
– A ten elektryk? – zapytała Alicja.
– Elektryk, no tak – Anka potarła sobie czoło. – Będzie tu dzisiaj, niedługo. Ruszaj się, przecież ten cały syf trzeba sprzątnąć!
– To ja już nie mam żadnego wyboru?! – krzyknęła Ala żałośnie.
– Masz – uśmiechnęła się Anka. – Możesz sobie wybrać który pokój będzie twój.
Alicja zacięła usta i zaczęła zamiatać. W powietrze wzbiły się wirujące kłęby kurzu.
– Uważaj trochę! Boże, co za niezguła!
– Dzwoni ktoś! – odparła Alicja.
Anka pobiegła otworzyć. Za drzwiami stał młody facet o krótkich włosach… Po chwili Anka go skojarzyła. To był znowu on! Ten z Nowego Roku i z niedzieli!
– Czego pan chce? – spytała wystraszona.
Facet popatrzył gdzieś nad jej głową i odrzekł spokojnie:
– No tak, adres wydawał mi się znajomy…
– Ale o co chodzi?
– To ja się pytam o co chodzi. Dzwoniła pani do mnie niedawno i…
– Boże! To pan!
– Nie. Elektryk.
– Cha, cha, ale śmieszne – wzruszyła ramionami. – Jeśli chciał mi pan zaimponować…
– Nie chciałem.
Patrzyli na siebie chwilę w milczeniu.
– No i co? – westchnął facet. – Dowiem się wreszcie o co pani chodzi?
– Trzeba zrobić instalację w dwóch pokojach… – Anka zaprosiła go do środka.
W trakcie oględzin elektryk zajrzał do jednego z pokoi gdzie krzątała się Alicja.
– A, to pan jest tym elektrykiem, o którym mówiła siostra. Że też się nie bała wpuścić pana do domu. Tu jest niebezpiecznie, niedawno jakiś facet gonił ją pod domem i chciał napaść!
Akurat na te słowa do pokoju weszła Anka. Zaczęła psykać na Alę i dawać jej znaki oczami. Niestety, na próżno.
– Coś takiego, napaść ją chciał – elektryk mówiąc do Ali patrzył na Ankę. – A kiedy to było? Nie w niedzielę czasem?
– W niedzielę. A skąd pan to wie…
– Nieważne, nieważne – zdecydowała się wkroczyć Anka. – Widział pan wszystko, prawda? Zrobi mi pan to?
– Zrobię.
– A za ile?
Pan elektryk wymienił dość solidną kwotę. Ance aż dech zaparło.
– Co?! Za dwa małe pokoiki?!
– Obecna instalacja jest do niczego – poinformował ją spokojnie elektryk. – Trzeba będzie ciągnąć kable aż do rozdzielnicy. Przez cały dom.
– Ale ja tyle nie mam. Czy… Czy pan… Byłby skłony opuścić nieco cenę… Przecież polecił mi pana pan Wiesław… Ja byłabym panu za to bardzo wdzięczna… – i tu Anka przybrała minę, która w jej mniemaniu miała być wdzięczna i zatrzepotała rzęsami. Efekt był tak żałosny, że Alicja aż odwróciła głowę by nie wybuchnąć śmiechem.
– Nie interesuje mnie pani wdzięczność – oświadczył elektryk. – Chcę pieniądze. Tyle, ile powiedziałem. Gdy się pani namyśli to proszę dać znać. Byle szybko.
Pożegnał się chłodno i wyszedł.
– Boże, co to za cham – powiedziała bezradnie Anka.

Broń masowego rysowania

Hiobowscy obejrzeli film, oparty na najnowszej wersji starej historii z dodanymi hipotezami uwzględniającymi aktualne czynniki.

3 września 1939. Szosa Piotrkowska. Dowódca wojsk niemieckich generał von Reichenau odjął lornetkę od oczu i uśmiechnął się z zadowoleniem. W szkłach lornetki migotały łuny pożarów po stronie polskiej frontu. Von Reichenau sięgnął po łyżkę eintopfgerichtu z menażki. Był ohydny. „Wegańskie flaczki z boczniaka” pomyślał ze wstrętem. Cóż, Fuehrer może i jest geniuszem strategicznym, ale te jego pomysły żywieniowe… Pamiętał długą dyskusję w OKW czy żołnierze na diecie bezmięsnej będą w stanie pokonać Polskę. Miał w tej kwestii wiele wątpliwości, ale jak się okazało racja była po stronie Fuehrera. Żołnierz niemiecki bił się świetnie, walczył, zdobywał… Jedno tylko psuło dobry nastrój generała. Łączność.
– Jakiś bałwan przesłał mi rano meldunek, że mamy przerwać natarcie i się wycofać – rzekł von Reichenau do swojego szefa sztabu.
– Was? – zdziwił się uprzejmie tamten. – To chyba jakiś dowcip?
– Co więcej, mielibyśmy się cofnąć do granicy rezygnując tym samym ze wszystkiego co osiągnęliśmy do tej pory! I co jeszcze, może mielibyśmy przeprosić Polaków!? – zaśmiał się von Reichenau i urwał bowiem zobaczył wóz terenowy sunący w ich stronę. Pojazd zatrzymał się i wysiadł z niego…
– Generał von Rundstedt! – zakrzyknął zdumiony von Reichenau i strzelił obcasami.
– Co pan robi? – spytał ponuro Rundstedt.
– Atakuję!
– Dlaczego nie wypełnił pan rozkazu?
– Jakiego rozkazu?!
– Donnerwetter! Dostał pan rozkaz o wycofaniu wszystkich wojsk do granicy czy nie?!
– Do… dostałem panie generale, ale… Ale myślałem, że to jakieś świństwo Polaków! Fałszywy podstęp czy coś takiego!
– Podstęp nie może być fałszywy, bo… Echh… – Rundstedt machnął ręką. – Mniejsza z tym. Ma pan natychmiast, powtarzam, natychmiast przerwać natarcie. Armię należy przegrupować, rannych opatrzyć. W nocy oderwać się od nieprzyjaciela i forsownym marszem wrócić na granicę. Lotnictwa ma wykonywać działania osłonowe. Żadnych bombardowań, jasne?!
– Nie, nic nie jest jasne! Mieliśmy zająć Polskę! Lada moment ją pokonamy! Jak teraz się wycofać?!! Przecież wygrywamy!!!
– Nie muszę panu niczego tłumaczyć, taki jest rozkaz Fuehrera – oznajmił zimno Rundstedt, a widząc zrozpaczoną twarz Reichenaua, dodał:
– Na litość boską, człowieku, opanuj się, żołnierze patrzą! Wojna to nie manewry, to zadanie dla prawdziwych mężczyzn! I powiem jeszcze panu, Reichenau, że wojna to nie tylko kwestia militarna. To również kwestie polityczne. I dla Fuehrera to drugie jest równie ważne jak to pierwsze, a czasem nawet ważniejsze. Dzisiaj zdarzyło się coś, co sprawiło, że cała nasza ofensywa, cała ta wojna stanęła pod znakiem zapytania.
– Co takiego??? – wyszeptał chrapliwie Reichenau.
– Jesteście ostatnią armią, która jeszcze atakuje. Niektóre zdążyły już wrócić na pozycje wyjściowe. A ja tracę z panem czas na poga…
– Co takiego się stało?!
Rundstedt przysunął usta do ucha Reichenaua.
– Francuzi masową piszą kredkami na chodniku „Chcemy umierać za Gdańsk”.
– Nie…! – Reichenauowi zadrżała ręka i wylał zawartość menażki na lampasy swojego dowódcy.

3 września 1939. Berlin. Adolf Hitler nerwowo przemierzał swój gabinet. Zgromadzeni dowódcy wojsk wpatrywali się w rozłożoną na stole mapę. Referował szef OKH, Halder.
– …10 armia generała von Reichenau, jako ostatnia, wstrzymuje natarcie i postępuje zgodnie z najnowszą pańską dyrektywą, mein Fuehrer…
– Dobrze, bardzo dobrze – blady jak ściana Hitler nerwowo przetarł spocone czoło. – Ci Francuzi! Mówiłem wam, że nie można walczyć na dwa fronty!
– Z całym szacunkiem, ale ja to mówiłem – wtrącił się Keitel.
Hitler bez słowa spojrzał na Heydricha. Ten zapukał do drzwi wiodących na korytarz. Otwarły się i weszło dwóch esesmanów.
– Mówił pan, że nie można walczyć na dwa fronty – poprawił się pospiesznie Keitel.
Hitler dał znak. Niepocieszony Heydrich kazał esesmanom wyjść.
– Teraz mamy nowy cel, moi panowie – Hitler podszedł do mapy. – Domyślacie się zapewne jaki.
– Związek Radziecki – podpowiedział Halder.
Hitler spojrzał na niego ironicznie.
– Czy pan jest idiotą? Po pierwsze, między nami leży Polska, z której właśnie wycofujemy. Po drugie, może pan mi wyjaśni, dlaczego akurat ten kraj przyszedł panu na myśl?
– Przecież kilka dni temu nasz minister podpisał z ich ministrem tajny pakt – przypomniał Hitlerowi Halder tonem starego belfra. – Zapomniał pan o tym? Podzieliliśmy się Polską. My bierzemy jedną część, oni drugą. No i co teraz będzie? Ledwo weszliśmy to się wycofujemy.  Co oni sobie o nas pomyślą? Poza tym, znając Stalina, on na pewno zaatakuje. Zajmie Polskę wschodnią i będzie czekał na wypełnienie naszego zobowiązania. A my?
– Ch*j z tą Polską wschodnią – rozzłościł się Hitler. – Niech ją Stalin zajmuje. I niech się bije z Polakami. Ci na pewno będą w siódmym niebie na myśl, że będą mogli jeszcze raz dołożyć bolszewikom. Nie, moi panowie, miałem na myśli zupełnie inny kraj. Jest nim Anglia! O, o przyjaźń Anglii warto zabiegać. Nic nie jest małe lub niegodne, jeśli chodzi o uzyskanie porozumienia z Wielką Brytanią!
~ Będzie o nie trudno – mruknął Halder. – Ludność tego kraju nie jest zbyt przychylnie do nas nastawiona. Nie dość, że dziś wypowiedzieli nam wojnę…
– E tam – machnął ręką Hitler. – Zrobili to, bo musieli, z powodu Francji. Tak, Francja tymi kredkami zadała nam śmiertelny cios. Ale deklaracja Wielkiej Brytanii pozostanie tylko i wyłącznie na papierze.
– Niestety nie, mein Fuehrer. Od dziś na wyspach króluje nowa piosenka. Utwór „Umbrella” grupa The Chamberlains jest na pierwszym miejscu listy przebojów. Dzisiaj Brytyjczycy spontanicznie gromadzą się na ulicach i go śpiewają, idzie to tak: „Imagine there’s no Hitler”…
Wszyscy patrzyli w osłupieniu na śpiewającego Haldera. Pierwszy ocknął się Hitler.
– Momencik, Halder, skąd pan wie co jest dzisiaj na pierwszym miejscu brytyjskiej listy przebojów?! Nawet wywiad jeszcze mi o tym nie doniósł!
– No bo ja… My… Słuchamy BBC…
– Co? Gdzie? Jak?
– W OKH, w sekretariacie…
– To przekracza ludzkie pojęcie! W sekretariacie OKH słuchacie brytyjskiej stacji?!!
– Grają o wiele lepszą muzykę! I mają dokładniejszą prognozę pogody! – bronił się Halder. – Że nie wspomnę o tym, że prowadzący pasmo poranne są o wiele śmieszniejsi od tych w niemieckich stacjach!
– To jest skandal! – Hitler z pianą na ustach rzucił się na Haldera i zaczął mu zrywać odznaczenia z munduru. – Pan mówi słowa niegodne niemieckiego żołnierza! Pan sieje akustyczny defetyzm!! Pan podrywa wiarę w niemieckie media!!!

3 września 1939. Moskwa.
– To wariat.
Stalin odwrócił się powoli w stronę mówiącego.
– To wariat – powtórzył Mołotow i drżącymi palcami zaczął czyścić okulary.
– Ten wariat, towarzyszu Mołotow, dysponuje najmocniejszą armią w Europie – rzekł głuchym głosem Stalin.
– Ale inaczej tego wytłumaczyć nie można. Jeszcze kilka dni temu był u nas Ribbentrop. Podpisaliśmy układ. Przedwczoraj napadli na Polskę. Wszystko szło zgodnie z panem, a tu nagle dzisiaj wycofują się i udają, że wojny nie ma. Mamy raporty, że generalicja, a nawet szeregowi żołnierze są z tego powodu bardzo niezadowoleni. To osobista decyzja Hitlera. Musiał do reszty… No nie, nie umiem tego inaczej wytłumaczyć.
– A nie przyszło wam do głowy, że może istnieć jakiś inny powód? – Stali postukał fajką o mapę rozłożoną na stole. – Powód, który sprawił, że potężna armia niemiecka nagle rzuciła wszystko i się wycofała? Co?
– Józefie Wissarionowiczu, co robimy dalej? Wchodzimy do Polski?
– Założenie było takie, że weźmiemy Polskę z dwóch stron. Niemcy się z tego wycofują. Zrywają zatem układ. Nie widzę zatem powodu dla którego ja miałbym go dotrzymywać. I brać sobie na kark tych diabelnych Polaków. Samemu. Znowu.
I myśli Stalina poszybowały dziewiętnaście lat wstecz.
– Przyślijcie mi szefa wywiadu. Musimy się dowiedzieć jak Polacy to zrobili – zadecydował Stalin.
– Więc myślicie, że to oni?
– A kto inny?

3 września 1939. Zaleszczyki.
– Do cholery, co to za porządki?! Wojna wojną, ale pewne reguły obowiązują! Widzicie ten proporczyk? To wóz wodza naczelnego! Macie przepuścić go natychmiast!
– Panie Marszałku! Ale dokąd pan jedzie?!
Rydz-Śmigły, siedzący na tylnym siedzeniu odwrócił wzrok od okna i spojrzał przed siebie. Zamiast swojego adiutanta kłócącego się z załogą przejścia granicznego widział teraz szlaban z napisem Rumunia. I kolumnę rządowych aut zanikających w rumuńskiej oddali.
– Wódz naczelny nie musi się nikomu tłumaczyć! – ryczał adiutant. – I to wcale nie jest ucieczka! Po prostu pan marszałek udaje się w miejsce skąd łatwiej mu będzie kierować obroną Rzeczpospolitej!
– Ale jaką obroną, co pan mówi! Chyba atakiem! Niemcy wszędzie uciekają!
Szczęknęła klamka. Drzwi się otworzyły i Rydz-Śmigły powoli wysiadł.
– Co wy mówicie? Jedziemy od świtu, łączności nigdzie mieliśmy po drodze…
– Niedawno podali przez radio! Panie marszałku! Wszędzie wojska niemieckie się cofają!
– Wszędzie?
– Wszędzie! Odstępują na wszystkich frontach!
– Mój Boże – na zwykle beznamiętnej twarzy Rydza-Śmigłego widać było silne wzruszenie. – Czy to prawda? Czy to być może? Jak to możliwe?
– To nasi sojusznicy, panie Marszałku! – wołali uszczęśliwieni żołnierze z przejścia granicznego. – We Francji ludzie piszą kredkami po chodnikach „Je suis Danzig”! W Anglii na ulicach śpiewają „Umbrella” The Chamberlains!
– Zwycięstwo – szepnął Rydz-Śmigły i poczuł jak z serca usuwa mu się olbrzymi ciężar. – Zwycięstwo…
Aż się musiał przytrzymać dachu samochodu aby nie upaść z nagłego osłabienia.
– Panie Marszałku! Wszystko w porządku?
– Tak, tak…
– Panie Marszałku! Dosłownie kilka minut temu przejechała tędy kolumna aut! Pojechali do Rumunii!
– Kto?
– Wszyscy! I pan premier i pan prezydent… Może trzeba ich zawiadomić? Niech zawrócą jak najprędzej zanim Rumuni ich internują!
– Nie trzeba – Rydz-Śmigły nagle odzyskał siły. – Jeśli pan prezydent zdecydował się opuścić kraj… W potrzebie… To… Nie jest godzien tego urzędu. Wsiadamy!
Zajął miejsce w tyle auta. Adiutant wskoczył na przednie siedzenie, obok szofera.
– Do Belwederu! – polecił Rydz-Śmigły. – Teraz to ja będę prezydentem!

3 września 1939. Waszyngton.
– Tak, to fascynujące co panowie mówicie, ale… Darujcie… Ja jestem laikiem, nie znam się na fizyce atomowej, ale panowie… To brzmi zbyt fantastycznie, co panowie mówicie. Jedna mała bombka ma zmieść z powierzchni całe miasto? I te całe, te no…
– Promieniowanie, panie prezydencie.
– Tak, tak. No więc panie Eiswein…
– Einstein.
– Sam pan przyzna, że brzmi jak pomysł z jakiegoś groszowego czasopisma science-fiction. Ameryka owszem, ma pieniądze, ale nie możemy sobie pozwalać na ich wydawanie na coś, co nawet nie rokuje szansy na sukces.
– Ależ panie prezydencie, to jest najzupełniej możliwe!
– Panie Einstein, przemyślę to jeszcze wszystko, skonferuję z ekspertami i dam panu znać. Dziękuję i do widzenia!
Drzwi się zamknęły.
– Poszli już?
– Poszli panie prezydencie.
– Uff… Skąd oni się urwali? Jedną bombą całe miasto. Nic dziwnego, że nawet dzieci w szkole nie lubią fizyki. Przyszli już rysownicy od Disneya?
– Czekają panie prezydencie.
– To dawaj ich.
Sekretarz prezydenta przeszedł do pokoju obok.
– Panowie, prezydent Roosevelt prosi.
Grupka mężczyzn weszła do gabinetu prezydenta.
– Panowie! Witam serdecznie i dziękuję za przybycie. Mamy mało czasu, jesteście poważnymi ludźmi i nie będę zabierał wam wiele cennego czasu. Czytacie na pewno gazety i orientujecie się w sytuacji międzynarodowej. Czasy są, jakie są. Wszyscy się zbroją na potęgę, co rusz jakieś konflikty lokalne, a nawet wojny. Wystarczy spojrzeć na Europę. My, ze swojej strony staramy się izolować tak długo jak to możliwe. Niemniej jednak… – Roosevelt na moment zawiesił głos. – Niemniej jednak może przyjść taki moment, kiedy to Stany będą musiały przejąć rolę globalnego lidera. Aby tego dokonać potrzebna nam będzie broń. Nowa. Wspaniała, Potężna. I tu mam zadanie dla was.
– Jak to: dla nas?
– Powiem krótko: potrzebujemy kredek. Najlepszych, najpotężniejszych, o wielkiej sile rażenia. Prace muszą ruszyć natychmiast. O fundusze się nie martwcie. Właśnie kazałem wstrzymać budowę wszystkich lotniskowców.

Jak Wach-Lełęsa z Kisławem-Czeszczakiem walczył

W zasadzie to od razu można napisać, że wizyta Wacha-Lełęsy skończyła się źle. Z kilku powodów. A głównym było to, że ktoś mu ukradł show, co było zbrodnią nie do pomyślenia.
Zbrodniarzem, a właściwie zbrodniarką była dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza.
Zaczęło się tak, że pani pedagog zapowiedziała wizytę słynnej postaci. I zaproponowała zbiórkę pieniężną.
Zdumiona klasa spytała po co.
– On inaczej nie przyjdzie – odparła zmieszana pani pedagog.
– To ja już wiem kto to jest! – zawołała dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza. – Wach-Lełęsa!
– Jak na to wpadłaś?!
– W zeszłym roku był gwiazdą na komunii mojej kuzynki. Tylko on bierze kasę…
– Czy on wystąpi w cyklu autorytety w naszej szkole? – chciał wiedzieć okularnik z trzeciej ławki.
– Już nie.
– Jak ktoś występuje za kasę po komuniach to nie może być autorytetem – stwierdziła z satysfakcją dziewczynka.
– Moja mama twierdzi, że on nadal nim jest – wtrącił Łukaszek.
– Wiem, to ona nalegała, aby zorganizować wam spotkanie z nim – oznajmiła pani pedagog.
Klasa uzbierała środki finansowe i Wach-Lełesa przybył. Zanim zaczął wykład zajrzał do koszyczka, w którym znajdował się datek.
– Tak mało? – skrzywił się. – Nawet na prąd mi nie starczy!
Dał się jednak przekonać i rozpoczął prelekcję.
– Ja, mnie, mój, moje – deklamował z patosem. Klasa się nudziła i gadała. Pani pedagog poczuła, że musi interweniować.
– Uwaga! Kto będzie rozrabiał, ten będzie pisać na bieżąco dyktando ze słów gościa!
Uczniowie zamarli z przerażenia, bowiem składnia, gramatyka i słownictwo Wacha-Lełęsy nie dawały im najmniejszych szans. Zamilkli zatem, a gość opowiadał. Mówił dużo. Głównie o sobie. I o walce.
– Walczyłem! – pokazywał na siebie. – Ja walczyłem! Na śmierć i życie walczyłem! Oj, jak ja walczyłem!
Mówił dużo, ale konkretów w tym niestety było mało. Nic więc dziwnego, że w końcu któryś z uczniów odważył się zapytać z kim Wach-Lełęsa tak walczył.
– Nie wiecie?! – zaperzył się gość.
– Hiobowski, ty na pewno wiesz, od matki – próbowała ratować sytuację pani pedagog.
– Pan walczył z Kisławem-Czeszczakiem – rzekł spokojnie Łukaszek.
– Tak! Oczywiście! Ja walczyłem z gienerałem! A on ze mnom! I przyszłem ja kiedyś do niego i mówiem mu tak: gienerale, czemu pan walczy ze mnom? A on mi na to, że takom ma pracę. A wtedy ja do niego: a nie moglibyśmy się spotykać po pracy? Po piętnastej na ten przykład? I tak go pokonałem. I potem razem pil… pilnowalismy Polski.
– Zaraz, moment – Gruby Maciek machał rękami. – Ale my chcemy wiedzieć z kim pan walczył!
– Mówię, że z Kisławem-Czeszczakiem! Ja z nim, a on ze mną! Ramię w ramię!
– Nie, to trzeba inaczej spytać – rzucił okularnik i klasa zaczęła się gorączkowo naradzać. Oprócz dziewczynki, która odzywała się jako pierwsza. Ta siedziała na swoim miejscu, skrzyżowała ramiona i z pełnym wyższości uśmiechem patrzyła na Wacha-Lełęsę.
– Ja wszystko wiem – powiedziała.
– To nie tak, to nieprawda – zaczął gość, ale nagle pozostali uczniowie oznajmili, że uzgodnili wersję i zadają pytanie. Naprzód wysunęła się przewodnicząca klasy, Melissa.
– Przeciw komu pan walczył?
– Przeciw Kisławowi-Czeszczakowi – nie wytrzymał okularnik.
– To ona ma odpowiadać, nędzna fiucino, a nie ty! – warknął Gruby Maciek i się pobili.
– Ja walczyłem z gienerałem, a nie przeciwko niemu – przyznał Wach-Lełęsa.
– No to przeciw komu?
– Przeciwko małym ludziom, którzy fałszowali dokumenty, produkowali teczki i dzisiaj opowiadają brednie jakobym nie walczył! Czy oni nie widzom jakom podłość mnie robiom? Przez to nie chcom mnie na wykłady zapraszać! I z czego ja bede żył?
Ktoś zasugerował totka.
– To już nie ten totek co kiedyś, nie ma szans, żebym wygrał – machnął ręką gość.
– To przeciw komu pan w końcu walczył?
Ostatnie słowo należało jednak do dziewczynki.
– Czy wy nie słyszycie odpowiedzi? On walczył z introligatorami!
Zapadła cisza.
– Intro co? – spytał ostrożnie Wach-Lełęsa. – Co to jest?
– To tacy ludzie, którzy robią teczki.