Wakacje z politykami

W tym roku jedyny upalny dzień przypadł akurat w sobotę. Kto żyw ruszył w teren. Hiobowscy udali się nad jezioro. Tata Łukaszka wynajął od swojego znajomego z pracy, Kubiaka, domek na cały weekend. Pojechali tam w piątek, przespali się w domku i z samego rana mogli udać się na plażę. Pogoda faktycznie była upalna. Coraz więcej ludzi ściągało nad wodę i rozkładało się na plaży. Upał był coraz bardziej obezwładniający. Łukaszek, czerwony na twarzy, wymamrotał, że już nie daje rady i potoczył się gdzieś w cień. Babcia, dziadek, mama i tata twardo leżeli dalej na słońcu. A siostra Łukaszka, osoba która wydawać by się mogło, najbardziej zainteresowana była opalaniem, nie opalała się wcale. Owszem, założyła na swoje śliczne ciałko kostium kąpielowy , lecz nie położyła się na plaży. Biegała zaaferowana po domku i okolicach twierdząc, że gotuje obiad.
– Te jej gotowanie – skrzywiła się babcia Łukaszka czytając „Studzianki” Janusza Przymanowskiego wydawnictwa Tak Było.
– Twierdzi, że chce się nauczyć gotować dla swojego chłopaka – rzekł dziadek Łukaszka czytając pracę zbiorową „Studzianki” wydawnictwa Tak Nie Było.
– Oby przeżył – westchnął tata Łukaszka czytając Zytra-Piochowicza „Pakt Studzianki” wydawnictwa Tak Mogło Być.
– Przepis ma ode mnie – pochwaliła się mama Łukaszka czytając „Stulejki. Najważniejszy problem Polski” wydane przez Wiodący Tytuł Prasowy.
Pozostałe trzy osoby jeszcze raz pożałowały chłopaka siostry i pogrążyły się w błogim lenistwie. Gdzieś tam dalej, ustawione przy czyimś kocu radio poinformowało wesołym tonem o kolejnym zamachu w Niemczech.
– Powinniśmy przyjąć tych uchodźców i w tym kraju.
Tata Łukaszka przekręcił się na brzuch.
– Chyba oszalałaś! – rzucił zaczepnie do mamy Łukaszka. – Po tym co się…
– Ale to nie mówiłam ja! Owszem, w pewnych aspektach się zgadzam…
– Ja to powiedziałem!
Hibowscy, a także pozostali plażowicze rozejrzeli się i ujrzeli dziwną parę. Drobna brunetka w okularach oraz sędziwie wyglądający cherlawy młodzian. To on właśnie wypowiedział ostatnią kwestię.
– Witamy państwa bardzo serdecznie w tych ciężkich czasach – odezwała się dziewczyna. – Jestem z partii Modernistyczna…
Gruchnął śmiech.
– Ale ja jeszcze nie dokończyłam a państwo już się śmieją! – zapiszczała urażona.
– No bo jak skomentować, że szefem partii o nazwie Modernistyczna jest facet o nazwisku Retro? – zarechotał ktoś.
– Nie Retro, tylko Peszard-Rytru! – brunetka waliła drobną pięścią o korę drzewa. – A poza tym on wkrótce przestanie być szefem i co wtedy?
Ale plażowiczów średnio interesowało szefowanie partii Modernistyczna i oddali się opalaniu. Młodzian wybrał inną taktykę, mianowicie upatrzył sobie konkretną osobę i próbował z nią nawiązać bezpośredni kontakt. Była nią babcia Łukaszka. Dziadek Łukaszka nie widział tego, bo się zdrzemnął. Młodzian uklęknął na piasku obok babci, co babcię jako ateistkę od razu nastroiło nieprzychylnie. Za to następny ruch młodziana zaskoczył ją kompletnie. Wyjął on bowiem z plecaka mały kosz i z trudem wsadził w niego obie dłonie.
– Co pan robi??? – babcia była zaciekawiona.
– Składam ręce w koszyczek – wystękał młodzian. – Według naszego spin doktora to ma uwiarygodnić moje słowa i przyciągnąć uwagę otoczenia.
– Połowa się panu udała – pogratulowała mu babcia.
– Jestem z partii Podest Oligarchów – poinformował młodzian. – Uświadamiamy ludziom, że żyją w terrorze. Widzi to pani?
– Co?
– No ten terror, mówię przecież!
Babcia rozejrzała się dokoła. Po czystym błękitnym niebie płynęły drobne białe chmurki. Łagodnie falowała woda. Kiwały się t5rzciny, głosiło się wodne ptactwo. Nagie dzieci na linii wody biły się łopatkami.
– Ja tu nie widzę żadnego terroru – stwierdziła babcia. – Chciałabym odpocząć, a pan mi tu z polityką…
– Pani nie widzi tego terroru, ale on tu jest, zapewniam panią! Niech pani patrzy, o tam! Widzi pani co tam jest?
– Po wodzie płynie kaczka.
– Na właśnie! Niech pani spojrzy na te drzewa! Co wisi pod igłami?
– Szyszki.
– Sama pani widzi! Oni są wszędzie! Zawłaszczają każdy skrawek naszego życia!
– Ech, te pana wizje, na to trzeba mieć dowody!
– Dowody są, ale ich nie mamy! Bo obecna władza, która musi odejść, ciągle je chowa!!
Młodzian tak krzyczał, że obudził się dziadek Łukaszka i usłyszał ostatnie słowa.
– Jehowa?! Jaki Jehowa?!
– Nie jestem świadkiem Jehowy, jestem politykiem Podestu Oligarchów – tłumaczył się młodzian.
– Że też wy się pchacie na plażę, ja tego nie rozumiem. A nie, już rozumiem! W mieszkaniu bym cię po prostu wystawił za drzwi młody człowieku, a tu się nie da!
– Tylko nie młody i nie człowieku! – spienił się młodzian. – Jestem posłem!
Tymczasem kawałek dalej brunetka opowiadała zachwyconej mamie Łukaszka jaką rewolucję zrobi w sądach gdy zostanie ministrą.
– Jestem za parytetem, więc wszyscy nowi sędziowie będą kobietami. Ale to nie może być byle kto, o nie. To musi być kobieta o podwójnym co najmniej nazwisku. I co najmniej jedno z tych nazwisk musi być niemieckie.
– To jak u was w partii! – zauważył ktoś.
– I to działa – dumnie potwierdziła brunetka.
Okazało się, że na większość plażowiczów działa co innego. Mianowicie siostra Łukaszka, która w kostiumie kąpielowym przeszła kołysząc ślicznymi bioderkami przez plażę z wiaderkiem w ręku. Doszła do linii wody i przykucnęła, po czym poprosiła dzieci o pożyczenie łopatki. Momentalnie wszystkie dzieci przestały się bić i wyciągnęły swoje łopatki w stronę siostry. Siostra wzięła jedną, podziękowała po czym w asyście rozbawionej dzieciarni zaczęła napełniać wiaderko błotkiem z jeziora.
Brunetka podeszła do siostry i ją zagadnęła:
– Czy pani nie czuje wszechogarniającej duszności? Atmosfera w tym kraju robi się jakby brunatna. Nie uważa pani, że nie ma czym oddychać?
Siostra wstała i spojrzała na brunetkę:
– Może pani nie ma czym oddychać. Ja mam!
Wypięła śliczny biuścik i zaniosła wiaderko z błotem do domku. Na plaży wybuchła dyskusja o cyckach.
– Po co jej to błoto? – spytał zaniepokojony Łukaszek.
Ale nikt mu nie odpowiedział bo wszyscy patrzyli na młodziana. Zaczął on bowiem przechadzać się po plaży i krzyczeć tonem sprzedawcy lodów:
– Deeemokracja! Zaaagrożona! Nie ma tróóój! Podziału właaadzy! Kooonstytucja! Jest łaaamana!
Po paru minutach podszedł do nich Łukaszek z dwoma talerzami.
– Siostra obiad zrobiła.
Zmartwiali Hiobowscy patrzyli jak młodzian i brunetka konsumują posiłek. No i sprawdziły się ich najgorsze objawy. Już po paru kęsach oboje politycy upadli bezwładnie na piasek. Młodzian wymiotował i wił się w konwulsjach. Brunetka miała drgawki i białka oczu jej latały. Ludzie proponowali wezwać karetki, ale pomysł ten upadł. Po pierwsze karetki były tego dnia zajęte ratowaniem topielców. Po drugie, czas oczekiwania na karetkę i tak nie dawałby szans na sensowny ratunek. A po trzecie…
– To są politycy, kto wie co im by jeszcze zrobili w tych karetkach – wyraził obawę jeden z plażowiczów.
Politykom objawy wkrótce przeszły. Stwierdzili obolałym głosem, że Polacy nie dorośli do demokracji (młodzian) i że poskarżą się kierownikowi tego jeziora (brunetka).
Kiedy już poszli, Łukaszek dostał oklaski, a Hiobowscy runęli do swojego domku. W kuchni siedziała siostra Łukaszka i smutnym wzrokiem spoglądała to na przepis to na niebezpieczną zawartość garnka stojącego na kuchence.
– Mogłaś zabić tych ludzi! – wykrzyknęła mama Łukaszka. – Coś ty ugotowała?! Dałam ci jeden z najprostszych przepisów! Nawet celebryci potrafią to ugotować! A ty co?!
– No właśnie sama nie wiem – siostra potarła śliczne czółko. – Sprawdzam wszystko jeszcze raz i nic. Wszystko się zgadza.
– Nie kłam mi tu! Gdybyś zrobiła wszystko jak w przepisie ci ludzie przeszliby przed chwilą gastrohorroru!
– No, może… Jedną rzecz zmieniłam… Ale to doprawdy drobiazg. Chodzi o kolejność nakładania potrawy na talerz. Zamiast mule w śmietanie wyszła mi śmietana w mule.

Jak zginął generał Amazonka

Zdziwili się Hiobowscy, a najwięcej mama Łukaszka. Bowiem nawet Najlepsza Telewizja zaanonsowała, że zaprezentuje film o Żołnierzach Wyklętych.
– Ja chyba śnię… – wyjąkał dziadek Łukaszka.
Nawet jeśli to był sen, to szybko się skończył. Bowiem spiker, wnuk osoby, która spotykała Żołnierzy Wyklętych po drugiej stronie biurka, oznajmił:
– Będzie to nasza wersja tego co się stało z generałem Amazonką.
– A nie prawdziwa? – spytała nieostrożnie siostra Łukaszka i mama wyrzuciła ją na korytarz.
Rozpoczął się film. Były wysoki dowódca AK usiłował ułożyć sobie spokojne życie w powojennej, komunistycznej Polsce. Nie udało się. Aresztowała go bezpieka.
– Wie pan jakie my mamy cele?! – ryczał przesłuchujący oficer.
– Wiem – odpowiadał spokojnie generał Amazonka. – Zniszczyć podziemie, wprowadzić komunizm.
Oficer się stropił.
– Nie o to mi chodziło. Pytałem czy pan wie, jakie my mamy cele tu w podziemiach na Rakowieckiej?
– Nie wiem.
– To zaraz będzie pan wiedział!
Generałowi przedstawiono zarzut współpracy z nazistami.
– Z Niemcami – poprawił odruchowo generał.
– Niemieckie to mogą być sklepy albo samochody – sapał drugi oficer.
– A było coś polskiego podczas wojny?
– Obozy. Jeszcze raz pana pytam: współpracował pan z nazistami?
– To nie byli naziści, tylko Niemcy!
– Sam się przyznał – ucieszył się drugi oficer. – Sami słyszeliście! Przyznał się do współpracy!
– Ale z Niemcami, idioto, a nam chodzi o nazistów – powiedział pierwszy oficer. – Nie ma co, bierzemy się za niego.
– Nie dacie mi rady.
– Damy, damy. Co innego zresztą panu też damy.
Generał zbladł i cofnął się pod ścianę.
– Damy panu… Pieniądze! – ubecy zarechotali i zaczęli ciskać w Amazonkę paczkami banknotów.
Ale ten się nie ugiął.
– Twardy, cholera – syknął drugi oficer.
– To my mu damy coś jeszcze – pierwszy podszedł do biurka. Wyciągnął dokument i podetknął go pod twarz swojej ofiary.
– Co to jest? Przyznanie się do winy?
Ubecy znowu się zaczęli śmiać.
– Zobacz, zobacz nagłówek!
Generał w osłupieniu zaczął czytać:
– Akt darowizny… Co to jest?
– Damy ci mieszkanie!
– Nie…!
– Tak! I to nie takie pierwsze lepsze! Dostaniesz cztery pokoje! Albo pięć!! W centrum miasta!!!
– Nie zgadzam się! Nie podpiszę!
– Gówno masz do zgadzania się! Nie musisz niczego podpisywać, to darowizna od naszego wspaniałego rządu ludowego!
– To dawajcie sobie te mieszkanie, a ja i tak się nie przeprowadzę!
– Ty?! Ty tu kochany będziesz siedział, a my sami zrobimy przeprowadzkę! O!
– Świnie! Kanalie! Gorszy sort funkcjonariuszy mundurowych! – generał miotał się po celi.
– Twarda sztuka – drugi oficer otarł pot z czoła. – Co robimy?
– Trzeba wrócić do starych sprawdzonych metod – westchnął pierwszy oficer. – Wybijcie mu zęby i wyrwijcie paznokcie. Potem przytrzaskiwanie genitalii szufladą i siadanie na nodze od taboretu. Po czymś takim generał powinien przyznać się do wszystkiego.
Ale generał się nie przyznał. Lecz oto zadano mu ostatni cios.
Do celi weszła jego żona. Wynędzniała, zapłakana, niosła w ręce list.
– To ty? – spytał ochryple skatowany generał leżąc na podłodze.
– Boże jak ty wyglądasz, co oni ci zrobili…
– E, nic takiego, przecież to kulturalni ludzie, Polacy jak my, co oni poradzą, że mają taką pracę… Wrócę wkrótce do domu i będziemy żyć jak dawniej…
– Nie będziemy – żona zaczęła płakać, a łzy jej kapały na kopertę.
– Co to? Wyrok śmierci?
– Gorzej… To pismo z ZUS… Masz, przeczytaj…
– Jak mam czytać, paznokcie mi zerwali, poplamię kartkę krwią…
– To ja ci potrzymam, czytaj…
I generał Amazonka zaczął czytać:
– Informujemy, że decyzją z dnia… wymiar pana emerytury ulega zmianie…
– Obcięli ci prawie całe świadczenie – chlipała żona. – My za te pieniądze nie przeżyjemy!
Generał chciał coś powiedzieć, ale oczy zaszły u mgłą. I skonał.
Poleciały napisy końcowe, a zaraz po nich… Specjalne wydanie programu informacyjnego.
– Kolejne ofiary ustawy dezubekizacyjnej, bezprawnie obniżającej świadczenia emerytalne…
– To propaganda – tata Łukaszka wstał z fotela. – Akurat tę wiadomość musieli dać po tym filmie!
– To przypadek! – broniła ich mama Łukaszka. – Co więcej, to fakty! Zaprzeczysz może, że coś takiego mam miejsce?
Tata Łukaszka tylko się uśmiechnął.
– Czy ktoś zauważył, co było po filmie? A raczej: czego nie było?
– No… – odezwał się wolno Łukaszek. – Nie było reklam…
– Właśnie! I dlatego to propaganda.

Dwumecz Uczciwych Trójmiasto z Fachowymi Stolica

Cały kraj żył futbolowym starciem Uczciwych Trójmiasto z Fachowymi Stolica.
– Bez przesady, nie cały – odezwała się z godnością babcia Łukaszka.
– Jak mówię, że cały, to cały – warknął dziadek.
– Jak ktokolwiek może kibicować Uczciwym Trójmiasto, przecież to oszuści! – wtrącił się tata Łukaszka.
– Może, liczba ich kibiców rośnie z dnia na dzień! – upierała się mama Łukaszka. – Ludzie spontanicznie zakładają ich szaliki…
– Jest lipiec – zauważyła przytomnie siostra Łukaszka.
– No i co z tego – rozzłościła się mama. – Jest wolność i ludzie mogą nosić co chcą!
…jakiś czas temu odbył się mecz Uczciwych z Fachowymi. Ci pierwsi na własnym boisku zmasakrowali przeciwnika 8:0. Duży udział w zwycięstwie miał napastnik Uczciwych, który pod koniec drugiej połowy, po szóstym strzelonym golu zszedł z boiska. Lecz nie zasiadł na ławce, tylko opuścił stadion i jeszcze nim się spotkanie zakończyło był już zawodnikiem Eutanazja Bruksela.
– Opuszcza pan Uczciwych w trakcie meczu? – pytali kibice.
– Przecież my nie mamy z kim przeghać! – tłumaczył się napastnik.
Rzeczywiście. Fachowym szło jak po grudzie. Swój udział miał w tym też sędzia…
– To arbiter klasy światowej! – upierali się kibice Uczciwych.
…który był jednocześnie prezesem lokalnego oddziału niewidomych…
– Jest wolność, wolno należeć gdzie się chce!
…a jego syn grał – akurat tak się złożyło, w drużynie juniorskiej Uczciwych.
– No to co z tego! To przecież nie on, tylko jego syn! To co, synowi już nic nie wolno? Paranoja! – zakrzykiwali się zwolennicy drużyny z Trójmiasta.
Pierwszy mecz skończył się więc wynikiem 8:0.
– Jak to: pierwszy mecz? – spytali wystraszeni zawodnicy Uczciwych.
– Bo teraz czas na rewanż! U nas! – i ekipa Fachowych zatarła ręce.
Rozpoczęło się drugie spotkanie. Fachowi zaskoczyli przeciwnika kondycją i taktyką. Grali świeżo i szybko. Uczciwi próbowali faulować, lecz nowy sędzia nie pozwalał na nieczystą grę. Pokazał dwie czerwone kartki i ekipa Uczciwych zmalała do dziewięciu.
Kibice z Trójmiasta zachowywali się strasznie. Wisieli na siatkach odgradzających ich sektor, wyli i domagali się redukcji drużyny Fachowych również do dziewięciu osób. Wtedy byłoby uczciwie ich zdaniem.
Napastnikiem Fachowych był niejaki Ildefons, zwany przez kibiców drużyny przeciwnej pogardliwie Alfonsem.
– Do roboty, Ildefons – oświadczył kapitan Fachowych. – musimy odrobić osiem bramek!
– To jest niemożliwe! – śmiali się kibice Uczciwych.
– To jest niemożliwe – wzdychali kibice Fachowych marzący chociaż o honorowym trafieniu.
I wszyscy byli w ciężkim szoku bo tuż przed końcem pierwszej połowy wynik był 8:0 dla Fachowych.
– Jak oni to zrobili? – wyjąkali wszyscy.
– Wystarczy nie pudłować – oznajmił ofensywny pomocnik Fachowych.
Kapitan Uczciwych rzucił pomysł wypożyczenia na drugą połowę ich byłego napastnika z Eutanazji, ale napastnik odmówił.
Sędzia już spojrzał na zegarek, dochodziła czterdziesta piąta minuta spotkania.
– Decydująca akcja! – zakomenderował kapitan Fachowych.
Przedarli się przez pierwszą linię Uczciwych. Przez drugą linię. Krótkie podanie do wychodzącego na pozycję Ildefonsa, który miał przed sobą tylko bramkarza i…
– Stop – Ildefons zatrzymał wszystkich. – Spójrzcie no tylko tam!
Przy linii bocznej leżał zawodnik Uczciwych. Nikt go nie sfaulował, po prostu kiedy inni biegnący za piłką go minęli, to położył się na murawie i tarzał udając faul. – Pomyślmy przez chwilę o idei sportu. Czy to jest to, czego oczekuje od nas publiczność? Nie. Publiczność nie oczekuje od nas, abyśmy wygraną jednej drużyny zastąpili wygraną drugiej drużyny. Publiczność oczekuje od nas wyrównanej walki fair play. Długo o tym myślałem i naradzałem się z szefową klubu piłkarza z Pawełkowic. Nikt ze mną nie konsultował tego podania, oraz tego, że mam strzelać bramki drużynie grającej w osłabieniu. To niegodne harcerza, a ja byłem harcerzem. W związku z tym, może zejdzie dwóch naszych? Byłoby po równo?
– Nigdy – rzucił przez zaciśnięte zęby kapitan.
– No to może zagramy w siatkówkę, co?
– Jeszcze czego.
– W takim razie ja nie strzelę gole kiedy tamten biedak jest kontuzjowany.
– Zwariowałeś, chcesz im oddać piłkę? Przecież on udaje! – krzyczeli inni Fachowi.
Ildefons po namyśle wybił piłkę w stronę swojego bramkarza i rzekł radośnie uśmiechnięty:
– Rozpocznijmy cała akcję jeszcze raz!
Sfaulowany wstał i radośnie rechocząc pogonił za piłką.
– Coś ty zrobił?! – Fachowi złapali się za głową i popędzili pod swoją bramkę, goniąc piłkę i przeciwnika, aby nie zostawić swojego bramkarza w sytuacji sa na sam. Na szczęście rozległ się gwizdek sędziego i rozpoczęła się przerwa.
Dziwne zagranie Ildefonsa było różnie komentowane. Kibice Fachowych oburzali się twierdząc, że Ildefons liczy na transfer do Uczciwych. Komentatorzy sportowi twierdzili, że chciał zerwać z łatką Alfonsa. Kibice Uczciwych triumfowali, że Alfons pękł i mecz już jest ich.

Wycieczka do Francji last minute

Hiobowscy rzadko wyjeżdżali gdzieś na wakacje korzystając z ofert biura podróży. to, co się więc stało było dla nich dużym zaskoczeniem. Niemniej, inne osoby, które często z takimi biurami miały kontakt, jak na przykład mama Wiktymiusza, były również mocno zaskoczone. Można zatem śmiało powiedzieć, że taktyka biura podróży „Ostatnia okazja” z Pawełkowic była śmiała i nowatorska, co na tym rynku nie jest takie proste ani łatwe. Co więcej, taktyka ta była bardzo owocna, co także jest warte podkreślenia.
A zaczęło się tak, że do dziadka Łukaszka wracającego z zakupu ze sklepu „Dyskont Niezłomny” podszedł jakiś młody w garniturze i odezwał się w te słowa:
– Nie myślał pan nigdy w te niespokojne czasy aby…
– Myślałem, że Jehowi chodzą po mieszkaniach – przerwał mu dziadek.
– Nie jest Jehowym. Chodzi mi o finanse…
– Nie mam. Żadnych garnków nie kupię.
– Nie chodzi o garnki tylko o wyjazd do Francji last minute.
I tu młody w garniturze wymienił jakąś solidną kwotę.
– Chyba pan oszalał – zaśmiał się dziadek. – Owszem w Polsce robi się powolutku coraz lepiej, ale pięćset plus pozwala ludziom co najwyżej pojechać nad Bałtyk. Albo w Tatry. Ale nie do Francji. A na pewno już nie za tę kwotę.
– Jeszcze zobaczymy! – odszczeknął się buńczucznie młody. – Nasza taktyka jest bezbłędna! Wielokrotnie się sprawdziła! Ludzie będą nas błagać o miejsca na wycieczkę…
– Musicie obniżyć cenę…
– Żadnej ceny nie obniżymy.
– To jak chcecie to zrobić?
– Musimy znaleźć kogoś, kto jest otwartym na imigrantów lewakiem.
Tu dziadek miał bardzo prostą sprawę, bo od razu przyszedł mu do głowy pan z piątego piętra. Niedawno dziadek miał z nim niemiłe ścięcie. Ów pan zaatakował dziadka za islamofobię i że jest przeciwny przyjmowaniu uchodźców do Polski.
– A tan jest za? – warknął dziadek.
– Oczywiście!
– To ilu przyjmie pan do siebie?
Pan zaczął bąkać, że tak nie można stawiać pytania, że samo pomyślenie jest zbrodnią, a poza tym on nie może przyjąć uchodźców, bo często go nie ma w domu. Bo manifestuje w stolicy. I taki imigrant poczułby się osamotniony i opuszczony.
– To niech pan ich weźmie więcej – poradził serdecznie dziadek Łukaszka.
– Co za chamstwo – fuknął pan.
I tak to się wtedy skończyło, a teraz pan szedł akurat na dziadka Łukaszka, który oczywiście nie mógł przepuścić takiej okazji i przedstawił miłośnika imigrantów przedstawicielowi biura podróży.
– Do Paryża? – zastanawiał się miłośnik imigrantów.
– Tam mnóstwo imigrantów! – kusił pan w garniturze. I widząc grymas niesmaku na twarzy potencjalnego klienta kusił dalej:
– Wieża Eiffela! Luwr! Wersal! Zamki nad Loarą!
Miłośnik imigrantów zaczął się łamać i zapytał za ile byłby ten wyjazd.
– Za darmo!
Dziadek zawrzał gniewem:
– Jak to?! Przecież sam przed chwilą podawał mi zupełnie inną cenę!
– Dla tego pana akurat jest za darmo. To część naszej taktyki.
Dziadek tylko zaciął usta. A miłośnik imigrantów po dłuższym namyśle zgodził się. Uradowany przedstawiciel biura zaciągnął go do auta celem podpisania umowy.
Młody w garniturze pojawił się na osiedlu tydzień później. Biegał od bloku do bloku, dzwonił po mieszkaniach i zapraszał ludzi na specjalny pokaz wycieczki.
Zaciekawieni mieszkańcy zeszli się na pod osiedlowy dom kultury. A tam stała opancerzona furgonetka, z której wnętrza dochodziła jakieś łomoty i krzyki.
– Czy to nie imigranci? – spytał ktoś przestraszony.
– Ależ skąd! – zapewnił przedstawiciel. – To po prostu jeden z naszych klientów.
Dziadkowi przez głowę przemknęło straszne podejrzenie.
– Uwaga, otwieram! – zawołał przedstawiciel, no i otworzył.
Z środka wypadł z obłędem w oczach miłośnik imigrantów. Zawahał się na widok tłumu ludzi, ale szybko wybrał jakąś lukę pomiędzy zgromadzonymi. Przeskoczył przez kosz na śmieci i schował się pod ławkę. Chwycił obiema rękami na jej nogi. Mocno.
– Je suis merde! Je suis merde! – wołał żałosnym głosem. – Nicht schiessen! Allah akbar! Mamo! Ja chcę do domu! Zgadzam się na wszystko tylko nie róbcie już mi tego więcej!
Zaczął płakać i oddał pod siebie mocz.
– Coście mu zrobili – odezwał się ktoś z tłumu.
– Zawieźliśmy go w Paryżu do strefy „no-go” – wyjaśnił młody w garniturze. – Nawet nie wiecie ile nas kosztowały starania, aby odzyskać go z powrotem.
– Wygląda na to, że wyleczył się z miłości do imigrantów raz na zawsze – rzucił ktoś.
– Żadnych imigrantów – załkał pan pod ławką i zagryzł zęby na nodze ławki.
– Proszę państwa! – zawołał przedstawiciel biura. – Sami państwo widzą co się tam dzieje w tej Francji. Dlatego proponujemy państwu wycieczkę do… Francji. Last minute.
I wymienił solidną kwotę.
– Czy to nie za wysoka kwota za wycieczkę last minute? – zapytała jakaś pani.
– Proszę pani, to nie wycieczka jest last minute, tylko Francja jest last minute! Tego pana zawieźliśmy do strefy no-go, ale tych stref przybywa coraz więcej i więcej. Kto wie, być może to ostatnie okazja by zobaczyć wieżę Eiffela i Pola Elizejskie? By zobaczyć Bordeaux i Niceę? Za rok, dwa, może już tego nie być!
Dziadek Łukaszka nie wierzył własnym oczom. Ludzie rzucili się hurmem zapisywać na wyjazd.
– A… Tego… – jeden pan dopytywał się z boku. – Macie tylko Francję?
– A dokąd by pan chciał?
– Do Szwecji.
– Do Szwecji już nie jeździmy.
– Ale rok, dwa lata temu mieliście wycieczki do Szwecji.
– Mieliśmy. Ale teraz już nie mamy.

Twerking kontra faszyzm

Łukaszek, Gruby Maciek i okularnik stali wraz ze swoimi dziewczynami pod blokiem Łukaszka i rozmawiali o czymś. Nagle rozległy się rytmicznie okrzyki:
– De-mo-krac-ja! De-mo-krac-ja!
I obok nich przebiegła grupa pań w wieku różnym, w stroju gimnastycznym, pokrzykując rytmicznie.
– Co to jest??? – spytała Julia, dziewczyna okularnika.
Panie je usłyszały, zawróciły i zbliżyły się truchtając. Ku swojemu zdumieniu Łukaszek rozpoznał na czele grupy mamę przedszkolaka Wiktymiusza, a na końcu grupy swoją własną mamę.
– Nie czyta się „Wiodącego Tytułu Prasowego” – wysapała mama Łukaszka.
– On jeszcze jest? – spytał nierozważnie okularnik.
– Jest, oczywiście, i nadal wiedzie! – parsknęła mama Łukaszka. – Gdybyście czytali porządną prasę, wiedzielibyście, że w Polsce narodził się nowy ruch społeczny!
– Myślałem, że jest faszyzm i nie wolno zakładać ruchów społecznych – zadudnił Gruby Maciek.
– Wolno, ale i tak jest faszyzm – odpowiedziała mama Wiktymiusza. Skinęła ręką i pozostałe panie zaczęły robić pompki skandując „And-rzej we-to!”.
– Co to jest??? – odezwała się ponownie Julia.
– Kodfit – rzuciła dumnie mama Łukaszka.
– A po polsku? – spytała Jagoda, dziewczyna Łukaszka.
– To jest po polsku.
Łukaszek zrobił facepalma.
– Ja może rozwinę – mama od Wiktymiusza spojrzała nieco złośliwie na mamę Łukaszka. – Bo niektórzy widzę, że popierają a sami dokładnie nie wiedzą co. Kodfit to najnowszy ruch społeczny odpowiadający na szerokie zapotrzebowanie mas. Łączy on coś dla ciała, czyli treningi, z tym co dla ducha, czyli z walką o wolność o demokrację. I tak na ten przykład walcząc o wolne sądy robimy jednocześnie uda.
– A co robi ta pani? – wyjąkała pulchna blondynka od Grubego Maćka.
– To twerking – odparł odruchowo Gruby Maciek, który byłby prymusem w czerpaniu niewłaściwej wiedzy z internetu i szybko zakrył sobie usta.
– Tata wie o tym? – spytał zmęczonym głosem Łukaszek.
– Wie – odparła dziwnie cicho mama Łukaszka i zaczęła skubać dół koszulki.
– To uwłacza godności kobiety – oznajmiła wściekle Julia. Okularnik, znając wybuchowy charakter swojej lubej milczał przezornie.
– My to stosujemy do przepychania barierek na demonstracjach – protestowała mama Wiktymiusza.
– To uwłacza godności kobiety – potwierdziła Jagoda. – Ale świetnie wpływa na pupę. Uda i talię też.
– Talia? – rozmarzyła się pulchna blondynka.
– Chyba mi nie powiesz, że to uprawiasz? – zaatakował Julia.
– Umiem to.
– To uwłacza, przypominam, sama przyznałaś!
– Uwłacza, ale warto umieć. Może być taka chwila – Jagoda zerknęła na Łukaszka. – kiedy dziewczyna będzie musiała zrobić coś upokarzającego.
– Ty fuksiarzu – pozostali chłopacy zaszurali gniewnie pod adresem Łukaszka.
Mama Wiktymiusza wydała kolejną komendę, teraz panie kręciły bioderkami powtarzając „Bę-dziesz sie-dzieć, bę-dziesz sie-dzieć”.
– Może ja też spróbuję tego twerkingu – zaczęła się łamać pulchna blondynka.
– Ja na pewno nie – warczała Julia.
– Ach, moja droga, ty nie masz czym – machnęła ręką blondynka i wojna światowa zawisła w powietrzu.
– Jak to, ja nie mam czym?! – nastroszyła się gniewnie Julia. – Jak chcę, to będą mogła! Powiedz, że mogę? – zwróciła się do okularnika, a ten przytaknął z podejrzanym entuzjazmem.
– Zapraszamy zatem do nas! – zawołała mama Łukaszka. – Możecie się przyłączyć i ćwiczyć razem z nami. Bo ważniejszy niż talia jest trójpodział władzy. W tej chwili jest on zagrożony i grozi nam faszyzm.
– Przecież teraz z tymi sądami jest u nas jak w Niemczech – zauważył okularnik.
– No i pani ma rację, bo Niemcy to faszyzm – zadudnił Gruby Maciek.
Mama Łukaszka zawyła ugodzona boleśnie w mentalne żywe mięso.
– Nie możecie ćwiczyć ot tak sobie, w domu – poinformowała mama Wiktymiusza. – Musicie robić to razem z nami. Bo my robimy to przeciw faszyzmowi. Co, boicie się, że nie dacie rady? Dla początkujących mamy grupy spacerowe. Przychodzicie z kijkami i spacerujecie.
– Czyli nordic walking – zauważył Łukaszek.
– Nie. Bo spacerujecie w rytm słów „wol-ne są-dy, wol-ne są-dy”!. I wtedy to jest nordic koding.

Totek

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Zagląda do mnie nasza premier, Beata. Jest blada.
– Panie prezesie… – mówi cicho. – Czy pan dzwonił parę minut temu do dziennikarza…
– Owszem, dzwoniłem.
– Ale on mówi, że pan mu powiedział…
– Owszem, powiedziałem.
– A… A… Ale jak to?
– Wejdź – kiwam ręką. – Wejdź i zamknij drzwi, bo tu ze Zbigniewem ważne rzeczy omawiamy.
Beata siada w fotelu obok Zbigniewa, patrzy na niego współczująco i mówi:
– Lustracja, co?
– Ano – wzdycha Zbigniew. – Za Chiny tego nie przeprowadzimy.
– Ty tych Chin nie wywołuj z lasu – ostrzegam go łagodnie. – Kto wie jak nam się razem stosunki ułożą. A co do tej ustawy i paru innych to trzeba to zrobić tak, żeby wszyscy byli zadowoleni.
– Ciekawe jak – Zbigniew wierci się w fotelu. – U nas musi być cały czas pełna mobilizacja, ludzie czują się wypaleni. Opozycja czyha tylko na jakieś nasze potknięcie. A antysystemowcy deklarują, że są z nami, a ciągle głosują przeciwko nam.
– Więc ich zrobimy odpowiedzialnymi za to co się stanie – i pytam ich czy znają stary kawał o Żydzie i kozie.
Nie znają.
– Dawno temu pewien Żyd miał żonę i mnóstwo dzieci. Mieszkali w starej, ciasnej chałupie, w jednej izbie. I wszyscy narzekali jak to jest niedobrze. Więc Żyd postanowił, że zrobi coś by temu zaradzić. I wprowadził do chałupy jeszcze kozę.
– I to pomogło? – pyta osłupiały Zbigniew.
– Oczywiście, że nie. Wszyscy zaczęli narzekać, że jest jeszcze gorzej. Więc Żyd wziął i wyprowadził kozę z chałupy. I wyobraźcie sobie: wszyscy byli zadowoleni! I tu zrobimy tak samo!
– Jaką kozę pan wprowadzi? – pyta Zbigniew.
Zamiast mnie odpowiada Beata:
– Już wprowadził. Zadzwonił do dziennikarza i powiedział, że ministerstwa też będą grać w totka.
Zbigniew wzrusza ramionami.
– I wygrywać – uściśla Beata . – Stąd będziemy mieć pieniądze na wszystko.
– Jak wygrywać, skoro…
– Bo my będziemy mieć system – przerywam Zbigniewowi. – System, dzięki któremu będziemy zawsze wygrywać w totka.
Cisza.
– Pan naprawdę powiedział im coś takiego? – Zbigniewowi jest słabo.
– Sprawdźcie no na tych waszych nowoczesnych telefonach. No i?
– Twitter kipi – raportuje Beata.
– Na Facebooku też się gotuje – potwierdza Zbigniew.
– To idziemy do Sejmu głosować te twoje ustawy. Wołaj wszystkich!
Po kilku godzinach wracam do swojego gabinetu. Kot już na mnie czeka. Beata i Zbigniew są ze mną. Siadamy.
– Sprawdźcie teraz ten wasz internet.
– Źle. Wszyscy po nas jadą. Opozycja ma używanie. Antysystemowcy chcą żebyśmy się wycofali z projektu totek plus. A najlepiej zrobili w tej sprawie referendum…
– …połączone z referendum w sprawie JOW – przerywam Beacie. – Tak, tak. Jak zwykle. Gdzie jest mój telefon? Halo? Pan dziennikarz? Chciałem z panem porozmawiać… Nie, nie o totku. Głosowaliśmy nad ważnymi ustawami mającymi fundamentalne znaczenie… Co? Nie, ten system tylko dla ministerstw. Ustawami mającymi poważne znaczenie dla funkcjonowania… Oczywiście, że ten system działa. Sto procent. Zobaczy pan w sierpniu jak zaczniemy zgarniać same szóstki. Trzeba będzie jakiś grafik zrobić, żeby sobie ministerstwa nie wchodziły w paradę. A o innych ustawach nie chce pan posłuchać? To do widzenia?
– Jezu – Zbigniew znowu jest blady. – Rozniosą nas po pierwszej wygranej.
– Nie będzie żadnej wygranej.
– Przecież sam pan mówił… – po minie Beaty widzę, że się kompletnie pogubiła.
Drzwi uchylają się i zagląda nasza rzeczniczka.
– Muzyk przyszedł.
– Niech wejdzie.
Wpada przywódca antysystemowców, którzy twierdzą publicznie, że nie mają przywódcy.
– Panie prezesie! Tak nie można! Tamci kradli, to myślicie, że wam też wolno?!
– To nie jest kradzież.
– Państwowa instytucja wgrywająca pieniądze w państwowej loterii to tak jak kradzież!
– Kogo niby okradamy?
– Jak to ogo, oczywiście obywateli! Tak pan zawsze lubi się chwalić mandatem od suwerena, a teraz co? Zabiera pan temu suwerenowi pieniądze! czas skończyć z tą partiokracją! Szliśmy do wyborów pod hasłem zmiany systemu, tymczasem pan ten system…
– Ma pan rację, panie Pawle – wchodzę mu w słowo.
– Co?
– Wycofujemy się z totek plus.
Popatrzył na mnie podejrzliwie. Ale Beata i Zbigniew mu potwierdzili. Wyszedł więc na korytarz i hałaśliwie oznajmił, że jego ugrupowanie zniszczyło system.
Na mój gest Beata zamknęła drzwi. Zbigniew już bez mojego polecenia monitorował internet. Bystry chłopak jest, za to go lubię.
– Panie prezesie – w jego głosie dźwięczały nutki dumy i szczęścia. – Ludzie się cieszą, że nie będzie grać systemowo w totka! Sondaże szybują w gorę! Wszyscy nas popierają!
– A antysystemowcy chwalą się, że to dzięki nim – pokiwała głową Beata.
– Tak jak mówiłem – zwracam się do Zbigniewa. – Masz te swoje ustawy, wszyscy są zadowoleni, a antysystemowcy za to odpowiadają…
– Nie wszyscy są zadowoleni. A opozycja?
– Nie wyglądają na zadowolonych.
– Wyglądają. Tylko po prostu ty ich jeszcze nie widziałeś naprawdę niezadowolonych.
– Jezu – Zbigniew znowu blednie. – Co pan znowu planuje?
Siedzę sobie i głaszczę kota. Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.

Wach-Lełęsa, SB i współpraca

Właściwie u Hiobowskich sprawa z Wachem-Lełęsą była prosta i oczywista. W kwestii jego współpracy z SB były trzy zdania. Tak przynajmniej wyglądało z ankiety, którą przeprowadziła mama Łukaszka.
– Zaraz, jak to: trzy? – zreflektował się tata Łukaszka. – Przecież możliwe są tylko dwie odpowiedzi! Tak albo nie! Jaka jest ta trzecia opcja?
– Kto to jest Wach-Lełęsa? – zapytała siostra Łukaszka i zatrzepotała ślicznymi rzęsami.
– No tak – mruknął tata Łukaszka i siostra została wyrzucona za drzwi.
…w kwestii jego współpracy był dwa zdania i rozkładały się one po równo pomiędzy obecnych.
– Zaraz, jak to: po równo? – nie wytrzymał znowu tata Łukaszka.
– Co ci znowu nie pasuje?! – eksplodował dziadek Łukaszka.
– No bo jak pięć głosów może rozłożyć się po równo?!
– Bardzo prosto – mama Łukaszka sięgnęła po ankiety. – Dwa na tak i dwa na nie.
– A! To są cztery! – zakrzyknął triumfująco tata Łukaszka. – No, przyznać się, kto nie głosował!
– Ja – odezwał się spokojnie Łukaszek.
– Ty?! Jak to?! Dlaczego?!
– Nie sądzicie, że to trochę głupie, ustalać takie rzeczy w drodze głosowania?
– Hm, no, może, ale…
– Nie ma żadnego ale.
– Bo to nie ma pewności na sto procent…
– Pewność już jest – Łukaszek zerknął na telefon. – Sam Wach-Lełęsa ogłosił, że nigdy nie współpracował z SB.
– Też mi nowość – prychnął pogardliwie dziadek Łukaszka. – Zawsze to mówił.
– Więc cały czas mówił prawdę, a ty mu nie wierzyłeś – pokiwała głową babcia Łukaszka.
– Ale gdzie tam! On kłamał! On współpracował! Są świadkowie! Są dowody!
– Są dowody, owszem, ale inne – Łukaszek nadal patrzył na ekran telefonu. – Wszyscy to przyznają. I z lewa i z prawa, i z naszej telewizji i z nienaszej…
– Niemożliwe – żachnęła się mama Łukaszka. – Wszyscy? Wszyscy się zgadzają?? Wszyscy mają jedno zdanie??? Niemożliwe.
– Możliwe, bo zdarzył się pewien przełom… – i Łukaszek włączył telewizor.
A tam, na wszystkich kanałach pokazywali Wacha-Lełęsę jak siedział w studio tv i przyjmował od wszystkich hołdy.
– Od wszystkich… – jęknął dziadek i osunął się na kanapę.
– Jak to??? – tata Łukaszka nie mógł uwierzyć. – Ale przecież… Były kontakty… Sam przyznał! W tym słynnym wywiadzie pięć lat temu!
– Kontakty, były, owszem… – przyznał prowadzący program. – Ale teraz wszystko ukazało się w nowym świetle! Zupełnie inne!
Okazało się, że znaleziono tajne archiwum księdza Szalotki!
A tam – wszystko! Wszystko!!
Wach-Lełęsa wcale nie współpracował z SB!
To SB współpracowała z Nim!
Zanim się wszyscy zorientowali, to on już wszystkich ograł! Podwójnie!! Ba, potrójnie!!!
Ten młody, sympatyczny, skromny, prosty jak drut elektryk zwerbował całą Służbę Bezpieczeństwa i przeciągnął ją na swoją stronę!
W dzień pracował w pocie czoła, popołudniami grywał w totka, nocami biedził się nad powiększeniem rodziny – i nie przeszkadzał mu mały metraż, o nie! A wieczorami… Wieczorami, kiedy Trójmiasto spokojnie pogrążało się w kojącym dobrobycie epoki gierkowskiej, Wach-Lełęsa działał. Udawał się na spotkania, werbował agentów, penetrował kontakty i lokale kontaktowe, przepisywał meldunki, zakładał kartoteki… Po prostu tytan pracy!
– Jak się panu to udało?! – pytali ze zdumieniem zgromadzeni w studio dziennikarze wszelkiej opcji, oraz osoby, które dziennikarzami nazwać byłoby wstyd.
– Cóż – Wach-Lełęsa uśmiechnął się skromnie. – Jako jednego z pierwszych zwerbowałem ich szefa. Kisław-Czeszczak miał u mnie pseudonim „Bolek”.
Wybuchła wrzawa i aplauz. Bo już nie mogło być wątpliwości, że Polska nie miała większego bohatera. Sam jeden…
– Bez przesady, żona coś tam pomagała…
Archiwum księdza Szalotki rzuciło też więcej światła na heroiczną walkę toczoną samotnie przez Wacha-Lełęsę z całym aparatem. Kusili go pieniędzmi i mieszkaniami, ale nie uległ. Wręcz przeciwnie. To on ich wszystkich złamał, to oni wykonywali jego polecenia, to on im płacił…
– Momencik – odezwał się jakiś redaktor z gazety ekonomicznej. – Pan daruje, ale tych esbeków trochę było… I wszystkim pan płacił? A z czego jeśli wolno spytać?
Wach-Lełęsa przełknął ślinę i odpowiedział dziarsko:
– Wygrywałem w totka!

Nieoczekiwana zmiana ról

Jak co roku, w sobotni dzień, odbywały się dwa wydarzenia. Kongres partii rządzącej oraz rada programowa największej partii opozycyjnej.
Z początku było to ekscytujące. Pierwsi wyliczali co poprawili po drugich, drudzy grzmieli co ci pierwsi aktualnie niszczą. Cały kraj tym żył. No ale ile można?
Bo i tak się nic działo. Nic się nie zmieniało. Dwa spotkania jednego dnia i wszystko toczyło się dalej.
W tym roku też się tak zapowiadało. Partia rządząca organizowała konwent pod hasłem „Demokracja jest wtedy kiedy rządzi większość”. Partia opozycyjna zwołała radę programową głosząc „Demokracja jest wtedy kiedy rządzimy my”. Oba spotkania odbyły się w sobotę, a w niedzielę już nikt o nich nie pamiętał.
Za to w poniedziałek…
Tata i dziadek siedzieli na kanapie i w osłupieniu patrzyli to na siebie to na telewizor. Prowadząca wiadomości w kanale państwowym płakała. Mama Łukaszka stała na środku pokoju w pozie statuy wolności, tylko zamiast pochodni trzymała w wysoko uniesionej dłoni zmięty dzisiejszy egzemplarz „Wiodącego Tytułu Prasowego”. Na pierwszej stronie informował on, że w związku z ostatnią zmianą na scenie politycznej przewidywana jest reaktywacja spółki Amber Gold.
– Cha cha cha cha cha!!! – mama Łukaszka też płakała, lecz jej łzom towarzyszył triumfujący śmiech. – Wreszcie!!! Po tylu latach niewoli, okupacji, odcinania dotacji! Znowu będzie tak jak dawniej!! Znowu będzie ciepła woda w kranie!!!
– A teraz nie ma? – spytał Łukaszek.
– No, jest… Ale jakaś taka… Niesmaczna. Nic to! Wróci to co było!! Wymażemy te lata terroru z pamięci!!!
– To znaczy, że ja będę musiała powtarzać studia? – rozpłakała się siostra Łukaszka.
Jedyną osobą, która zachowała spokój, była babcia Łukaszka.
– Żeby dorośli ludzie wierzyli telewizji… – uśmiechnęła się cynicznie.
– No tak, ty najlepiej wiesz, że telewizja kłamie – rzekł z przekąsem dziadek.
– To nie jest jedyny sondaż – poinformował ją Łukaszek. – Kiedy rano to opublikowano, zaraz wszystkie inne sondażownie też zaczęły robić swoje badania. To jest we wszystkich telewizjach, w całym internecie. Wszędzie, ale to wszędzie, opozycja wygrywa z partią rządzącą. I to sporo. I nikt nie wie dlaczego. I nikt nie wie jak to się stało.
– Bo to szwindel – wzruszyła ramionami babcia. – Telewizja! Internet! Phi! Ludzie, ludzie są najważniejsi! Już Lenin mawiał, że to kadry decydują o wszystkim!
Babcia sięgnęła po telefon.
– Halo, pani Sitko? Witam. Tak, to ja. No. Nie, wszyscy zdrowi. Tak, u nas na naszym piętrze też pada deszcz. Dzwonię bo chciałam się spytać o te sondaże. Że niby opozycja od dzisiaj miażdżąco wygrywa. Co? Co? To prawda?? I pani mąż brał w tym udział??? Już do pani idę!
Babcia odłożyła telefon i oznajmiła:
– Pan Sitko brał udział w jednym z tych sondaży. I też głosował za opozycją. Idę, żeby mi to wyjaśnił.
– Chodźmy wszyscy – zaproponował wstrząśnięty tata.
I poszli.
Pan Sitko siedział za stołem i jadł obiad.
– Brał pan udział w tych durnych sondażach?! – naskoczył na niego dziadek.
– Taaak…
– Głosował pan za opozycją? – spytała słodko mama Łukaszka.
– Taaak…
– Dlaczego? – chciał wiedzieć tata Łukaszka.
I dalej poleciało. Przecież jest lepiej, większe wpływy z VAT, bezpieczniej na ulicach, nikt się nie wysadza ani nie rozjeżdża, jest pięćset plus, jest mieszkanie plus, jest kolejka do lekarza plus, jest zwierzę plus, jest kornik plus, jest oceń sędziego przez internet plus, Polska wstaje z kolan, jest dywersyfikacja gazu, węgla, kolei, linii lotniczych i fabryk żelatyny, będzie tunel do Świnoujścia od Mierzei Wiślanej, liczą się z nami wszędzie, nie kradną, wojsko się modernizuje, szkoły też, żołnierze wyklęci, i tak dalej…
Pan Sitko zdążył dokończyć obiad w trakcie zadawania pytania.
– No więc: dlaczego?
Pan Sitko złożył sztućce i w zamyśleniu popatrzył przez okno.
– Ja się zasadniczo z państwem zgadzam. Tak. Ja się zgadzam. No, faktycznie, wtedy… Ale teraz, do cholery, tego już się nie da wytrzymać!
– Demokracja! – zawtórowała rozanielona mama Łukaszka.
– Mam gdzieś demokrację! Może i wtedy kradli, ale pogoda była bez porównania lepsza! To ma być lipiec!? Leje i leje, i wiatr mocny, a jak zimno!