Jak naprawdę wybuchła druga wojna światowa

Taki właśnie był tytuł, „Jak naprawdę wybuchła druga wojna światowa”.
– To nieważne – machnął ręką dziadek Łukaszka.
– Jak to? – oburzyła się babcia Łukaszka. – To co jest ważniejsze? Treść? Reżyser?
– Ważniejsze jest w jakiej telewizji to pokazują – dziadek uniósł palec do góry, a babcia przyznała mu rację.
Film miał być prezentowany w Najlepszej Telewizji.
– To nie będzie miał wiele wspólnego z prawdą – zażartował tata Łukaszka, a mama ciężko się obraziła.

…był jeden z ostatnich dni sierpnia tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku. Słońce wesoło odbijało się w oknach Kancelarii Rzeszy w Berlinie. Hitler siedział przy stole i popijając kefir gryzmolił coś ołówkiem marszcząc przy tym czoło. Drzwi się uchyliły, do wnętrza pomieszczenia zajrzał Bormann, który od razu wycofał się na korytarz.
– Nadal pisze te bzdury – Bormann westchnął ciężko.
– Jest pan pewien? – Goering uniósł brwi.
– Pił kefir.
– Hm, no tak… ale miał tu być Ribbentrop! – ożywił się Goering.
I jakby w odpowiedzi na jego słowa na końcu korytarza ukazały się dwie postacie.
– Ribbentrop! – ucieszył się Goering. – A nie mówiłem?! Ale… Nie jest sam?
Joachim von Ribbentrop nie był sam. Wraz z nim szedł młody, acz niemłodo wyglądający mężczyzna.
– Prosto z Moskwy? – zagadnął Himmler.
– Z Moskwy, ale nieprosto – odpowiedział dyplomatycznie Ribbentrop. – Miałem międzylądowanie w Warszawie, skąd zabrałem tego oto tu obecnego posła na Sejm Polski pana Von Smolhausena.
Poseł von Smolhausen zrobił szpagat.
– Heil Hitler robi się ręką – wyjaśnił cierpko Goering.
Poseł von Smolhausen szybko się poprawił.
Bormann już stukał do drzwi gabinetu.
– Mein Fuehrer…? Możemy wejść? Minister Ribbentrop wrócił…
– A, to prosze, proszę do środka… Wszystkich… No i jak, Ribbentrop, podpisał?
– Podpisał – potwierdził Ribbentrop, a wśród towarzyszy Hitlera zapanowała radość. – Józef Stalin podpisał pakt o nieagresji.
– Pokój, tak… – Hitler założył ręce za plecy i zaczął spacerować. – To jest rzecz, o którą warto walczyć. Pokój. chciałbym aby całą Europa to był jeden wielki pokój. Taki do życia.
– Lebensraum – podpowiedział usłużnie Goebbels.
– O, bardzo ładna nazwa! Może ją wplotę w moje przemówienie. Piszę mowę, którą zamierzam wygłosić na otwarciu roku szkolnego w podstawówce w Bad Jacksonow. Może przeczytam panom urywek… „Musimy przyjąć więcej Żydów”.
Zapadła niezręczna cisza.
– Że co niby? – spytał zdezorientowany Guderian, który był długo poza Kancelarią.
– Musimy ich zachęcać do imigracji. Niech się osiedlają u nas. Przyjmiemy każdą ilość. Zresztą, każdy kraj w Europie powinien ich przyjąć! Nie róbcie takich przerażonych min! Pomieścimy się tutaj wszyscy. Tylu ich już przyjęliśmy i jakoś tego nie widać!
– Jeszcze mu nic nie powiedzieliście?! – syknął gniewnie Ribbentrop do Himmlera.
– Heydrich mu mówił, ale nie uwierzył…
– A ten pan to…? – Hitler wskazał posła z Polski. Ribbentrop przeprosił i dokonał spóźnionej prezentacji.
– Mein Fuehrer! – poseł von Smolhausen wyciągnął ręce błagalnym gestem. – Musi pan postawić Polsce ultimatum!
– Muszę? – zachmurzył się Hitler. – Jestem dyktatorem, rządzę połową Europy i niczego nie muszę!
– Musi pan! – upierał się poseł. – Musi pan walczyć o demokrację i praworządność w Europie!
– Panie pośle, stawiając takie ultimatum muszę się liczyć z możliwością zaatakowania Polski!
– Ależ proszę bardzo! – poseł von Smolhausen zakrzyknął radośnie i rozłożył ręce.
– Ale ja nie mogę tak atakować Polski bez niczego!
– Zwycięzców się nie sądzi – podpowiadał Goebbels., a poseł von Smolhausen krzyczał:
– A pan wie co się w Polsce dzieje?! Jak jest łamane prawo?! Do tej pory nie ma w Drugiej Rzeczpospolitej prawa nakazującego budować przy budynkach publicznych ramp dla osób niepełnosprawnych na wózkach!
– My też nie mamy takiego prawa – wtrącił się niefortunnie Speer.
– U nas nie ma osób na wózkach – odparł zimno Himmler i równie zimno spojrzał na Speera.
– Musi pan postawić Polsce ultimatum! – gorączkował się von Smolhausen.
– Ale ja nie chcę! – zirytował się Hitler. – Co mnie jakaś tam Polska! Zamierzam zaatakować inny kraj!
Keitel się ożywił.
– Jaki? – spytał z zaciekawieniem Ribbentrop.
– Niue.
Keitel przygasł, za to Raeder się ożywił.
– Mein Gott, mein Fuehrer, wchodzimy wreszcie na Pacyfik, będą nam potrzebne lotniskowce, trzy, albo jeszcze lepiej sześć!
– Dlaczego chce pan atakować Niue? – von Smolhausen był zaskoczony.
– Dyskryminują górali.
Ale wszyscy zebrani zaczęli naciskać na Hitlera, żeby zostawił to Niue i zajął się Polską. Że nie można patrzeć na to co się dzieje w Polsce i trzymać pistoletu w kaburze.
– No dobrze już, dobrze. możemy tam zorganizować jakiś marsz czy coś…
– Już jest wszystko zorganizowane – Keitel spojrzał na kalendarz. – Wmaszerujemy pierwszego września…

Zamieszanie w klubie aktywistek

Tak, to prawda, że rodzice chcą kształtować swoje dzieci podług swoich niespełnionych marzeń.
Mama Łukaszka miała takie marzenie. Że jej dziecko zakłada bluzę, naciąga kaptur, bierze do ręki drąg, koktajl Mołotowa i niszczy, rozbija, podpala, bije się z policją, walczy na ulicach…
Łukaszek tylko spojrzał na nią ironicznie i westchnął ciężko.
– No dobrze, załóżmy, że rzucę koktajlem w radiowóz i go spalę.
– Byłoby super!
– Kto by za to zapłacił?
– Nie rozumiem… – mama Łukaszka była autentycznie zdumiona.
– Kto by zapłacił za nowy radiowóz? – powtórzył Łukaszek.
– Jakie: zapłacił? Przecież policja dostaje radiowozy od rządu! Nikt za nic nie płaci?
– A rząd skąd bierze nowy radiowóz?
– A! to tak! Rząd kupuje go z fabryki. Ale płaci ze swoich pieniędzy. Co ty myślisz, że może ja miałabym kupić nowy radiowóz policji?
Mama Łukaszka zaczęła się śmiać, a kiedy skończyła, zauważyła, że syna już nie ma. Łukaszek poszedł do swojego pokoju i czytał książkę o dywizjonie 302.
Mama Łukaszka machnęła ręką i postanowiła skupić swoje wysiłki na siostrze Łukaszka.
Siostra Łukaszka miała dwa cele w życiu. Pierwszy to nauczyć się gotować dla swojego chłopaka. drugi, to namówić swojego chłopaka do grzechu.
– A ja tyle ćwiczyłam! Tyle umiem! – wołała żałośnie siostra.
– Mówisz o gotowaniu? – spytała z nikłą nadzieją babcia Łukaszka.
– Nie – siostra roześmiała się serdecznie.
– To może zrobić coś razem, coś innego? – spytała z nadzieją mama Łukaszka. – Możemy udamy się dzisiaj na miasto aby wziąć udział w szykowanym od tygodnia spontanicznym proteście?
– A konkretnie?
– Będziemy protestować wobec barbarzyńskiej obniżki emerytur z wysokich do śrenich ludziom, którzy w młodości torturowali i zabijali niewinnych, bezbronnych więźniów – kusiła mama Łukaszka.
Ale siostra nie chciała iść.
– To chociaż chodź ze mną na zebranie klubu aktywistek – mama była rozżalona. – Co za dzieci wyrodne, nie chcę z matką czasu spędzać…
– Ja chętnie pójdę – odezwał się Łukaszek ze swojego pokoju. – Nagram masę fajnych filmików i będą was orać w internecie…
– Ty nie pójdziesz! Pójdzie twoja siostra!!
No i siostra Łukaszka musiała pójść.
Na zebranie w salce osiedlowego domu kultury przyszło dość dużo osób. Wszystkie były płci żeńskiej, o pełnym przekroju skali urody i wieku.
Tematem spotkania była kolejna odmowa przyjęcia przez Polskę imigrantów.
– Jak to dobrze, że możemy tak się tu w tej naszej konspiracji spotkać i swobodnie wymienić myśli – mówiła pani prelegent. – Bo nasze społeczeństwo jest po prostu straszne. Jest męskie, katolickie, pełne jadu nienawiści. Ostatnio, o ostatnio to chcieli mnie nawet zabić!
Salę przeszył okrzyk zgrozy.
– No, co prawda nikt mi tego nie powiedział wprost, ale na pewno tak myśleli. Widziałam to wyraźnie w ich spojrzeniach, kiedy kamienowali mnie wzrokiem gdy czytałam „Wiodący Tytuł Prasowy” podczas mszy. To było straszne. Ale a propos kamienowania, tak wszyscy obwiniają o to islamistów, a gdzie tego kamieniowania najwięcej? W biblii! Sama słyszałam. Ci chrześcijanie to nie lepsi, a nawet gorsi! A najgorzej ma oczywiście kobieta, która próbuje się wyzwolić z okowów i być światłą, ateistyczną Europejką. Na to przyzwolenia oczywiście nie ma. Straszą nas tymi imigrantami, a polski samiec o wiele gorszy! Znam osobiście bite i gwałcone kobiety! Ktoś jeszcze zna?
Pani rozejrzała się po sali. Nikt jakoś się nie kwapił z odpowiedzią.
Mama Łukaszka wyczuła okazję zrobienia kariery przez siostrę.
– Mów ty – podszepnęła.
Siostra posłusznie podniosła rękę.
– O, jest ktoś! – ucieszyła się pani prelegentka. – Ale ja cię chyba nie znam…
– Pierwszy raz tu jestem. I chciałam powiedzieć, że…
– Tak…?
– Że znam kobiety, które nie są bite i gwałcone! – wypaliła siostra.
Pani prelegent mikrofon zwiądł w dłoni.
– Ależ…
– Poza tym nie można winą kilku jednostek obwiniać całej grupy – kontynuowała śmiało siostra Łukaszka.
– Jak?! Co?! – oburzyły się aktywistki.
– Tak piszą w Wiodącym Tytule Prasowym – siostra Łukaszka szlachtowała mentalną brzytwą. – Zawsze jak jakiś muzułmański imigrant popełni zamach, to piszą, że nie wolno za to obwiniać ani muzułmanów, ani imigrantów. No i że to nie był zamach, tylko na przykład przystanek ludzi zabiegł drogę ciężarówce.
Zaczął się szum. Pani prelegent była bliska apopleksji.
– To co, to te twoje znajome nie boją się pobicia i zgwałcenia przez Januszów przemocy domowej?! – krzyczała na siostrę. – To czego się boją?
– Że ich pobiją i zgwałcą imigranci – odparła prostodusznie siostra.
I już miała wybuchnąć straszna awantura, gdy stało się coś zdumiewającego. Kilka pań o urodzie z dolnej półki zaczęło jednocześnie zdzierać z siebie ubrania.
– Ocho! – zakrzyknęła z uznaniem pani prelegent. – Spontaniczny protest rozbierany! To mi się podo…
I oto słowa zamarły jej na ustach. bowiem ujrzała coś straszliwego.
Że spod zdejmowanymi ubraniami pań pojawiają się uniformy z zielonego sukna.
Że owe panie zdzierają sobie peruki z głów ukazując krótko przystrzyżone włosy.
Że panie brudnymi chustkami ścierają makijaż.
Że panie to nie są panie.
Zapadła cisza.
– Znowu jakiś gender? – spytała siostra Łukaszka.
– Żaden gender!!! – krzyknęła przeraźliwie pani prelegent. – To myśliwi!!!
I wtedy się zaczęło.
Myśliwi wskoczyli na scenę i zaczęli powiewać tabliczkami z hasłami. „Moja fuzja, moja druzja”, „Macice precz od mojego sztucera”, „Moja strzelba, moja sprawa” , „Carpaccio z żubra nie robi się z piwa”, „Lepiej zastrzelić przyjaciół sowy niż czytać Wiodący Tytuł Prasowy” i „Popieram czynnie eutanazję zwierząt”.
Panie aktywistki wyjąc i kwicząc domagały się natychmiastowego opuszczenia sali.
– Kultura! Trochę kultury! – piszczała jedna pani w t-shircie z napisem „Mam prawo sikać na ulicy”.
– Na litość boską przestańcie! – wołała druga w koszulce z Che Guevarą.
Wreszcie pani prelegent udało się jakoś uciszyć zebranych.
– A więc teraz wy – pokazała palcem myśliwych. – teraz wy posłuchacie co ja mam wam do powiedzenia. Wy jesteście…
– Stop! – zawołał jeden z z myśliwych. – Pani nie wolno!
– Co? Jak to? Dlaczego?
– Bo tylko osoba, która była na polowaniu może krytykować myśliwych!

Kraksa pana redaktora

Hiobowscy pojechali do marketu po zakupy.
Nie tylko oni zresztą. Wydawać by się mogło, że całe miasto wsiadło w auta i zaparkowało pod marketami. Ruch na parkingach był duży, wolnych miejsc parkingowych było mało. Było trąbienie, zajeżdżanie drogi, mniej wprawni kierowcy parkowali fatalnie. Ludzie krzyczeli na siebie. Katastrofa wisiała w powietrzu.
No i wydarzyła się akurat gdy Łukaszek wraz ze swoją rodziną szedł przez parking pchając koszyk z zakupami. Jakaś wielka terenówka cofając wpakowała się na jakieś niewielkie autko. Huk był potworny. Na parkingu zapadła cisza, a potem wszyscy zaczęli się cisnąć aby zobaczyć zniszczenia.
Małe autko było bardzo mocno uszkodzone. Nawet na pierwszy rzut oka było widać, że zniszczenia są poważne i być może nie da się go naprawić w ogóle. I konieczne będzie złomowanie pojazdu. Terenówce prawie nic się nie stało.
Zza kierownicy autka wysiadł jakiś pan. Z miejsca obok wygramoliła się jego żona, a z tylnego siedzenia dwójka małych chłopców. W terenówce jechała tylko jedna osoba, mężczyzna.
Obaj kierowcy obejrzeli swoje samochody, po czym, ku zaskoczeniu widzów, uścisnęli sobie dłonie. Pan z terenówki wsiadł do swojego auta i odjechał. Kierowca autka uśmiechnąć się z zadowoleniem. Jego żona obejrzała dzieci, stwierdziła z ulgą, że nic im nie jest, po czym spojrzała na wóz i…
– O Boże – pani z małego autka kuśtykała wokół swojego samochodu i załamywała ręce. – Taka kraksa! Taka strata! Całe auto nam zniszczył! Jak on jeździ! Bandyta! Już ja mu dam! Już ja mu pokażę! Gdzie on jest?
– Pojechał już – kierowca autka ze znudzeniem oglądał swoje paznokcie. – Po co miał tu dalej sterczeć? To byłoby bezsensowne. Chciał jechać dalej na zakupy. Dla naszego kaprysu miałem narażać na szwank jego relacje handlowe?
Panią zamurowało.
– Dlaczego go puściłeś? Przecież to sprawca! A numery chociaż zapisałeś?
– Nie, a po co?
– Jak to: po co? A co powiesz policji?
– Jakiej policji?
– Jak to jakiej, naszej, dzwoniłeś chyba po nich?
– Nie.
Cisza na parkingu zrobiła się jeszcze głębsza.
– Nie? – pani chciała się upewnić. – To jak ty chcesz zreperować auto? Za co?
– Za pieniądze, to chyba jasna? – pan kierowca błysnął ironią.
– Za czyje pieniądze? – napierała pani.
– Co to za pytanie, chyba mi nie powiesz, że liczyłaś, że on nam zapłaci? – kierowca był rozbawiony.
W panią coś wstąpiło. Tupała zdrową nogą i krzyczała, że w takiej sytuacji inni naprawiają swoje auta za pieniądze sprawców kolizji.
– Nie bądź śmieszna, proszę cię – wzruszył ramionami pan kierowca. – Co to za bzdurny pomysł, że sprawca ma opłacać spowodowane przez siebie zniszczenia? Co? Pomyśl do czego by to prowadziło w szerszym kontekście? może mamy się domagać od Niemców reperacji wojennych, co? A od Szwedów rekompensaty za Potop Szwedzki? Popatrz, ludzie się z ciebie śmieją!
– To z ciebie się śmieją, idioto! – eksplodowała pani. – Niby redaktor, niby taki mądry, niby w telewizji i radiu występuje, a rozumu za grosz! Proszę państwa, czy ktoś z państwa nagrał może to zdarzenie, albo chociaż zdjęcia zrobił? Sama wystąpię o odszkodowanie…
– To nic nie da – kierowca pokręcił głową. – Tamten facet został przez nas zwolniony z płacenia odszkodowania.
– Jak to?! Kiedy?!
– Ustnie. Moimi ustami. Zaraz po kolizji.
– To za co teraz naprawimy samochód, co? Może za nasze własne pieniądze?
– A to dobry pomysł – pan redaktor potarł brodę. – Tak, za wasze pieniądze. Coś tam jeszcze powinno być w portfelu.
-Jest, ale na inne potrzeby! Mieliśmy chłopcom kupić po rowerze, a mi nowe buty!
– Oj ta, oj tam. Dzieci dostaną na razie po pół roweru, a ty jeden but i też będzie dobrze. to na razie oczywiście. Jak tylko spłacicie remont auta będzie mogli kupić sobie za wasze pieniądze co będzie chcieli…
– A może naprawimy auto za twoje pieniądze? – zaproponował pani szybko. – Do budżetu domowego dokładasz się tylko w dziesięciu procentach. Nie uważasz, że to za mało? Powinieneś dawać połowę. Wtedy o wiele szybciej byśmy naprawili auto…
Pan kierowca poczerwieniał na twarzy i zaczął strasznie krzyczeć.
– Jak to: ja?! jak to: z moich pieniędzy?! To nie ja spowodowałem wypadek! Ja tyle nie zarabiam, żeby aż tyle dokładać! A spróbuj mi tylko zabrać moje pieniądze to wiesz co ja zrobię?! Ja napiszę w jednej gazecie, w której pisuję, że u nas w domu skończyła się demokracja! A wtedy druga gazeta w której pisuję zacytuje tę pierwszą i cały świat się o tym dowie!

Grupa rekonstrukcyjna ZOMO

Babcia i dziadek Łukaszka szli wraz z wnukiem poprzez osiedle i kłócili się. Dziadek atakował, że wczorajszy sos grzybowy babci nie nadawał się do spożycia. Babcia argumentowała, że główny składnik zebrany w lesie przez panią Sitko i w związku z tym jest on bez zarzutu i że dziadek ma przestać wymyślać. Łukaszek nic mówił, aż w pewnym momencie krzyknął: „uwaga!” i dość brutalnie zepchnął babcię i dziadka z chodnika.
– Co ty gówniarzu… – zaczął dziadek i urwał. Bo to zza ich pleców wyłoniło się duże auto i wolno tocząc się chodnikiem podjechało pod najbliższy bok.
– Jak on jedzie, oczu nie ma?! – zawrzała babcia. – Po chodniku się nie jeździ!
– Im wolno – powiedział Łukaszek i wskazał na bok pojazdu. Na niebieskim lakierze widniały białe litery ZOMO.
– Przecież to Nysa! – zauważył dziadek. – Nie sądziłem, że jeszcze są na chodzie! Jak myślicie, czy tam… Naprawdę…
– Gdzie tam – babcia śmiała się nerwowo. – To jakiś zbieg okoliczności. Pewno jakiś katering albo inna agencja ochrony…
I jakby w odpowiedzi na słowa babci z auta wyskoczyła kilku panów w mundurach z epoki i runęło do wnętrza budynku.
– Jezus Maria, widzieliście to?! – dziadek złapał się za serce. – ZOMO!! Prawdziwe ZOMO!!!
– Srogie były te grzyby – stęknął Łukaszek.
– Nie gadajcie głupot, grzyby był w porządku – babcia też nie mogła się uspokoić.
– Uważasz więc, że to co widzieliśmy, było naprawdę?! – krzyczał dziadek. – Że naprawdę przyjechał patrol ZOMO?
– Może to jakaś służba rządowa?
– Co? ZOMO???
– Przecież prezes wspominał coś o ZOMO – broniła się babcia.
– Że nie stoi tam gdzie oni – przypomniał Łukaszek.
– Czyli prawdę mówiłam! Wspominał!
I kto wie jak długo toczyłaby się ta dyskusja, gdyby na balkonie na pierwszym piętrze nie otworzyły się drzwi. Na balkon wypadł starszy pan, a za nim dwóch zomowców. Bili go pałami, a pan wył. I tak wyjącego wciągnęli go z powrotem do mieszkania. Z wnętrza lokalu dochodził łoskot przewracanych mebli i wyfruwały strzępy jakichś papierów.
– Nadal uważacie, że to grzyby? – pytała babcia.
Schodziło się coraz więcej ludzi zwabionych hałasem. Łomot i głosy jednak wkrótce ucichły i krótko po tym otworzyły się drzwi bloku. Wyszli niedbałym krokiem zmęczeni zomowcy.
– Wy…! – napadł na nich dziadek. – Jak mogliście! Kto wy w ogóle jesteście?!
– Spokojnie, proszę pana, my nie jesteśmy prawdziwymi zomowcami!
– Nie?
– Nie! My, proszę pana, jesteśmy grupą rekonstrukcyjną ZOMO imienia Kulturalnego Incydentu z Pawełkowic!
– I coście robili temu człowiekowi?
– Nie widział pan? Spałowaliśmy go i zrobiliśmy rozpierduchę w mieszkaniu.
– Co? Jak mogliście! Czemu?
– No jak to czemu? To wy nic nie wiecie? Ten pan był funkcjonariuszem mundurowym poprzedniego systemu. Parę lat temu zmniejszono mu emeryturę. I my do niego przyjeżdżamy co jakiś czas na taką akcję. I nie tylko do niego. Ich jest więcej.
– Ale po co to robicie?
– Jesteśmy grupą duchowego wsparcia po stracie tej emerytury. Taka pomoc psychologiczna dla osób załamanych utratą świadczenia. A co może by pan wolał aby ten biedny człowiek popełnił samobójstwo z biedy?

Unia jest przeciwko jednonogim

U Hiobowskich zadzwonił dzwonek. Za drzwiami stała dozorczyni, pani Sitko i trzymała w ręku jakąś gazetę.
– Co się stało? – zaniepokoił się dziadek Łukaszka i wpuścił ją do środka.
– Ja do pani, jako do specjalistki od patologicznej prasy – pani Sitko zwróciła się do mamy Łukaszka. Mama zaczęła się zastanawiać czy się nie obrazić, ale pani Sitko dodała, że nie przyszła w imieniu swoim tylko pana z drugiego piętra.
– Nie mógł sam przyjść? – zdumiała się mama.
– Ma jedną nogę… – bąknęła pani Sitko.
– W tym bloku jest winda.
– Tak, ale on mieszka na końcu korytarza. I zanim on do tej windy… Tego…
– To o co pani chciała spytać?
– O ten artykuł – i pani Sitko położyła mamie Łukaszka gazetę na kolana.
– Cha cha cha!!! – mama Łukaszka rzuciła okiem na tytuł i wybuchnęła śmiechem. – Co za bzdury! Rząd chce zabić wszystkich jednonogich! Proszę pani, naprawdę nie ma co się przejmować wszystkimi bredniami, które zamieszcza „To Co Jest”…
– To nie jest „To Co Jest, tylko „Wiodący Tytuł Prasowy”.
Na te słowa pani Sitko mama Łukaszka zadrżała i przewróciła kilka stron. Faktycznie, na pierwszej stronie widniało logo jej ukochanej gazety.
– Y… E… No tego… Przy obecnych rządach w tym kraju wszystko jest możliwe. Ta władza tak się oderwała od społeczeństwa, że możliwe jest i takie coś!
– Podobno Unia Europejska każe – szepnęła pani Sitko. – Tak tu jest w tym artykule.
– Niemożliwe! – zachłysnęła się mama.
– Możliwe – rzekła siostra Łukaszka. – U nas na osiedlu na ten przykład Unia Europejska karze panią od solarium. Bo niby jej zakład za dużo fal emituje i przez to gejom nie rodzą się dzieci.
Mama zawrzała gniewem i wyrzuciła siostrę za drzwi.
Babcia Łukaszka skorzystała z okazji, zaopiekowała się gazetą i przejrzała pobieżnie artykuł.
– E tam, z igły widły… Nic tu tak naprawdę nie ma… I żadne zabijanie, będą przymusowo wyrównywać nogi
– Ale po co to barbarzyństwo? – załkała pani Sitko.
– Bo manie jednej dłuższej dyskryminuje krótszą. Czyli jak ktoś ma jedną nogę do kolana, to będzie mieć obie do kolan. Może, być może, nic jeszcze nie jest ustalone, szczegółów brak, organ zaprzecza… Czym wy się podniecacie…
– Tu nie chodzi o podniecanie, lecz o danie odporu lewackiemu szaleństwu! – uniósł się dziadek Łukaszka. – Przecież ten tam z komisji europejskiej się wypowiedział, gdzie jest ten cytat, o tu… Unia owszem, nakazuje wyrównywanie długości nóg osób jednonogich, ale to dany kraj będzie mógł sobie samemu zdefiniować kto jest jednonogi a kto nie.
– Unia wie co dobre – mama Łukaszka pocieszała panią Sitko. – Może tego pana nie będzie długo bolało. Tfu co ja gadam! Jak może boleć coś, czego nie ma?
– Wczoraj mówiłaś, że boli cię brak demokracji w Polsce – wtrącił Łukaszek i nie dał się wyrzucić za drzwi.
– To dopiero będą problemy – pani Sitko przypomniała sobie swój bój z dokumentami unijnymi definiującymi co jest śniegiem a co nie i kiedy go odśnieżać.
– Nie będzie żadnych problemów – tata Łukaszka wstał i założył ręce za plecy po czym podszedł do okna. – Wszystko się rozwiąże jedną prostą ustawą. Jednym zapisem.
– Ciekawe co powiesz naszemu sąsiadowi z drugiego piętra – odezwał się Łukaszek. – Wy tu sobie teoretycznie dywagujecie, a on walczy o życie.
Tata Łukaszka uśmiechnął się.
– Wystarczy zapisać, że osoba jednonoga to taka, której różnica długości nóg wynosi minimum sto pięćdziesiąt centymetrów. I nikomu żadna noga skrócona nie będzie.
– Przecież to bez sensu – wzruszył ramionami Łukaszek. – W ten sposób to nikogo nie obejmie… Gdzie tu logika…
Wtedy wszyscy się zaśmiali i powiedzieli mu, że nadal jest dzieckiem, skoro oczekuje od prawa unijnego aby miało sens i było logiczne.

Patriotyczne opalanie się

Zdarzają się anomalnie pogodowe w Polsce, szczególnie latem, i co roku jest ich coraz więcej.
– Mój Boże, zapowiadają upalny, słoneczny weekend – powiedział zdumiony dziadek Łukaszka składając piątkowy numer „Prawdziwej Ojczyzny”.
– E tam, znowu się pomylą – krakała babcia, której to gazeta „Międzynarodowy Horyzont” wieszczył złowrogą burzę na wszystkich frontach.
– Jedźmy więc! – zakrzyknęła mama Łukaszka. – Jedźmy więc, bo nie wiadomo czy w tym roku będzie ładna pogoda!
– Będzie przyszły rok – odparł z flegmą tata Łukaszka.
– Tak, ale nie wiadomo czy będą plaże! – mama Łukaszka miała łzy w oczach. – Przecież obecny rząd jest w stanie zniszczyć wszystko!
– gdyby to był poprzedni rząd, to tak, obawiałbym się, że puszczą plaże za ćwierć ceny Niemcom – rzucił z przekąsem dziadek. Mamie zaparło dech z oburzenia, a chwilę tę wykorzystała babcia, próbując niby to załagodzić spór:
– Oj, dajcie spokój, jesteśmy w Unii Europejskiej, jeszcze się okaże, że na tej plaży są jakieś muszelki cenniejsze niż złoto i nie wolno z taką plażą nic zrobić…
Tata, dziadek i mama spojrzeli na siebie i runęli się pakować.
– Chwila, moment! – wstrzymywała ich babcia. – Co wy robicie?
– Pakujemy się! Jedziemy na weekend nad morze!
– Przecież nie mamy gdzie nocować!
– Mamy! – zaświergotała siostra Łukaszka. – Jadą moje koleżanki! I wynajmują cały domek!
– A co nam do tego?
– Ich chłopacy nie jadą! A miejsca zarezerwowane!
– Jak to, ich chłopacy nie jadą?
– Bo idą na pielgrzymkę – siostra Łukaszka wzniosła oczka ku niebu i wzruszyła ślicznymi ramionkami.
– Pakujcie się! Za pół godziny ruszamy! Bo nam plaże zaorają! – pokrzykiwała mama Łukaszka.
Wszyscy się ekspresowo spakowali, zapakowali do auta i ruszyli nad morze. Siostra była w stałym kontakcie z koleżankami i Hiobowscy dotarli na miejsce bez żadnych komplikacji.
Na miejscu okazało się, że…
– To są twoje koleżanki??? – pytał zgorszony dziadek.
Bowiem koleżanki były równie krągłe i ponętne jak siostra, a może nawet bardziej i do tego…
– Co one mają na sobie??? – pytała zgorszona babcia.
…i do tego w kwestii strojów był znacznie bardziej odważne.
– Coś nie tak? – pytały zaniepokojone koleżanki poprawiając sobie nawzajem stringi.
– Nie, nic – odparł tata Łukaszka i stęknął boleśnie kiedy mama Łukaszka boleśnie uraziła go walizką w goleń.
– Wasi chłopacy poszli na pielgrzymkę – tłumaczył Łukaszek. – Myśleliśmy więc…
– Ależ poszli, poszli – koleżanki pokiwały ślicznymi głowami na wytatuowanych szyjach. – A właściwie pojechali. Jako klub tuningu BMW z Pawełkowic zabezpieczają technicznie pielgrzymkę recydywistów tamtejszego więzienia!
Dziadkowi zrobiło się słabo. Koleżanki zaśmiały się i porwały siostrę na plażę.
Hiobowscy rozpakowali się, przebrali i ruszyli na plażę. Ulokowali się przezornie w odpowiedniej odległości od siostry i jej koleżanek. Dziewczyny jednak i tak przeniosły się bliżej ich i za cel zaczepek obrały sobie opalającego się Łukaszka.
– Odczepcie się – powiedział Łukaszek.
– Hohoho! – zachichotały koleżanki.
– Mam dziewczynę.
– Hohoho!
– I jest lepsza od was.
– Ciekawe w czym – spytała przeciągle jedna z koleżanek, znana n osiedlu jako „Królowa Instagrama”. – Co takiego ona potrafi?
– Myśleć.
Koleżanki poczuły się urażone. Siostra położyła śliczny paluszek na ślicznych ustach i zaproponowała Łukaszkowi, że nasmaruje mu plecy kremem. Łukaszek się zgodził, nie spodziewał się podstępu. Bo czyż można się spodziewać podstępu od meduzy? Tym razem jednak miało być inaczej.
Siostra wysmarowała plecy Łukaszkowi, po czym ślicznym paluszkiem zgrabnie starła mu krem tak, że na plecach utworzył się wizerunek herbu klubu piłkarskiego z Pawełkowic. Łukaszek, kiedy się opalił, pękał ze złości, a koleżanki – ze śmiechu.
– Jak ja teraz wyglądam – pienił się Łukaszek. – Żebyście chociaż coś sensownego mi napisały! A tu co?! Pawełkowice?!
– Nie marudź mały – odezwał się jakiś facet zza sąsiedniego parawanu. – Ja to dałbym solidną kasę, żeby mi akie paluszki wymasowały plecy. tylko, żeby napis był inny.
– No to zapraszamy – koleżanki wskazały koc.
– Nie ma szans, żona nie pozwala…
– Szkoda – koleżanki posmutniały. – Bo pomysł fajny…
– Pomysł fajny, ale trzeba go dopracować – odezwał się Łukaszek. – Jaki napis byście robiły?
– A jakiś byś ty polecił? – odbiła chytrze piłeczkę siostra.
– Teraz na topie jest Powstanie Warszawskie. Może symbol Polski Walczącej?
Koleżanki poćwiczyły trochę na piasku i uznały, że już opanowały wzór. Wywiesiły też kartkę informującą, że odpłatnie robią na plecach wzór do opalania.
Zainteresowanie zrobiło się duże. Panowie, owszem, podchodzili, ale to skorzystania z usługi nie dochodziło.
– Dlaczego? – pytała zrozpaczona siostra.
– Bo żona… Narzeczona… Partnerka… – tłumaczyli się panowanie popatrując z zakłopotanie na mordercze oczy swoich połowic.
– Musicie opracować też wzór dla pań – podpowiedział Łukaszek.
Długa była burza mózgów, bo i propozycji było wiele.
– A jakie tatuaże są modne na plecach? – spytała któraś z koleżanek.
– Skrzydła! – odparła druga.
– Takie bardziej aniołka czy bardziej kurczaczka? – spytała trzecia.
– Husaria! – zawołał Łukaszek.
Koleżanki nie umiały rysować skrzydeł husarii, dziadek Łukaszka musiał im opracować wzór. I tak oto oferta plażowego biznesu nakładania kremu została poszerzona o ofertę dla pań.
Ale nadal nikt z niej nie korzystał.
– Nic z tego nie rozumiem – załamywała śliczne rączki siostra Łukaszka. – Ja to bym chciała, żeby mi chłopak kupił taki niby tatuaż, a przy okazji sam by sobie też mógł zrobić…
– Już wiem! – zakrzyknął Łukaszek.
I przygotował nową kartkę z ofertą. Obejmowała ona tylko kremikowanie pleców dla pań. Za podwójną cenę. Ale w tej cenie było też kremikowanie pleców pana gratis.
– Widzicie? – pochwalił się Łukaszek. – On kupuje jej. Tak jak chciałaś. A poza tym Polacy lubią słowo gratis.
Już po trzech minutach mieli pierwszego klienta. Skrzydełka husarii na plecach zażyczyła sobie pani, która gabarytami mogłaby zmierzyć się z jednostką bojową husarii. Koleżanki wysmarowały jej plecy kremem i zgrabnie wykonały palcami wzór skrzydełek. A potem analogicznemu zabiegowi został poddany partner pani.
Kiedy koleżanki pomagały wstać swojej pierwszej klientce były już trzy pary przypatrujące się. Kiedy skończyły trzecią z par była już kolejka klientów.
Pół godziny później Łukaszek musiał biec do sklepu po kremy.
Po obiedzie zdarzyła się katastrofa.
Kiedy już sporą część plaży zaludniały osoby mające na plecach skrzydła lub „P” z kotwicą, do koleżanek podskoczył jakiś stary facet z nowymi zębami.
– Ach, tak! – krzyknął. – A więc to tu jest to epicentrum faszyzmu?
– Jakiego faszyzmu? – spytała zaniepokojona siostra.
– To wy propagujecie faszyzm na plecach obywateli tego kraju! – pienił się pan.
– To nie faszyzm tylko patriotyzm! – sprostował Łukaszek.
– To jedno i to samo! – upierał się pan. – Jak możecie szerzyć takie treści w tym kraju, kiedy to na ulicach szerzy się terror, konstytucja jest łamana, nie wolności ani demokracji?
– Jest tolerancja! – odparła trochę blada ze strachu siostra.
– Takich rzeczy tolerować nie wolno! Co więcej, widzę, że zbieracie tu pieniądze! A paragony są? Kasę fiskalną macie? Oj, widzę, że będę musiał zainteresować wami kompetentne czynniki! Tak, na własnej skórze poczujecie jaka jest duszna atmosfera w tym kraju, gdzie wszyscy są podejrzliwi i tylko patrzą jak drugiemu nogę podłożyć!
Zeszło się trochę osób zwabionych krzykami pana.
– Biorę telefon, wchodzę do internetu – pokrzykiwał pan. – A oto i strona miejscowego urzędu skarbowego. Piszę ja maila do samej pani naczelnik z powiadomieniem, że tu oto na plaży szerzy się szara strefa. I jak myślicie co się stanie?
Na plaży zapanował cisza.
– A odpowiedź jest bardzo prosta – rozległ się żeński głos. – Mamy teraz weekend, więc ja tego maila przeczytam w poniedziałek rano kiedy przyjdę do pracy. AA wy dziewczyny jak długo ut jesteście?
– W niedzielę wracamy – odparły chórem koleżanki.
– No i bardzo dobrze, a ja się nią zajmę w poniedziałek, więc sam pan rozumie… – pani naczelnik skierowała swe słowa do pana. Pan zacisnął nowe zęby i poszedł bez słowa.
Pani naczelnik kiwnęła dziewczynom przyjaźnie i poszła dalej się opalać. Była to bowiem ich pierwsza klientka.