Rolnik szuka żony odcinek 12/4 finał

Mówiąc w skrócie, rzeźnia.

Mówiąc troszkę obszerniej, program był robiony głównie pod telewidzów, ale i internautach nie zapomniano. Kto z RSŻ miał styczność wyłącznie poprzez telewizor, ten o dwudziestej drugiej wyłączył odbiornik z przekonaniem, że trzy pary znów znalazły miłość, a w dwóch przypadkach jest olbrzymia nadzieja. Jednak ten, kto śledził internet wiedział nieco więcej i do nich to były kierowane pewne wypowiedzi, które mogły umknąć zwykłym telewidzom.

Wyciągnięto wszystko, przeprano wszystkie brudy. albo mówiąc precyzyjniej – prawie wszystkie. Program miejscami przypominał spowiedź, a miejscami policyjne przesłuchanie. Niemniej jakiś poziom udało się zachować, do pyskówek i do mordobicia nie doszło. Przynajmniej tak to pokazano. Byli wszyscy. nikt tym razem nie musiał jechać do pracy w Norwegii 🙂

Program zaczął się sielskim obrazkiem, kiedy to piątka uczestników siedziała sobie z prowadzącą i wspominała program. Pani Marta rzuciła pierwszą bombkę. Kasia od Piotra jest w ciąży! W tym momencie telewidzowie zawołali „Jejku!” a internaucie „Jednak!”.

1. Piotr. Piotr poszedł na pierwszy ogień. Zaproszono też trzy jego kandydatki. Monika właściwie zagrała epizod. Nie zaiskrzyło i tyle. Za to uwagę wszystkich przykuły Emilia i Kasia nr 1. Nie tylko wizualnie, bo obie panie ubrały się w sposób bardzo eksponujący ich wdzięki. To, co potem mówiły nie mieściło się w głowie. Najpierw Emilia oświadczyła, że ona owszem, przyszła do programu się polansować i była zaskoczona, że Piotr ją tak szybko rozpracował. Biedaczka, nie domyśliła się, że Piotr szukał pretekstu żeby kogoś odstrzelić i wprowadzić na to miejsce Kasię nr 2. Emilia przyznał też, że w trakcie programu jakieś uczucie zaczęło rozkwitać… Na ile to prawda trudno powiedzieć, bowiem skonfrontowano jej wypowiedzi z wypowiedziami jej totumfackiej czyli Kasi nr 1. O tej ostatniej można powiedzieć, że jej szczerość jest większa niż jej legendarne już rzęsy. Wkopała Emilię kilka razy, że być może zgłoszą się do kolejnego programu, że dostają masę propozycji matrymonialnych… Od mężczyzn – podkreśliła Emilia czyniąc ukłon w stronę tych internautów, którzy sugerowali jakiś związek między Kasią nr 1 a Emilią. Potem prowadząca zapytała Emilię do kogo jeszcze wysłała listy. „No… Do Karola” przyznała po dłuższej chwili Emilia. To miał być taki plan ratunkowy zwiększający moje szanse na udział w programie – przyznała Emilia. Emilia wkopała ją po raz kolejny mówiąc z pretensją poza kadrem „nic nie mówiłaś, że wysyłałaś też do Karola”. Kasia nr 1 oświadczyła, że do programu napisała dlatego, że Piotrek jest przystojny, a jej celem było zajęcie miejsca nr 2. To dużo o niej świadczy. Chyba całe życie będzie już jako wieczna przyboczna ładniejszej koleżanki. Piotr po ich wyjściu odetchnął z ulgą. Nie dziwię mu się. Mógł strasznie wtopić. Później mieliśmy krótką konwersację Piotra z prowadzącą skierowaną do internautów tropiących czy Piotr i Kasia znali się wcześniej. Nie znali! Poznali się w trakcie programu! Tak, to prawda. Tylko program trwał jakoś od kwietnia, kiedy to wyemitowano wizytówki rolników. Pytanie brzmi czy Piotr poznał Kasię przed przyjazdem trzech kandydatek, a wiele na to wskazuje, że tak właśnie było. Wreszcie na fotelu zasiadła Kasia nr 2. O ile Piotr był uradowany, to Kasia tak średnio. Zdaje sobie widać sprawę, że to ona w tym związku będzie musiała być kierownicą i pedałem gazu. Ogólnie rzecz biorąc, Piotr nie skończył programu najgorzej, los uszczęśliwił go związkiem z Kasią. Za to Kasię los pokarał związkiem z Piotrem.

2. Zbigniew. Zbigniew wybrał dwie kandydatki i one też pojawiły się w programie. Nasz rolnik emanował pewnością siebie, a warto zwrócić uwagę, że kandydatki Zbyszka zapraszano na spotkanie pojedynczo. Tak więc zawsze była przewaga psychologiczna prowadząca plus Zbigniew kontra kandydatka. Widać to było zwłaszcza w przypadku Ewy, która została poproszona jako pierwsza. Pokazano sceny z domu Zbigniewa gdzie to Ewa i Iwona mu dokuczały. Zbigniew opowiedział jak uraziły go słowa o jego mamie i że nie pozwoli więcej na takie teksty. Marta zapytała gdzie jest ta Ewa z początku programu i która jest prawdziwa – ta z początku czy ta z wizyta u Zbyszka? Ewa najpierw zawrzała gniewem i spytała czy Marta zarzuca jej dwulicowość. Potem zachowała się bardzo inteligentnie – nie szła w zaparte tylko zaczęła się wycofywać – no bo jej znajomi mówią, że ona ma empatię, że Zbyszek faktycznie żyje pod dużą opieką mamy, że ona nie chciała i tak dalej. I w ogóle no hard feelings. Zbigniew jednak nadal obwiniał ją za wszystko, co powtórzył w kolejnej rozmowie, tym razem z Iwoną. Że może by coś było, że się fajnie rozmawiało… Ale tylko wtedy kiedy byli sami. Ewa „za dużo mieszała, manipulowała”. Iwona zachowywała się jak zdrowy człowiek w poczekalnie u dentysty. Mnie to nie dotyczy, to już historia, nie wracajmy do tego. I znów była wyciskająca łzy scenka z poprzedniego odcinka, i przytulaniec Zbigniewa i Marty i życzenia powodzenia… O nowej znajomości Zbigniewa – Monice – tym razem nie było ani słowa. Ogólnie – nic nie wiadomo, poza tym, że też mógł strasznie wtopić, lecz nie wtopił.

3. Mikołaj. Po rozbawieniu udawanymi przygodami Piotra i irytacją perypetiami Zbigniewa czas na zniesmaczenie postawą Mikołaja. Nie, nikogo nie znalazł przez ten czas. Trudno się dziwić – w tym wieku powinno się wiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak „free lunch”, również w dziedzinie seksu. Najpierw do Mikołaja i prowadzącej dołączyła Renata. Na podchwytliwe pytanie czy istnieje możliwość reaktywacji związku nastąpiło małe zamieszanie, po czym Mikołaj odparł stanowczo, że nie. Nie widzi możliwości związku z Renatą. Nie ona jeden, bowiem jeśli kobieta w wieku lat pięćdziesięciu opowiada o miłości banały rodem z gimnazjum tonem polonistki to raczej żaden facet na to nie poleci. A przyczyna dla której nie będzie nic pomiędzy nią a Mikołajem jest o wiele bardziej prozaiczna. mikołaj oczekuje kochan… kobiety, która przeprowadzi się od niego na wieś. A Renata oczekuje faceta, który przeprowadzi się do niej do Warszawy, aby pomóc jej się opiekować mamą i babcią. Ciekawe jak Mikołaj wtedy zajmowałby się swoją winnicą. Może przez aplikację w komórce? Następnie dołączyły Janka i Teresa. Janka wcześniej oświadczyła, że nie chciała być „tą drugą” – Mikołaj wybrał, ona ten wybór szanuje, ale… ale… nie mówi definitywnie nie. Matko Boska, ile jest warta ta winnica? Janka oświadczyła, że Mikołaj musiałby się mocno, mocno postarać, aby byli razem. mikołaj nie podjął tematu i tym samym pokazał, że nie nadaje się na partnera dla Janki i że szuka związku z minimalnym wkładem własnym. Nasz rolnik chamsko i obcesowo się tłumaczył, że nie pojechał do Teresy, bo on jej wcale nie wybrał. to był tylko kolejny etap, który niczego nie przesądzał. Teresa włączyła się w te żenujące rozważania przytakując mikołajowi(!). Janka milczała z godnością i tym samym pokazała, że jest kobietą, która zna swoją wartość i byłaby o wiele lepszą partnerką dla niejednego faceta niż Teresa. Zatem Mikołaj miał diament, szkiełko i kamyk. Kamyk sam mu uciekł, diament wyrzucił i wybrał szkiełko, po czym szkiełko też wyrzucił. Teraz siedzi i przeżuwa gorzkie myśli „miałeś złoty róg”. Wątpię, czy zwiąże się z kimkolwiek.

4. Małgosia. Tu było dość spokojnie. Pokazano wszystkie wtopy Dawida, który przyjął to dość pogodnie. Pokazano też daleko idące deklaracje Pawła w okularach. On się zaczął tłumaczyć, a Gosia w długiej wypowiedzi rozmyła główną przyczynę tego, dlaczego go odrzuciła – nie było żadnego bliższego kontaktu pomiędzy nimi. I tyle. Potwierdził się stereotyp, że panowie tego typu rywalizację traktują bardziej fair – pożyczono sobie wszystkiego dobrego i Dawid zabił wszystkich pytaniem kiedy ślub, no bo Paweł i on też by wpadli. Hola, hola! Na razie kończę projekt w Szwecji, oświadczył Paweł. Na razie nasze mamy się poznały, oświadczyła Małgosia. Akcja dzieje się powoli i być może w Święta dowiemy się czegoś więcej.

5. I kiedy już wydawało się, że nic bardziej zaskakującego nie może się zdarzyć, na scenę wyszedł on… Karol… Cały na biało… no, nie do końca tak. Karol miał trochę cykora czy nie zarobi w twarz, ale wszystkie trzy dziewczyny zachowały elegancko i kulturalnie. Choć tak jak w przypadku Piotra, uwaga skupiła się na dwóch kandydatkach. Na Justynie i na Sarze, które teraz są najlepsze psiapsióły. Pokazano najpierw zachwyty Karola Justyną. Ja to czuję! To jest to! Gdyby spojrzenia mogłyby zabijać Karol byłby trupem. Justyna wyrzuciła Karolowi, że w trakcie ich pobytu przerzucił cała swoją uwagę na Sarę nie informując o tym dziewczyn i nie stawiając sprawy jasno. Karol bronił się, że nie podjął jeszcze wtedy decyzji. Potem pokazano zachwyty Karola Sarą. Dzieje się! Czuję to! Sara przyjęła to na spokojnie, lecz wytknęła rolnikowi, że jego zakochanie trwa pięć minut. I jeśli incydent z upadkiem i szpitalem całkowicie skreślił ją w jego oczach, to świadczy to o dziecinności. Karol: ja szukałem nutki szaleństwa, ale nie całej pięciolinii! Anna życzyła Karolowi więcej stanowczości i wszystkie trzy panie przeszły do pokoju obok. I bardzo dobrze. Bowiem obok Karola zasiadła Jagoda, Karol wziął ją za rękę i… I oświadczył, że spotkał się z Jagodą dwa razy przed przyjazdem dziewczyn. Gdyby Justyna siedziała koło niego zapewne skończyłby z obcasem w oczodole. A tak drżącym ze szczęścia głosem opowiadał, że niestety, Jagoda musiała wyjechać do Norwegii do pracy… Więc zdecydowali się zawiesić znajomość… Ale nie wyszło mu z dziewczynami więc znajomość z Jagodą zdecydował się „odwiesić”. Najlepiej podsumowała to sama Justyna. Przyłożyła rękę do ucha imitując telefon: „Halo, Jagoda?! Dziewczyny przyjeżdżają, zawieszam znajomość! Halo, Jagoda?! Dziewczyny wyjechały, odwieszam znajomość!”. Związek Karola i Jagody będzie kontynuowany. Swoją drogą, że Jagoda poszła na takie zawieszenie i odwieszenie związku… Ciekawe co Karol zrobi, kiedy to Jagoda będzie chciała zawiesić związek…

Ogólnie rzecz biorąc smutno się to oglądało. Większość uczestników kombinuje jakby tu obejść regulamin, uczestnicy zgłaszają się nie mając najmniejszego zamiaru przeprowadzić się do rolnika, ludzie kłamią, kręcą i oszukują. Internauci są zmuszeni sami tropić prawdę – chociaż z drugiej strony czy ta prawda jest aż tak istotna? Czy widzowie chcą znać prawdę? Czy prawda jest widzom w ogóle potrzebna? I jeśli teraz pokazano by całą prawdę, o wszystkich, do końca – czy wszyscy by w to uwierzyli? Będziemy mieli okazję się o tym przekonać za jakieś pół roku. Bowiem wtedy ruszy piąta edycja.

Trudno być patriotą gospodarczym

Łukaszek wraz z tatą byli w osiedlowym dyskoncie na zakupach, gdy ich uwagę przyciągnął pewien pan.
– Co on robi? – szepnął tata. Bo ów pan brał prawie każdą rzecz do ręki, oglądał ją dokładnie a potem przykładał do niej telefon komórkowy i coś z tego telefonu czytał.
– Najprościej zapytać – i zanim tata zdążył zareagować Łukaszek podszedł do owego pana i zapytał.
Pan bardzo się z pytania ucieszył i udzielił wyczerpujących wyjaśnień. Na samym początku określił się jako patriotę gospodarczego. Polegało to na tym, żeby kupować to, co polskie.
– To źle pan miejsce wybrał, bo to zagraniczny sklep – zauważył złośliwie tata Łukaszka.
– Mówiłem co kupować, a nie gdzie – odciął się pan. – Niech pan sobie wyobrazi, że na naszym osiedlu nie ma dużego, polskiego sklepu spożywczego. I co? Już wolę kupić coś polskiego w zagranicznym sklepie niż zagraniczne w zagranicznym. Chociaż część moich pieniędzy trafi do producenta bądź wytwórcy.
– Czy w dzisiejszych czasach można mówić o towarze w pełni polskim? Albo: jednokrajowym? – nie poddawał się tata. – Weźmy na ten przykład samochód niemiecki. Jaki on niemiecki? Montaż końcowy odbywa się na Słowacji. Silniki są z Polski. Skrzynie biegów z Węgier. I tak dalej…
– Nie wszystko da się rozmontować na części, proszę pana. Owoce na ten przykład. Mamy tu gruszki…
– …holenderskie – przerwał panu Łukaszek.
– A skąd to wiesz chłopcze?
– Jest na nim naklejona flagi Holandii, no i jest napisane na tabliczce.
– A, faktycznie. Nie zmienia to jednak tego, że w przypadku owocu możemy konkretnie wskazać kraj jego producenta. Tu oto mamy pomidory…
– …portugalskie – przerwał znów Łukaszek.
– Hm… – pan przyjrzał się tabliczkom i radośnie oznajmił:
– Ale mamy przecież nasze polskie banany!
Tata poprosił o powtórzenie, bo pomyślał, że się przesłyszał.
– Nasze, polskie banany – powtórzył pan.
– To niemożliwe, żeby banany były z Polski.
– Proszę pana, proszę pana. No to niech pan sam zobaczy. Na szyldzie jest, że z Polski, i na bananach są nalepki z polską flagą…
– Ale niechże pan pomyśli…
– Pytałeś chłopcze, co ja robię – pan zignorował tatę i zwrócił się do Łukaszka. – Otóż mam ci ja w telefonie taką aplikację. I ona skanuje kod i podaje wszelkie dane o produkcie. Ten system jest niezawodny!
– A kto wprowadza dane? Człowiek? – Łukaszek się zamyślił. – A jak ktoś się pomyli albo celowo źle wprowadzi?
– Oj tam, proszę nie mnożyć trudności! Zaraz sprawdzę kod banan telefonem i… Ha! I proszę niedowiarki! Firma jest zarejestrowana gdzie? W Polsce! Produkuje gdzie? W Polsce! Jakżeby inaczej! Prowadzi badania i rozwój w… Polsce! Hm – zafrasował się pan. – Niestety, jest częścią zagranicznego koncernu.
I dodał szczerze zmartwiony:
– Rosyjskiego.

Puszcza

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Wszyscy siedzą w moim gabinecie i patrzą na mnie. Najbliżej biurka siedzą Janek i Mateusz. Są załamani.
– Sto tysięcy euro dziennie… – Mateusz łapie się za głowę.
– Oj tam oj tam – macham ręką. – Jest na to bardzo prosty sposób.
Wszyscy ucichli.
– Za co jest ta kara? – pytam.
– Za wycinkę państwowego lasu… – dudli Janek.
– No. To wystarczy sprzedać i po kłopocie. Prywatnego się nie będą czepiać, prywatny będzie mógł robić co chce.
Wszyscy osłupieli. Pierwsza odzyskała mowę Beata. Zuch dziewczyna. Wiedziałem kogo biorę na premiera.
– Ależ przecież ten co kupi może całą puszczę wyciąć!
– Może ją kupić Tusk i nie wyciąć wcale, on jest zdolny do wszystkiego – to Antoni z tylnego rzędu.
– Ale, ale… – Mateusz odzyskał mowę i powoli rusza szczękami. – Ale kto to kupi?
– Janek – mówię.
Wszyscy obracają się i patrzą na Janka. Janek wstaje przerażony.
– Jak to ja??? Całą puszczę??? Przecież mnie nie stać!!
– Sprzedamy ci ją za dychę – mówię. – Tyle cię chyba stać.
– Za dychę??? – tym razem wstaje Mateusz. – Przecież ona jest warta o wiele więcej!
– Tyle coś jest warte ile ktoś jest gotów za coś zapłacić – czytam z notesu. – Wiecie kto to powiedział?
– Mogą nas ukarać za to, że sprzedamy zbyt tanio – mówi Witold i tym samy potwierdza, że kompletnie się nie nadaje na ministra. Dociera to chyba do niego, kiedy wszyscy wybuchają gromkim śmiechem.
– A kto nas ukarze, że sprzedamy zbyt tanio? Może komisarz Janusz? – śmieje się Zbigniew.
– Przecież trzeba zrobić przetarg, ktoś inny też może wystartować… – mnoży trudności Mateusz.
– Trzeba tak napisać przetarg…
– …żebym wystartował tylko ja! – przerywa mi zadowolony Janek.
– Nie. Żebyś wystartował tylko ty i ktoś jeszcze. Tamta osoba zrezygnuje i kupisz ty. To się nazywa demokracja.
– Kto będzie tą drugą osobą? – Mateusz pilnie notował. Plus.
– Najlepiej kobieta. Może Ela?
– Ja mam jedną uwagę – odezwał się rozmyślający pilnie nad czymś Mariusz. – A jak Unia zorientuje się, że Janek kupił puszczę i nadal ją wycina? Wtedy mogą jego obarczyć karami!
Uśmiech na twarzy Janka nagle gaśnie.
– Wtedy… – mówię powoli. – Wtedy Janek sprzeda puszczę… Na przykład Krysi. A ona potem komuś innemu… I tak dalej.
Siedzę sobie i głaszczę kota. Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.

Rolnik szuka żony odcinek 11/4

No to po kolei, dziś piosenki:

1. Małgosia, czyli Celine Dion „My heart will go on”. Z racji tego, że jest to jedyna pełnoprawna para tej edycji (Piotr i Karol dobierali dziewczyny niczym karty w pokerze) siłą rzeczy to na niej skupiła się uwaga widzów i wysiłki producentów. Im też poświęcono najwięcej czasu antenowego – przynajmniej takie miałem wrażenie. Miałem też wrażenie, że ten odcinek miał na celu pokazać internautom jak bardzo się mylą. Paweł grzeczny? Małgosia zimna? Randki na poziomu gimnazjum? Nic z tych rzeczy! Dostaliśmy szalonego Pawła, wesołą Małgosię i randki z prawdziwego zdarzenia. W roli głównej Opole i woda. Nie, nie było sceny a la Titanic, ale było za to co innego. Były przekomarzania, całusy, ręka tu, porozpinane guziczki tam i wiele innych fajnych rzeczy. Wreszcie jakieś życie! Podziwiać należy pracę montażystów, którzy tak dobrali ujęcia, że młodzi pokazali się z zupełnie innej strony. I kilka spostrzeżeń.
Po pierwsze, wiele osób zauważyło skandaliczną pracę osoby od makijażu. Już kilka pań na etapie eliminacji przez to poległo (choćby Kinga od Zbyszka), a i teraz można by było mieć pretensje o makijaż Kasi. Gosia ma dwa oblicza. Często ją widzimy w makijażu „ciężkim”, z ułożonymi włosami i „pełnym” malowaniem (nie jestem fachowcem). Kiedy pojechała do Pawła była uczesana naturalnie i lekko umalowana i prezentowała się o wiele lepiej.
Po drugie, Gosia bardzo często prezentuje się w makijażu, nawet, jak to ktoś napisał „idąc na pole”. Świadczy to o tym, że jest ambitna i chce w pełni kontrolować swój wizerunek przed kamerami. A poza kamerami może być zupełnie inna.
Po trzecie tekst Małgosi do Pawła „Aleśmy teraz nakłamali” może i był wypowiedziany spontanicznie, ale pojawił się z premedytacją. Naprawdę ktoś uwierzył, że to zostało pokazane przypadkowo? Uważam, że to zostało zaprezentowane z premedytacją, oczywiście w celu wzbudzenia dyskusji wśród widzów.
Po czwarte kłódka. Małgosia i Paweł powiesili na moście kłódkę z datą. 13 lipca. Moim zdaniem nagranie miało miejsce później, na pewno po pierwszych komentarzach. Data na kłódce nie musiała być datą jej zawieszenia. To mogła być data ich pierwszego spotkania, albo dzień kiedy Paweł przyjechał do Małgosi.
I po piąte. Paweł się spytał „jak wracamy?”. Małgosia: „tak, tak i tak”. „Acha”. Oni rozmawiają już ze sobą jak dziesięcioletnie małżeństwo. Będzie ślub.

2. Piotr, czyli Bajm „Dwa serca, dwa smutki”. Autorzy programu i tu postanowili dać odpór internautom. Piotr przyjechał pekaesem do Kasi? Cha cha, nawet auta nie ma! Otóż nie! Patrzcie niedowiarki – ma! I nawet prowadzić potrafi! Kamera pokazała wnętrze samochodu jak jechali. I jechali. I jechali. „Ale kukurydza” przerwał milczenie Piotr. Kasia zaczęła się śmiać… Czy płakać… Trudno rozstrzygnąć. A czas rozstrzygnięcia coraz bliżej. I czas by już rozstrzygnąć o swoich losach zanim nastąpi rozwiązanie. Bo realizatorzy programu postanowili zacząć przygotowywać grunt pod ciążę Kasi. Dzieci, dzieci i dzieci przewijały się w rozmowach. Nawet pokazano przebitkę z lecącym bocianem. Randki mieliśmy dwie. Najpierw znów spacery w klimatach zamkowych. Dwie rzeczy były godne odnotowania. Pewną irytację Kasi, że Piotr zaczyna wykazywać pewną stagnację uczuć. A Kasia chciałaby wiedzieć co dalej. Jakie plany? I co z dziećmi? Wieczorem miała miejsce elegancka randka. No i co? Co dalej? Napierała Kasia. A Piotr dokonał niesamowitego wyczynu taktycznego oświadczając się nie używając sformułowania „czy zostaniesz moją żoną”. Zamiast tego było „Musiałabyś się przeprowadzić do mnie”. „To trzeba jakoś ubrać formalnie” przypominała Kasia trąc na palcu miejsce na pierścionek zaręczynowy. „O tak” zgodził się Piotr „Możesz spędzić urlop u mnie”. Zdaje się, że Piotr w swojej zajawce narzekał, że chciał iść do wojska, ale się nie dostał. Nie rozumiem dlaczego. Prezentuje szereg cech czyniących z niego idealnego żołnierza. A podczas randki na zamku wystraszona Kasia położyła dłoń na brzuchu bardzo wymownym gestem.

3. Zbyszek, czyli Queen „Show must go on”. Rzecz niesłychana. Zbyszek kilka odcinków temu podziękował kandydatkom i na tym powinien zakończyć swój udział. Nadal jednak występuje w programie. Siedzi tak jak zwykle, na tym samym tle i opowiada jak bardzo go ten program zmienił. Właściwie racja, po przejściu huraganów Ewa i Iwona nabrał pewnej pogody ducha. Na ile jednak to prawda przekonamy się w następnym odcinku, kiedy to jego odporność psychiczna zostanie wystawiona na nie lada próbę. Pokazano migawki z finału – tam będą Ewa i Iwona. Zbigniew będzie musiał im stawić czoła sam. Ale nie samotnie, gdyż Zbigniew przyznał, że koresponduje z pewną panią. Nie widział jej jeszcze osobiście, ale może o niej powiedzieć 3 rzeczy. 1. Ma na imię Monika. 2. Jest brunetką. 3. Jest ładna. Nie posądzam Zbigniewa aż o taką skłonność do konfabulacji, żeby całkowicie Monikę zmyślił. Raczej sądzę, że ona istnieje naprawdę i że faktycznie jest brunetką. Czy jest ładna – znając uprzejmość Zbigniewa dla niego wszystkie są ładne. Nie powiedział wprost czy jest jego dziewczyną, tylko, że korespondują. Co za ostrożność godna dyplomaty! Na tym tle stanowcze oświadczenie Zbigniewa brzmi niczym grom z jasnego nieba. Nasz rolnik powiedział bowiem, że likwiduje produkcję zwierzęcą i pozostaje wyłącznie przy roślinnej, aby mieć więcej czasu dla ewentualnej wybranki. I to bardzo dobry krok we właściwym kierunku. Powodzenia.

4. Mikołaj, czyli T. Love „King”. Dziś Kingi siedzi w celi i wspomina dobre dni… Mikołaj co prawda nie siedzi w celi, tylko spaceruje po winnicy a poza tym wszystko się zgadza. Nasz podlaski Sauron snuje się pomiędzy rzędami winorośli i rozpamiętuje czasy gdy dysponował pierścieniem władzy. Tu, w tych krzakach przekomarzał się z Teresą! Tu, w tym basenie chlapał się z Janką! Renaty nie wspomniał w ogóle. Hehe. Potem pokazano coś kuriozalnego. Mianowicie coś na kształt wizytówki Mikołaja. Gdyby ktoś nie oglądał wcześniejszych docinków mógłby pomyśleć, że czwarta edycja właśnie startuje. Jeśli ktoś oglądał poprzednie odcinki to zapewne przypomniał sobie szaleństwa u Mikołaja (choćby malowidło na ścianie). W tym kontekście oświadczenie Mikołaja robiącego minę Kota ze Shreka „szukam żony” można odebrać jako skierowany do internautów komunikat, że Wcale Nie Jest Tak Jak My Podejrzewamy. Ale my jednak wiemy, co Mikołaj miał na myśli. Mikołaj naprawdę szuka… żony. Żona to skrót. ŻONA to Żeński Oddział NAłożnic. Żona w rozumienia Mikołaja oznacza darmowy seks (z naciskiem na darmowy) z grupą wpatrzonych w niego i uwielbiających go bezgranicznie adoratorek. I ten sen nigdy się nie ziści, pomimo tego, że słyszałem, że obdzwania kolejne panie ze swojej listy. Nie ziści się, ponieważ w tym wieku trzeba kobietom ofiarować coś materialnego w zamian. Samo uczucie to za mało. Mikołaj ma zatem tylko jedno wyjście. Przejść na islam. No chyba, że podczas finału zaprosi do siebie Emilię i Kasię nr 1. To jest myśl!

5. Karol, czyli The Cure „Friday I’m in love”. Gdyby Karol był Indianinem nosiłby imię Niestałe Serce. Najpierw zakochał się w Justynie. Potem zakochał się w Ani, dla której nawet był gotów złamać swoje wewnętrzne reguły. Potem zakochał się w Sarze. Teraz zakochał się w Jagodzie. Pospacerowali i już się zakochali, a nawet ogłosili wszem i wobec że są parą. Te spacery! Widać jest w nich jakaś moc. Spacerują nadal, więc wróży to solidną przyszłość temu związkowi. Idealna randka polegała na tym, że Jagoda przyjechała do Karola (nie była tu wcześniej), a potem obejrzała zabudowania, inwentarz i pola. Idealna randka spodobała się jej. Jeśli wyjdzie za Karola będzie mieć idealnie codziennie. Czegóż chcieć więcej!

Pokazano zajawkę następnego odcinka. Kilka ujęć, BIUST EMILII, kilka ujęć. A niech Piotrek widzi co stracił. To będzie dla Kasi ciężki wieczór.

Rolnik szuka żony odcinek 10/4

No to po kolei.

 

1. Małgosia. Niby wszystko pięknie, ładnie, ale widz czuje się jak Truman w Truman Show. Niby wszystko było jak trzeba, ale… Małgosia pojechała do Pawła, poznała jego rodzinę, stadninę w której często bywał, była randka, lody, bryczka, buziaki… Paweł jest młody, to tłumaczy fakt, że nie umie prawić komplementów (twoje włosy pachną krówkami – to nie jest komplement) i udaje, że ma hobby historyczne (tu chyba była jakaś bitwa…). Jest za to Supermanem – gotuje, pomaga i babci krzesła przysuwa. Ale coś było nie do końca tak. Może to, ze Paweł może godzinami patrzeć w jej oczy, a Małgosia słucha go jednym uchem. A może to, że Paweł wykazuje oznaki zakochania, a od Małgosi promieniuje satysfakcja klienta z dobrego zakupu. Ale wszystko przed nimi, oby z dobrym finałem. Szanse są, chociaż wg mnie ten związek nie przetrwa. Bo tylko Paweł daje w tym związku, a Małgosia nie ma uczuć. Acha, a Adidas nie zapłacił za reklamę i zamazali jego logo na spodenkach Pawła.

2. Zbigniew. Emocje jak na grzybobraniu. Cisza, spokój. Rolnik i jego mama leczą emocjonalne rany po wizycie dwóch kandydatek z programu „Zabierz rolnika ze sobą do miasta”. Zbyszek z miną Sfinksa lał wodę, ale wspomniał, że może i dla niego zaświeci słońce. Czyżby listy?

3. Mikołaj. Nasz Mikołaj smutną ma twarz. Nasz Mikołaj wciąż patrzy w dal. Nie, telewizja nie pokazała, ale tam coś się musiało stać. Inaczej nie można wytłumaczyć takiej zmiany u naszego rolnika . Jeszcze niedawno rubaszny i radosny wybierał Teresę spomiędzy dwóch kandydatek, by dosłownie chwilę później, zgaszony i złamany gonić za Janką, bo „jego odmowa mogła ją obrazić”. Janka zachowała się z klasą. Oświadczyła mu, że nie będzie jego zapasową i ma spadać. I tak oto nasz Mikołaj został sam z wybranką, której nie chce. Teresa poszła u siebie na randkę… Sama(!). Bo Mikołaj do niej nie pojechał (!!). Nasz Bilbo Baggins snuje się po swojej winnicy z miną człowieka, który się dowiedział, że na imprezie całował się po pijaku z własną siostrą. Na naradzie rodzinnej oświadczył, że zamyka rozdział „3 kandydatki” i szuka dalej… No tak, oczywiście – listy, listy, listy! On naprawdę uwierzył, że jest sułtanem i należy mu się harem. Swoją drogą ciekawe co zaszło między Mikołajem a Teresą, że tak mu szybko przeszły amory. Albo seks – może Teresa oświadczyła, że dopiero po ślubie, albo kasa – może Teresa zażyczyła cześć winnicy dla siebie? Uważam, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.

4. Piotr. Piotr przyjechał do Kasi tak, jak stał, w t-shircie i bez bagażu, pekaesem. Zainwestował na szczęście w kwiaty. Na oko z 10 złotych. Była randka na zamku i poznał rodzinę Kasi. Jej mama już ogłosiła go „zięciem” i że „wchodzi do rodziny”. Jego przyszła teściowa to kobieta w typie Mikołaja, pasowaliby do siebie idealnie. Wygląda też na to, że Piotr wpadł w oko nie tylko Kasi, ale i jej mamie, i – chyba – bratu. Za to Piotrowi wpadła w oko bratowa. Będzie gęsto. A tak poza tym, to Kasia robi wrażenie sympatycznej, konkretnej, fajnej, normalnej osoby. Piotr nie trafił tak źle i jeśli pozwoli sobą pokierować to wszystko się dobrze skończy.

5. Karol. Och, Karol. Po raz czwarty mogliśmy zaobserwować popisowy bajer czyli oczy, uśmiech i gadka. I po raz czwarty mogliśmy się przekonać, ze on nadal działa. Karol poszperał w listach, wyciągnął list od Jagody, pogadał z nią przez internet i już. Zakochali się. Jagoda nie brała udziału w programie, bo w czasie wakacji pracuje na farmie w Norwegii. Jest miłą i fajną dziewczyną, która byłaby idealną kandydatką dla Zbyszka. Była tez randka i choć to było ich pierwsze czy drugie spotkanie z miejsca skoczyli o kilka poziomów wyżej niż związki z pozostałymi dziewczynami. Czy tylko ja mam wrażenie że oni poznali się dużo wcześniej i zrobili sobie przerwę na nagranie programu? Niemniej oboje traktują swój związek bardzo poważnie i być może zostaną parą. Osobiście wątpię. Karol zbyt szybko się nudzi.

Rolnik szuka żony odcinek 09/4

No to po kolei, ponownie filmy:

1. Karol, czyli Kac Vegas. No i wszystko zmierzało do szczęśliwego finału, w którym Karol miał wybrać Sarę, a tu nagle… Nagle znaleźliśmy się w środku filmu Kac Vegas. Przepity Karol siedział przy stole w towarzystwie obrażonej Sary, a wokół była Arktyka. Okazało się, że poprzedniej nocy, podczas wizyty krewnych i znajomych, Karol dał ostro w palnik, po czym w domu przewrócił swoją murowaną kandydatkę Sarę. Sara uderzyła się w głowę i według słów samej poszkodowanej „obcy ludzie musieli mnie w środku nocy wieść do szpitala, a Karol w tym czasie poszedł spać”. To skreśliło Karola w jej oczach jako potencjalnego męża i ojca. Cóż, nie wiemy jak bardzo Karol dał w palnik, być może jedyne co był w stanie zrobić to pójść spać. W każdym razie pretensje Sary, jakby ją zabił, skreśliły ją w jego oczach. Sara nie dała mu szansy poprawy, a Karol był na tyle fair, że nie zdecydował się na wybór innej dziewczyny. Odrzucił wszystkie trzy, co musiało być sporym zaskoczeniem dla osób, które nie korzystają z internetu. Rozstanie miało miejsce w sposób przyjazny. Najbardziej przyjazny był pomiędzy Sarą i Justyną. Widać było, że dziewczyny sobie pogadały i zawiązały sojusz. Podobno nawet na dyskoteki chodzą teraz razem. A Karol? Karol zamierza udać się na jagody. Konkretnie – do jednej takiej Jagody ze Skype’a.

2. Mikołaj, czyli Kino oralnego niepokoju. Nasz podlaski Berlusconi wybrał oczywiście Teresę. Jednak jego następny ruch był dosyć zaskakujący. Otóż rzucił wszystko, zwłaszcza Teresę i… Zaczął pocieszać Jankę, że on tak naprawdę jeszcze nie wybrał, że może jeszcze on ją odwiedzi… Oj, mądry ten nasz ślimak winniczek, mądry i przebiegły. Gra on bowiem na dwa fronty, wie, że to była życiowa szansa i na wypadek, gdyby z Teresą nie wypaliło szykuje sobie plan B. Aczkolwiek nadal mam wątpliwości czy jest to człowiek zdolny do monogamii.

3. Piotr czyli 24 godziny. Do tej pory myślałem, że miłość w 24 godziny może się zdarzyć tylko w książkach Małgorzaty Musierowicz. Li i jedynie. A tu proszę – ledwo Kasia przyjechała do Piotra a już została miłością mego życia. Co prawda złośliwi twierdzą, że te 24 godziny to się zdarzyły tak gdzieś w czerwcu lub lipcu. A na pytanie „Co jest takiego w Kasi” lub „Jak nazwać to co jest między wami” można udzielić prostej i konkretnej odpowiedzi. Niemniej cieszymy się z wyboru Piotra i gratulujemy 500+. Acha, Kasia wcześniej się nie pojawiła w programie bo bała się kamer. Nie widać tego. Nic a nic. Naprawdę.

4. Gosia czyli Prosta historia. Bo w zasadzie zaskoczenia żadnego nie było, a historia zmierzała do szczęśliwego końca. To powinien być podręcznik jak wybierać. Gosia z żelazną konsekwencją wybrała sobie dwóch sensownych kandydatów do ożenku (bądźmy poważni. Dawid był tam tylko dla jaj). Sensownych, podkreślam. A następnie przeprowadziła selekcję, choć tak Bogiem a prawdą, jeden sam się skreślił rozmową w samochodzie. Panowie! Jeśli chcecie aby konar zapłonął to czy mówicie do drewna że jest zimne? Nie. Obrabiacie je termicznie. I tyle. Małgosia wybrała młodszego Pawła i z tego co wiadomo żyją obecnie razem. Czy szczęśliwie? Rodzice Gosi na pewno. Tata Gosi zażądał pierścionka. „Nie zawiodę pana” odparł przyszły zięć. Gosia powinna napisać książkę „Sztuka wyboru”. Byłaby hitem wśród kandydatek Zbyszka. Acha, i jeszcze jedna ciekawostka. Dawid pomalował wreszcie ścianę. Tak w miarę. Twierdził, że to ambicja mu pozwoliła tak tego zostawić. Akurat. Okazało się jak sprytna jest Gosia – Dawid tam spał!!! I budząc się i zasypiając patrzył na swoją niedoróbkę malarską. Kobiecy sadyzm nie zna granic. Ale dzięki temu Dawid czegoś się nauczył. Poza tym swoją przegraną odebrał jako stratę. Być może czegoś go to nauczy. Oby.

5. Zbyszek, czyli I nie było już nikogo. Jak to jest, że do gospodarstwa Mikołaja panie pchają się drzwiami i oknami i godzą się na publiczne upokorzenia, podczas gdy równie zamożne gospodarstwo Zbyszka jest nadal puste? Czyżby naprawdę kult cargo to nie wszystko? O ile Gosia to powinien być podręcznik „jak wybierać”, to Zbyszek powinien być podręcznikiem „jak nie wybierać”. Już w trakcie programu widać było, że Iwona nie chce być wybrana. Że kompletnie odbiega od jej wyobrażeń wieś, Zbyszek, jego mama. Kiedy została wybrana, to ze Zbyszkiem stwierdzili, że nie będą kontynuować znajomości i rozstają się w przyjaźni. Więcej Iwony już nie widzieliśmy i dobrze, bo moim zdaniem Zbyszkowi należy się jakieś odszkodowanie. Za to ze Zbyszkiem pani Marta miała długą i chwytającą za serce rozmowę. Zbyszek po serii zwodów słownych „program mi dużo dał”, „jestem bardziej otwarty” i „czuję się silniejszy” niespodziewanie twardo oświadczył „będę szukał dalej”. Powodzenia, bo należy się chłopu. Ciekawa była za to prośba pani Marty, czy w tych poszukiwaniach będzie może towarzyszyć mu kamera. Nie pierwszy to raz zaskakuje nas zmiana formuły programu. A może pójść za ciosem i w ogóle odpuścić sobie etap wizyty trzech kandydatek i od razu towarzyszyć rolnikowi z kamerą w jego poszukiwaniach? Byłoby prościej i szybciej.

A za tydzień wizyty u kandydatek. Chociaż też chyba nie do końca, bo kamery pokazały Mikołaja sterczącego na balkonie i Teresę spacerującą samotnie po mieście. Może być kolejny zaskok.

Stop terroru!

Hiobowscy dość dobrze znali sąsiadkę, mamę małego przedszkolaka o imieniu Wiktymiusz, natomiast prawie wcale nie znali jej synka. Aż tu któregoś dnia mama Wiktymiusza zadzwoniła do drzwi mieszkania Hiobowskich. Za rękę trzymała swojego syna, który w drugiej ręce ściskał plik jakichś papierków.
– Mam do państwa olbrzymią prośbę – odezwała się mama Wiktymiusza. – Ja muszę zaraz wyjść na marsz Komitetu Obrony Dewiacji. A nie mam z kim zostawić małego.
– To moja wina – wtrącił się Wiktymiusz.
– Cieszę się, że tak mówisz – mama Wiktymiusza pokraśniała z dumy. – Moja szkoła!
– Ach, czemu Łukasz taki nie jest… – westchnęła mama Łukaszka sięgając po szal.
– A ty dokąd? – spytał tata Łukaszka.
– Ja też idę na marsz. Walczymy z patriarchatem.
– Właśnie, marsz! – przypomniała sobie mama Wiktymiusza. – No więc ja mam prośbę. Muszę iść, a nie mam z kim zostawić Wiktymiusza…
– A mąż? – przerwał dziadek.
– Partner jest w pracy – odparła lodowato mama Wiktymiusza.
– Ja z nim posiedzę – westchnęła babcia Łukaszka.
– Z nim nie trzeba siedzieć, z nim trzeba wyjść! Wiktymiusz ma nalepki do rozklejenia…
Babcia skapitulowała i powiedziała, że nigdzie nie idzie.
– Łukasz! – zakrzyknęli Hiobowscy.
– Lekcje robię!
– Nagle lekcje robisz! – krzyczała mama wyciągając go z pokoju. – Poza tym, czego ty się w tej reżimowej szkole nauczysz, co?
– Trygonometrii.
– To moja wina – wyznał Wiktymiusz.
Łukaszek chciał coś jeszcze powiedzieć, ale machnął tylko ręką.
– Nie naklejajcie na transformatorach! – zawołał tata Łukaszka. – To sprzeczne z prawem!
– A czy coś w tym kraju nie jest sprzeczne? – powiedział gorzko Łukaszek, wziął Wiktymiusza za rękę i poszli.
Nakleili kilka naklejek w zapadającym mroku. Kiedy podeszli do następnego bloku zobaczyli jakąś ciemną postać, która rozklejała coś na drzwiach transformatora.
– Tam nie wolno – głos Łukaszka zadudnił głośno.
Postać wydała cienki krzyk i podskoczyła. Kiedy się odwróciła, Łukaszek ją rozpoznał. Była to starsza pani, właścicielka punktu ksero na osiedlu, zwana Babcią Xero.
– Aaaa! Aleście mnie nastraszyli!
– To nasza wina – odezwał się Wiktymiusz.
– Mów za siebie – ofuknął go Łukaszek. – Nie wolno naklejać plakatów na drzwiach transformatora!
– To nie plakat! To walka o życie! Spójrzcie tylko sami!
I Łukaszek przy świetle komórki odczytał: „Stop terroru!”.
– Tak się nie pisze…
– Bo co, bo poprawność polityczna?! – zdenerwowała się Babcia Xero. – Właśnie, że trzeba o tym mówić! Pisać! Informować! Stop terroru w tym kraju!
– Idzie ktoś – szepnął Wiktymiusz.
Zalegli z krzakach. Alejką przeszedł mąż dozorczyni, pan Sitko. Szedł jakby walczył z ciężką wichurą, a co ciekawe, nawet lekki wietrzyk nie wiał.
– Nie wolno naklejać na drzwiczkach, bo prawo tego zabrania – szepnął Łukaszek, kiedy otrzepywali się z liści.
– W dupie mam takie prawo – zasyczała Babcia Xero. – A jak ci każą się zlustrować, to się zlustrujesz? Co? Gdzie w tym kraju solidarność, demokracja, wolność?
– Hm – chrząknął Łukaszek. – Może w tym, że może pani mówić o braku demokracji. Bo gdyby jej nie było to by pani nie mówiła. Bo by panią zamknęli.
– Wolność – powtarzała głucha na argumenty Babcia Xero. – Wolność polega na tym, że wolno robić co się chce. Wolno mi naklejać wezwania „Stop terroru” gdzie chcę i już!
– A ja? – spytał zaciekawiony Wiktymiusz.
– Ty też!
– A jak będzie chciał nakleić pani na czole? – zaprotestował Łukaszek.
Babcia Xero zamknęła oczy, odetchnęła głęboko i rzuciła:
– Dawaj!
– To świetny klej, szybko nie zjedzie – wtrącił się Wiktymiusz.
– Dawaj, mówię!
Łukaszek nie namyślał się długo. Przypasował Babci Xero jadną z naklejek na sam środek czoła. Babcia oddaliła się w kierunku jednego z bloków, gdzie nad sklepem paliła się latarnia. Tam zatrzymała się i przejrzała w szybie usiłując odczytać co ma na czole. – Co właściwie jest na tej nalepce? – mruknął Łukaszek i oświetlił komórką swoje egzemplarze.
Było tam napisane „Świnka morska szuka partnera rozpłodowego”.
Rozległ się potworny krzyk i tupot. Babcia Xero odczytała treść naklejki i biegła do nich.
– Uciekamy! – Łukaszek szarpnął Wiktymiusza za rękę. Ale Wiktymiusz się nie ruszył.
– Mama mi powtarza, że zawsze trzeba się przyznać, wziąć winę na siebie i się wstydzić.
Babcia Xero dopadła ich i zaczęła wrzeszczeć.
– Sama pani chciała – bronił się Łukaszek.
– To moja wina – Wiktymiusz pokornie pochylił głowę.
– Walcz, nie poddawaj się! – zachęcał go Łukaszek. – Myślałeś co będzie jak się twoja mama dowie? Pewnie cię ukarze chodzeniem w sukience!
Oczy Wiktymiusza zrobiły się okrągłe.
– Ależ mama często w domu zakłada mi sukienkę. I nie jest to żadna kara, naprawdę…

Napaść w mieszkaniu napadniętej

Na osiedlu Hiobowskich doszło do bardzo nieprzyjemnego zdarzenia. W sąsiednim bloku napadli jedną panią w jej własnym mieszkaniu. Została pobita, skopana i okradziona.
– Co na to policja?! – zdenerwowała się babcia Łukaszka. – Na pewno nic nie robią!
Mama Łukaszka się oburzyła.
– Jak to nie, już zrobili! Nasz dzielnicowy napisał na Twitterze: „Przykra sprawa, nie lekceważę jej”.
– On to zawsze pisze – sarknął dziadek.
– Nie zawsze, na zmianę daje też tekst, że jego myśli są z ofiarami – przypomniał Łukaszek.
– Wy się sprzeczacie, a co ta kobieta teraz przeżywa? – spytał z potępieniem w głosie tata Łukaszka po czym spojrzał na gazetę i zakrztusił się herbatą. Właśnie gazeta była owego zakrztuszenia przyczyną. Nie była to zwykła gazeta, o nie. To była lokalna gazetka pod tytułem „Patologia blokowisk”. Pisywali tam głównie dziennikarze, którzy uciekli z bloków do domków jednorodzinnych. Nic więc dziwnego, że w gazecie roiło się od tytułów nawołujących do wstydu za to, że zamiast siedzieć w bungalowie stoi się pod blokiem. przyczyną takiego a nie innego kursu była ponoć trauma redaktora naczelnego, który odkrył, że jego brat jest sutenerem z sutereny.
I w najnowszym wydaniu „Patologii blokowisk” był właśnie artykuł o napaści na napadniętą, ale tak napisany, że gdyby ktoś nie wiedział mógłby pomyśleć, że to ona napadła.
– Ale to co piszą, to prawda – zauważyła z lubością mama Łukaszka. – Wydarzyło się to za obecnego rządu? Owszem. Więc ten rząd…
– Ale co oni za bzdury tu wypisują?! – wykrzyknął boleśnie dziadek Łukaszka. – Jej mieszkanie jest podejrzane?!
– To w jej mieszkaniu doszło do napadu, prawda?
– Ubliżają jej!
– Ale co można powiedzieć o osobie, w której mieszkaniu dzieją się takie rzeczy?
– Piszą, że do niej nie chodzić, bo u niej kradną?!
– A co, może nieprawda?
– Że brała udział w napadzie?! Przecież to ją pobili!
– To też udział.
– I że oskarża osoby, którym niczego nie udowodniono?!
– Dopiero kogoś skazanego prawomocnie można nazwać przestępcą – rzekła mama z namaszczeniem.
– To jak to w końcu było? – spytała niepewnie siostra Łukaszka. – Bo ja już nic nie wiem.
– O! I macie, co ta „Patologia blokowisk” wyrabia! – zakrzyknęła babcia.
I babcia miała rację, a dalej było jeszcze gorzej. Część mieszkańców uwierzyła w to, że mieszkanie napadniętej jest miejscem gdzie się napada, a napadnięta właściwie sama napadła. Osiedlowa telewizja nakręciła paradokument „Nasi napastnicy, nasze napastniczki”. „Patologia blokowisk” co tydzień publikowała sondaże, z których wynikało, że mieszkanka mieszkania powinna się wstydzić, przeprosić i zapłacić odszkodowanie.
I gdzieś jakoś w tym medialnym bałaganie przemknęła informacja, że właśnie syn prezeski osiedlowej telewizji i właściciela „Patologii blokowisk” był jednym z napastników. O, pardon. Napadniętych.

Wręcz przeciwnie, czyli rozmowa z uczestnikiem Marszu

W osiedlowej cukierni panował miły gwar i lekki tłok, wszyscy kupowali rogale.
– Zaraz, jak to, otwarte, przecież jest święto? – zdumiał się tata Łukaszka przekraczając próg cukierni wraz ze swoją rodziną.
– No jak to, nie wie pan – odezwała się gderliwie dozorczyni ich bloku, pani Sitko, która była ostatnia w kolejce. – Jeśli się podzieli średnią temperaturę dobową lipca przez średni poziom Wisły w Zawichoście z zeszłego roku i jest odpowiedniej wielkości i jeśli znak barana rozpoczyna się w poniedziałek z rana to można handlować jedenastego listopada.
– O – powiedział tylko tata i wszyscy grzecznie ustawili się w kolejce.
Chwilę później do cukierni wpadła ubrana na moro postać w kominiarce na głowie.
Zapanowało lekkie zamieszanie. Co by tu nie mówić, ludzie się wystraszyli.
Nie wszyscy.
– Do kolejki – wychrypiał pan Sitko, który był na tęgim kacu i było mu wszystko jedno.
– Nie prowokuj go, bo nas zabije – szepnęła głośno jego małżonka.
– Wręcz przeciwnie! – zakrzyknęła męskim głosem postać w moro. – To mnie chcą zabić! Ukrywam się!
– W mojej cukierni?! – wystraszyła się pani sprzedawczyni. – Jeszcze ściągnie mi pan na głowę jakichś imigrantów…!
– Wręcz przeciwnie! To policja!
Zapanowała lekka konsternacja.
– Dlaczego policja chce pana zabić? – zapytał z niedowierzaniem Łukaszek.
– Jak to, chłopcze, nie wiesz, że żyjesz w faszystowskim kraju?!
– Nie. Nie zauważyłem.
– To czego was uczą w tej szkole?!
– Faktycznie, ma pan rację, szkoła jest faszystowska.
– Co ty wygadujesz?1 – oburzyli się rodzice Łukaszka, ale ich syn zaczął wyliczać na palcach:
– Monowładza, duża rola sektora państwowego w zarobkach, uniformizacja podwładnych, indoktrynacja, cenzura, kult dyrektora…
Przerwał mu przejeżdżający radiowóz na sygnale.
– Szukają mnie – wyszeptał przerażony człowiek w moro i usiłował wmieszać się w tłum z mizernym skutkiem.
– Co pan zrobił? – zaciekawiła się siostra Łukaszka.
– Byłem na Marszu Niepodległości.
– A nie pan ani flagi ani opaski… Naprawdę brał pan udział?
– Wręcz przeciwnie! Ja tam byłem po to, żeby tego marszu nie było!
– To znaczy? – spytała podejrzliwie babcia Łukaszka.
– Wraz z liczną, dziewięcioosobową grupą ludzi, którzy chcą aby polska wyglądała jak ta z wizji Sienkiewicza, więc wraz z nimi usiłowaliśmy zablokować Marsz Niepodległości.
– Przecież on był legalny – wtrącił się dziadek. – A wy mieliście zezwolenie?
– Co za zezwolenie, jakie zezwolenie?! – parsknął pan w kominiarce co z powodu tejże kominiarki dało dość komiczny efekt. – Zezwolenie na co, na siedzenie na ulicy?! To jest proszę państwa faszyzm, żebym ja musiał prosić o zezwolenie na coś takiego!
– Czyli nie mieliście – skomentował Łukaszek.
– A tak, nie mieliśmy, zresztą i tak by nam nie dali! Uff! – i zdenerwowany pan ściągnął kominiarkę ukazując swoje czerwone oblicze.
– Ooooo! – zawołały dwie osoby. Jedną była mama Łukaszka, a drugą ich sąsiadka z bloku, mama Wiktymiusza. – To pan?!
– Kto to? – zapytali wszyscy.
– To znany celebryta – wyjaśniła z satysfakcją mama Łukaszka. – Od wielu lat prowadzi w telewizji program pod tytułem „Jutro jadę do Niemiec”. Zaraz… Ej, co wy robicie?
– Zbieramy na bilet dla pana.

Niemiecki ruch oporu w Polsce

Pani Sitko sprzątała sobie spokojnie pod blokiem, gdy z bloku wyszła mama Łukaszka i spokój prysł. Otóż mama Łukaszka trzymała w ręku rzecz bardzo nielubianą przez gospodarzy domów.
To rzeczą był znicz.
Pani Sitko zatrzymała się i patrzyła czujnie. Kiedy tylko zobaczyła, że mama Łukaszka wyjmuje zapałki i kuca przy ścianie bloku, ruszyła w jej stronę rycząc „Nie wolno!”. Mama Łukaszka spokojnie zapaliła znicz, po czym wyprostowała się i rzuciła pani Sitko odważnie prosto w twarz:
– Faszyzm stop!
– Jaki faszyzm?
– No pani. Co to za okrzyki „nie wolno”? Ogranicza pani swobody obywatelskie?
– Po co pani pali ten znicz?! Zginął ktoś tutaj czy co?
– Demokracja zginęła proszę pani. Pani okrzyki tylko to potwierdzają. Nie wolno. Tak, to będzie symbol obecnych rządów!
– Niech pani nie stawia tego znicza tutaj! Pokapie mi pani woskiem cały chodnik! Musi być akurat tutaj?
– Nie, nie musi. Mogę przesunąć go na trawę…
Mama i pani Sitko spojrzały na znicz i zgodnie wydały z siebie najbardziej przerażający okrzyk w historii osiedla. Bowiem wokół znicza siedziało kilka mężczyzn i grzało dłonie. Mieli na sobie stroje moro, wojskowe buty i czarne czapki. Jak oni wyglądali! Wynędzniali, brudni, zarośnięci, ubłoceni, zmarznięci. Mieli też przy sobie karabiny.
Pani Sitko rzuciła się do domofonu, mama Łukaszka sięgnęła po komórkę. Wkrótce zjawili się na miejscu mąż pani Sitko, oraz rodzina Hiobowskich.
Mężczyźni przy zniczu nie zwracali uwagi na nikogo, tylko się ogrzewali.
– Kto to jest?!!! – pani Sitko była sina z przerażenia.
– Ani chybi Niemcy – Łukaszek wskazał naszywki z flagą na strojach.
– Znowu! – krzyknęła babcia Łukaszka.
Pani Sitko sięgnęła po telefon i trzy minuty później wszyscy wiedzieli, że osiedle jest w stanie wojny z Niemcami. Zbiegli się wszyscy mieszkańcy. Jedna młoda nauczycielka niemieckiego podjęła się rozmowy z żołnierzami. Było trudno.
– To na pewno Niemcy? – spytała Łukaszka. – Oni słabo znają niemiecki.
– Mają na sobie niemieckie mundury, ale czy Niemcy, pewności nie mama – zafrasował się Łukaszek.
– Już wiem! – uradowana siostra Łukaszka klasnęła w dłonie. – To naziści!
Wtedy zdarzyło się kilka rzeczy naraz. Mama Łukaszka się ogromnie oburzyła, a żołnierze zerwali się, zaczęli wyrywać sobie broń oraz usiłowali się ukryć. To ostatnie zamierzali osiągnąć poprzez ułożenie się na trawniku, co raczej nie było dość efektywne.
– To jest na pewno wojsko? – spytał tata Łukaszka.
W końcu jakoś łamaną niemczyzną udało się nawiązać z nimi kontakt. Tak, rzeczywiście byli niemieckimi żołnierzami. Co robili w Polsce?
– Zostaliśmy przysłani, aby wspierać demokratyczny ruch oporu – przyznał jeden szczękając zębami.
– A gdzie wasz dowódca?
– Straciliśmy go i nie wiemy gdzie jest – odezwał się drugi żołnierz. Wysłano nas do takiej miejscowości…
– Pawełkowice – wtrącił trzeci.
– Ja, ja. I tam mieliśmy nawiązać kontakt z kimś z lokalnego oddziału Komitetu Obrony Dawnych czasów. Ale się nie udało.
– Czemu? – spytał pan Sitko.
– Bo mieliśmy się spotkać na meczu. Ale sami spójrzcie na to! – zakrzyknął z żałością w głosie pierwszy żołnierz i podał kartkę tacie Łukaszka.
– Mecz pomiędzy Chrzanovią Chrzanów a KS AZS Nasze Wędliny Zawsze Świeże Z Puszki Koluszki – odczytał tata Łukaszka.
– Przecież my nie jesteśmy w stanie tego nawet wymówić! – krzyczał poirytowany drugi żołnierz. – Nasz dowódca poszedł się pytać o drogę na stadion w tych tam Pawełkowicach i kiedy tam jest mecz…
– No i?
– No i jak zagadał od słowa do słowa, to wymsknęło mu się, że Lewandowski nie jest wcale taki dobry w Bundeslidze. I to był koniec. Tak go pobili, że trafił do szpitala. No i zostaliśmy bez dowódcy.
– Kiedy to było? – spytała pani Sitko.
– Cztery dni temu.
– W cztery dni doszliście tu z Pawełkowic??? Tu niemożliwe! – zawołali mieszkańcy osiedla.
– A kto mówi, że szliśmy? Jechaliśmy transporterem opancerzonym.
Wszyscy cofnęli się o krok.
– Oni tam mają działo – zaszemrano.
– Mamy, ale… – drugi żołnierz machnął ręką. – Ale zepsute. Nie, nie naprawimy go, bo… Hm… W jednostce zawsze robili to Polacy… A teraz… Hm… No sami wiecie…
– Jedliście coś w ogóle przez te cztery dni? – spytała mama Łukaszka.
– Jesteśmy specjalnie szkolonym oddziałem doborowych komandosów! – zachrypiał trzeci żołnierz. – Nie.
– Ej, jedliśmy! – zawołał pierwszy żołnierz. – Pamiętacie? Nasz kierowca powiedział, że jego dziadek był już kiedyś z wojskiem w Polsce. I on nam pokaże jak się zdobywa pożywienie.
– I jak było?
– Znowu nam nie wyszło. Weszliśmy wywalając drzwi kopniakiem, ale… Nikogo nie było. Wszyscy w pracy. To sam w drugim i trzecim mieszkaniu. Dopiero w czwartym zastaliśmy jakąś młodą kobietę. Nasz kierowca zażądał, aby natychmiast oddała mu krowę z obory. To ona zrobiła wielkie oczy i powiedziała, że tu są tylko bloki a nie ma krów. To on chytrze pyta skąd bierze mleko. A ona na to, że ze sklepu, niemieckiego zresztą. To wypiliśmy to mleko. Ale ciekawe, niby ze sklepu niemieckiego, a smakowało zupełnie inaczej niż w Niemczech. Nasz działonowy ledwo wypił to zaraz zaczął rzygać. No i okazało się jak przeczytaliśmy skład na opakowaniu, że tam są takie rzeczy, które w Niemczech od dawna są wycofane, bo trujące. I od czasu tego mleka nic nie jedliśmy – zakończył dramatycznie.
– Może by coś im dać do jedzenia – zaszemrali ludzie.
– Jeszcze czego! – spieniła się babcia. – Niemieckie wojsko nas najeżdża a wy im poczęstunek szykujecie?
– Zjedzą i pojadą – zaproponował dziadek.
– Dokąd pojedziemy? – zaniepokoił się pierwszy żołnierz.
– Jak to dokąd? Do siebie. Do Niemiec.
– To do siebie czy do Niemiec, bo nie rozumiem – mnożył trudności jakiś śniady żołnierz.
– W sumie mogłabym dać kilka schabowych… – zastanowiła się pani Sitko.
– Ja nie mogę, wieprzowiny ni jem – rzucił jeden żołnierz.
– Ja też nie, jestem weganem – zadeklarował się drugi.
– Ja mam dietę bezglutenową…
– W dupę mnie całujcie – zdenerwowała się pani Sitko. No i trzeba było powstrzymywać dwóch żołnierzy, którzy już zaczęli się rozbierać, że to była tylko przenośnia.
– Niech sobie w sklepie kupią – poddała myśl mama Łukaszka.
– Niedziela, są zamknięte – przypomniał Łukaszek.
Żołnierze załamali się, że umrą z głodu.
– Bez przesady, są jeszcze stacje paliw, tam można kupić jakieś jedzenie – poinformował tata Łukaszka.
– Świetnie – ucieszył się pierwszy żołnierz i zwrócił do jednego z kolegów:
– Bierz transporter i jedź na stację. Nakup jedzenia i wracaj.
Kierowca pobiegł w stronę sąsiedniego bloku, ale wkrótce wrócił.
– Nie pojechałeś? – nachmurzył się pierwszy żołnierz.
– Na koło założona jest jakaś klamra! nie mogę ruszyć! Takie coś było zatknięte we właz!
Podał kartkę tacie Łukaszka.
– Mandat od Straży Miejskiej za złe parkowanie – zasępił się tata. – I to z wczoraj. Ho ho, zapłacicie wy odsetki od tego mandatu takie, że hej. Jak oni wam założyli blokadę?
– Nie wiem, niech pan sam zobaczy.
Tata Łukaszka powiedział, że idzie, a pół osiedla powiedziało, że też idzie.
Transporter stał na placyku służącym do zawracania śmieciarkom i straży pożarnej. Był znak zakazu parkowania. A na kole pojazdu wisiała pomarańczowa blokada.
– No to cześć, pozostaje tylko zadzwonić po Straż, oni przyjadą i zdejmą blokadę. Trzeba będzie zapłacić – oznajmił tata Łukaszka. Wojsko niemieckie smętnie się zgodziło i powiedziało, że niech no tylko zdejmą im tą blokadę, to oni zaraz wyjeżdżają…
– Bardzo dobrze – tata Łukaszka sięgnął po telefon i zadzwonił do Straż Miejskiej.
Po kwadransie przyjechała Straż i zaczęła ściągać blokadę. Tata Łukaszka wziął jednego z nich na stronę i spytał dyskretnie:
– Majstersztyk. Jak wyście założyli tę blokadę? Przecież to o wiele większe koła.
– Musi pan spytać tego tam – strażnik pokazał jednego ze swoich kolegów. – Ale nie wiem czy pan go zrozumie. Jurij jest Ukraińcem.