Akcja ratunkowa akwarystów pod M-3

Kiedy zaczęła się panika, mało kto przypominał sobie buńczuczne zapowiedzi. Do tych osób należał oczywiście tata Łukaszka. Lutowego popołudnia siedział spokojnie w kuchni i spokojnie popijając herbatę obserwował miotające się po mieszkaniu mamę i babcię Łukaszka.
Kiedy one we dwie ratowały garnki z rosołem wegańskim (mama, dla siebie) i tradycyjnym (babcia, dla pozostałych), tata Łukaszka stał w oknie i liczył podjeżdżające zastępy straży pożarnej. Babcia Łukaszka straciła wreszcie cierpliwość.
– Czy to ciebie bawi? Cały blok mógł się zawalić! Nadal może!
– On wierzy, że państwo przestało być teoretyczne! – zachichotała ironicznie mama Łukaszka i przestała, kiedy dotarł do niej sens tego co powiedziała.
– Woda ma to do siebie, że jak się zgromadzi, to spływa potem do Bałtyku czy też gdzie indziej – rzekł nonszalancko tata Łukaszka i podszedł do drzwi wejściowych. Obejrzał dokładnie prób, a następnie je otworzył. Solidny wał z ręczników leżący pod drzwiami był mokry, ale nie puszczał wody do środka. Woda płynęła całą szerokością korytarza, na wysokość kilku centymetrów. Zlewała się ze schodów, z góry, i płynęła dalej schodami na dół.
Po schodach, posapując i mlaskając butami wchodził powoli oddział strażaków w pełnym rynsztunku.
– Nie spieszycie się panowie.
– Przecież się nie pali – burknął jeden ze strażaków. – Myśli pan, że to tak łatwo drapać się na samą górę w tym stroju?
– To czemu nie windą?
– Bo nie działa. Szybem też leci woda.
– Wysoko tak panowie macie?
– Ostatnie piętro – burknął strażak. – A spieszyć się aż tak nie musimy, bo na górze są już dwa nasze zastępy.
– Panowie! – zabrzmiał rozpaczliwy krzyk z tyłu. – Ruszcie się no bo blokujecie!
Strażacy poczłapali wyżej, a na piętro na którym mieszkali Hiobowscy wtarabaniła się ekipa telewizji.
– Wreszcie ktoś! – zawołał uradowany reporter. – Czy jest pan świadkiem?
– Zależy czego.
– No… – reporter pokazał wodę płynącą po korytarzu. – Tego.
– To zależy kto pyta.
– Telewizja polska.
– Polska czy polskojęzyczna?
– Mamy siedzibę w Polsce.
– Ech… – tata Łukaszka machnął ręką i chciał już zamknąć drzwi, ale reporter zawołał:
– Co panu szkodzi powiedzieć, to poza nagraniem, tak prywatnie pytam, bo już mi dzwonili co i jak mam nagrać, więc…
– Ech… – westchnął jeszcze raz tata Łukaszka i już chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył. Bo pojawiła się kolejna ekipa strażaków, tym razem schodząca z góry. Nieśli oni dwójkę ludzi na noszach – mężczyznę i kobietę.
– Ładnie pan narozrabiał – rzekł z irytacją tata Łukaszka. – Czy pan zwariował? Zmieniać mieszkanie w akwarium?
– O czym pan mówi? – zainteresował się reporter.
– Ten pan zamienił jeden pokój w M-3 w wielkie akwarium na ryby – wyjaśnił jeden ze strażaków. – Tam były cysterny wody. Cud, że strop nie trzasnął. W końcu zaczęło to wszystko przeciekać, jedna z przegród puściła i cała woda wypłynęła.
– Moje rybki – chlipał mężczyzna. – Moje roślinki!
– Trzeba być… – zaczął znowu tata Łukaszka, ale stała się rzecz przedziwna. Małżonka lokatora z ostatniego piętra zeskoczyła z noszy i zaczęła wygrażać tacie Łukaszka pięścią.
– Nie ma pan prawa krytykować mojego męża! Frustrat! Nieudacznik! W życiu pan pewnie żywej ryby nie widział!
– Co to ma do rzeczy! Pani mąż jest niebezpieczny dla siebie i innych! Mogliście zginąć!
– Co pan tam wiesz! Najpierw sam pan załóż akwarium a dopiero potem krytykuj pan akwarystę! I to minimum sto litrów!
– W przeciwieństwie do was jestem człowiekiem odpowiedzialnym i gdybym już zakładał akwarium to bym się przygotował na możliwość przecieku!
– Byliśmy! Mamy wiaderko, miskę, siateczkę do odławianie rybek i ubezpieczenie od zalania!
– Rewelacja, a za strażaków kto płaci? Ja!
– Udław się pan tymi pieniędzmi! Pan widzę z tych co wszystko przeliczają na banknoty, a mój mąż, proszę pana, to ma pasję!
– Ach, pasję…
– Tak, proszę pana! Ale pan, ze swoim ciasnym, kołtuńskim światopoglądem nie potrafi zrozumieć, że istnieje coś jeszcze oprócz pieniędzy! Widział pan kiedyś poród gupików w wodach rozświetlonych łagodnym światłem świtu? Czy widział pan kiedyś zbrojnika niebieskiego pomykającego po piasku z poszukiwaniu glonów? Czy widział pan kiedyś ampularię żeglującą dostojnie po szybie zbiornika? Nie!
Pani na chwilę zamilkła, co wykorzystał reporter pytając strażaków o przebieg akcji ratunkowej.
– Mieszkania na ostatnim piętrze ewakuowane – wyliczał strażak. – Wodę wypompowujemy. Drzwi do mieszkań zabezpieczone. Niestety…
– Tak?
– Nie udało nam się odnaleźć wszystkich rybek. Nadal szukamy jednej razbory klinowej.
Wkrótce blok obiegła kolejna sensacyjna informacja dotycząca sąsiada z ostatniego piętra.
– Tak jak obiecał, poszukał sobie bardziej bezpiecznego hobby. Został himalaistą! – informowała ważnym tonem dozorczyni, pani Sitko.
– Co też pani opowiada, przecież tego już nie ma – zaoponował tata Łukaszka. – Po tym jak próbowali pierwsi w świecie zimowego wejścia na K2…
– Co pan gada, były już zimowe wejścia na K2.
– Nie dokończyłem zdania. Po tym jak próbowali pierwsi w świecie zimowego wejścia na K2 nago, i ich siedem razy ratowano, to musieli zmienić nazwę na Polski Helikopteryzm Zimowy. Dostali też zakaz wyjazdu na wyprawy za granicę.
– No i widzi pani – rzekła z satysfakcją babcia Łukaszka. – Nie działają. Coś się pani pomieszało.
I wszyscy poszli się spytać sąsiada z ostatniego piętra.
– Ależ oni działają nadal! – zawołał sąsiad uradowany. – Tylko, że w kraju. Po tym jak dostali zakaz to jeździli pod Pawełkowice. Kopali tam wielką dziurę i siedzieli na mrozie, bez jedzenia i picia. Jak kto długo wytrzymał. Jak ktoś odpadał to dzwonili po karetkę. emocje te same co w Himalajach, a koszty nieporównanie tańsze.
– Zaraz, powiedział pan: do tej pory – Łukaszek był czujny. – Coś się zmieniło?
– Tak, proszę państwa! – zakrzyknął dziarsko sąsiad z ostatniego piętra. – Nasi wspinacze wpadli na rewelacyjny pomysł, co ja mówię, rewolucyjny pomysł! Himalaizm horyzontalny!
Wszyscy stali w ciszy przetrawiając dwa ostatnie wyrazy.
– Jak to niby wygląda? – spytała ostrożnie pani Sitko.
– Bardzo prosto. Wspinają się w poziomie. To jest wręcz genialne, to pozwoli nam osiągnąć dystanse jakich nigdy nie osiągnęlibyśmy w pionie! Cały świat stoi przed nami otworem! A jakie tanie będą akcje ratunkowe! W tym roku zamieniamy K2 na A2 i zamierzamy zdobyć odcinek Sochaczew – Grodzisk. Będziemy wspinać się wzdłuż serwisówki. Będzie to pierwsze zimowe zdobycie tego odcinka A2. Kibicujcie nam!

Antysemickie skoki narciarskie

Hiobowscy zagryzając palce oglądali konkurs drużynowy skoków narciarskich. Zawody odbywały się pod dyktando Norwegów. O drugie i trzecie miejsce walczyły między sobą trzy drużyny. Niemcy, Polska oraz o dziwo Izrael.
– Od kiedy oni biorą udział w skokach narciarskich? – zdziwiła się babcia Łukaszka nieprzyjemnie.
– Podejrzewam problemy – jęknął dziadek Łukaszka.
Mama Łukaszka zaczęła krzycząc, że się wstydzi za taką antysemicką rodzinę.
– Mogłabyś się wstydzić nieco ciszej? – poprosił tata Łukaszka i upił łyk herbaty. – Komentatora nie słychać.
Mama przycichła.
– …a teraz skacze Polak, proszę państwa, to już, trzymajmy kciuki, ruszył! Jedzie! Skoczył! Pięknie się odbił! Daleki lot, leć, leć! I wylądował! Daleko, daleko, chyba będzie medal! Czekamy na punktację… Mamy dystans.. Mnożymy przez punkty… Tak, trzeba trochę odjąć za korzystny wiatr… Co prawda było bezwietrznie, ale nie było też wiatru, który by przeszkadzał, więc trzeba odjąć. Tak wypada w świecie skoków. Za to Polskę lubią, dlatego dobrze żyjemy z innymi federacjami, że lubimy jak nam odejmują punkty. Tak! Jest trzeci! Jeśli zawodnik z Izraela go nie przeskoczy mamy brąz! A teraz pora na zawodnika z Izraela!
– No! Nasi! – ożywiła się mama Łukaszka i gromy sypiące się na jej głowę odbijała kontroskarżeniami o antysemityzm.
– …Izrael dopiero debiutuje na zawodach tej rangi. Jak na debiutantów idzie im całkiem nieźle. Ruszył. Jedzie, jedzie, najeżdża na próg, wybija się i leci, le… Już wylądował. Telemarka nie było. Gruchnął tak o ziemię, że… No, za to na pewno zostaną odjęte punkty. O. Nie odjęli. Ciekawe. Odległość niewielka, nie sądzę więc… Jurorzy dodali punkty za wiatr. No tak było bezwietrznie. wiatr nie pomagał, więc wypada dodać. Dodano też punkty za rodzinę. Zawodnik ten w czasie wojny stracił osiem babć i piętnastu dziadków, z których najmłodszy miał zaledwie pięć lat. Olbrzymia tragedia. Dodano też punkty za utracone nieruchomości. Jedna kamienica trzy piętra, druga dwa piętra, pięć punktów za każde piętro. I do tego oficyna. Murowana. Dużo tych punktów mu dodadzą, także boję się, że zepchną nas z podium… Ale nie! Polska trzecie miejsce! Izrael czwarte!
I kiedy Hiobowscy się cieszyli fala oburzenia przewaliła się przez świat. Godzinę później kiedy włączyli wiadomości dowiedzieli się, że są antysemitami z dziada pradziada. Izrael zagroził wycofaniem ambasadora, zerwaniem stosunków dyplomatycznych i poniewieraniem na arenie stosunków międzynarodowych.
– Tyle lat budowania polskiej potęgi w skokach narciarskich i wszystko na nic – wzdychał jeden ekspert w studiu telewizyjnym.
– Nie wszystko stracone – pocieszał go drugi. – Przecież pani ambasador wyraźnie powiedziała, że pogodzimy się, jeśli Polska odda medal i trzecie miejsce.
Pokazano zawodnika z Izraela, który szalenie wzburzony, krzyczał, że żąda odszkodowania za utratę trzeciego miejsca.
– To niesłychane, że Polska nas wyprzedziła! – zawodnik nie mógł się uspokoić. – Powinni się wstydzić! Po tym wszystkim co nam uczynili w czasie wojny!
– My też was wyprzedziliśmy – wtrącił się zawodnik z Niemiec.
– Widzicie? – ucieszył się Polak. – Do niego miejcie pretensje.
– Ale to wy nas zepchnęliście z podium! – upierał się zawodnik z Izraela.
Przekaz powrócił do studia.
– Jest juz projekt porozumienia pomiędzy Polską a Izraelem – oznajmił z ulgą prowadzący. – Możemy zatrzymać czwarte miejsce…
– Mamy trzecie! – wykrzyknął ktoś z publiczności w studio.
– …czwarte możemy zatrzymać, a oddać mamy tylko narty.
– Wszystkie?!
– Nie. Tylko po jednej na zawodnika. Tak wynegocjowała Rofia-Zomaszewska esemesem – oznajmił prowadzący i usiadł załamany.
– To nic – pocieszał go trzeci ekspert.
– Jakie nic? Jak oni zjadą? Jak wylądują?
– Zjadą prosto, wystarczy się puścić i człowiek sam zjeżdża – zauważył czwarty ekspert.
– A lecieć to poleci nawet na drzwiach stodoły – wtrącił piąty ekspert. – Co do lądowania: nasza partia napisze list do prezesa organizacji skoczków, że prosimy o zastąpienie telemarku ukucnięciem.

Aborcja i pies

Dozorca ma wiele obowiązków do wypełnienia. to nie tylko banalne zamiatanie chodnika pod blokiem. Ale to nie znaczy, że dozorca zgodzi się na wszystko. Ma on swój honor i właśnie honorem uniosła się pani Sitko odmawiając lokatorowi z pierwszego piętra, który niedawno się wprowadził.
– Chyba pan oszalał! – zakrzyknęła pani Sitko falując z oburzenia. – Ja nie będę panu wyprowadzać psa!
– Wyjeżdżam na pół dnia.
– Niech pan zabierze psa ze sobą.
– Jestem jurorem na dniu kota, wie pani co by się tam działo? Co to za problem na chwilkę psa wypuścić?
– Na chwilkę? Pewno trzeba całą godzinę z nim biegać!
– Ale gdzie tam! Pies biega sam!
– Nasra mi na trawnik!
– Nie ma mowy! Jest dobrze ułożony!
– Nie!
– Czyli nienawidzi pani zwierząt – westchnął lokator. – Niechże pani spojrzy na tego biednego pieska. Jak on na panią patrzy. A pani go tak nienawidzi. Co on pani zrobił? No co, pytam się?
– Nie zga… Och, no dobrze, niech będzie – pani Sitko stopniało serce pod wpływem psiego spojrzenia.
– No to super, to niech pani słucha, tu ma pani klucze od mieszkania, jeść trzeba dać trzy razy, o tej, o tej i o tej, o tej godzinie musi wyjść na spacer, trzeba z nim biegać przez godzinę. Żartowałem. Biega sam, najczęściej robi kółka wokół śmietnika. To wszystko, dziękuję, do widzenia.
– Nie wierzę – jęknęła pani Sitko patrząc na trzymane w ręku klucze.
Kiedy nadeszła pora spaceru pani Sitko poszła do mieszkania lokatora, zapięła psa na smycz i wyprowadziła przed blok. Przed budynkiem było zaskakująco dużo ludzi. Jakaś grupa pań z transparentami „Aborcja jest fajna”. Rozpoznała wśród nich mamę Wiktymiusza. A ze sklepu wracał nie kto inny jak mąż pani Sitko. I wtedy pani Sitko wpadła na genialny pomysł. Wręczyła smycz mężowi.
– Co to jest? – spytał zdumiony pan Sitko.
– Pies – odparła zjadliwie pani Sitko. – Nie widać?
– Widać, ale przecież my nie mamy psa.
– To nie nasz pies, tylko jednego z lokatorów. Obiecałam mu go wyprowadzić, więc przejdź się z nim godzinę. Wystarczy pobiegać z nim koło śmietnika.
– Dlaczego ja mam się przejść skoro ty obiecałaś? – zirytował się pan Sitko. Miał bowiem w siatce alkohol i budził się już w nim duch konsumpcji.
– Bo w naszym małżeństwie obowiązuje ciągłość prawna – oznajmiła z dumą pani Sitko. – Poza tym Jezus mawiał, że mąż i żona to jedno.
– Mawiał, mawiał, ale sam żony nie miał – burczał pan Sitko patrząc jak jego żona wchodzi do budynku. Z budynku za to wyszedł Łukaszek Hiobowski. I wtedy pan Sitko wpadł na genialny pomysł.
– Pomożesz mi chłopcze? To fajnie. To potrzymaj to – i pan Sitko wyciągnął siatkę w stronę Łukaszka, po czym w ostatniej chwili zmienił zdanie, cofnął rękę z siatkę i wyciągnął drugą. Wcisnął Łukaszkowi smycz. – Albo lepiej nie. Jeszcze byś zbił. Weź lepiej to.
– Co to jest???
– Pies – odparł pan Sitko z satysfakcją.
– Ale przecież państwo nie macie psa!
– Bo to nie nasz. To pies lokatora. Trzeba go wyprowadzić. Wystarczy pobiegać z nim godzinę koło śmietnika.
– Przecież ja nie będę biegał z cudzym psem… – zaczął Łukaszek i urwał, bo ktoś wybiegł z bloku mało go nie przewracając.
To była jego mama. Niosła transparent „Aborcja jest fajna”.
– No wreszcie pani jest! – zakrzyknęła mama Wiktymusza. – Ile można czekać?
I panie z transparentami podeszły pod blok.
– Przepraszam za spóźnienie, to moja wina, przyznaję się do wszystkiego, wstydzę się i zapłacę – mama Łukaszka pochyliła głowę w pokorze. Pan Sitko zrobił facepalma. A pies zaczął piszczeć i wyrywać się w stronę śmietnika.
– Co to? – zdumiała się mama. I wtedy Łukaszek wpadł na genialny pomysł.
– Zlepek komórek – odparł błyskawicznie.
Obie mamy spojrzały na niego ze zdumieniem.
– No wie pani – głos mamy Wiktymiusza ociekał ironią. – To mój syn, choć taki mały, wie już kto nam przyniósł wolność w czterdziestym piątym, wie kto mordował w Jedwabnym i wie, że pies to nie zlepek komórek, a żywa, czująca istota.
– A żywa, czująca istota w brzuchu matki to też jest żywa, czująca istota? – spytał Łukaszek.
– To właśnie jest zlepek komórek – odparła ze spokojem mam Wiktymiusza. Mama Łukaszka cofnęła się dwa kroki. Wiedziała, że pytania jej syna są niezwykle niebezpieczne.
– W każdym brzuchu każdej matki? – pytał dalej Łukaszek.
– Tak! Tak!
– A u pieska?
Mama Wiktymiusza zaniemówiła.
– Tak się właśnie zastanawiam… ciągnął dalej Łukaszek. – Te wszystkie śliczne szczeniaczki… W brzuchu matki…Małe, ślepe i bezbronne… Szczypcami… Ciach…
– Nie! – krzyknęła mama Wiktymiusza i rozpłakała się.
– I dotyczy to nie tylko piesków! – pan Sitko złapał klimat. – Kotków też! Piękne małe puszyste kotki można abortować!
– Oczywiście, bo to przecież zlepek komórek – przytaknął Łukaszek. – To samo dotyczy chomiczków.
– I świnek morskich.
– Ale nie ograniczajmy się do zwierząt domowych. Koniki.
– Cielaczki!
– Kurczaczki! – zawołał Łukaszek.
Ale ostatnie słowo należało do pana Sitko. Spojrzał na trzymaną przez siebie siatkę, przez którą przebijała etykieta „miód pitny” i rzucił:
– Pszczółki!
To był coup de grace. Wszystkie panie płakały. Jedna wymiotowała.
– A mówię o tym dlatego, bo… – i Łukaszek pokazał coraz bardziej piszczącego psa, który szarpał się i przebierał łapami. – Bo ten pies jest w ciąży. I właściciel zamierza dzisiaj zabrać na aborcję.
Okrzyk zgrozy wyrwał się z piersi pań że aż transparenty „Aborcja jest fajna” im zadygotały w rękach.
– Trzeba temu zapobiec! – krzyknęła mama Wiktymiusza.
– Przecież to tylko zlepek komórek – poddał pan Sitko mocujący się z nakrętką miodu pitnego.
– Trzeba temu zapobiec, dlatego… – mama Wiktymiusza powtórzyła i przerwała, bowiem Łukaszek spuścił psa ze smyczy łżąc bezczelnie „się mi wyrwał”. Pies wystartował jak rakieta i zniknął za śmietnikiem.
– Gonimy! – zakrzyknęła bojowo mama Wiktymiusza i panie ruszyły w pościg za zwierzakiem. Pan Sitko wreszcie odkręcił miód i mógł teraz w pełni rozkoszować się zmaganiami sportowymi.
Panie dwa razy miały realną szansę na złapanie psa. Było to na drugim i na szóstym okrążeniu wokół śmietnika. Potem dystans pomiędzy ściganym a ścigającymi zaczął rosnąć.
I na to wszystko wyszła pani Sitko. Zobaczyła zrujnowane trawniki, zarzygane schody i męża popijającego alkohol.
– Co ty robisz?! – zakrzyknęła strasznym głosem.
– Psa wyprowadzam – odparł pan Sitko dudniąc w butelkę.
W pani Sitko krew zagrała i rzuciła się na męża.
I na to wszystko nadszedł właściciel psa. Ogarnął tą scenę i zapozował do obrazu Muncha.
Podeszła do niego mama Wiktymiusza, dysząc ciężko ze zmęczenia.
– Jest pan wrednym chamem! – wrzeszczała machając transparentem „Aborcja jest fajna”. – Jak pan może wykonać aborcję na swoim psie! Nie ma pan serca ani sumienia! To barbarzyństwo!
Nadbiegł pies i zaczął łasić się do jego nóg.
– Boże, co za patologia tu mieszka – rzucił właściciel psa. – Reks, idziemy do domu!

Zatrzymanie w Walentynki

Trudno opisać ile zabiegów, knucia i podstępów musiała zastosować siostra Łukaszka aby wcielić w życie swój misterny plan. Plan miał na celu usidlenie chłopaka siostry i składał się z czterech punktów.

1. Wysłać wszystkich z domu
2. Przychodzi chłopak siostry
3. Wspólne oglądanie filmu
4. Seks

Punkty 1 i 2 siostra wzięła na siebie. Tak samo punkt 4. Najgorzej przedstawiał się punkt 3. Tutaj na szczęście siostrze pomogła jedna z przyjaciółek o imieniu Nikola. Otóż jak sama oznajmiła, miała ona bogatą kolekcję filmów, która wręcz zachęcała oglądających do przejścia z punktu 3 do punktu 4.
Siostra po upleceniu misternej sieci intryg została sama w domu. Wkrótce rozległ się dzwonek do drzwi. Wszedł chłopak siostry, przywitał się ładnie i wręczył kwiaty. W środku siostry coś śpiewało z radości – że wykonała już pięćdziesiąt procent planu! I właściwie dalej już górki – bo wystarczy tylko włączyć film!
Siostra ulokowała chłopaka na kanapie i podeszła do telewizora. Piętrzył się tam stosik płyt pożyczonych od Nikoli.
– Obejrzymy film.
– Dobrze, a jaki? – spytał chłopak.
– Grey – oznajmiła zwięźle siostra Łukaszka. Nacisnęła play i tygrysim skokiem znalazła się przy swoim chłopaku.
Rozpoczął się film. Akcja zawiązała się błyskawicznie.
– To jest na pewno Grey? – spytał zakłopotany chłopak.
– O tak – siostra pilnie śledziła wydarzenia na ekranie. – Dwa razy sprawdziłam na okładce. Sasha Grey.
Chłopak się zakrztusił i w tym momencie rozległ się dzwonek.
Siostra Łukaszka niechętnie wstała z kanapy i poczłapała ku drzwiom, a jej umysł pracował w błyskawicznym tempie. Kto to mógł być? Dziadek był w kościele, babcia w osiedlowym domu kultury, tata w pracy, mama na proteście, a Łukaszek w kinie…
Wyjrzała ostrożnie przez wizjer.
Policja! Antyterroryści w kominiarkach!
Siostra odwróciła się od drzwi i zakryła usta dłonią. A więc mama miała jednak rację! W kraju grasuje faszyzm! Służby wpadają do mieszkań o szóstej rano i aresztują wszystkich uprawiających nielegalny seks!
– Która teraz godzina? Szósta rano? – zawołała półgłosem w stronę pokoju.
– Trzynasta, a bo co? – zza drzwi wyjrzał chłopak.
– To nas nie aresztują – odetchnęła z ulgą siostra i otworzyła drzwi.
Na progu stało dwóch antyterrorystów z długą bronią. I nagle jeden z nich zrobił coś nieoczekiwanego: zdjął kominiarkę! Spojrzała na siostrę gęba poczerwieniała z gorąca, poczochrana i przede wszystkim znajoma. To był chłopak Nikoli.
– Natan?!
– Ano ja – przyznał Natan.
– Nie wiedziałam że jesteś antyterrorystą!
– Bo to tajne.
– Acha. A już nie jest? No bo zdjąłeś kominiarkę…
– Nie, to nadal tajne, ale sytuacja jest poważna. O… O coś chcielibyśmy spytać… E… Nikola mówiła, że… Masz zamszowe kajdanki… I… Czy mogłabyś je nam pożyczyć?
– Teraz???
– Tak. Potrzebujemy je z kolegą…
Zapadła niezręczna cisza.
– Czy… – siostra oblizała wargi. – Czy wy…
– Nie, nie, nie – zaprotestował Natan, a kolega antyterrorysta energicznie pokręcił głową w lewo i prawo. – My je potrzebujemy do zatrzymania pewnego obywatela.
– Czy… Wy… Z nim…
– Nie, nie, nie… – Natan ponownie zaprzeczył a na policzkach wykwitł mu rumieniec.
Siostra cofnęła się do pokoju i na oczach osłupiałego chłopaka wyjęła z szuflady zamszowe kajdanki. Chłopak pisnął i cofnął się pod ścianę, lecz ku jemu zdumieniu siostra potrząsnęła akcesoriem miłości i rzekła:
– Przyszła policja. Chce pożyczyć.
– Co, własnych już nie mają? – i chłopak poczłapał za siostrą.
– Proszę – siostra wręczyła kajdanki Natanowi. Natan spojrzał wgłąb mieszkania i ujrzała chłopaka.
– Czy… Wy…
Siostra radośnie pokiwała głową.
– O mega sorki w takim razie!
– Po co wam te kajdanki? – spytał ponownie chłopak.
– Zaraz zobaczycie – odparł Natan. – Dzieci z kwiatami już są?
– Czekamy jeszcze tylko na dywan – wybełkotał antyterrorysta zza kominiarki. – O! Już jest!
Zza narożnika korytarza wyłoniła się grupa antyterrorystów. Biegli parami niosąc na ramionach czerwoną wykładzinę. Rozwinęli ją na korytarzu i stanęli rzędem wzdłuż ściany. Przeszła za nimi grupa urzędników z pakunkami. Stanęli pod drzwiami na końcu korytarza i zadzwonili.
Drzwi się otworzyły.
– Jaśnie wielmożny pan profesor admirał biskup ekscelencja dziekan imperator megatron szach mat kierownik imć pan Fradysław-Własyniuk? – zapytał jeden z panów, a reszta przyklęknęła. Ktoś podał mówiącemu tacę.
– Tak to ja.
– Z całego serca błagamy chlebem i solą aby raczył pan z nami pojechać do prokuratury! – to mówiący podsunął tacę. – Jest pan zatrzymany!
Zatrzymany skosztował chleba i soli i wyszedł. Skuto mu ręce kajdankami siostry i poprowadzono po dywanie do windy.
– Lecimy schodami! – zakrzyknął chłopak. – Muszę to zobaczyć!
Siostra westchnęła ciężko, ale cóż było robić, zamknęła drzwi na klucz i pognali schodami w dół.
Konwój wyprowadzający Fradysława-Własyniuka wychodził właśnie z bloku. Na początku szły mażoretki, za nimi orkiestra dęta. Za orkiestrą dzieci sypiące kwiaty. Później młodzież w pocztach sztandarowych i czirliderki. Następnie w asyście antyterrorystów postępował zatrzymany, po obu stronach eskortowany przez negatywnie urodziwe kobiety.
– To feministki – wyjaśnił Natan. – Miały być hostessy, ale feministki to oprotestowały bo to ponoć uwłacza kobietom.
– Kto to właściwie jest? – spytała siostra. – Po każdego tak przychodzicie?
– To legenda opozycji, wiele lat temu walczył o demokrację. Dlatego nie przychodzimy o szóstej, tylko o trzynastej. Z taką oprawą. To człowiek, który się prawu nie kłaniał, więc prawo kłania się jemu.
– Łał – podsumował chłopak. – A co zrobił?
– Nie zapłacił OC za ciężarówkę.
Wrócili do mieszkania. Siostra ponownie posadziła chłopaka na kanapie i już miała ponownie włączyć film, gdy znów ktoś zadzwonił do drzwi. Siostra zgrzytnęła zębami i poszła otworzyć. D mieszkania wpadła zaaferowana mama Łukaszka.
– Widzieliście?! Słyszeliście?! – krzyczała biegając po mieszkaniu. – Zaczęło się! Aresztowali Fradysława-Własyniuka! Przyszli po niego bestialsko o szóstej rano!
– A wcale że nie, bo o trzynastej – odezwała się siostra. – Widzieliśmy.
– No to co tak stoicie?! Trzeba iść, bronić, walczyć, protestować! Jutro mogą przyjść i po was! No, dalej, organizujcie się, widzimy się pod prokuraturą!
I wybiegła. Siostra po raz kolejny posadziła chłopaka na kanapie… Znów zabrzmiał dzwonek. Siostra westchnęła ciężko myśląc o swoim czteropunktowym planie i otwarła drzwi. To była mama Łukaszka.
– Już z powrotem?
– Sadyzm tego satrapy nie zna granic – sarkała mama. – Wypuścili go! Co za świństwo! Nawet nie zdążyliśmy się zorganizować z protestem a tu bach i po wszystkim! No nic, lecę na moją pierwotną demonstrację.
I pobiegła.
Siostra z godną uporu konsekwencją chciała znowu posadzić chłopaka na kanapie, ale ten się zbuntował.
– Grey chyba nam już wystarczy – rzekł ku rozpaczy siostry. – Może teraz ja coś wybiorę? Coś spokojniejszego, adekwatniejszego do sytuacji… W końcu walentynki dzisiaj…
Przeglądał stosik filmów od Nikoli ale wszystkie tytuły brzmiały mu podejrzanie. Wreszcie zdecydował się na ostatni film.
– Może ten. Biograficzny film wojenny.
siostra Łukaszka rzuciła okiem. Wewnętrznie aż pisnęła z uciechy, zaś na zewnątrz powiedziała chłodno:
– Dobrze, ale pamiętaj, że to ty wybierałeś! I oglądamy do końca!
Chłopak dał się nabrać i ochoczo przytaknął. Ułożyli się obok siebie na kanapie i chłopak siostry nacisnął play. Na ekranie pojawił się tytuł.
Generał Kuf Drahrepus.

Wywiad z chomikiem

Sobota mijała spokojnie u Hiobowskich. Wszyscy sprzątali.
– Nie wszyscy! – piekliła się babcia Łukaszka patrząc wściekle na mamę Łukaszka. Ale jak to mawiają elektrycy – mama Łukaszka nie kontaktowała. Siedziała na rozłożoną gazetą i czytała w kółko jedną stronę.
– Coś jej się stało – szepnęła siostra Łukaszka.
Mama Łukaszka wstała i podeszła do okna. Babcia dyskretnie podsunęła się do stołu i rzuciła okiem na pismo.
– E… – mruknęła rozczarowana. – Wiodący Tytuł Prasowy…
– Dzisiejszy numer – odezwała się mama nadal patrząc w okno. – Dodatek „Szabas”.
– I co tam jest takiego trzewioszarpiącego? – zapytał tata Łukaszka.
– Wywiad z chomikiem Wiktymiusza – rzuciła mama niby beznamiętnie.
Hiobowskich to trafiło.
– Wiktymiusza, rozumiecie to?! – eksplodowała mama. – Ten dzieciak mieszka kilka pięter od nas! Przychodzi tu do naszego bloku reporter Wiodącego Tytułu Prasowego i ja, największa fanka tej gazety, nic o tym nie wiem!
– Podobno mama Wiktymiusza jest większą fanką – bąknęła siostra Łukaszka i mama wyrzuciła ją za drzwi.
Hiobowscy nadal roztrząsali to, co powiedziała mama, ale zamiast na wyrazie „Wiktymiusza” skupili się na innym słowie.
– Jak to: z chomikiem? – wyjąkał zaszokowany dziadek Łukaszek. – Były już wywiady ze zmarłymi, ale żeby z chomikiem?
Autorem wywiadu był młody człowiek. Absolwent Instytutu Reportażu Wiodącego Tytułu Prasowego i zdobywca nagrody Wiodącego Tytułu Prasowego za zeszły rok za najlepszy reportaż w Wiodącym Tytule Prasowym. Tytuł wywiadu brzmiał: „Całe życie pod reżimem rządzących”. A oto i wywiad.

„Całe życie pod reżimem rządzących”

Wywiad.

Wywiad jest z chomikiem. Jak to możliwe – spytacie. Ano tak, że zgodzicie się przecież ze mną, że chomik to istota żywa, która widzi, czuje, rozumie, myśli, ma swój wewnętrzny świat. Intymny. Subtelny. Futerkowy. Wystarczy się wpatrzeć, wsłuchać i już. Czuję co chomik do mnie mówi.

Bohater.

„Jaki tam ze mnie bohater” mówi Jeremi (imię zmienione), chomik Wiktymiusza, chłopca mieszkające w bloku na osiedlu. Jeremi nie uważa się za bohatera, aczkolwiek aby przeżyć to co on w dzieciństwie trzeba było wykazać się heroizmem.

Dzieciństwo.

Rodziny nie pamięta. „Z początku pamiętałem słabo” mówi Jeremi. „Potem nawet wyrzuciłem ich z pamięci”. Trudno się temu dziwić. Dom w najlepszym razie można było określić jako wylęgarnię. Rodzina patologiczna. Ojciec na samym początku zniknął. Z matką też źle się układało. „Najchętniej by mnie zagryzła” wzdycha Jeremi. „Rodzeństwo zresztą też podgryzało mnie przez cały czas”. były to czasy kiedy w tym kraju szalało już 500+. Na szczęście matka Jeremiego w czasie porodu była trzeźwa.

Blok.

Blok jak blok. O takich mawia się – typowy. pobudowany za PRL, na którą wszyscy teraz plują, a dzięki której mają gdzie mieszkać. Taki mały wielki świat. Wszyscy się znają, wszyscy o sobie wszystko wiedzą. I w środek tego piekła trafia Jeremi. Jego opiekunem jest chłopiec o imieniu Wiktymiusz. Jeremi z początku jest nieufny, próbuje się zaprzyjaźnić, a końcu nim gardzi. „Nie nosi rurek” wyjaśnia Jeremi. „Ale tylko dlatego, że jest za mały. Gdy dorośnie będzie je nosił. I stringi. I sukienkę. Taki typ człowieka. P*zda w ch*j”.
Jeremi, jak każdy chomik, lubi dosadne słownictwo.

Życie.

Jeremi miał wielkie plany. Liceum, potem jakieś studia. „Myślałem o socjologii, psychologii, może jakiś doktorat. Zamiast tego siedzę w domu z jej dzieckiem”. Ona to mama Wiktymiusza. To ona rządzi w domu. Jeremi musi całymi dniami słuchać jej wykładów. Mama zna się na wszystkim. We wszystkim strofuje Wiktymiusza. Z Jeremim próbuje tak samo. A to sika do wiórów zamiast do kuwety, a to wodę narozlewa. Jeremi odcina się od swoich uczuć, udaje, że nie słyszy, zamyka się w sobie na własne uczucia, potrzeby, pragnienia. Wiktymiusz sądzi, że jego chomik jest radosny, szczęśliwy i pełen życia. Jeremi nie wyprowadza go z błędu.

Kościół.

Mama Wiktymiusza jest ateistką i chodzi do kościoła. Jeremi tak to tłumaczy: „Idzie i wkrótce wraca. Zawsze wychodzi w czasie homilii. Krzyczy przy tym, że ją obrażają i że kościół być bardziej tolerancyjny, otwarty i przyjazny osobom deosceptycznym. Bardziej kompromisowy, przecież oni z miejsca wykluczają ateistów”. Wiktymiusz nie chodzi do kościoła. Za karę. Jeremi też nie chodzi. „Byłem raz czy dwa. Nie widzę tam niczego dla siebie”.

System.

Jeremi uważa się za ofiarę systemu. Urodził się już po rządami reżimu. Nie zaznał smaku wolności, kiedy to każdy mógł kupić fabrykę czy założyć telewizję. To go zbliża do mamy Wiktymiusza, która uwielbia mu opowiadać historie z czasów, kiedy to Polska przodowała w Europie w kategorii „sprzedaj wszystko za pięć złotych i nie tylko”.

Anonimy.

Tak, ma świadomość, że jego obecność przeszkadza sąsiadom. „Patrzą na mnie takim wzrokiem, takim wzrokiem…” wzdycha smutno Jeremi trzymając w łapce rodzynek. „Jakby mnie chcieli przerobić na rękawiczkę. Nie mówią tego co prawda, ale czuję to. A w niedzielę idą do kościoła”. Najbardziej sąsiadom przeszkadza chomiczy kołowrotek. Stuka, kiedy Jeremi biegnie w nim za szybko. „To gdzie mam to robić?” pyta retorycznie Jeremi. „Jestem chomikiem, nie mogę wyjść ot tak sobie”. Mama Wiktymiusza z początku paliła listy w biokominku. ale kiedyś Wiktymiusz sam odebrał pocztę, znalazł dwa anonimy, przeczytał je i się zaczęło. „Nie potrafiłam mu tego wytłumaczyć” mama Wiktymiusza patrzy w okno. „Taki hejt, tyle nienawiści… Że dla chomików nie ma miejsca w tym budynku, w tym mieście, w tym kraju. I o co to wszystko? Że ktoś jest odmienny, że jest chomikiem? Nie wolno mu?

Terror.

Nie może spać w nocy, często budzi się z uczuciem, że się dusi. Że Polska się wali. Że nas źle postrzegają za granicą. Nie może wtedy jeść, ziarenka mu stawają w gardle, woda wydaje się sucha. Nawet bieganie w kołowrotku nie pomaga. „Widzi pan, nawet chomik to odczuwa” mówi do mnie mama Wiktymiusza. „Kim wobec tego nazwać ludzi, którzy z rozmysłem na nich głosują? Zwierzęciem – to byłaby oblega dla zwierząt”. Jeremi ma świadomość, że dla rządzących jest nikim. Ma jednak nadzieję, że zdoła jeszcze zobaczyć ze swojej klatki stojącej na kuchennym parapecie, jak Polacy masowo idą. Idą po swoje. Idą po władzę. Żeby odebrać ją tamtym. Którzy myślą, że Polska to ich własność i mogą robić z nią co chcą.

Hiobowscy przeczytali artykuł jeden raz, drugi… Kiedy byli w połowie trzeciego mama Łukaszka odezwała się:
– Łukasz, ty chciałeś kiedyś pieska…

Przesłuchanie przed komisją Gamber Old

Tata Łukaszka pewnego dnia przeszedł do pracy i został bardzo zaskoczony. Zaskoczenia tego dokonali we dwóch: jego szef oraz kolega z pracy o nazwisku Kubiak.
– Mamy nowego – rzucił bombę Kubiak, który żarł landrynki.
Tata Łukaszka poczuł się oszołomiony.
– I to nie jakiś tam pierwszy lepszy szeregowy pracownik – kontynuował Kubiak żrąc batony. – Dyrektor!
– Ma kompetencje – odezwał się surowo szef. – Koordynował, nadzorował, przewodniczył, zastępował, był, zajmował stanowiska…
– A umie coś?
– Nic. I to jest ciekawe.
– Wszystko w administracji państwowej? – spytał tata Łukaszka.
– Skąd wiesz? – spytał Kubiak żrąc chipsy.
– Strzelałem… A jakie stanowisko u nas będzie miał?
– Menedżer do spraw sygnowania akt – rzekł z namaszczeniem szef.
– Znaczy się słup – skomentował Kubiak żrąc gruszkę.
– Panie Kubiak! – huknął szef. – Czy pan tu robi cokolwiek poza żarciem?
– Kawki mogę zrobić! – Kubiak zerwał się energicznie, chwycił kubki. – Dla pana taką jak pan lubi?
I pognał do kuchni.
– To dobry pracownik, ale bardzo niezdyscyplinowany – westchnął szef.
– Mhm, tak – mruknął tata Łukaszka, bo nie potrafił sobie przypomnieć kiedy to widział Kubiaka przy pracy. – Chciałbym zobaczyć tego nowego…
Jego życzenie spełniło się godzinę później, kiedy to ktoś z dyrektorów wszedł do ich działu.
– Niech pan pozwoli kolego – dyrektor zaprosił nowego i weszli.
Akurat trafili na Kubiaka, który przykimał nieco na krześle i teraz poprawiał się na meblu kręcąc się na nim.
– Tu mamy dział, który… Który robi… – zaczął dyrektor i wzrok jego spoczął na Kubiaku. – Co pan tu właściwie robi?
Wszyscy zmartwieli.
Kubiak podniósł na niego jasne spojrzenie i odparł bez namysłu:
– Obrót.
– Tu robią obrót – poinformował dyrektor nowego.
– Obrót w firmie ważna rzecz – rzekł z emfazą nowy, uścisnął rękę Kubiakowi i poszedł z dyrektorem dalej.
– Kubiak, pan jest genialny – sapnął szef.
– Wiem – odparł skromnie Kubiak żrąc orzeszki.
Nowego zobaczyli ponownie jutro. Ale w firmie. W telewizji.
Wpadła sekretarka z krzykiem, że na kanale Fałsz24 jest relacja z posiedzenia komisji do spraw potężnej afery Gamber Old. I nowy ma tam zeznawać jako świadek! Bo podobno zajmował jakieś ważne stanowisko w służbach, które miały udaremniać takie afery, a on nic z tym nie zrobił!
Nowy, pewny siebie i z bezczelnym uśmiechem, zasiadł przed komisją.
– Mam tutaj notatkę na temat pana działań, chciałabym aby pan powiedział czy wiedział pan… – strzeliła pierwszym pytaniem przewodnicząca komisji.
– Nie pamiętam – odparł gładko nowy.
I tak nie pamiętał przez półtorej godziny.
Potem się okazało, że nie tylko pamięć u niego szwankuje.
Na służbach się nie znał.
Zakresu obowiązków nie znał.
Nie zajmował się.
Nie zrobił. nie zawiadomił.
Zapomniał. Zdarza się. Natłok obowiązków.
Jakich obowiązków? Nie pamiętał.
Nie kojarzył dat, faktów. Nie rozumiał,
– Co ja takiego zrobiłem źle? – pytał zdumiony nowy.
– Nic pan nie zrobił, to źle.
– Jak można karać człowieka za coś, czego nie zrobił?
– Można.
– Terror! Tu nie można oddychać! Duszna atmosfera nienawiści!
– Proszę odpowiadać na pytania! – przewodnicząca straciła wreszcie cierpliwość.
– Ojej, nie znam się. Pani też się od razu zna na wszystkim? Następnym razem będę bardziej uważał.
– Nie będzie następnej razy!
– Wiedziałem! – nowy złapał się za serce. – Dyktatura!
– Wcale że nie!
– Wcale że tak! Chcecie dyktować kto ma jaką pracę wykonywać! Każdy ma prawo sprawdzić się w służbach specjalnych!
– Dosyć tych wygłupów! Niech pan podpisze…
– Ale ja nie umiem pisać!
Komisja osłupiała.
– Ależ… Pan ma wyższe wykształcenie!
– Trzeba pytać tych co mi dawali te papiery. Nawet nie wiem co w nich było. Nie umiem czytać!
– Ma pan przecież prawo jazdy – parsknęła przewodnicząc. – Analfabetom nie dają. Proszę no sięgnąć do dokumentów, widziałam, że chował je pan w prawej kieszeni… Prawej mówię! Ta jest lewa!
– Nie wiem która to prawa! – krzyczał świadek. – Udowodnijcie mi, że wiem!
Obrady komisji zakończyły się wyniesieniem świadka z sali. Leżał na podłodze ssąc kciuk i gaworząc „ma-ma” robił pod siebie.
Wszyscy rozeszli się szepcząc, że nowy na bank nie pojawi się jutro w firmie, bo się będzie wstydził. A nawet jeśli się pojawi, to go zwolnią.
Mylili się.
Pojawił się.
Dostał awans i podwyżkę.

Bajka o metodzie „Na dziadka”

W telewizji polskiej zapowiedziano w paśmie największej oglądalności… Bajkę.
– O, to nie może być zwykła bajka – zawyrokował dziadek Łukaszka i Hiobowscy zasiedli przed telewizorem.

…wokół zamku królewskiego leżało duże miasto, dalej mniejsze miasteczka, a wokół rozciągała się ogromna puszcza poprzecinana siatką dróg. Drogami tymi wędrowała raz liczna rodzina osadników. Nie byli zbyt lubiani, ciekawe dlaczego i tak wędrowali z miejsca na miejsca.
– Pod zamkiem dużo miasto – powiedziała matka. – Tam ponoć ludzie życzliwi i tolerancyjni. Tam osiądziemy.
– Zaraz tam: osiądziemy – wzruszył ramionami ojciec.
– I pracy sobie poszukasz.
– Zaraz tam: pracy. Praca do życia potrzebna. Pieniądz potrzebny.
– Jak ty chcesz mieć pieniądz bez pracy?
– Już ja coś wymyślę – chełpił się ojciec.
Nie zdążył. Minęli rogatki miasta i dostali się w sam środek koszmarnej awantury. Banda rozbójników opanowała cała uliczkę miasta, napadali na poszczególne domy, rabowali, zabijali. Rodzinę wędrowców też spostrzegli i napadli. Bestialsko torturowali i zabili ojca. Nie wiadomo jaki los by spotkał resztę rodziny… To znaczy: nie wiadomo ile by byli torturowani przed śmiercią, ale udało im się ujść z życiem. Mieszkańcy miasta w ogólnym zamieszaniu wciągnęli ich do swoich domów i przechowali w ukryciu. Wkrótce zresztą wpadło wojsko i przegnało rozbójników.
– Uratowaliśmy was – powiedziała jedna z mieszkanek miasta.
– No fajnie, tylko szkoda, że nie wszystkich – rzekł z przekąsem najstarszy syn wędrownej rodziny patrząc na zwłoki swego ojca. Mieszkanka miasta zamknęła usta, spojrzała na niego jakoś ta dziwnie i się odsunęła. Ale inni się odsunęli, wręcz przeciwnie i pomimo tego, że sami byli w ciężkiej sytuacji to obdarowali rodzinę zabitego różnymi rzeczami. Rodzina znalazła sobie jakiś w miarę ładny i nieuszkodzony domek w sąsiedniej, bliskiej na wschód miejscowości i tam się wprowadziła.
– To nasz dom! – zaprotestował ktoś.
– Zabili nam ojca! – zakrzyknął ze złością najstarszy syn zabitego i zamknął drzwi, a natrętny typ sobie poszedł.
Na drugi dzień matka podjęła temat pracy. Najstarszy syn westchnął, przeszedł się po osadzie i wrócił do domu srogo zawiedziony wysokością proponowanych stawek.
– Ale chyba podejmiesz pracę? – zaniepokoiła się matka.
– Praca, praca, ojca trzeba najpierw pochować! – wybuchnął najstarszy syn. Załadował ciało ojca na wózek i pojechał do wielkiego miasta, bo tam był cmentarz.
W mieście pamięć o napadzie była wciąż żywa.
– Ach to, ty, syn zabitego, jak oni was potraktowali, musi wam być ciężko – wołali mieszkańcy i co raz tam ktoś dał na wspomożenie.
Trudno opisać zaskoczenie matki, kiedy zobaczyła, że syn wrócił i na wózku nadal ma ciało ojca.
– Cmentarz był już zamknięty – wyjaśnił syn lakonicznie i zaczął wytrząsać z kieszeni podarunki. – Zobaczcie tylko co mi dali mieszkańcy.
– O! Jak dużo!
Następnego dnia rano syn znów wyruszył na aby pogrzebać zwłoki ojca. I znów trudno opisać zdumienie matki gdy syn wrócił ponownie z ciałem ojca.
– Znowu cmentarz był zamknięty? – spytała z ironią.
Syn uśmiechnął się z wyższością i znów zaczął wytrząsać z kieszeni – tym razem pieniądze. Rodzeństwo piszczało zachwycone.
– I po co ja mam iść do tej pracy, co? – spytał najstarszy syn. – Przecież ja w życiu tle nie zarobię co tu w jeden dzień. Trzeba zrobić tak: ojca pochować, bo… Bo już trzeba. Ale po cichu, tak by się nikt nie dowiedział. A za te pieniądze zrobi się kukłę ojca i ja ją będę woził na wózku do miasta. Jak dają pieniądze – grzech nie brać.
– A jak nie będą chcieli dać? – spytała matka.
– To ja im przypomnę przez kogo życie stracił – rzekł z dziwną zaciętością najstarszy syn.
– Przez bandytów – powiedziała jedna z siostrzyczek.
– Nie! – krzyknął na nią najstarszy syn. – Przez tych co nas ratowali! Bo ratowali nas źle i za wolno! Płacą, czyli są winni!
Matka pokiwała głową.
– Długo to nie potrwa…

Minęło wiele lat. Rodzina rozrosła się znacznie, dorastało już kolejne pokolenie, który Wielki Napad znał już tylko z opowiadań. Swojej rodziny oraz rodzin rozbójników, którzy mieszkali po przeciwnej stronie miasta. Dom rozrósł się do gigantycznych rozmiarów i dorównywał najpyszniejszym rezydencjom z miasta. Matce się już zmarło i była pochowana obok ojca, zwanego teraz dziadkiem. Całym klanem rządził najstarszy syn. który w szczególnych przypadkach brał wózek i jeździł w towarzystwie kilku osób z rodziny na rynek do miasta. Tam wozili zwłoki dziadka po rynku z krzykiem „Mordercy! Zabiliście go!”. I mieszkańcy miasta bez szemrania płacili, bowiem ich wspomnienia o Wielkim Napadzie był nadal żywe. Ale już niedokładne. A dbał o to najstarszy syn, który opłacał w mieście całą armię ludzi. Ludzi ci pilnowali, aby mieszkańcy miasta płacili rodzinie regularnie duże sumy. Bo inaczej znów ujrzą zwłoki na rynku. „Tylko nie to” mówili zestrachani mieszkańcy i płacili. Ludzie ci też pilnowali, aby o rodzinie nie mówiło się źle, lecz z szacunkiem i zazdrością. Wśród młodych ludzi panowała także moda na naśladowanie rodziny, a szczytem ich ambicji było wżenienie się w rodzinę.
I tak to się kręciło, aż pewnego razu…
Trudno wskazać moment, kiedy to wszystko się zaczęło. Najpierw się zmienił jeden urzędnik, potem jakiś nowy magnat zastąpił poprzedniego, a nowoprzybyli kręcili nosami na rodzinę i podważali jej wersję Wielkiego Napadu.
A potem stało się coś, czego się nikt nie spodziewał. Zmarł król i zastąpił go nowy.
– No to co, no to co? – mitygował swoich najstarszy syn. – Mało to już władców było? Zawsze traktowali nas przychylnie. Jutro biorę zwłoki dziadka na wózek, jadę miasta i zobaczymy kto kogo.
I tak jak zwykle wjechał z synami swoimi na rynek, młodzi już rozbiegli się wrzeszcząc zwyczajowo „Mordercy! Zabiliście go!”. Ale mieszkańcy miasta już nie reagowali tak jak kiedyś.
– Przecież to nie byliśmy my – odparł jeden z nich obojętnie się przyglądając zawartości wózka.
– Jak to nie?! – zapienił się najstarszy syn.
– Oczywiście, że nie, waszego dziadka zabili rozbójnicy.
– Nie zgadzam się, aby tak to nazywać!!! To byli mieszkańcy miasta!!!
– Ale co pan opowiada – wtrącił się jeden z rozbójniczej rodziny, który przypadkiem zaplątał się na rynek, kupował bowiem narzędzia tortur do domu. – To nasz dziadek zabił waszego dziadka.
Najstarszy syn złapał go za koszulę i przyciągnął do siebie.
– Czyś ty zwariował? – syknął mu do ucha. – Milcz i spadaj, wieczorem pogadam z twoim ojcem, nie tak się umawialiśmy! Co, miasto wam za mało płaci? To wasza sprawa, a nie psujcie wy mi interesu!
– A tak a propos interesu – odezwał się jeden z mieszkańców który stał blisko i słyszał wszystko. – Ile myśmy już wam zapłacili, co? Przecież to myśmy byli celem ataku, a nie wasz dziadek. Nas też zginęło podczas Wielkiego Napadu. I to o wiele więcej! Więc w zasadzie rozbójnicy powinni nam zapłacić i to bardzo dużo!
– No i widzisz durniu, co żeś narobił?! Zjeżdżaj! – najstarszy syn odepchnął wnuka rozbójnika i zaczął krzykiem dochodzić swoich racji przedstawiając je jako jedyne sprawiedliwe.
I wtedy przez tłum przepchnął się strażnik.
– Co to? – spytał wskazując na wózek.
– Głupie pytanie – parsknął najstarszy syn. – To ciało naszego dziadka zabitego podczas Wielkiego Napadu! A co, może kwestionuje pan Wielki Napad?!
– Nie kwestionuję, tylko to już chyba trochę czasu minęło…
– No to co?
– A to, że król wydał właśnie rozkaz, że kto nie żyje ma być pochowany w ciągu miesiąca.
W najstarszego syna jakby piorun strzelił.
– A jak nie? – zapytał ktoś.
– To trzy lata więzienia.
Na rynku wybuchł rejwach. Co prawda ludzie opłacani przez rodzinę próbowali jeszcze gardłować: „Barbarzyństwo! Tak się nie godzi!”, „A jak ktoś zapadł w śpiączkę, to co, pochowają go żywcem!”, „A jak umrze ktoś bezdzietny to kogo ukażą?”, „Lepiej podatki podnieść, myśleć o przyszłości niż o czymś takim!” i „To ohydna gra trumnami!”. Jednak większość mieszkańców entuzjastycznie przyjęła ten rozkaz.
Najstarszy syn już wiedział, że przegrał. Wrócił z kukłą na wózku do domu i oznajmił wściekle swojej rodzinie, że ci mieszkańcy miasta, to nie tylko mordercy. Ale i złodzieje.

Na drugi dzień po emisji bajki największe polskie dzienniki przedrukowały nocne oświadczenie premiera pewnego małego państwa na Bliskim Wschodzie. Oświadczył, że ta bajka to o nich, że to wszystko prawda, że się przyznają, przepraszają i zapłacą. Odpowiadając na pytania zszokowanych dziennikarzy przypomniał, że jego naród ma na całym świecie jednoznaczną opinię. Złą. W związku z tym premier zaprasza przedstawicieli Polski do konsultacji ustawy o potępieniu zdrajców jego narodu, którzy w czasie wojny denuncjowali swoich rodaków za pieniądze.