Dlaczego papierowe media muszą umrzeć

Jeśli zadamy takie pytanie to pojawia się prosta odpowiedź. A właściwie dwie odpowiedzi.
Pierwsza z nich jest dość oczywista. Bo coraz więcej osób woli korzystać z informacji znalezionej w internecie. Spada bowiem systematycznie nakład niektórych gazet…
Niektórych – tak. Ale nie wszystkich.
Pewnych gazet nie spada, bo – tak uważam – większość ich czytelników to osoby, które internetu nie mają, nie znają, nie lubią i przekładają słowo drukowane nad cyfrowe i szelest papieru nad dotyk tabletu. Tam czytelnicy „tradycyjni”, papierowi, będą ubywać powoli.
Są jednak takie tytuły, które notują katastrofalny zjazd w dół jeśli chodzi o liczbę sprzedanych egzemplarzy.
Co się dzieje z ich czytelnikami?
Szukają informacji w internecie.
Ale dlaczego?
Prędkość dostępu do nowych informacji, powie ktoś. Prenumerata wersji cyfrowych jest tańsza i nie zajmuje miejsca na półce, powie ktoś inny. Ekologia, nie marnujemy papieru, powie jeszcze ktoś. Tak. To wszystko prawda. Ale jest jeszcze coś.
Po co ludzie kupują gazety?
Bo są ciekawi i chcą się czegoś dowiedzieć. Gazety pozwalają zaoszczędzić czas i pieniądze – nie muszę gdzieś jechać i to oglądać, tylko zrobi to ktoś za mnie i to opisze, a ja to przeczytam i byłoby tak, jakbym to ja tam był.
Wydawnictwa tematyczne kupują ci, co szukają konkretnej, ukierunkowanej informacji. Piszą tam specjaliści dla specjalistów. Natomiast prasa – że tak powiem ogólna – ma czytelników, którzy karmią się tym, co zostanie im podane. Jest im obojętne czy będzie to coś o samolotach czy o trzeciej żonie jakiegoś aktora i czy to będzie news z Los Angeles czy z Koziej Wólki.
Byleby było. Coś.
I o to coś trwa zażarta walka, schodząca na poziomy o których się filozofom nie śniło. Oto czytam o zatruciu wodociągu bakteriami coli w jednej miejscowości. Napisały o tym dwa lokalne tygodniki, każdy na pierwszej stronie. W jednym tytule słowo „afera”, w drugim „sraczka”.
Ale to jeszcze pół biedy, ten język, ta „optyka”, jeśli opisana rzecz naprawdę miała miejsce. bo kiedy biorę gazetę do ręki i czytam, to jestem pewny, że ta awaria naprawdę się zdarzyła.
Pewność ta jednak staje się powoli towarem deficytowym.
Na przykład – jedna z gazet podała pewną informację o tym, że pniu ściętego w stolicy drzewa znaleziono martwą wiewiórkę. I dawaj huzia na ministra, który niedawno zliberalizował prawo dotyczące wycinki drzew. Materiał pochodził „z internetu”, opatrzony był zdjęciem martwego gryzonia leżącego na ściętym pniaku.
Trzewioszarpiące to było po prostu.
I gazeta tak to podała jednym ciągiem, jak szło, prosto z internetu.
I czytelnik tradycyjny, papierowy, nie mając alternatywnych źródeł informacji musiałby uwierzyć.
Tymczasem w internecie coraz to kolejna osoba znajdowała nową nieścisłość.
Drzewo zostało wycięte w parku stołecznym, natomiast ustawa ministra dotyczyła gruntów prywatnych.
Gazeta sympatyzuje z opozycją, tymczasem to właśnie urząd kontrolowany przez opozycję musiał wydać zgodę na wycinkę.
Co więcej, okazało się, że sama wycinka miała miejsce zanim nowelizacja weszła w życie.
Ale na tym nie koniec rewelacji. Ktoś pojechał na miejsce i sprawdził – okazało się, że to drzewo nadal stoi! I żeby było jeszcze weselej, to zdjęcie przedstawiało nie pień, lecz odłamany wichurą konar, tak skadrowany, aby robił wrażenie pnia!
Doprawdy, trudno o większe „rozjechanie się” „faktów prasowych” z rzeczywistością!
Dlaczego nikt z gazety nie sprawdził tego przed opublikowaniem?
Czy to jest jeszcze informacja? Czy dezinformacja?
Czy ktokolwiek poniesie za to konsekwencje?
Przecież informacja to towar. Jeśli w sklepie chcę kupić ser, a sprzedadzą mi szynkę – to jest to oszustwo. Jeśli kupię okna, które są złe – producent ponosi za to odpowiedzialność.
A co z kimś kto pisze nieprawdziwe rzeczy w gazecie?
I najgorsze jest to, że czytelnicy, odbiorcy owej informacji, sami muszą weryfikować jej prawdziwość, a potem jeszcze udowadniać dziennikarzom ich – powiedzmy – pomyłkę! Nadawcom informacji! To powinno działać odwrotnie!
I jakie ja mam mieć teraz zaufanie do gazet?
Czytam teraz, że Prezydent Polski, osoba publicznie deklarująca wiarę katolicką, zjadła w postny dzień wędlinę. Tak napisał pewien tygodnik. Niby nic, ale wizerunek polityka to rzecz krucha i delikatna.
Po to ja kupuję, czytam gazety, żeby mnie informowały o tym co się gdzieś tam dzieje. Dostaję wiadomość z Zakopanego – i co ja mam teraz zrobić? Pojechać tam na miejsce i sprawdzić wszystko? A może Prezydent niczego nie jadł? A może Prezydent w ogóle nawet tam nie przyjechał? A może nie ma w ogóle takiej miejscowości jak Zakopane?
Na szczęście inni sprawdzili. Jadł, przyjechał, istnieje. Tyle tylko, że… Zamiast kiełbasy jadł pomidory. Więc właściwie nic się stało – skonstatował radośnie naczelny tygodnika i zaapelował aby ludzie nie byli tacy spięci i mieli więcej humoru. Ile osób musiało poświęcić czasu, wysiłku i nerwów, by sprostować nieprawdziwą, a ważną dla wizerunku polityka informację – o tym się naczelny nie zająknął.
I tak jest codziennie i jest tego coraz więcej.
Teraz czas na drugą odpowiedź.
Zatem zadajmy to pytanie jeszcze raz.
Dlaczego papierowe media muszą umrzeć?
Bo kłamią.

O blogu

Dawno, dawno, temu, daleko stąd… Rzeczywiście dawno, bo trzeciego lipca dwa tysiące ósmego roku. Daleko stąd, gdyż na portalu internetowym Salon24.
Pojawił się pierwszy tekst z cyklu „Świat za pięć lat”, z serii opowiadań o rodzinie Hiobowskich. Potem pojawił się drugi odcinek, trzeci i następne…
Czas leciał, odcinków przybywało. Historyjki zaczęły się pojawiać również na innych portalach. Obecnie (luty 2017) są publikowane na: niepoprawni.pl, naszeblogi.pl i blog-n-roll.pl.
Czas leciał, a portal Salon24 się zmieniał. Zmiany były częste i różne, ale zawsze na gorsze. Skutkowały zazwyczaj fermentem wśród blogerów, awanturami i represjami administracji. Solidaryzowałem się z blogerami, no bo przecież portal ma być dla blogerów, a nie blogerzy dla portalu. Inni toczyli bój z adminami, kasowali blogi, odchodzili, wracali… Ja chciałem robić to, po co założyłem bloga: pisać. Zostawałem więc i pisałem. I tak pisałem i pisałem aż nadszedł początek dwa tysiące siedemnastego roku. I kolejna zmiana.
Blogerzy oczywiście zaprotestowali, ja też zaprotestowałem, część ludzi odeszła i być może byłoby tak jak poprzednio. Ale nie tym razem. Tym razem wprowadzone zmiany właściwie podważają sens dalszego pisania na Salon24. I tym razem nie mogę pisać dalej, bo pisać się już po prostu nie da.
Zmian jest dużo i są głębokie.
Przede wszystkim zmianie ulegał strona główna. Jest inne logo, inny układ, inna kolorystyka, dodano wielgachne obrazki. Portal informacyjny wygląda teraz jak sklep internetowy Media Expert. I co gorsza jest to kompletnie nieczytelne. Najpierw muszę przejechać oczami po wszystkich obrazkach żeby potem skupić się na czytaniu tytułów. Prawie cała strona główna to wpisy wybrane przez administrację. Chronologiczny układ wpisów blogerów został przeniesiony na sam dół strony. Ładnie potraktowano tych co tworzą ten portal, nie ma co…
Z tytułami jest jeszcze lepiej. Na stronie głównej nadaje je administracja! I tak oto moja notka o tytule „Autorytety w szkole, część 1” otrzymała tytuł „Zbieram paragon za aborcję! Kupimy za to inkubatory dla wcześniaków”. Dobrze, że nie zatytułowano „Wszyscy umrą!!!”, może więcej osób by się nabrało i kliknęło. Jest to wyrwany z kontekstu fragment dialogu, który kompletnie nie oddaje treści notki. Co prawda po kliknięciu na zajawkę na stronie głównej z administracyjnym tytułem otwiera się notka z właściwym, autorskim tytułem, ale to tylko potęguje zamieszanie i człowiek się zastanawia czy czyta to, co chciał.
Trzecia i chyba najistotniejsza zmiana to to, że teraz komentować można tylko poprzez konta Facebook. Niesie to za sobą szereg bardzo istotnych konsekwencji. Po pierwsze, osoby, które mają konto na Salon24 a nie mają na Facebooku nie mogą już komentować. Po drugie, komentarze mogą być zasypane spamem i hejtem z kont na FB. A po trzecie – gdy ktoś zacznie pisać komentarze ze swojego prawdziwego konta na FB – wystarczy gdy ktoś doniesie, że pisał np. „mowę nienawiści” i to doniesie nie do administracji S24, a do administracji FB. I wtedy ten ktoś straci konto na FB. Dochodzi kwestia ochrony danych osobowych i wiele innych ciekawych aspektów, w które nie miałem zamiaru się wgłębiać.
Chciałem pisać.
Ale pisać się nie da. Nie da się znaleźć własnego tekstu na stronie głównej. Nie da się ścierpieć co lepszych tytułów nadanych przez administracji. A poza tym moje notki mają teraz o połowę mniej wejść i zero komentarzy.
Już parę dni po wprowadzeniu zmian podjąłem decyzję o wyprowadzce z Salonu24 i to chyba był jedyny pozytywny efekt wprowadzonych zmian. Taki impuls, żeby coś zmienić. Dokąd pójść? To pytanie zadawało sobie wiele osób na S24. Dużo osób poszło „na swoje” i ja podjąłem również taką decyzję. W ten sposób właściciele Salonu24 doprowadzili do tego, o co niektórzy ich podejrzewali: rozpędzili na cztery wiatry piszących u siebie blogerów. Teraz ci blogerzy piszą nadal, ale znaleźć ich teksty jest o wiele trudniej. Może o to chodziło?
A zatem ja również poszedłem na swoje. Trochę to trwało, ale chciałem tu wszystko urządzić sam.
Mam nadzieję, że się spodoba.
I teraz plan jest taki, że nastąpi powolna migracja z Salon24 na ten blog. Nowe odcinki będą zamieszczane i tam i tu, a także tutaj będą powoli umieszczane odcinki archiwalne.
Co jeszcze, niedawno pojawiły się projekty poboczne w postaci trzech innych blogów z opowiadaniami, niezwiązanymi z rodziną Hiobowskich. Te blogi również zostaną przeniesione tutaj.
Może jeszcze pojawią się jakieś nowe cykle opowiadań. Kto wie.
Ten blog stanie się więc takim centrum, gdzie powinno być wszystko co zamieszczałem i zamieszczam w sieci.
I jeszcze kilka informacji: Blog jest tworzony za pomocą WordPressa. Hosting zapewnia OVH. Szablon bloga to Metro CreativeX od Themeisle.