11 stycznia 2017, środa

Alicja siedziała w kuchni i przestraszonym wzrokiem wodziła za swoją nadmiernie energiczną siostrą. Anka opowiadała jej właśnie swoje ostatnie przygody. W odpowiednim świetle oczywiście.
– A ten elektryk? – zapytała Alicja.
– Elektryk, no tak – Anka potarła sobie czoło. – Będzie tu dzisiaj, niedługo. Ruszaj się, przecież ten cały syf trzeba sprzątnąć!
– To ja już nie mam żadnego wyboru?! – krzyknęła Ala żałośnie.
– Masz – uśmiechnęła się Anka. – Możesz sobie wybrać który pokój będzie twój.
Alicja zacięła usta i zaczęła zamiatać. W powietrze wzbiły się wirujące kłęby kurzu.
– Uważaj trochę! Boże, co za niezguła!
– Dzwoni ktoś! – odparła Alicja.
Anka pobiegła otworzyć. Za drzwiami stał młody facet o krótkich włosach… Po chwili Anka go skojarzyła. To był znowu on! Ten z Nowego Roku i z niedzieli!
– Czego pan chce? – spytała wystraszona.
Facet popatrzył gdzieś nad jej głową i odrzekł spokojnie:
– No tak, adres wydawał mi się znajomy…
– Ale o co chodzi?
– To ja się pytam o co chodzi. Dzwoniła pani do mnie niedawno i…
– Boże! To pan!
– Nie. Elektryk.
– Cha, cha, ale śmieszne – wzruszyła ramionami. – Jeśli chciał mi pan zaimponować…
– Nie chciałem.
Patrzyli na siebie chwilę w milczeniu.
– No i co? – westchnął facet. – Dowiem się wreszcie o co pani chodzi?
– Trzeba zrobić instalację w dwóch pokojach… – Anka zaprosiła go do środka.
W trakcie oględzin elektryk zajrzał do jednego z pokoi gdzie krzątała się Alicja.
– A, to pan jest tym elektrykiem, o którym mówiła siostra. Że też się nie bała wpuścić pana do domu. Tu jest niebezpiecznie, niedawno jakiś facet gonił ją pod domem i chciał napaść!
Akurat na te słowa do pokoju weszła Anka. Zaczęła psykać na Alę i dawać jej znaki oczami. Niestety, na próżno.
– Coś takiego, napaść ją chciał – elektryk mówiąc do Ali patrzył na Ankę. – A kiedy to było? Nie w niedzielę czasem?
– W niedzielę. A skąd pan to wie…
– Nieważne, nieważne – zdecydowała się wkroczyć Anka. – Widział pan wszystko, prawda? Zrobi mi pan to?
– Zrobię.
– A za ile?
Pan elektryk wymienił dość solidną kwotę. Ance aż dech zaparło.
– Co?! Za dwa małe pokoiki?!
– Obecna instalacja jest do niczego – poinformował ją spokojnie elektryk. – Trzeba będzie ciągnąć kable aż do rozdzielnicy. Przez cały dom.
– Ale ja tyle nie mam. Czy… Czy pan… Byłby skłony opuścić nieco cenę… Przecież polecił mi pana pan Wiesław… Ja byłabym panu za to bardzo wdzięczna… – i tu Anka przybrała minę, która w jej mniemaniu miała być wdzięczna i zatrzepotała rzęsami. Efekt był tak żałosny, że Alicja aż odwróciła głowę by nie wybuchnąć śmiechem.
– Nie interesuje mnie pani wdzięczność – oświadczył elektryk. – Chcę pieniądze. Tyle, ile powiedziałem. Gdy się pani namyśli to proszę dać znać. Byle szybko.
Pożegnał się chłodno i wyszedł.
– Boże, co to za cham – powiedziała bezradnie Anka.

8 stycznia 2017, niedziela

Musiała sama przed sobą przyznać, że te dwa pokoje, o których wspomniała Alicji, to tak… No, nie bardzo nadawały się. Znowu poczuła na siebie złość. Po pierwsze dlatego, że zbyt pochopnie obiecała, że weźmie matkę i Alę do siebie. Mogła dać sobie jeszcze chwilę do namysłu, mogła jeszcze się z tego wycofać lub zaproponować coś innego… Teraz już za późno. Słowo się rzekło i nie mogła już go cofnąć. A po drugie był zła – na siebie, za to, że przecież w tym roku miało się to zmienić. Miało już nie być stresu, nerwów, nieprzyjemnych sytuacji, które zazwyczaj sama sobie stwarzała.
A tu znowu coś.
No nic, wzruszyła ramionami i ponownie ruszyła na inspekcję dwóch pokoi.
Mąż Anki miał ambitne plany co do remontu całego domu. Zanim się rozwiedli wymienili wszystkie okna i zrobili centralne ogrzewanie. Pomieszczenia były więc suche i ciepłe.
I na tym kończyły się ich zalety. Bo im dłużej się na nie patrzyło tym bardziej było widać ich wady. Były to małe, ciasne pokoiki, potwornie brudne, z łatami odpadłego tynku. Drzwi były w fatalnym stanie. Pstryknęła wyłącznikiem. Zakurzona żarówka wisząca pod sufitem zajaśniała słabym światłem, przygasła kilka razy, po czym zaczęła mrugać brzęcząc nerwowo.
– Elektrykę też by trzeba zrobić – powiedziała Anka do siebie gasząc światło. – I dorobić gniazdka.
Poczuła przypływ energii. Nie ma co czekać, pomyślała i sięgnęła po telefon.
– Pan Wiesław? Witam, witam. Co słychać? A… No tak… Nie, bo ja dzwonię w takiej sprawie… Tak. Remont instalacji elektrycznej.
Pstryknęła wyłącznikiem jeszcze raz. Tym razem żarówka nie zapaliła się w ogóle.
– Wie pan co, ja myślę, że raczej trzeb by było zrobić ją od nowa. Dwa pokoje. Ale jak to nie?! W ogóle nie?! Dopiero w wakacje?! Niemożliwe, ma pan teraz tyle roboty?! Ach… No… Ale co ja teraz zrobię?!
Weszła do środka i oparła się o brudny parapet. Pan Wiesław, który złamał jej serce w zakresie elektryki, pocieszył ją, że ma młodego znajomego elektryka, który po pierwsze nie jest teraz specjalnie obłożony pracą, po drugie weźmie chętnie każde zlecenie, nawet przeróbkę dwóch pokoi. Po trzecie nie jest drogi, a po czwarte, właśnie się kręci gdzieś po okolicy. Ale pan Wiesław przyznał, że ów jego kolega posiada również wady, a mianowicie…
– E… – pan Wiesław nie mógł się jakoś wyartykułować. – On jest… Trochę… Dziwny…
– Zboczeniec? Morderca? – wystraszyła się Anka. Drzwi zamknęły się z cichym stęknięciem. Coś metalicznie brzęknęło na podłodze.
– Nie, skądże! – zapewnił ją z ulgą pan Wiesław. – ~I fachowiec znakomity! Ma tylko trochę… Trudny charakter. O. Tak.
– To niech mi pan prześle numer do niego – Anka zakończyła rozmowę i odwróciła się w stronę wyjścia. Po czym poczuła, że robi jej się słabo. Na podłodze leżała klamka. Widocznie drzwi zatrzasnęły się i wypadła.
Spokojnie. Tylko bez paniki.
Klamka, która leżała na podłodze nie miała w sobie tego kwadratowego trzpienia, który mogłaby wsunąć w zamek i go przekręcić. Ale może druga część klamki została w drzwiach?
Zajrzała do zamka, a potem położyła się na brudnej podłodze i przyłożyła oko do szpary pod drzwiami.
Druga część klamki też wypadła z drzwi i leżała na podłodze, tyle że na korytarzu. Drzwi był zatrzaśnięte. Co robić?
Jak nie drzwiami to oknem!
Delikatnie poruszyła klamką okna, poddała się. Jeszcze chwila, przekręciła ją do końca, a potem delikatnie otworzyła skrzydło okna na pełną szerokość. Powiało rześkim powietrzem i wolnością.
Ależ była sprytna! Poczuła wielkie zadowolenie z siebie.
Zadowolenie się skończyło, kiedy spróbowała wejść na parapet. Zdecydowanie nie była ubrana na podobne wyczyny. Mówiąc wprost, spodnie był zbyt obcisłe i…
– No przecież ich nie zdejmę – warczała Anka próbując postawić to jedną, to drugą nogę na parapecie. Wreszcie jej się udało.
No dobrze. Stała w oknie. Co dalej?
Dalej było jeszcze gorzej, bo teren wokół domu był zdecydowanie niżej niż podłoga w środku. Z trudem obróciła się, uklękła i zaczęła spuszczać nogi na zewnętrz.
– Co pani wyprawia?
Głos, chociaż cichy, zabrzmiał w jej uszach okropnie głośno. Z piskiem puściła się parapetu i spadła na ziemię. Zabolały kostki i stopy, ale na szczęście tylko przez chwilę. Uff, nic się nie stało!
Odwróciła się. Na chodniku, przed domem, stał jakiś facet w kombinezonie roboczym, trzymał w ręku siatkę z zakupami i patrzył na nią okrągłymi oczami. Poznała go od razu. To był ten sam, który w Nowy Rok pomagała zmienić koło w samochodzie. On jej chyba przynosi pecha!
– Wychodzę z domu – odparła siląc się na spokój, choć w środku kipiała z wściekłości.
– W ten sposób?
Miał irytującą manierę mówienia w absolutnie spokojny sposób jakby oglądał jakiś obraz na wystawie, a nie kobietę, która walcząc o życie skoczyła właśnie z okna.
– To mój dom i będę z niego wychodzić jak mi się podoba! – i Anka dodała jeszcze kilka grubszych słów i zaproponowała wulgarnie by jej rozmówca gwałtownie się oddalił.
– chodnik jest własnością publiczną i będę tu stał tak długo jak mi się podoba – odparł facet spokojnie.
Zamurowało ją na podobną bezczelność. Odwróciła się i bez słowa poszła do domu. No i oczywiście okazało się, że drzwi wejściowe są zamknięte. A klucze są w środku domu. Okno tarasowe też zamknięte.
Ależ miała pecha! Miała ogromną ochotę kopnąć w te drzwi tak, aby się rozleciały. Facet na chodniku nadal stał i się patrzył. Ach, jak ją to irytowało! Poruszył się po jej spojrzeniem i beznamiętnie zapytał:
– Co, nie może pani wejść?
– Jak pan widzi, nie mogę – i pokrótce opowiedziała mu o drzwiach i klamce.
– Ktoś z rodziny? Kto mieszka blisko? I ma klucze? – rzucał propozycje facet. – Naprawdę nic? To pozostaje otworzyć jedne drzwi albo drugie.
– Jak? – Anka poczuła się bezradna.
Facet odstawił siatkę, podszedł, obejrzał zamek w drzwiach wejściowych i powiedział, że chyba prościej będzie spróbować z drzwiami w pokoju.
– Pani pierwsza – zaproponował.
– Mam tam znowu wchodzić?? Przez okno??? Nie dam rady.
– Tak jak chce pani wejść? Podsadzę panią.
Anka przyjrzała mu się podejrzliwie ale nie była w stanie wymyślić nic innego. Facet pomógł jej wejść na okno, wszedł za nią, a potem wyjął z kieszenie gruby pęk kluczy. Podszedł do zamka i zaczął próbować je po kolei. Wreszcie coś stuknęło i drzwi otworzyły się.
– No wreszcie! – Anka przeszła do przedpokoju i do kuchni. Od razu, na wszelki wypadek do jednej kieszeni wsadziła klucze, do drugiej telefon. Może lepiej klamkę powinnam wsadzić, pomyślała z humorem. Pomyślała też, że powinna podziękować temu facetowi.
Ale go nie było.
Nie było go w kuchni, w korytarzu, wreszcie zajrzała do owego feralnego pokoju. Tam też go nie było. Tylko przymknięte okno świadczyło którędy wyszedł. Anka zastawiła drzwi krzesłem, weszła, otworzyła je na oścież i rozejrzała się po ulicy.
Zniknął niczym duch, pomyślała zamykając okno.

1 stycznia 2017, niedziela

Nie znamy się, jeszcze się nie znamy
Choć dzieli nas szerokość naszych ramion
Edyta Bartosiewicz „Nie znamy się”


Było wczesne przedpołudnie pierwszego dnia w roku.
Świadomość, że rok dopiero się zaczyna napełniały Ankę niebywałą energią. Większą niż zwykle, bo Anka zazwyczaj była pełna energii.
Teraz wracała z zabawy noworocznej u znajomych. Bawiła się oczywiście świetnie i teraz jechała do swojego domu pod Poznaniem w znakomitym nastroju. Nie było to jednak pełne zadowolenie. Na niebie jej dobrego samopoczucia tkwiło kilka ciemnych chmur.
Pierwsza z nich to było wrażenie, że gospodarze żegnali ją z ulgą. Że wyjeżdża. Trochę ją to irytowało. Przecież ona bawiła się świetnie, opowiedziała tyle błyskotliwych uwag i dykteryjek…
Druga – to świadomość, że nie będzie miała komu opowiedzieć swojego sylwestra. Matka na pewno znudzi się po dwóch minutach rozmowy telefonicznej. A Olę, jej siostrę, interesuje tylko jej chłopak. Zresztą, oboje wyszli też gdzieś na Sylwestra i na pewno jeszcze nie wrócili.
Na Ankę czekał pusty dom. Żadne tam luksusy, niewielka stara chatka w małym miasteczku. Ale wyremontowana tak, by spełniać wymogi obecnych czasów. Na Ankę nie czekał nikt, bo aktualnie nie była z nikim związana.
Irytowała ją sama myśl o związku. Dosyć miała nieudanych prób. Dlatego tym bardziej ją denerwowało postępowanie Oli.
Takie też było jej noworoczne postanowienie noworoczne, o którym nikomu nie powiedziała. Żadnych facetów. Teraz czy kiedykolwiek. Samej jest jej najlepiej. Owszem faceci się pchali, próbowali do niej startować. Wysoka blondynka, o długich włosach.  Efektowna, pomimo braku makijażu (gardziła nim) i bliskości czterdziestki (intensywne treningi tańca pomagały jej utrzymać ciało w świetnej figurze i kondycji).
Na drodze nie było praktycznie żadnego ruchu. Jechała ostrożnie, bo pogoda była paskudna. Kilka stopni powyżej zera zaowocowało wielką plagą mgieł. Dlatego Anka jechała powoli, wpatrując się powoli w ledwo widoczny zarys prawego pobocza. Zapewne dlatego w ostatniej chwili zauważyła, że po drugiej stronie drogi, tuż za łukiem, zatrzymało się jakiś samochód. Nie jechał, stał przy drodze, a kierowca kręcił się koło niego. Kiedy zobaczył toledo Anki zatrzymał się i zamachał w jej kierunku.
Noga Anki sama przesunęła się na hamulec i auto zaczęło zwalniać. Niech będzie, pomyślała. Pomóc pewno nie pomoże, ale miała ochotę ponapawać się czyimś nieszczęściem. Przejechała wolno obok białego berlinga rejestrując kątem oka porozkładane narzędzia oraz spłaszczoną u dołu przednią oponę. Zawróciła, zjechała na pobocze i zatrzymała się przed berlingiem. Wysiadła i podeszła do unieruchomionego pojazdu. Kierowca wyszedł jej naprzeciw. Anka omiotła go tylko wzrokiem. Jej wzrostu, krótkie, ciemne włosy, chyba w jej wieku. To, co się rzucało w oczy, to to, że twarz, ręce oraz roboczy kombinezon miał niesamowicie brudne. Poza tym – wyglądał jakoś tak nijako.
– Co opona przebita? – rzuciła swobodnie Anka.
– Jak widać – odparł cichym głosem kierowca berlingo. – Najechałem gałąź.
– Nie widzę na szosie żadnej gałęzi…
– Bo już ją usunąłem. Ma pani szczęście.
– Dlaczego?
– Gdyby jechała pani parę minut wcześniej, to pani by najechała i teraz to pani by tu stała.
Anka uczuła lekkie zakłopotanie, więc postanowiła szybko zmienić temat.
– I co z tym kołem? Nie ma pan zapasu?
– Mam.
– Lewarka pan nie ma?
– Mam.
– No to w czym problem?
Kierowca spojrzał na Ankę i wyjaśnił cicho:
– Nie mogę odkręcić jednej śruby w kole.
Anka zaczęła się głośno śmiać.
– A to dobre! Mężczyzna powinien potrafić wszystko, ale żeby głupiej śrubki…
Kierowca berlingo wcale się nie zdenerwował.
– No co ja pani poradzę. Nie mogę i tyle.
– Bo pan nie ma siły – burknęła. – Niech pan pokaże klucz.
Kierowca bez słowa wręczył jej solidny klucz krzyżakowy.
– I tym nie może pan odkręcić? Kiepsko, kiepsko… Niech pan patrzy, zaraz ta śruba puści. Raz, dwa…
– W tą stronę pani ją przykręca.
Poirytowana Anka zmieniła chwyt i zaczęła przekręcać klucz w drugą stronę. Ani drgnęło.
– Mówiłem – rzekł flegmatycznie kierowca.
– Faceci zawsze tylko mówią – wbiła szpilę Anka szarpiąc za klucz. – No i co pan tak stoi? Może gdybyśmy razem…
– A pani ma swój klucz do kół?
– Chyba mam… – zaskoczył ją tym pytaniem. Zostawiła jego klucz, wróciła do toledo, otworzyła bagażnik i zaczęła szukać narzędzi. – O, mam takie coś!
I wyjęła klucz do kół podobny do fajki.
– Ten będzie idealny – kierowca wyjął go z jej ręki i zaczął oglądać.
– Idealny??? – nie wytrzymała. – Krzyżakowym nie udało się odkręcić, a takim czymś ma się udać?? Nie ma nawet jak tego porządnie złapać!
Kierowca otworzył tylne drzwi berlingo i wyjął z auta długą rurkę. Nasunął ją na uchwyt klucza fajkowego.
– Pasuje idealnie.
– A nie mógł pan tego zrobić ze swoim kluczem?
Pokazał, że klucz krzyżakowy na każdym końcu ma zgrubienia i cienka rurka nie była w stanie przez nie przejść. Ukląkł przy kole i nałożył klucz fajkowy na śrubę.
– A teraz niech pani popchnie rurkę. Nie, nie tak – powstrzymał Ankę widząc jaki bierze oburącz zamach.- Wystarczy lekko, jedną dłonią.
– Akurat – prychnęła Anka. Wbrew jej prognozom rzeczywiście można było lekko popchnąć jedną dłonią.
– I już śruba odkręcona.
– Jak pan to zrobił? – zaciekawiła się Anka.
– Fizyka, proszę pani. Dalej to już odkręcę krzyżakowym. Może pani zabrać swój klucz. Dziękuję bardzo.
Anka wrzuciła klucz do bagażnika i pojechała dalej.
Nie myślała już więcej ani o berlingo, ani o jego kierowcy.