Bohaterka akustyczna

Na mrozie stało jakieś dziecko z transparentem „Stop globalnemu ociepleniu”.
– Kto to? – babcia Łukaszka wyjrzała oknem. – Stoi tak już dobrą godzinę pod naszym blokiem.
Podszedł dziadek Łukaszka.
– Ja ją kojarzę… Mieszka tu gdzieś na naszym osiedlu. Zadzwoń do Łukasza, powinien niedługo wracać z zakupów, to mógłby ją odprowadzić do domu. Też pomysł! Wysyłać dzieci na dwór w taki mróz!
Na te słowa weszła mama Łukaszka z gorącym apelem, aby oboje seniorzy odczepili się od Orzego-Jewsiaka. Dziadek sięgnął po telefon, a babcia po ostre słownictwo. Kiedy już wyjaśnili jej o chodzi, mama Łukaszka wyjrzała przez okno i oznajmiła, że ona tę dziewczynkę zna.
– …może sobie stać – mama Łukaszka wyjrzała jeszcze raz i nagle zmieniła zdanie. Musi iść ratować dziewczynkę,
– Przed zimnem? – spytał domyślnie dziadek Łukaszka.
– Nie! Przed Łukaszem! On do niej idzie!
I mama runęła do korytarza aby się ubrać. I jak na złość szalik się splątał… I buty jakoś się poplątały, prawy na lewą nogę… I tak dalej… I na windę trzeba było czekać… I zanim dobiegła do tej dziewczynki już przy niej stał Łukaszek.
Dziewczynka jednak broniła się twardo przed jakimikolwiek argumentami odnośnie stania na mrozie i w kółko powtarzała, że nie będzie rozmawiać z nieznajomymi.
– To jak chcesz przekonać kogoś do swoich poglądów? – zdążył jeszcze spytać Łukaszek i mama wpadła pomiędzy nich.
– Dziecko drogie! – zakrzyknęła radośnie mama Łukaszka. – Takie zimno a ty tutaj! Ciebie trzeba koniecznie odprowadzić do domu! Słuchaj dziewczyno…
– Nie zapytała mnie pani o zaimki – przerwała jej zimno dziewczynka.
– E… No właśnie…
– Jak cię adresować osobo z macicą? – zapytał Łukaszek.
– Skąd wiesz, że mam macicę? – replikowała dziewczynka.
– Jak cię adresować osobo bez macicy? – spróbowała mama.
Dziewczynka westchnęła głęboko i powiedziała:
– She, her.
– No i bardzo dobrze – zatarła ręce mama Łukaszka. – Chodź, odprowadzimy cię do domu.
– Nie chodzę z nieznajomymi – odparła dumnie dziewczynka.
– Jacy nieznajomi, przecież ja znam twoją mamę! Należymy do grupy internetowej „Słabi Osobno”!
I poszli. Po drodze Łukaszek próbował wyciągnąć jakieś informacji o mamie dziewczynki.
– O, moja mam jest prawdziwą bohaterką – uśmiechnęła się dziewczynka. – Niedawno uratowała całe osiedle.
– Coś takiego! Nie zauważyliśmy!
– Właśnie to jest dowodem na uratowanie.
Doszli do długiego, niskiego bloku. Dotarli do mieszkania, a w mieszkaniu byli już rodzice dziewczynki. Mama Łukaszka tym razem przytomnie najpierw spytała o zaimki.
– She, her – powiedziała mama dziewczynki.
– He, his – powiedział tata dziewczynki.
Obie mamy serdecznie się przywitały i zaczęły wspominać dawne, kombatanckie dzieje. Łukaszkowi jakoś udało się przebić z pytaniem o to bohaterstwo.
– Ech, to nic takiego – mama dziewczynki niedbałym ruchem poprawiła krótką, zębatą grzywkę w kolorze turkusowym. – Przemocowa organizacja pod nazwą Kościół Katolicki terroryzowała przestrzeń publiczną akustycznie.
– To znaczy?
– Biciem w dzwony. Ale ja znalazłam sposób. Napisałam…
– Donos!
– …napisałam zawiadomienie! Do Inspektoratu Ochrony Środowiska. Przyjechali, pomierzyli i faktycznie, miałam rację! Dzwony biły za głośno! I musieli je wyłączyć! I tak oto świeckie państwo zatriumfowało nad sektą, a na osiedlu cisza!
Mama dziewczynki rozłożyła ręce i w tym momencie rozległ się dzwonek.
Łukaszkowi minęła podejrzana wesołość kiedy tata dziewczynki wprowadził gości. Pan i pani.
– Jesteśmy z Inspektoratu Ochrony Środowiska – powiedziała pani. – Przyszliśmy to w związku ze skargą.
– Ale po co? – mama dziewczynki była niezadowolona. – Wszyscy mają się dowiedzieć, że to ja pisałam tą skargę?
– Pani się nie podpisała? – chciał wiedzieć Łukaszek.
– Podpisałam się: parafianie – mama dziewczynki zaśmiała się i znów zwróciła w stronę gości. – Nie rozumiem. Skarga załatwiona, mandat wystawiony, dzwony wyłączone. O co więc chodzi?
– O drugą skargę.
– Ja pisałam tylko jedną!
– Tą drugą napisał kto inny.
– To co ja mam z tym wspólnego?
– Jest na was.
Zapadła straszna cisza.
– Na nas? – upewniał się tata dziewczynki.
– No, na to mieszkanie. Że straszne hałasy, krzyki, jęki, głosy i tak dalej.
– A kto to napisał?
– Podpisano: parafianie.
Mama szturchnęła Łukaszka, żeby się nie śmiał zbyt widocznie. Ale mama dziewczynki nie zwracała na niego uwagi. Była pochłonięta swoim gniewem i milczącą dzwonnicą kościelną za oknem.
– To na pewno napisał proboszcz! Co za pedofil! Ale dobrze, niech będzie! Możecie państwo mierzyć!
– Wszystko już dawno zmierzone – pan wyjął z teczki kilka kartek papieru. – Skarga dotyczyła godzin przedpołudniowych…
– Przecież przed południem jesteśmy w pracy a dziecko w szkole!
– …w zeszłym tygodniu.
– A nie, czekaj – mama dziewczynki spojrzała na tatę dziewczynki. – Ty wtedy chodziłeś na popołudnie do pracy.
– Zatem tu jest protokół… – odezwał się pan. – Tak jak mówiłem. Najgłośniej było słychać jęki i krzyki. A tu jest mandat.
Mama dziewczynki sięgnęła po mandat, spojrzała na kwotę, zzieleniała i zwróciła się do pobladłego nagle taty dziewczynki:
– Może mi wyjaśnisz czyje to żeńskie głosy było słychać w naszym mieszkaniu kiedy ja byłam w pracy?
– Przepraszam – wtrącił się pan. – W protokole nie ma słowa, że były żeńskie.

(Wyświetlono 59 razy, 5 dzisiaj)

Skandaliczna sprawa sklepu skarpetek

Hiobowscy wybrali się do centrum handlowego na zakupy. Zajrzeli tu, zajrzeli tam i na końcu weszli do sklepu ze skarpetkami.
– Po co? – protestowała babcia Łukaszka.
– Muszę złożyć reklamację – świszczała przez zęby mama Łukaszka.
– Przecież nie kupowaliśmy ostatnio skarpetek – zastanawiał się tata Łukaszka, ale było już za późno. Mama Łukaszka była bardzo zorientowana na cel a celem tym było wejście do sklepiku.
– Nie tyle osób naraz! – piszczała pani w drzwiach.
– Ja w sprawie reklamacji – upierała się mama Łukaszka napierając biodrem.
– A inni?
– Będziemy was bronić – rzekł dziadek Łukaszka.
– Że co? O co tu chodzi?
– Sprawa życia i śmierci! – mama dalej napierała biodrem.
– Śmierdzi? Co śmierdzi? Skarpetki? To trzeba wyprać, a nie reklamować!
– Śmierć – odezwała się z boku siostra Łukaszka. – No wie pani, że ludzie umierają.
Pani przy drzwiach uciekła z krzykiem.
– No! – w głosie mamy Łukaszka brzmiała satysfakcja. – Możemy wejść!
I weszli.
Sklepik był niewielki, a za kontuarem stała jeszcze jedna sprzedawczyni, która zaniepokoiła się przybyciem takiej ilości klientów.
– Nie jesteśmy klientami – wyprowadziła ją z błędu mama Łukaszka. – Przyszłam z reklamacją!
– O, a co się stało? Coś się rozpruło? Farbuje? Nie jestem producentem, ale…
– To on! – i mama wskazała kompletnie osłupiałego Łukaszka.
– Ale ja niczego nie reklamuję!
– No właśnie! – mama przyklasnęła. – Sam widzisz, że nic nie widzisz! Ty patrzysz, ale już nie dostrzegasz! Dla ciebie to norma!
– A konkretnie?
– Podciągnij no spodnie i pokaż skarpetki – zakomenderowała mama, a gdy Łukaszek to zrobił, zawołała:
– No popatrz! Jedna szara, jedna niebieska! Nie do pary!
– Jak mogą być nie do pary, skoro mam jeszcze jedną taką parę – próbował ripostować Łukaszek.
– Przepraszam… – wtrąciła się pani sprzedawczyni. – Ale co ja mam z tym wspólnego? Mnie państwa problemy daltonistyczne nie interesują. Takie rzeczy powinniście załatwiać u siebie w domu.
– Bo to pani wina! – zaatakowała mama Łukaszka. – Nawet pani sobie nie wyobraża jaki on ma bałagan w szufladzie ze skarpetkami!
– Jak to: moja wina?! – żachnęła się pani sprzedawczyni.
– Przecież to pani wprowadza skarpetki do obrotu!
– Tak, ale ja je dostarczam i przekazuję! Na tym moja rola się kończy! Za organizację skarpetek w szufladzie odpowiada właściciel szuflady!
– Głupstwa pani gada! – rozzłościła się mama Łukaszka. Ale pani sprzedawczyni wyprowadziła trzy nokautujące ciosy, jeden po drugim:
– Trzeba być debilem, żeby tego nie rozumieć!
– Wszyscy to wiedzą!
– Na zachodzie Europy jest to standardem!
Mama Łukaszka była prawie powalona, ale prawie robi dużą różnicę. Sięgnęła do torebki i wyjęła książeczkę wydaną przez „Wiodący Tytuł Prasowy” pod tytułem „Ćwierćporadnik ćwierćinteligenta”.
– Jeśli tak jest jak pani mówi… – głos mamy Łukaszka był słaby, ale palce szybko wertowały książkę – jeśli tak jest jak pani mówi, to co pani powie na to?!
I podała książeczkę.
Pani sprzedawczyni wzięła i przeczytała:
– Szpitale muszą szczepić znane osobistości poza kolejnością bo inaczej szczepionki by się zmarnowały i trzeba byłoby je wylać. Nikt po prostu nie chce się szczepić, bo nikt w szpitalach nie wie, że są szczepionki. Propaganda jakoby było inaczej to szyta grubymi nićmi prowokacja. Nie można jednak wykluczyć koronkowej intrygi tego rządu nieudaczników, którzy za co się wezmą to zepsują. Jedno jest pewne – za bałagan w rządzonych przez samorządy szpitalach odpowiada partia rządząca jako ten, kto odpowiada za dystrybucję szczepionek!
Pani sprzedająca pobladła.
– A… No tak… Hm… Cóż… Skoro tak… Dobrze, oczywiście, przyjdę posprzątać…

(Wyświetlono 219 razy, 1 dzisiaj)

Strzykawka sama zaszczepiła znienacka aktorów

Hiobowscy siedzieli sobie w domu i mieli ogromną radość z reakcji niemieckich mediów na wygraną polskich skoczków narciarskich.
– Ja nie mam ogromnej radości – odcięła się mama Łukaszka.
– Smuci ci przegrana niemieckich skoczków? – spytała lodowatym tonem babcia Łukaszka.
– Ależ skąd. Po prostu uważam, że nie ma czegoś takiego jak niemieckie media, bo kapitał nie ma narodowości. I wyłączcie tą polską rządową propagandę bo mi działa na nerwy.
Dalszą wymianę zdań przerwał dzwonek drzwi. Siostra Łukaszka poszła do drzwi i po chwili wróciła.
– No i kto tam był? – spytał tata Łukaszka.
– A, jakiś polski film – siostra machnęła śliczną rączką.
– Jak film może dzwonić do drzwi??? – zdumiał się Łukaszek.
– No zobacz sam, są aktorzy z telewizora.
Hiobowscy spojrzeli po sobie w osłupieniu i runęli ku drzwiom. Na korytarzu stała para nestorów polskiego kina i telewizji: Jantyna-Krysda i Zbotor-Wikrowski.
– Państwo do nas? – spytał zaskoczony dziadek. – My… E… Myśmy nikogo nei zamawiali.
Prośba aktorów była bardziej zaskakująca niż ich obecność.
– Czy mogliby nas państwo ukryć?
Pierwsza się odnalazła mama Łukaszka.
– Ależ tak, oczywiście! – zawołała radośnie wciągając oboje aktorów do wnętrza. – Rozumiem, że państwo uciekają przed siepaczami Niskiego z Żoliborza…
– Niezupełnie. Ukrywamy się przed MFZ-em…
Słowa Jantyny-Krysdy wprawiły Hiobowskich w spore zaskoczenie. Babcia Łukaszka zapytała:
– A co się właściwie stało?
– Zaszczepili nas – wyznał Zbotor-Wikrowski.
– Przecież teraz mają szczepić lekarzy – obruszył się dziadek.
– To Karosław-Jaczyński – sapnęła mama. – Wykorzystał naiwność personelu aktorskiego…
– Chyba pani wie czy jest pani lekarką czy nie – siostra Łukaszka zwróciła się do Jantyny-Krysdy.
– Co?
– Kim pani jest?
– Aktorką, dziecko każdy mnie zna z telewizji i…
– A czy jest pani lekarką?
Jantyna-Krysda nerwowo przygryzła paznokieć i spojrzała na Zbotora-Wikrowskiego.
– Na mnie nie patrz, ja nic nie wiem, to reżysera trzeba spytać. Ze mną była inna, zupełnie inna historia. Siedziałem sobie spokojnie w domu, gdy nagle, wieczorem, niespodzianie, przyszła do mnie…
– Pracownica NFZ?
– Nie! Wiadomość. Że są szczepienia. Poszedłem do szpitala. Wezwano mnie…
– Pielęgniarka wezwała?
– Nie! Przecież mówię, że wezwano. Tam nikogo nie było. Pusto. Wchodzę do gabinetu a tam…
– Lekarz?
– Nie! Strzykawka. Tylko. No i się zaszczepiłem.
– Ale kto pana zaszczepił? – niczego nie zrozumiała siostra Łukaszka.
– Strzykawka, mówię przecież!
– Ale kto trzymał te strzykawkę? Pan?
– Nie napieraj – upomniał ją delikatnie dziadek. – Widzisz chyba, że u nas robi się tak jak w Niemczech. Tam ciężarówki wjeżdżają w tłum, same. Tam pistolety strzelają do tłumu, też same. No i noże, mamy ofiary noży. samych noży. Tak jest teraz u Niemców i wygląda…
– Nie wolno mówić: Niemcy – siostra łagodnie upomniała dziadka. – Mówi się: naziści.
I siostrę Łukaszka wyrzucono za drzwi. Na schody. I to był błąd. Bo dwie panie, które akurat przechodziły korytarzem skorzystały i weszły do mieszkania.
– A tu się gołąbeczki schowały – powiedziała jedna. Jantyna-Krysda i Zbotor-Wikrowski pobledli i wstali.
– Macie natychmiast oddać te szczepionki! – zakrzyknęła gromko druga.
– Jak można oddać szczepionkę, niech pani nie będzie śmieszna – wyszeptała Jantyna-Krysda zbielałymi ustami.
Druga pani wyjęła kartkę i przeczytała:
– Instrukcja numer jeden. Jak odebrać szczepionkę od zaszczepionej. Należy wykonać niewielką dziurkę w szyi, a następnie wyssać krew i wtentegować ją do ampułki.
– A co ze mną? – przełknął ślinę Zbotor-Wikrowski.
Pierwsza pani wyjęła kartkę.
– Instrukcja numer dwa. Jak odebrać szczepionkę od zaszczepionego. Należy… O nie, ja takich świństw robić nie będę!
– Dobra dobra – mruknęła druga pani. – A wczoraj z kierownikiem to jakoś nie było świństwo?
– No wiesz co?!
– Przepraszam bardzo – siostra zajrzała z korytarza. – A co z pozostałymi pięćdziesięcioma czterema płciami?
I siostrę znowu wyrzucono za drzwi. Przy okazji Hiobowscy zorientowali się, że nie ma Łukaszka.
– Telewizję ogląda – zdenerwowała się mama. – Tutaj demokrację niszczą, a on ma to wszystko gdzieś! Już ja mu powiem!
I wszyscy poszli do pokoju. A tam pokazano, że aresztowano Udę-Magmer. Zapłakana mówiła do kamery:
– Nie wiedziałam, że okradamy jubilera… Sądziłam, że biorę udział w szlachetnej akcji i zostanę ambasadorką Apartu albo Yes… Mam nadzieję, że nie zrobiłam nic złego… A… Ten zegarek… No… Myślałam, że to z puli ekstra dla artystów…

(Wyświetlono 140 razy, 1 dzisiaj)

Nie aresztuje się tańczących włamywaczy

Czas między Świętami Bożego Narodzenia a Sylwestrem jest pełen złudnego rozprężenia. Część społeczeństwa rozleniwiona zdobyczą socjalną w postaci urlopu nie zdaje sobie sprawy, że ludzie w tym czasie pracują – do momentu ujrzenia ich przy pracy.
Tak też się stało z dozorczynią bloku, w którym mieszkali Hiobowscy, panią Sitko. W senne grudniowe przedpołudnie zeszła do piwnicy i ujrzała trzech mężczyzn podczas pracy.
Pracowali nad kłódką do drzwi jednej z piwnic.
Pani Sitko zachowała się bardzo przytomnie. Nie krzyczała bezsensownie, nie próbowała wymierzać sprawiedliwości na własną rękę, tylko wycofała się przed blok. Tam sięgnęła przed telefon i połączyła się z policją. Nie opowiadała oczywiście o włamaniu do piwnicy, bo wtedy nikt by nie przyjechał na interwencję. W zamian opowiedziała, że widziała w piwnicy grupę mężczyzn bez maseczek na twarzy.
Patrol był po ośmiu minutach. Mieszany. Oczywiście pan policjant i pani policjantka nie kryli irytacji, że groźni antymaseczkowcy okazali się banalnymi złodziejami. Ale prawo jest prawem i musieli ich aresztować. Sytuacja zaczęła się przeciągać, zeszli się ludzie, w tym i Hiobowscy.
– Nie możecie! – krzyknął pierwszy włamywacz. – A Konstytucja? W Konstytucji nie ma nic o piwnicach!
Drugi złodziej zażądał aby policjanci podali mu wszystkie swoje dane identyfikacyjne.
A trzeci złodziej odstawił worek z łupem, wyjął telefon komórkowy i włączył na nim jakąś skoczną muzyczkę. I wszyscy trzej włamywacze zaczęli pląsać.
Policjanci, zrezygnowani, zawrócili do radiowozu.
– O co chodzi? – zapytał tata Łukaszka.
– No jak możemy aresztować kogoś tańczącego? – spytał z irytacją policjant. – Taniec to radość, ruch, życie, wyrażanie siebie, wolność, kreacja. Osoba, która tańczy, jest dobra, jest miła, walczy z systemem, czy ja komuś takiemu mogę założyć kajdanki?
– Ja chyba śnię – wyjąkała pani Sitko. – Wiele rzeczy już widziałam, i chyba nie może być już gorzej.
– Może – odparł uprzejmie Łukaszek, i wskazał panią policjantkę, która kiwała butem i klaskała tańczącym do taktu.

(Wyświetlono 125 razy, 1 dzisiaj)

Rolnik szuka żony, odcinek 13/7, świąteczny

No to po kolei.
1. Odcinek świąteczny w czasach pandemii polegał na tym, że prowadząca odwiedziła rolników w ich środowisku naturalnym.
2. Mizerię tej edycji potwierdza to, że trzeba było sięgać po rolników z innej edycji. Ale czyż wszyscy rolnicy to nie jedna rodzina?
3. Rolnicy przekazywali prezenty dla fundacji „Zdążyć z pomocą” na ręce prowadzącej.
4. Paweł. Bez zmian. Sielanka, wszystko dobrze. Pokazano też córeczkę Marty. Snują plany na przyszłość, przeprowadzka do Pawła. Razem z prowadzącą pojechali kabrioletem ściąć choinkę.
5. Magdalena. Ach. Ona jest ciepła, on jest ciepły i potrafi zadbać o nią. Przeznaczenie i tak dalej. Wspólna choinka, magia świąt. Magda już mieszka u Kuby. Prowadząca zadała to pytanie – jak to, miał być kandydat przeprowadzający się rolniczki, a tu odwrotnie? A bo to można planować, zaśmiała się Magda. Kuba jasno postawił sytuację i tyle. No. Największe marzenie na przyszły rok? Kuba milczał, a Magda powiedziała że wytrwać w związku.
6. Mikołaj. Momencik, zaraz, jaki Mikołaj??? Ano ten z 4 edycji, który szukał szczęścia w programie a znalazł za płotem u sąsiadki, którą znał całe życie. Marta mówiła o szacunku i miłości. Mikołaj – że Marta świetnie odnalazła się w pracy w winnicy. A poza tym wspólne herbaty i rozmowy.
7. Piotr. Jaki Piotr??? Ano ten też z 4 edycji. Nadal mieszka z Kasią i mają synka Aleksa. Jak sam mówi – stał się bardziej rodzinny. A Kasia to potwierdza. Takiego, rodzinnego życia chciała.
8. Gosia, ponownie edycja nr 4. Spotkanie przez internet. Mają z Pawłem drugie dziecko, córeczkę.
9. Jeszcze jedna para – Katarzyna i Dawid – para „poboczna” z edycji nr 3. Poznali się jakby na uboczu programu, było kandydatami rolników, po prostu wracali z nagrań wspólnie i skończyło się zauroczeniem, związkiem i obecnie mają dziecko.
10. Seweryn (edycja 6) i Magda. Kolejne spotkanie przez internet. No to jak, zdradźcie plotki na wasz temat. Chyba będzie ślub.
11. Marek – edycja 3 – i jego partnerka Julia. Żyją razem, mają synka, który ich bardzo zmienił i scementował ich związek. Nie było dorosłego syna Marka, który w tamtej edycji grał bardzo ważną rolę
12. No Bardowscy musieli być. Grzegorz i Ania budują nowy dom.
13. Nie było Roberta z drugiej edycji.
14. Na końcu prowadzącą zawiozła prezenty do fundacji. Dostaliśmy życzenia, ale nie było zaproszenia do kolejnej edycji. I to by było na tyle.

(Wyświetlono 124 razy, 1 dzisiaj)

To uczucie ulgi

Łukaszek wraz z tatą wracali z kolejnych ostatnich zakupów przedświątecznych. Szli pieszo. Nie wzięli samochodu nie z obawy przed coraz bardziej agresywnymi bojówkami cyklistów, którzy z zemsty za to, że nigdy nie będzie ich stać na auto niszczyli cudze pojazdy. Prawa była o wiele bardziej prozaiczna. Samochodów było tak dużo, że nie było gdzie zaparkować.
Szli zatem z autobusu wraz z grupą ludzi, przez osiedle i kiedy dotarli pod swój blok ujrzeli przedziwną scenę.
Oto ich dozorczyni, pani Sitko, wraz ze swoim mężem wynosili do śmietnika jakieś krwawe resztki. Tak przy tym rozmawiali:
– …cieszę się, że się wreszcie zdecydowałaś.
– Decyzja była nasza wspólna.
– No tak, ale wiesz, trudno było się przełamać, bo to jednak… No wiesz…
– Wiem. Krew i to wszystko…
– Bałem się, że się załamiesz po pierwszym ciosie.
– Daj spokój, wszyscy to robią, jak sobie wyobrażałeś dalsze życie z nim pod jednym dachem?
– Dobrze, że już po wszystkim.
– Tak, tego uczucia ulgi nie da po prostu opisać.
– Brawo! – mama Wiktymiusza wyprzedziła Łukaszka i jego tatę, po czym poklepała panią Sitko po ramieniu. – Cieszy mnie, że zdecydowała się pani na aborcję!
Pani Sitko osłupiała.
– Jaką aborcję???
– No tą tutaj, co pani za szczątki tu wynosi? Nie płód aby? Spokojnie, ja nikomu nie powiem – uśmiechnęła się mama Wiktymiusza i gestem zachęciła wszystkich by podeszli bliżej. – Patrzcie ! ta oto dzielna kobieta w tym opresyjnym państwie usunęła płód…
– To nie jest płód – wyjąkał przerażony pani Sitko.
– A co, może dziecko? – rzucił jakiś zirytowany młody człowiek. – Nauka, słyszy pan, nauka niezmienna od tysięcy lat stwierdziła niedawno, że człowiekiem się jest od dwunastu tygodni po urodzeniu. Chyba nie będzie pan podważał nauki?
– Dziecko to też nie jest – powiedziała słabo pani Sitko.
– A co?
– Karp.
Wybuchła potworna awantura.
– Potwory! Mordercy! Polak musi, no po prostu musi dręczyć zwierzęta! Skopać chomika! Powiesić kota! Trzymać psa na krótkim łańcuchu! Trzymać norki w obozach! Bo zwierzę nie ma żadnych praw! Można je męczyć, torturować, zabić! Tylko Polak czerpie z tego radość i satysfakcję! – darła się jakaś pani z opakowaniem foie gras w siatce.
– To wszystko wina kościoła katolickiego – utrzymywał jakiś poważny pan. – Mamy tu modelowy przykład krwawego, ludycznego podejścia do wiary. Taka kombinacja polskiej duszy, watykańskiej narracji i pogańskiego zabobonu. Bóg się rodzi, więc jak Polak musi uczcić to wydarzenie? Krwawym zmasakrowaniem żywego stworzenia. I pomyśleć, że mamy Europę i dwudziesty pierwszy wiek! We Francji, proszę państwa, cywilizowani ludzie jedzą homary. A my nie.
– Przecież to żywa istota – zalała się łzami mama Wiktymiusza. – Dlaczego państwo to zrobili?
Pan Sitko podrapał się po brodzie i odparł prostodusznie:
– Chcieliśmy odzyskać miejsce w wannie.

(Wyświetlono 166 razy, 1 dzisiaj)

Rolnik szuka żony, odcinek 12/7, finał

No to po kolei.
1. A zatem dziś mieliśmy grande finale siódmej edycji, przez wielu określanej jako najsłabsza. Zobaczymy ile osób będzie go oglądać pomimo tego, że TVP starało się maksymalnie skołować widzów dwukrotnie zmieniając godzinę emisji. Być może chodziło o to, by jak najmniej osób widziało ten odcinek, gdzie mamy raptem jeden związek pełnoprawny i jeden dosztukowany.
2. Rolnik szuka żony, czyli Paweł. Tam faktycznie poszło tak jak trzeba, chociaż niewiele brakowało, aby skończyło się fiaskiem. Na razie jest sukces i nawet dwie pozostałe kandydatki życzą im szczęścia. Plany na przyszłość na razie ostrożne, ale może przez to realne.
3. Kosmetyczka szuka rolnika, czyli Magda. No i program zrobił się zupełnie na opak. Szczęśliwy wybranek miał się przeprowadzić do niej na gospodarstwo, tak? Tymczasem ani Magda nie pracuje na gospodarstwie (no, okazyjnie pomaga) a i jak przyszło co do czego to sama przeprowadziła się do kandydata. Pardon, planuje przeprowadzkę, chociaż internet twierdzi co innego. Jaki więc sens miało np zapraszanie barmana z Sopotu? Mieliśmy pojedynek – trójka kandydatów vs Magda i prowadząca. Panie gruntownie się przygotowały i przeryły social media panów. Mateusz – po co przyjechałeś? On szuka szalonej dziewczyny, a ona rodziny – to pasuje? Drugi atak poszedł na Adama – że poznał kogoś przed programem i dlatego był wycofany. Tak, poznał kogoś, ale spotkał się z nią tylko raz i to była koleżanka. Ale wtedy już nie byłeś zainteresowany Magdą? Byłem. Ale byłeś w związku z tamtą dziewczyną! Wtedy nie, teraz jest związek, po programie. Najskuteczniej bronił się Paweł w myśl zasady najlepszą obroną jest atak. I po tej przykrej nawałnicy oskarżeń przeskoczyliśmy gładko w idyllę z Kubą. Ba, Magda już jest gotowa przeprowadzić się do Kuby. Pierścionek wybrany, zaręczyny w planach. Internet huczy od plotek.
4. Rolnik szuka pracownika, czyli Maciej. Pomimo wielu pięknych słów okazało się, że głównym kryterium doboru była praca przy czereśniach. Serce naszego doktoranta skradła pracownica TVP Białystok, ale z tego też chyba nie będzie owoców. W programie związku też nie stworzył. Wybrał Ilonę i na tym praktycznie wszystko się skończyło. Była co prawda wymarzona randka w górach, ale to wynikało z umowy z programem. Co tu dużo mówić. Nie wyszło. No, nie wyszło. Nie było chemii, westchnął Maciej. Uważam, że jedna strona oszukiwała, powiedziała Ilona i się rozpłakała. Monika z początku była faworytką, ale Maciej jej wbijał ciągle szpilki. No i zmienił faworytkę. Faworytka Ilona stwierdziła, że trzymał ją na dystans, że nie było uczucia, niczego. Prowadząca dusiła Macieja czy jeszcze da radę podratować ten związek. Maciej może tak, tak… Ilona stwierdziła, że robi jedno, mówi drugie, nie angażuje się. Nie chce kontynuować związku. Czy Maciej kontaktuje się z kimś? Tak, coś tam pisze, coś tam dzwoni, ale jeszcze się nie spotkał z nikim.
5. Rolnik szuka samego siebie, czyli Dawid. Nałożenie dwóch czynników, czyli niezdecydowania Dawida i temperamentu kandydatek (zwłaszcza Magdaleny robiącej pokazowo z igły widły) doprowadziło do spektakularnej katastrofy. Na dodatek na oczach rodziny Dawida, która nie mogła uwierzyć jak w kilka dni idylla zamienia się w dramat, jak dziewczyny nagle zaczynają płakać, oświadczają, że mają wszystkiego dość i pragną tylko wyjechać. I nie ma żadnych szans by cokolwiek się udało. WTF??? pytała się rodzina siedząc w kuchni podczas gdy Dawid, niczym Wilk w elektronicznej gierce próbował łapać spadające jajeczka. Nie dał rady i wszystkie kandydatki mniej lub bardziej rozżalone wyjechały zrażone tekstem „może nikogo nie wybiorę”. No i spełniło się – nie wybrał. Spotkanie – Agnieszka i Magda były na miejscu a Martyna była online. Okazało się, że praprzyczyną całej dramy było to, że Dawid i Martyna przegadali całą noc – tą pierwszą podczas pobytu dziewczyn. Agnieszka ponoć najbardziej naskoczyła potem na Martynę i to było to co spowodowało, że Martyna zrezygnowała z programu. Mam pewne podejrzenia, że to kandydatka. Magdalena próbowała czyścić sobie pole do ataku nastawiając jedną panią przeciw drugiej, bo to ona najbardziej zyskiwała na tej całej awanturze. Agnieszka przeprosiła teraz Martynę za swoje słowa i sama podjęła decyzję o wyjeździe. Teraz żałuje, że tak szybko wyjechała. Dawid niczego się nie nauczył. Z Martyną miał kontakt, ona zapraszała go na kawę. Tylko on nie przyjechał. „chłopaku! Co ja mam jeszcze zrobić?” Martyna nadal jest jego faworytką. Ale i z Agnieszką nie zamyka sobie kontaktu, bo „ma zgrabną figurę mimo, że lubi zjeść”. Z Magdaleną nie było obietnic dalszego kontaktu – może dlatego, że nie padła takowa propozycja z jej strony. Dawid robi wrażenie takiego potakiwacza.
6. Mundurowy emeryt szuka haremu, czyli Józef. Typowy wątek typowego seniora. Łzawa wizytówka – samotność, ach ta straszna samotność – listy – przyjazd kandydatek – jestem w niebie – dotykanie, ocieranie, flirty razy trzy – część kandydatek obraża się i wyjeżdża wcześniej – nadchodzi czas wyboru – senior panikuje i wycofuje się – wybiera kogoś jeśli ktokolwiek mu został – rezygnuje z kontaktu i dalszej znajomości – samotność, ach ta straszna samotność – listy – panie mimo wszystko nadal chcą – on już nie. Tak jest co roku, i pomimo próśb widzów i pomimo utworzenia osobnego programu dla seniorów nadal w Rolniku pojawia się ktoś taki. Podobnie jak w przypadku Dawida jedna z pań – Ewa – była zdalnie (telefon), Grażyna i Apolonia były na miejscu. Dla Józefa nadal istnieje tylko Apolonia i ten jej celny strzał, który sprzedała mu na randce. Apolonii nie podobało się, że rzucał się na nią z łapami, (jak wybrać kobietę nie dotykając jej? Pytał Józef. Jeśli nie chcesz żebym cię dotykał to po co przyjechałaś?) i krótko Józefa ustawiła do pionu. Grażyna może powiedziała ze dwa zdania i obie panie przyznały, że najbardziej był zainteresowany Ewą. Ewa stwierdziła, że traktował wszystkie równo czym potwierdziła, że najlepiej pasowała do Józefa. Józef jeszcze Apolonię przepraszał, jeszcze coś tam próbował, ale Apolonia krótko – podziękowała i tyle. Józef jednak nie rezygnuje. Co prawda nie jest już zainteresowany ani Ewą ani Grażyną ale nie poddaje się i będzie szukał żony aż znajdzie.
7. Pani prowadząca poinformowała, że kamery nie towarzyszą uczestnikom 24 h na dobę tylko 12. Żebyśmy sobie nie myśleli.
8. Rady dla przyszłych uczestników. Paweł: „skupić się na zaproszonych osobach a nie na innych osobach, które się z nami kontaktują bo to nas rozprasza”. Magda: „dobrze wybierać” (hehe), Maciej „być sobą i nie udawać” (hehehe), Józef: „nie poświęcać więcej czasu jednej faworytce”. Dawid nie miał dobrej rady więc podpiął się pod Pawła.
9. W przyszłym roku czeka nas kolejna edycja Rolnika.
10. A jeszcze wcześniej, bo 3 stycznia, stratuje 3 edycja „Sanatorium Miłości”.

(Wyświetlono 546 razy, 1 dzisiaj)

Rolnik szuka żony, odcinek 11/7

No to po kolei.
1. Dzisiaj były wymarzone randki.
2. W przypadku Macieja i Ilony ich związek raczej nie układa się po myśli żadnej osoby z tej pary. Zapewne Ilona inaczej sobie wyobrażała kontakt z Maciejem, bo przez dwa tygodnie przed rewizytą w ogóle go nie było. Nic dziwnego, wtedy ponoć na topie była pani z TV Białystok. Maciej zadzwonił dopiero dzień przed rewizytą. On też zapewne inaczej wyobrażał sobie relacje z Iloną, bo ta pomimo jego delikatnych sugestii nie chce przyjechać pracować u niego w sadzie. Bo podobno pracuje po południu. Co za problem? Zdąży, jeśli przyjedzie do Macieja na piątą rano i już. Podejście Macieja do kobiet, człowieka piszącego doktorat, nasuwa myśl jakie miał podejście zanim został magistrem.
3. Magdalena. Krążą różne teorie spiskowe, no to warto przypomnieć fakty. Kandydat z dogrywki czyli Kuba a) napisał list, b) miał być w dziesiątce zaproszonej na pierwsze spotkanie c) nie przyjechał jednak bo coś mu wypadło. Zatem mocno naciągając strunę mamy kandydata z programu. Czy był jakiś kontakt między Magdą a Kubą równolegle do  pobytu kandydatów – trudno powiedzieć. Jednak tempo rozwijania się uczucia jest podejrzanie szybkie ( były już takie przypadki, Karol i Jagoda albo Piotr i Kasia). No i wystarczy porównać podejście samej rolniczki. Swoich kandydatów traktowała chłodno i na dystans niczym Scarlett O’Hara Afroamerykanów na swojej plantacji. A do obecnego wybranka oczy jej się śmieją jak kotu na widok przysmaku. Różnica w zachowaniu jest kolosalna. Nie należy więc potępiać chłopaków, którzy być może po przybyciu zorientowali się w sytuacji i dali sobie spokój. Niemniej jednak teraz mamy Kubę, co jest wszystkim na rękę, a produkcji najbardziej.
4. Magda. Na randce wróciła oczywiście do swojego konika czyli do zakładania rodziny. Planuje już nawet ilość dzieci z Kubą. Tempo ich związku jest piorunujące. Trzymanie za ręce, chichranie się, pocałunki. Warto zwrócić uwagę na to, że część randki odbyła się w restauracji, do której przyszli z własnym ciastem (wypiek Kuby). Gdzież tam do niego kandydatom, którzy musieli korzystać ze ściągawek by zrobić placki ziemniaczane. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt, mianowicie na szybką gotowość wyprowadzki Magdy do Kuby. Otóż gospodarstwo jej rodziców ma przejąć jej brat, a Magda tak naprawdę pracuje w mieście jako stylistka paznokci. I jej związek ze wsią można zdefiniować jako nie „jest” a „bywa”. Zamiast rolniczką trafniej jest nazwać ją córką rolnika. Cóż, Kuba ma to, czego nie mieli pozostali kandydaci. Jedni nazywają to błyskiem w oku, inni wakatem na gospodarce.
5. Maciej. Zaprosił Ilonę gdzieś w góry, gdzie w pięknych okolicznościach przyrody zwiedzili park linowy. Ilona nie była z początku zachwycona, ale jakoś się przełamała. Chociaż tyle wyniesie z tej znajomości. Bo kiedy Ilona mówi, że chce by związek się rozwijał, to Maciej poleciał Józefem i zaczął coś o konieczności zgrania charakteru. Warto aby przyszłe Dawidy obejrzały tą randkę i nauczyły się części zachowania Macieja na pamięć. Otworzyć drzwi, dosunąć krzesło, powiedzieć komplement – podstawa. Dalszej części randki się nie uczyć. Kiedy Ilona spytała czego Maciej oczekuje od niej jako od kobiety Maciej zaczął kluczyć i uciekać. Tak nie robimy. W tym miejscu jest potrzebna konkretna deklaracja. Już pojawiły się pierwsze rozbieżności co do formy dalszego kontaktu. Maciej preferuje telefon, żeby zadzwonić (właśnie – przytaknęła Ilona, do której Maciej nie dzwonił przez dwa tygodnie) albo wysłać SMS. Ilona stawia na kontakt osobisty. Maciej nie byłby sobą, gdyby nie wtrącił czegoś o pracy. Tym razem napomknął, że Ilona nie musi się jej obawiać. Bo jest lekka. Będziemy się spotykać? Będziemy. Będziemy? Chyba będziemy…
6. Paweł. Bardzo fajnie pokazano randkę jako kilka scenek o zupełnie różnym charakterze. Było i eleganckie wyjście na miasto i dynamiczna wspinaczka na ściance. Bez zabezpieczenia. Spokojnie – chodziło o te wszystkie linki i haczyki, a nie o… No i Paweł musiał Martę asekurować ręcznie za… No… Tego… Były to sceny do których łkało serce niejednego do rolniczego seniora. Józef pewno nagrał to sobie na VHS i zedrze taśmę do białości od oglądania w kółko. Paweł i Marta dużo się razem śmieją, co dobrze rokuje.
7. Dawid. Tak, płakał. Prowadząca przyjechała do Dawida, spotkała się z nim i jego rodziną. Atmosfera stypy. Nie wyszło. No nie wyszło. Dlaczego nie wyszło? Może i dobrze, że od razu nie wyszło, niż gdyby miało nie wyjść później. Listy. Podobno produkcja listy miała zabierać rolnikom. Dawid jednak je dostał i miał przeglądać. Ma się otworzyć i wyjść do ludzi.
8. Józef. Józef również ma się otworzyć i wyjść do ludzi. Prowadząca wreszcie do niego dotarła. Nasz emerytowany Borewicz do tej pory przeżywa kosza jakiego dostał od Apolonii, która przejrzała go na wylot. Pozostałe panie nie istnieją. Ciekawe jak się czuję Ewa, która każdym swym atomem dawała Józefowi znać, żeby ją wybrał. Józef, jak każdy rolniczy senior, liczył na to, że będzie miał harem w nieskończoność. Co roku ta sama bajka. Biedny szewczyk dożywa sędziwego wieku i wreszcie nadchodzi moment, kiedy sam może zostać królem. I nie dociera do niego, że to tylko na pięć dni. Tak jest za każdym razem. W każdej edycji. Panowie. Harem, babeczki i trzy pary oczu odczytujące z twojej twarzy każde pragnienie – takie rzeczy to w islamie, gdzie 77 dziewic czeka po śmierci. Na Józefa nikt nie czeka. Wzdycha, że znowu wróciła cisza, pustka, samotność. Nie ma się do kogo przytulić, z kim pójść spać. Może trzeba wyjść do ludzi. Może poznać kogoś. Może rzucić te pszczoły. Może miał za wysokie wymagania. Może nie dał jednoznacznie znać o co mu chodzi. Może to a może tamto. I tak wygląda to z każdym seniorem w Rolniku. Dorabianie wielkiej filozofii do tego, żeby sobie pomacać.
9. Mamy zatem trzy związki na trzech różnych etapach. Magda i Kuba się całują. Paweł i Martyna że śmiechem rozważają możliwość pocałunku. Maciej i Ilona ostrożnie się przymierzają do pojęć „mąż” i „żona”.
10. Za tydzień – odcinek finałowy. Wszyscy się spotkają i wygarną sobie w cztery oczy. Widać było kandydatkę Dawida Magdalenę w swoim żywiole, czyli w fochu.
11. Acha, no i oczywiście można się zgłosić do kolejnej edycji.
(Wyświetlono 2 053 razy, 1 dzisiaj)

Rolnik szuka żony, odcinek 10/7

No to po kolei.
1. Dziś dzień randek zwrotnych, a ponieważ mamy tylko dwie pary, trzeba było czymś czas wypełnić i pokazano pozostałą, samotną trójkę. Odcinek sponsorują ziemniaki, czereśnie i płacz.
2. Józef. Typowy rolnikowy senior. He he he, końskie zaloty, macanko, harem route. I nie dociera, że trzeba wybrać jedną. I jak trzeba wybrać to nie wybiera żadnej, bo woli sam prać swoje gacie i sam siedzieć przy stole i znowu narzekać na swoją samotność i na nieodwzajemnioną miłość bo nie chce mu się zmieniać swoich przyzwyczajeń. No nie spodziewał się, że będzie musiał się tak szybko rozstać z paniami. Gdybyśmy byli w Japonii to bym powiedział, że pan Józef naczytał się za dużo mangi. Po co seniorzy idą do tego programu? Żeby być królem przez pięć dni, adorowanym przez trzy kobiety. Teraz nasz emerytowany Borewicz sam robi sobie pierogi i wspomina, wspomina…
3. Paweł. Pojechał do Marty, poznał tatę, poznał siostrę, zwierzątka domowe. Spacery, rozmowy, na razie do przodu. Coś się klei.
4. Dawid. Tak, płakał. Długa, bolesna rozmowa z Martą. Nadal nie rozumie dlaczego dziewczyny go zostawiły. „Nie otworzyłeś mi drzwi samochodu”, „zabrałeś mnie na randkę, a widziałeś że czuję się źle i nie zapytałeś jak się czuję”. Kandydatów tego typu koledzy najpierw powinni wziąć na wódkę i wytłumaczyć jak się powinno rozmawiać z kobietą. No nic, całe życie przed nim. Ale żeby się udało, muszą się spełnić dwa warunki. 1. Trafi na fajną dziewczynę 2. Wyprowadzi się od rodziców.
5. Maciej pojechał do Ilony. Oczywiście czereśnie też były. Kontaktu nie było między nimi przez dwa tygodnie żadnego (i tu rolnikowi weterani mówią: ocho). Potem była nasiadówka na podwórzu z rodzicami. Rodzice oczywiscie zasypali gradem pytań: a co, a jak, a czy na poważnie. Na poważnie, mówi Maciej, a co. Spacery, randka i tak dalej.
6. Magda. U Magdy zbiór ziemniaków. Tak, Magda ma już faceta. No musiała jakoś pokazać trzem kandydatom, że było do bani, a to najlepszy sposób. Kuba pojawił się po przejrzeniu listów. I nie jest to żadne oszustwo, bo miał przyjechać już na początku. Ale nie mógł, bo miał pracę. Kuba ma syna i Magda musiałaby się przeprowadzić do niego. I Magda powiedziała tak. W końcu jej głównym priorytetem jest założeniem rodziny.
7. No i w ten sposób mamy teraz dwie pary. Zaraz, powiecie, trzy, przecież trzeba policzyć Magdę. Już policzyłem. Odliczyłem Macieja. Bo on ponoć zamienił już Ilonę na dziennikarkę TVP Białystok. Nie, spokojnie. To już podobno też już nieaktualne.
8. Za tydzień: wymarzone randki. „Romantyczne sytuacje” mówi na wydechu prowadząca, a w tle piszcząca podczas zjazdu tyrolką Ilona. „Może się narodzą jakieś deklaracje” mówi na wydechu prowadząca, a w tle Magda i Kuba podczas pocałunku. Może.

(Wyświetlono 729 razy, 1 dzisiaj)

Wszyscy wyhotdożeni

– Wszyscy wyhotdożeni – powiedziała siostra Łukaszka. Hiobowscy odwrócili się powoli w jej stronę. Siostra stała w drzwiach, rozczochrana, w pomiętym ubraniu. W ręku trzymała siatkę na zakupy, w których właśnie wróciła. Siatka była pusta.
– Chyba: wychędożeni – poprawił odruchowo dziadek.
Siostra Łukaszka zaczęła płakać i wyciągnęła przed siebie siatkę mówiąc:
– Nic nie mogłam zrobić!
– Napadli ją – babcia Łukaszka pobladła i wstała przewracając krzesło.
– Ależ skąd! – wzruszyła ślicznymi ramionkami siostra. Ale oto stanęła przed nią mama Łukaszka i zapytała:
– A zrobiłaś tak?
I zaczęła kolebać biodrami klepiąc się po udach i ramionach.
– Trą, trą, misia bela, misia kasia kąfacela… – zawtórował Łukaszek.
Mama Łukaszka wyrzuciła go za drzwi.
– Za co? – darł się wyrzucony. – Myślałem, że gramy w wyliczanki!
– Ja pokazuję specjalny taniec mający dać do zrozumienia napastnikowi, że ofiara nie chce być napadnięta! Siostrę ci napadli a ty sobie żarty stroisz! – oburzyła się mama.
– Nikt mnie nie napadł!
– To o co chodzi? – spytał tata Łukaszka. Siostra wzruszyła ramionami.
– Wszystko jest takie, no… Zahotdożone.
– Tak się nie dowiemy – dziadek Łukaszek podniósł siatkę na zakupy. – Nic nie kupiła trzeba iść jeszcze raz. Gdzie jest Łukasz?
– Za drzwiami.
– Dajcie go tu z powrotem.
– Zdecydujcie się! – złościł się Łukaszek. – Raz wyrzucacie, raz wrzucacie… Bo zadzwonię po moderatorkę Strajku Kobiet!
– Nie strasz, nie strasz. Idź po zakupy i zobacz o co chodzi!
Poszedł więc.
Niedaleko był kiosk. Kiedyś należał do sieci RUCH, po kupieniu sieci przez państwowy koncern paliwowy teraz był to kiosk RORLEN. Przed kioskiem był tłum. W kiosku można było dostać gazety, lekki alkohol i oczywiście hot dogi.
W sąsiednim bloku było solarium. Obecnie należało do sieci stworzonej przez państwowy koncern paliwowy o nazwie SOLORLEN. Właśnie wychodziła jakaś pani jedząc hot doga.
Obok był pawilon drogerii państwowej sieci DRORLEN. Łukaszek zajrzał tam na chwilę. Pani przy kasie prosiła o sos tysiąca wysp.
Zajrzał też na pocztę, która po przejęciu przez państwowy koncern paliwowy nosiła nazwę PORLEN. Wewnątrz był dziki tłum.
– Jeden z parówką, jeden z kabanosem…
Wracając zajrzał do budki z hot-dogami sieci HORLEN.
– Nie, hot-dogoów nie mamy – oświadczyła pan iw białym kitelku. – Ale można u mnie kupić znaczki lub doładować telefon.
Łukaszek wrócił do domu i oznajmił:
– Wszyscy wyhotdożeni.

(Wyświetlono 241 razy, 1 dzisiaj)