Film „Film”

Pół Polski tym żyło. I w tej połowie była niestety mama Łukaszka.
– Słyszeliście to?! Widzieliście to?! – krzyczała biegając po mieszkaniu.
– Co takiego? – spytał ze spokojem tata Łukaszka.
Mama położyła przed nim świeże wydanie „Wiodącego Tytułu Prasowego”.
– Dziś na ekrany kin w całym kraju wszedł „Film”.
Zapadła uroczysta cisza, którą przerwał niepewny głos siostry Łukaszka:
– Jaki film?
– No, mówię przecież „Film” – zniecierpliwiła się mama.
– Ale jaki tytuł…?
– „Film”! Mówię przecież! – i mama Łukaszka usiłowała wyrzucić siostrę za drzwi, ale nie dopuściła do tego babcia.
– „Film” ma tytuł „Film” – wyjaśniła babcia siostrze.
– To jakiś idiota to wymyślił – rzekła prostolinijnie siostra. – To tak jakby zupę nazwać zupa! A przecież są pomidorowa, rosół…
Mama Łukaszka skorzystała z okazji i wyrzuciła siostrę za drzwi.
– Warto na to iść? – skrzywił się dziadek. – Kto to robił? Gra tam ktoś? O czym to?
Mama skorzystała z okazji by przytoczyć biografię reżysera. Podejmował on różne tematy w zawsze ten sam sposób. Spod jego ręki wyszły tak porażające obrazy, jak: „Dziennikarze”, „Sędziowie”, „Uczniowie” i „Monterzy podłogowej instalacji grzewczej”. A teraz przyszła kolej na środowisko, z którego się wywodził. „Film”.
– Kto pójdzie ze mną do kina? – podpytywała mama i spojrzała na tatę:
– Może ty?
Tata upił łyk herbaty i zapytał:
– Czy ten film wnosi coś do życia? coś pozytywnego? Czy po sensie będę czuł się lepiej, będę miał poczucie, że coś zyskałem, że ten film coś mi dał?
– Ty to tylko byś przeliczał wszystko na pieniądze – fuknęła mama. – Ten film ma wstrząsać! Łukasz! Ty lubisz mocne filmy!
– Ale nie jego – zaprotestował Łukaszek.
– Dlaczego?
– Bo są nudne. On w kółko kręci ten sam film. Nawet aktorzy są ciągle ci sami, tylko inaczej ich ubiera.
– Co ty powiesz – zaprotestowała mama i urwała, bowiem zaczęła przeglądać recenzję filmu i zorientowała się, że naprawdę grają ci sami co zwykle.
Aktorzy. Najstarszy z nich, nestor sceny i ekranu, dawno już przegapił moment kiedy powinien zakończyć karierę. Grywał obecnie tak zwane ogony, walczył z nałogiem alkoholowym, nie pamiętał jak się nazywa, ale często występował w telewizji opowiadając jak to kiedyś było fajnie.
Następny, trochę młodszy. Na ekranie potrafił przybierać mądre miny i mówić mądry tekst napisany przez kogoś innego. Prywatnie uważał, że Ziemia jest płaska a Tatry to fotomontaż w Photoshopie.
Kolejny aktor, w wieku średnim. Grał po to, aby zarobić. Zarabiał po to aby brać. Nic więcej go nie interesowało.
Młody aktor. Kolejny z licznego klanu. Taboret wypadał lepiej na ekranie. Aktorem został tylko dzięki nazwisku.
Panie aktorki. Najstarsza z nich, grała mechanicznie jak automat. Kazali to się uśmiechała. Kazali, to płakała. Nic nie czuła, o niczym nie myślała. Grała.
Trochę młodsza aktorka o emploi mało rozgarniętej osoby w średnim wieku z małego miasteczka. Wbrew pozorom ta twarz kryła piekielnie bystry umysł. Mogłaby grać wszystko. Marzyła o wielkich rolach,. Ale zawsze była obsadzana w roli mało rozgarniętej osoby w średnim wieku z małego miasteczka. Jakiekolwiek próby protestu kończyły się „jest dziesięć chętnych na twoje miejsce”. Strach kazał jej się podporządkować. Śmiała się najgłośniej, biła brawo najgłośniej, krzyczała najgłośniej. Wieczorami płakała w pustym mieszkaniu czując do siebie obrzydzenie. Była po próbie samobójczej.
Aktorka o znanym nazwisku i długiej filmografii. Równie długa była lista osób, które skorzystało z jej usług. Po stolicy krążyła informacja ile bierze za noc.
I wreszcie najmłodsze pokolenie. Młoda wilczyca, tuż po szkole, szybko weszła na ścieżkę kariery dzięki odpowiednim ludziom. Chciała być sławna i zrobiłaby wszystko. Koleżanki ją chwaliły bojąc się jej jak ognia.
Scenarzystka – była najlepsza w swoim fachu. Kiedyś. Kiedy zaczynała, wkładała w scenariusz swoje życie. Lub to, jakim miało być. Z początku odniosła wielki sukces, uwierzyła, że już ma patent na widzę czego pragną Polacy. niestety, kolejne jej dzieła coraz bardziej rozmijały się z rzeczywistością, aż zaczynało to przypominać groteskę.
Na końcu on, reżyser. Chciał być najlepszy. Ale się nie dało. Ani tak, ani siak. Aż wreszcie znalazł coś, w czym mógł się wykazać, w czym mógł objawić swoją wielkość: w małości! Poszedł więc za ciosem i szybko wysforował się na czoło w myśl starej zasady: aby przewodzić chuliganom, trzeba być największym chuliganem. I trwał tak w ponurej zaciętości, kręcił jeden film za drugim, a każdy kolejny był gorszy, a więc co za tym idzie – lepszy…
– No tak – westchnęła mama Łukaszka składając gazetę. – Może i faktycznie grają ci sami aktorzy. Ale to nie znaczy, że zawsze wszystko jest tak samo! Nie wolno krytykować filmu zanim się go nie zauważy!
– Chwalić też nie wolno! – wtrącił dziadek.
– Ja ci mogę powiedzieć co jest w tym filmie – powiedział Łukaszek. – Nie potrzebuję go oglądać. No więc tak, jest picie, wymiotowanie, seks po pijaku, ubijanie kogoś siekierą, bijatyka i gwałt. I rabunek.
– Skąd… Ty… To wszystko… Wiesz? – wyjąkała mama Łukaszka zerkając ponownie do „Wiodącego Tytuł Prasowego”. Tam bowiem wymieniono wszystkie te rzeczy, o których mówił jej syn, a wymieniono je jako zalety.
– To jest w każdym filmie – odparł Łukaszek.
– Ale w tym filmie jest coś innego – odezwała się babcia. – Czytałam recenzję z pokazu przedpremierowego. Otóż jest tam pozytywny bohater!
– Nie! – zdumieli się Hiobowscy. – Kto to taki? Aktor?
– Gdzie tam aktor. To młody chłopak, który dostał się do szkoły aktorskiej i wyleciał z niej na pierwszym roku.
– Dlaczego? – zapytała siostra Łukaszka przez uchylone drzwi.
– Bo się nie nadawał.
– Ale dlaczego się nie nadawał.
– Wiedział co to jest trójkąt prostokątny.

Rolnik szuka żony, odcinek 4/5

No to po kolei, garść uwag:
1. Grzegorz. Najbardziej profesjonalne powitanie. On kwiaty paniom (i nie pojedyncze tylko bukiety), panie prezenty dla Grzegorza i dla mamy. Dziewczyny mają wspólny pokój. Sympatyczna, wesoła atmosfera. Grzegorz dominuje.
2. Jan. Pan Jan ma niezłe hektary pod dachem. Każda pani dostała osobny pokój, w tym jedna przepastny salon. Atmosfera wesoła, choć wydaje się wesoła troszkę na siłę. Pani Małgorzata wycofała się nieco, ale nie rezygnuje z natarcia. Prym zaczyna wieść pani Maria. Cała nadzieja, że Jan okiełzna gości, bo dość stanowczo oświadczył, że w tym domu to on jest władzą. No i dobrze, przynajmniej sytuacja jest jasna.
3. Łukasz. Tak, Agata. Faworytka. Ale Łukasz gra ostrożnie, nie chce tego ujawniać i nie chce robić konfliktów pomiędzy dziewczynami. Dziewczyny mają podzielone pokoje – w jednym Agata i Iwona, w wydzielonym aneksie Paulina. Paulina szybko przystąpiła do szturmu po linii mama-kuchnia. Ale chyba nie tędy droga…
4. Marek. Ulokował panie we wspólnym pokoju. Co tu dużo pisać, gołym okiem widać kilka rzeczy. Że rządzi mama i tu akurat ścieżka mama-kuchnia może być tą na miarę sukcesu. Że Marek ma niewielkie doświadczenie z płcią piękna. Że popełnia błędy (nie powitał pań kwiatami) ale umie je naprawiać (pojechał i kupił po bukiecie). Potrzebna mu kobieta, która będzie jego… Hm… Przyjaciółką. Przewodniczką. Kimś kto mu poukłada jego świat. Jest ktoś taki?
5. Krzysztof. Jessica przyjechała w lekkim makijażu i od razu wyglądała lepiej. Wszyscy, łącznie z rodzicami traktują ją poważnie. Jest z charakteru naturalna i wesoła i najlepiej pasuje do Krzysztofa. Nadal jednak uważam, że nie pasuje na wieś i jest postawiona. Jest też duża szansa, że Krzysztof ją wybierze. Bowiem Ewelina jest zbyt zdeterminowana a Kasia zbyt wycofana. Chociaż kto tam wie co faceci myślą… Atmosfera wydaje się robić coraz bardziej napięta, co będzie jeszcze potęgować mieszkanie we wspólnym pokoju.
Za tydzień: wiejskie ekscesy.

Ustawa dereperacyjna

Wolna ciągnęła się niedziela. Mama Łukaszka ożywiała się tylko wtedy, kiedy w którejś ze stacji radiowych nadawano nowoczesny i postępowy przebój. Przebój został oparty na znanej piosence wykonywanej przez Mieczysława Fogga i wykonywali go artyści, którzy protestowali jak szaleni przeciwko obecnej władzy występując za pieniądze w publicznej telewizji.
Smutne, zamyślone głosy śpiewały tak:

Teraz nie pora szukać dachówek
Niedzielny handel skończył się
Przyszedł kiedyś inny, Niski z Żoliborza
I ukradł Tenkraj ode mnie
Jedną mam prośbę, może ostatnią
pierwszą od wielu lat
Ty chodź wraz ze mną
Dźwignij transparent
I rusz ze mną zmieniać świat

To pisoska niedziela
dzisiaj się nie najemy
i nigdzie nie pójdziemy
wyklęty czas
To pisoska niedziela
Lecz nie żałuj jej za mnie
Lepiej przyłącz się do mnie
To walki czas

Będziesz jeszcze dość tych niedziel miała
Twoja wina, tak żeś głosowała…

To pisoska niedziela
Moje sny o cemencie
O shoppingu w dyskoncie
Nie spełnią się

Pytasz co zrobię i dokąd pójdę,
dokąd mam iść, ja wiem…
dziś dla mnie jedno jest wyjście,
ja nie znam innego,
udam się do sklepu spożywczego
Lecz ty mówisz – on jest zamknięty
Ty o mnie nie troszcz się
W tym sklepie obsługa gotowa
Wyprowadzić w pole reżim czyli wroga
Bo to farbowana placówka pocztowa

To pisoska niedziela
dzisiaj się nie najemy
i nigdzie nie pójdziemy
wyklęty czas
To pisoska niedziela
Lecz nie żałuj jej za mnie
Lepiej przyłącz się do mnie
To walki czas

Kiedy mama Łukaszka piąty raz posłuchała przeboju Hiobowscy poprosili ją uprzejmie, aby wyłączyła radio i zajęła się czymś pożyteczniejszym.
– Może telewizja? – poddał dziadek. – Publiczna oczywiście.
– Propaganda! – prychnęła babcia Łukaszka.
– Ma misję! – podkreślił dziadek i włączył telewizor. Na ekranie pojawiła się roztańczona publiczność a prowadzący śpiewał:

Bum bum bum bum
Kupiłem paczkę gum

Mama Łukaszka błyskawicznie zmieniła kanał.
– To jest ta misja? – spytała niepewnie siostra Łukaszka i dziadek ją wyrzucił za drzwi.
– W pewnym sensie jest – rzekł posępnie tata Łukaszka. – To nowy program, „Greatest kicz”. W zeszłym tygodniu w piku mieli oglądalność sześćdziesiąt milionów.
– Cicho! – zawołała mama, bowiem przełączyła na Najlepszą Telewizję i właśnie zaczynały się wiadomości. Numerem jeden była najnowsza inicjatywa ustawodawcza największej partii opozycyjnej, czyli Podestu Oligarchów.
– Wbrew plotkom kół rządowych, opozycja ma program, i to jaki! – powiedziała z satysfakcją prowadząca, po czym przycisnęła słuchawkę w uchu i poprawiła się pospiesznie:
– Opozycja ma program i to całkiem niezły! Oto przedstawiono projekt ustawy dereparacyjnej.
Przed kamerą pojawił Schegorz-Grzetyna. Oblizywał nerwowo wargi.
– Ja wiemy, i wszyscy mamy też świadomość jak bardzo został zniszczony ten kraj podczas wojny. Bomby, pociski, torpedy – wyliczał Schegorz-Grzetyna. – Dlaczego akurat żądać odszkodowania od Niemców? Przecież nie wiadomo czy to były na pewno niemieckie bomby. Podczas tej wojny walczyło ze sobą mnóstwo innych państw. Taka Nowa Zelandia na przykład. Od niej jakoś rząd nie chce reperacji. Myślę, że każdy Polak chce, aby nie żądać tych pieniędzy od Niemców. Bo inaczej oni mogliby nas obciążyć rachunkiem za zużytą amunicję, za rozbite samoloty…
– Przecież nie wiadomo, czy to była niemiecka amunicja, sam pan mówił – przypomniał reporter. – A Nowa Zelandia?
– No właśnie panie redaktorze, sam pan widzi, jaką lawinę międzynarodowych roszczeń mogłoby rozbudzić chciejstwo naszego rządu. To groziłoby kompletną izolacją na scenie międzynarodowej. Dlatego my mówimy temu stanowcze nie. Obiecaliśmy już ustawę dedezubekizacyjną, przywracającą ciężko wypracowaną emeryturę pracownikom aparatu represji PRL. Obiecaliśmy ustawę rereprywatyzacyjną przywracającą zrabowane warszawskie nieruchomości prawowitym, stu czterdziestoletnim właścicielom. Obiecaliśmy też przywrócenie do pracy zwolnionych niesłusznie sędziów i podniesienie im wieku emerytalnego do stu dziesięciu lat. A teraz kolej na ustawę dereperacyjną.
– Zrzekamy się reperacji – podpowiedział domyślnie reporter. Schegorz-Grzetyna zafrasował się i powiedział:
– To nie załatwiłoby sprawy do końca. Zawsze znalazły by się jakieś nieliczne, krzykliwe środowiska, które rozniecając pożar na tym paliwie próbowałyby przejąć władzę. To trzeba rozwiązać inaczej. Cały świat rozlicza się dzisiaj bezgotówkowo. My też tak musielibyśmy zrobić.
– Przelewem?
– Nie… Po prostu zamiast brać od nich zapłaty… – Schegorz-Grzetyna zaczął się zacinać. – To… Napadlibyśmy na nich… I narobili szkód na równą sumę… Nasz minister w gabinecie cieni potwierdził, że nasze wojsko jest gotowe na taką operację… Tak więc, gdy tylko odzyskamy władzę… No i oczywiście najpierw musieliby się zgodzić sami Niemcy.

Rolnik szuka żony, odcinek 3/5

No to po kolei

Najpierw nasi rolnicy robili pierwszą fazę eliminacji, potem była konkurencja grupowa i druga faza eliminacji zakończona zaproszeniem na gospodarstwo lub do dalszej zabawy (Grzegorz). I chociaż większość pań deklarowała, że „to tylko zabawa” i „emocje jeszcze nie wchodzą w grę” dwie z nich dosyć mocno przeżyły odpadnięcie z programu. Ostrożnie zatem!

Grzegorz. W pierwszej turze podziękował paniom (bardzo grzecznie), których listy nie do końca odpowiadały rzeczywistości (dwa razy tuszowana figura i jeden raz zatajone dziecko). Ciekawe, że jedna z pań twierdziła nadal, że zachowała się w porządku 🙂 Jeszcze ciekawsze było to, że w komentarzach do zeszłego odcinka na Grzegorza spadła fala krytyki za to, że śmiał wytknąć dziewczynom oszustwo ze zdjęciami. Nie miał prawda tego robić, gdyż – uwaga! – nie jest z niego żaden model ani inny Brad Pitt. A zatem – brzydkich wolno oszukiwać. Ciekawa teoria. Ciekawe też czy działałaby w drugą stronę. – gdyby to kandydat podesłał rolniczce zdjęcia na których wygląda jak Brad Pitt i na jej pretensje, że nie wygląda jak Brad Pitt odparłby, że przecież żadna z niej modelka 🙂
Jako konkurencję grupową u Grzegorza zaprezentowano szatkowanie kapusty i ugniatanie jej bosymi stopami w kadzi. Szatkowanie odbywało się wspólnie, przy jednym stole, co było bardzo dobrym pociągnięciem, gdyż eliminowało ewentualne niesnaski pomiędzy kandydatkami, że rolnik za długo przebywa z tą czy tamtą (co wystąpiło u Jana). Ugniatanie też było wspólne, w jednej kadzi, co później przekształciło się w dość wesołą zabawę. Niestety, doszło też do dość poważnego wypadku, kiedy to jedna z pań (Daria) poważnie się skaleczyła z dłoń ostrzem do szatkowania. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Grzegorz zaprosił do siebie Dorotę, Martynę i Monikę ze Szczecina. Dziewczyny twierdzą, że Grzegorz traktuje je równo, ale na faworytkę wysuwa się Dorota.

Jan. Jest taka teoria, że Jan już sobie upatrzył jedną konkretną panią (Małgorzatę) i całe to gadanie o znakach zodiaku było tylko pretekstem, aby eliminować inne panie. Cóż wygodniejszego niż zodiak? 🙂 Jan zaprosił panie do gotowania czekolady. Gotowało się tam, owszem, ale nie tylko czekolada. Panie pracowały na osobnych stanowiskach, i ten fakt w połączeniu z temperamentem niektórych uczestniczek spowodował ostre iskrzenia podkreślone sugestywną muzyką. Jan gra ryzykownie, podszedł do jednej z pań (Małgorzata) dopiero kiedy trzeci raz powtórzyła rozkaz (maskowany dla niepoznaki słowem „proszę”, ale żonaci doskonale znają ten ton). Pani (Małgorzata) oświadczyła, że wcale nie jest zaborcza, ale „nie zamierzam się dzielić z Tobą” szepnęła Janowi i dopiero po dłuższej chwili skorygowała, że „oczywiście dzielić Tobą”. Pani jest byłą księgową. Gorszy traf to chyba tylko prawniczka. Co więcej, jest faworytką Jana i co gorsza wie o tym. Sam jej o tym powiedział! Program jeszcze się dobrze nie rozpoczął, a Jan pozbył się prawie wszystkich atutów. W tej chwili sytuacja wygląda tak: jest końcówka Władcy Pierścieni, Gollum spadł, pierścień spadł, a Jan Baggins wisi za jeden palec nad ognistą przepaścią. Z przepaści dochodzi spokojny, stalowy głos: Janie, proszę podejdź natychmiast skosztować tej czekolady czy jest dobra. Mało elegancka była druga tura eliminacji kandydatek. Wyliczanką? Tak się nie robi proszę pana, nawet jeśli to jest tylko pretekst… Oprócz Małgorzaty wybrał też Marię i Elżbietę. Małgorzata z góry ostrzegła, że na gospodarstwie będzie walka. A w walce różnie bywa. Czasami murowany faworyt przegrywa, kiedy przeszarżuje albo nie doceni przeciwnika.

Łukasz. Najjaśniejszy chyba punkt tej edycji – jak na razie. Luz, zabawa, fajne emocje. Grano w kalambury, parami, co było okazją do jakiegoś pierwszego kontaktu fizycznego. Zaskoczenia nie było. Przeszły Paulina, Agata i Iwona. Łukasz ma swoją faworytkę, a jest nią oczywiście Paulina. Faworytka słusznie domyśla się, że jest faworytką. Pozostałe panie – chyba nie.

Marek. Pierwsze spotkanie z kandydatkami wypadło wręcz fatalnie. Podobno nikt go nie poinformował, że na rozmowie trzeba rozmawiać 🙂 Dlatego teraz ktoś trafił w przysłowiową dziesiątkę z konkurencją polegającą na tym, że w pudełku jest schowany jakiś przedmiot, a Marek i kandydatka wkładają dłonie do pudełka i próbują dotykając odgadnąć co tam jest. Zabawa była przednia, panie bawiły się super i atmosfera była bardzo przyjazna. Marek może wreszcie zacznie przełamywać swój strach wobec płci pięknej. Kiedy były eliminacje to stał od pań w odległości minimum pięciu metrów i jedyne na co mógł się zdobyć to podanie ręki. Tak, wiem, że po eliminacji wszyscy się obejmowali razem, ale uważni widzowie zobaczą przez ułamek sekundy prowadzącą zachęcającą do tego gestem (pozdrowienia dla pani Marty). Tak więc to się nie liczy. Ale panie są mądre i już nie popełniają błędu swojej koleżanki, która chciała Marka cmokać w policzek, a on, wystraszony się odsunął. Z Markiem trzeba krok po kroku, według starego porzekadła: wszystko można, co nie można, byle z wolna i z ostrożna. Zatem są duże szanse, że Marek zostanie oswojony. Duża zmiana na plus. Do Marka pojadą: Aleksandra, Aneta i Joanna. Faworytki nie widać, choć chyba Joanna ma największe szanse…

Krzysztof. Piszę o nim na końcu, bo większość będzie chciała poczytać tylko o Jessice, więc chciałbym żeby wszyscy przeczytali całość. No więc w skrócie – tak, wybrał ją. Widać ją było już tydzień temu na zajawce, jak to kandydatki maszerują do domów rolników. Poza tym, sekwencjom dotyczącym Krzysztofa realizatorzy usiłowali nadać jakiś taki dziwny, nieprzyjemny klimat. Muzyka, gesty, miny, podsłuchane rozmowy, miały chyba sugerować jakieś konflikty między dziewczynami. Zaczęło się już grubo, bo Krzysztof miał raptem wszystkiego cztery kandydatki i nie miał zbyt dużych możliwości manewru. A tu w pierwszej turze wręczył każdej po słoneczniku (znak, że ma odejść z programu). Powiało grozą i niespodzianką. A tu się okazało, że żartował i przechodzą dalej wszystkie. Potem była konkurencja polegająca na kole fortuny. Pomysł super, wykonanie gorsze, bo polecania były typu „zrób masaż” albo „opowiedz swoją najgorszą randką” czy „jaka jest twoja najgorsza wada”, co u niektórych dziewczyn powodowało uczucie zażenowania. O dziwo Jessica wypadła chyba najlepiej. Krzysztof zaprosił do siebie Jessikę, Kasię i (chyba) Ewelinę – jeśli przekręciłem imię, to przepraszam. Kosza dał Soni, która dość mocno to przeżyła. Nietrudno się dziwić, bo przegrała z kimś, kto ewidentnie się na wieś nie nadaje. Fakt, że owszem, jakimś cudem Jessica pasuje bardzo do Krzysztofa i może gdyby mieszkali w mieście… Ale na wsi? Coraz więcej się pojawia głosów, że to ustawka i że realizatorzy kazali Krzysztofowi ją wybrać. Mam nadzieję, że to nieprawda, bo szkoda Soni. Mnie osobiście nurtuje pytanie czy Jessika jest autentyczna. Jest oczywiście możliwość, że ona jest naprawdę taka. Jest też możliwość, że to podstawiona aktorka – wtedy pogratulować talentu. Prawda chyba leży gdzieś pośrodku. Jessica jest naprawdę taka, ale nie jest Jessiką. Te wszystkie kpiny o tym, że takie imię rzutuje na osobowość wydają się chybione. Bowiem kanał Whistleblower na Youtube podał, że zgłosiły się koleżanki Jessiki. Ponoć jeszcze niedawno czarnowłosa Jessika była jasnowłosą Patrycją.

Za tydzień: na szczęście producenci zrezygnowali z odcinka, kiedy to rolnicy trzepią pościele, sprzątają pokoje i wpatrują się tęsknie w dal, a same kandydatki przybywają odcinek później. W tej edycji już za tydzień zobaczymy jak przybywają na gospodarstwa.

Pytanie o Danny’ego Jonielsa

Tata Łukaszka spotkał dawnego znajomego. Typowo – najpierw tamten go zaczepił w mediach a potem padła propozycja aby się zobaczyć twarzą w twarz. I stało się to, czego tata Łukaszka obawiał się najbardziej – znajomy zaprosił go do siebie do domu.
Tata Łukaszka z punktu odmówił, bowiem znajomy pochodził z Pawełkowic, co podczas trwania ich znajomości było przedmiotem kpin wszystkich wkoło. Ale nie! Okazało się, że znajomy już nie mieszka w Pawełkowicach. Ożenił się, dorobił dzieci i pobudował dom niedaleko ich osiedla. Podał adres, a tata Łukaszka zgodził się podjechać.
Ku jego zdumieniu dom znajomego był najokazalszym budynkiem na ulicy. Znajomy powitał tatę uprzejmie, acz z pewnym smutkiem i zaprosił do środka. Zwiedzili dom. Wnętrze kapało od przepychu, a szczytem wszystkiego było urządzone w piwnicy studio nagraniowe.
– Skąd żeś wziął na to wszystko kasę??? – tata Łukaszka delikatnie napomknął o finansach.
– Ach, znasz mnie – westchnął znajomy. – Nagrywałem piosenki. Swoje. Tylko ja i gitara. Wrzucałem to na serwisy muzyczne i jak dwadzieścia osób obejrzało to było dużo. A tu nagle pięć lat temu przegłosowali te ACTA2 i nagle popłynął do mnie strumień hajsu.
– No to powinieneś być zadowolony – mruknął tata Łukaszka patrząc na złote BMW wymalowane na suficie. – Zagwarantowano ci twoje prawa w internecie. Szkoda, że inni inaczej to odczuli.
Znajomy machnął ręką i zaprosił tatę Łukaszka do salonu zajmującego całe boczne skrzydło domu. Przeszli po najnowszym krzyku wśród ekoposadzek – klepisku – i zasiedli na kanapach z betonu architektonicznego. Na przeogromnym telewizorze był włączony kanał całodobowej stacji informacyjnej. Akurat grupa publicystów komentowała wstrząsający przypadek antysemityzmu. Ktoś niejakiemu Danny’emu Jonielsowi przebił opony w samochodzie. Wszystkie pięć.
– Tym się martwię – wyznał znajomy wskazując telewizor.
– Faktycznie, chamstwo się szerzy na ulicach, ale…
– Nie, nie oponami się martwię. Tylko tym Jonielsem. Dlaczego on jest tematem numer jeden w ogólnokrajowej telewizji?
– A kto to w ogóle jest? – spytał ostrożnie tata Łukaszka.
– To pytanie zadaje sobie pół kraju, a jest ono bardzo niebezpieczne – znajomy uniósł palec w górę. – To jest facet. który wszędzie jest u siebie, wszędzie może wejść, ma zdjęcia ze wszystkimi, ale nikt go nie zna. Kto to w ogóle jest? Co on tu robi? Czym się zajmuje? Jest wszędzie. Prezydent jedzie gdzieś z wizytą, on też. Jest posiedzenie Rady Ministrów, on też jest. Wieczorami spotyka się po knajpach z dziennikarzami. a spróbuj kogoś zapytać, kto to jest, to się dopiero dzieje…
– Teoria spiskowe – tata Łukaszka wzruszył ramionami.
– To już nie teoria, To już praktyka – powiedział znajomy i sięgnął po telefon. – Patrz co się będzie działo.
I zadzwonił do programu. Po kilku minutach udało mu się połączyć.
– Witamy w naszym programie – powiedział prowadzący. – O co chce pan spytać?
– Panowie tyle mówicie o tym zamachu na Danny’ego Jonielsa – odezwał się znajomy taty. – A ja chciałem zapytać: kto to jest? Panowie macie w internecie masę zdjęć razem, więc…
– Dość tego! – krzyknął drugi dziennikarz zrywając się z fotela. – Ten przemiły, skromny człowiek robi niesamowitą robotę promując Polskę na świecie! Nie pozwolimy go opluwać!
– To straszne jak on jest niszczony za całe dobro, które nam wyrządził! – dodał kolejny dziennikarz.
– To trąci operacją służb wiadomego kraju! – piszczała pani dziennikarka.
– Ja tylko spytałem kto to jest!!! – wrzasnął znajomy.
– Nie wiemy – odezwał się słabo prowadzący. – Ja… Go nie znam. Nigdy go nie widziałem.
– I ja.
– Ja też – padały głosy wewnątrz studia.
Tata Łukaszka patrzył z niedowierzaniem to na znajomego, to na ekran. Ekran zresztą zaraz zgasł. Pojawiła się czarna plansza z białym napisem:
NIE MOŻESZ OGLĄDAĆ TEJ TELEWIZJI PRZEZ TRZY DNI.

Rolnik szuka żony, odcinek 2/5

Uwagi ogólne.
1. Do każdego rolnika przyjechało 4-8 kandydatek
2. Puszczanie przez twórców programu kandydatek w szpilkach pieszo przez las to jest świństwo. Ale panie dały radę 🙂
3. Pierwsze wrażenie jest OGROMNIE ważne.
Grzegorz. Się zdenerwował, bo niektóre kandydatki wyglądały inaczej i ich nie rozpoznał. Drogie panie, kłamstwo ma krótkie nogi. I wysyłanie fotek na których ma się 20 kg mniej jest pewnego rodzaju oszustwem. Grzegorz czasami wyglądał jak ogłuszony ciężkim przedmiotem. Inna sprawa, że z jego reakcji wobec takich pań trudno się domyślić, że pisze wiersze. Nie wypada kobietom kłamać w listach, ale i nie wypada wytykać to kobietom w oczy.
Jan. Kandydatki próbowały sposobu na głębokie zaglądanie w oczy rolnika. Bezskutecznie, gdyż pana Jana głównie interesował znak zodiaku. To ważne na wsi. Tak. 🙂 Było elegancko, ogólnikowo i ostrożnie.
Łukasz. Było… Normalnie. Normalne dziewczyny, normalne rozmowy. Łukasz wzdychał z zachwytu, kręcił głową, ale było tu też najmniej ambarasujących momentów. Ogólnie najlepsze wrażenie spośród wszystkich rolników.
Krzysztof. Straszny stres i u niego i u dziewczyn. O dziwo to on z całej piątki najwięcej pytał o sprawy związane ze wsią. Ma więc nasz rolnik jakby dwie twarze. Z jednej strony realista, z drugiej… Z drugiej strony zaprasza kogoś takiego jak Jessica. I męczy ją pytaniami o walory intelektualne. Jessica twardo twierdzi, że poradzi sobie na wsi. Najwyżej zrobi sobie krótsze tipsy. Krzysztof jej wierzy. Gdybym był jego ojcem natychmiast przeprowadzil bym z nim poważną rozmowę i nie dawał większych pieniędzy do ręki. Ale obawiam się, że on jednak zaprosi Jessicę. Może coś w niej widzi?
Marek. Trochę nerwowo, trochę chaotycznie, jakoś panie się przy nim gubiły, jakoś się tak rozmijali. Marek chyba szuka osoby dobrej pod względem charakteru – jedna z pań adoptowała córkę, a inna zajmuje się chorym ojcem. Może to sposób na znalezienie kogoś wartościowego?
Za tydzień: rolnicy zapraszają.

Rolnik szuka żony, odcinek 1/5

Trudno coś pisać o samych kandydatach, więc może coś o listach. Wygląda na to, że nadal nie ma patentu na bycie wybraną – jedne listy są wybierane pomimo tego, że to pismo ręczne na kartce z zeszytu, ale ładna buzi na fotografii. Sama buzia jednak też niczego nie gwarantuje…
Trudno coś pisać o samych kandydatach, więc może coś o listach. Wygląda na to, że nadal nie ma patentu na bycie wybraną – jedne listy są wybierane pomimo tego, że to pismo ręczne na kartce z zeszytu, ale ładna buzi na fotografii. Sama buzia jednak też niczego nie gwarantuje…
1. Grzegorz. Najciekawszy chyba przypadek, człowiek skryty i ostrożny. Listy przeglądał na polu, na palecie – żeby domownicy nie przeszkadzali? Listy z najładniejszymi zdjęciami odrzucał, mówił że się naciął kilka razy. Czyżby brak wiary w siebie, że nie utrzyma przy sobie ładnej dziewczyny? Listy, fotografie pokazywał Marcie czekając na jej opinię. Wybierał bardzo ostrożnie.
2. Jan. Listy czytał u siebie w domu, w pokoju. Czytał sam, pokazywał coś tam Marcie. Wybierał, decydował sam. Na spokojnie. Chyba wie czego chce.
3. Lukasz. Listy czytał przed domem, tylko w towarzystwie Marty. Czytał je dość emocjonalnie. Oby decyzje, które podjął nie były pod wpływem nastroju.
4. Krzysztof. Listy czytane w domu, w pokoju, samemu z Martą. Z jednej strony – niby ostrożny, nieufny wobec dwudziestolatki obiecującej mu rodzinne szczęście (a bo to w tym wieku ludzie tak obiecują, a potem…), z drugiej strony wybiera Dżesikę. Zobaczymy.
5. Marek. Czytał listy przed domem w towarzystwie Marty, a potem do stołu dosiadła się mama. Obawiam się, że to nie Marek będzie decydował.
W następnym odcinku przyjadą kandydatki. A Małgosia i Paweł z poprzedniej edycji wzięli ślub i będą mieć dziecko. Wszystkiego dobrego. O Piotrze, Kasi i ich ewentualnym potomstwie nie było nic.

Jak pisać o wrześniu 39

Do klasy Łukaszka weszła pani pedagog i oznajmiła, że jest spotkanie z gościem, na auli. Za kwadrans. I ona natychmiast potrzebuje publiczność.
– To nie telewizja! – wściekła się pani polonistka. – Niech pani sobie złapie kogoś na ulicy!
– To muszą być uczniowie – upierała się pani pedagog. – Do szkoły przychodzi się żeby rozmawiać właśnie z uczniami. Kogo ja mam dać? Emerytów?
– A co to za gość? – zapytała zaciekawiona dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza.
– Dziennikarz – rzekła z dumą pani pedagog. – Znany!
– Czego nas może nauczyć dziennikarz? – zadudnił Gruby Maciek.
– Pisać! – zawołała pani pedagog.
– Przecież umiemy pisać! – parsknął okularnik z trzeciej ławki.
– Śmiem wątpić! – powiedziała polonistka. – Nauka pisania bardzo wam się przydała! Jedni bazgrzą jak kura pazurem – tu pokazała palcem okularnika – drudzy sadzą koszmarne błędy ortograficzne – pokazała Grubego Maćka – a niektórzy to piszą takie głupoty… – i tu wskazała Łukaszka.
– RODO! – zapiał okularnik. – Nie życzę sobie żeby przy wszystkich przetwarzała pani moje dane osobowe!
– Pokazywanie palcem to nie jest przetwarzanie danych! – zaśmiała się triumfująco pani polonistka.
Pani pedagog zaśmiała się jeszcze bardziej triumfująco i zabrała ze sobą uczniów.
Spotkało miało miejsce w szkolnej auli. Dziennikarz był bardzo młody, ale tak jak mówiła pani pedagog, był już znany. Otóż bowiem dokładnie rok temu popełnił artykuł pod tytułem „Polska napadła na Niemcy we wrześniu 39”. Po tym jak pojawił się w internecie link do tego artykułu to wybuchło w mediach społecznościowych wielkie zamieszanie określane mianem „szkwału z kału”. Autor tłumaczył się, że tytuł owszem, może być mylący, ale za to artykuł wszystko wyjaśnia. A co wyjaśniał? Ano opisywał wypad na Wschowę, wówczas niemiecką.
– Czy nie powinno się mówić: nazistowską? – spytała czujnie dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza.
– Ano powinło – przyznał z uśmiechem dziennikarz.
– Czy nie powinno się mówić „powinno” a nie „powinło”? – wystraszyła się pani pedagog.
– Ano powinło. Ale jest dobra autokorekta w komputerze. Sami więc widzicie, że każdy może być dziennikarzem. Aż dziwne, że tak mało osób się garnie do tego zawodu. Moja gazeta rozwiesiła tyle ogłoszeń o stażu. Nic. Nikt nie chce.
– A w jakiej gazecie pan pracuje? – chciał wiedzieć Gruby Maciek.
– W niemieckiej, a co?
– A nie powinno się mówić w nazistowskiej? – strzelił pytaniem Łukaszek.
– Bardzo śmieszne – wydął wagi pan dziennikarz. – Nie można każdego Niemca utożsamiać automatycznie z nazizmem, tak samo jak nie można każdego posiadacza pasu szahida automatycznie oskarżać o terroryzm!
– Tak się składa, że teść założyciela koncernu był w jednostce…
– Oj, drogi chłopcze, tak to naprawdę bez sensu! – przerwał Łukaszkowi pan dziennikarz. – Przecież w tamtych czasach wszyscy Niemcy byli w wojsku! No i widzisz, chciałeś, chciałeś, a się zesrałeś. Ale nic to. Podoba mi się w tobie ta pasja, ten upór, ta dociekliwość. To są cechy, które należy w sobie zdusić, aby być dobrym dziennikarzem. Bo dziś dobrzy dziennikarze piszą do ludzi i dla ludzi. I muszą wiedzieć co piszą, bo za słowa ponosi się też odpowiedzialność. I dlatego nie można pisać „Niemcy” o wrześniu 39.
– Tylko naziści – nie wytrzymał okularnik.
– Nawet nie. Nie wymieniamy sprawców i tyle.
– To niemożliwe! – podniosły się głosy. – Nie da się pisać, że ktoś napadł, nie pisząc kto!
Pan dziennikarz uśmiechnął się lekko.
– Da się – oświadczył. – A jak się pisze o zamachach w zachodniej Europie? Ciężarówka wjechała, nóż zaatakował, bomba wybuchła. Tu to samo. No, dajcie jakieś przykłady.
– Pancernik Schleswig-Holstein ostrzelał Westerplatte – rzucił okularnik.
– Pociski spadły na Westerplatte. Następny!
– Niemcy zbombardowali Warszawę… – zaczął Gruby Maciek.
– Warszawa pod bombami. Następny!
– Wojska niemieckie obeszły Armię Poznań – rzekł spokojnie Łukaszek.
– Armia Polska została… Została… Hm… Została… O, jak już późno. Muszę już lecieć. Do widzenia.