Rolnik szuka żony, odcinek 6/5

1. Grzegorz. Tylko tu jeszcze panuje przyjazna atmosfera. A to dlatego, że pomimo nalegania pań (zrobiły konkurs na najlepszy kotlet) uparcie twierdził, że wszystkie są najlepsze. No, ale nie da się tego ciągnąć w nieskończoność. Sytuacja najmniej wyklarowana. Grzegorz celuje w harem.
2. Jan. Maria mu powiedziała, że ma dwa oblicza. Ja bym dodał, że jest jak Alfa-Romeo. Ostatnio samiec alfa, dzisiaj był Romeo. Na randkę zabrał Marię i bawili się wesoło. Odwrotnie Małgorzata, która już nie ukrywa, że zależy jej na rolniku. Kiedy Maria i Ela robiły obiad, ona wprosiła się Janowi do koparki na randkę poza kolejką. Otwarcie przyznaje, że jest zazdrosna, ale nie zakochana. Jan celuje w Marię. Wojna wisi na włosku.
3. Łukasz. Odstawił Agatę na bok i na randkę wziął Paulinę. Było super, lecz Paulina oznajmiła, że czeka nie na słowa tylko na czyny. To, co ją czekało i pozostałe kandydatki to mycie okien w oborze. Paulinie poszło najlepiej, ale jakoś nie była ucieszona. Może się domyśla, że w tej bajce robi za Kopciuszka i nie zanosi się na happy end.
4. Marek. Nie integruje się z paniami (popołudnie spędzały na malowaniu dzbanków). Na randkę zaprosił Olę. Dziwna to była rozmowa. Ola marzy o zwiedzaniu szwajcarskich miasteczek. Marek marzy żeby program już się skończył, panie wróciły do domów, żeby było jak dawniej, tylko żeby mama przestała mu suszyć głowę żeby się ożenił. Marek celuje w samotność.
5. Krzysztof. Kwaśna atmosfera. Kasia ciągle deklaruje, że ona sobie już opuściła. Ale gdy Krzysztof ją komplementuje to się waha. Ewelinie bardzo zależy żeby wygrać, ale Krzysztof jej jakby nie dostrzegał. A Jessica… Najpierw się obijała, potem pracowała, a potem przygotowała sama wielki obiad dla wszystkich. Krewetki. I pokazywała jak się je pałeczkami. Pozostałe kandydatki miały ubaw. Krzysztofowi roba… krewetki nie smakowały i nie widząc zadurzonej w nim Eweliny przeniósł celownik z Jessiki na Kasię.

Samochodowa cisza wyborcza

Hiobowscy byli w centrum handlowym na zakupach. Robili ja na zapas. Bo w niedzielę sklepy miały być zamknięte.
– I to jest najlepszy dowód na to, że w Polsce jest faszyzm – sarkała mama Łukaszka. – Hitler też zaczynał od sztucznej regulacji handlu!
– A kończył na zjednoczeniu Europy pod auspicjami Niemiec – wtrąciła siostra Łukaszka i mama Łukasza wyrzuciła ją ze sklepu.
– Przepraszam bardzo ale od wyrzucania ze sklepu jesteśmy my – obruszył się jakiś pan z ochrony.
– Pan się nie powinien odzywać, pan się powinien wstydzić! – huknęła mama. – Co ten niski z Żoliborza wymyśli, wy zaraz wszyscy bez szemrania poddają się jego dyktatowi. Ech, żeby ludzie mieli więcej odwagi, to by się skrzyknęli, przyszliby jutro na zakupy, przecież wszystkich by nie aresztowali!
– W takim razie zapraszam jutro – rzekł pan ochroniarz uśmiechając się złośliwie. – Na kasę. Na dziesięć godzin. Przyjdzie pani? Nie? Tak myślałem.
Mama się obraziła i na tym zakupy się zakończyły. Gdy szli przez zatłoczony, wielki gmach centrum słyszeli nadawany w kółko komunikat o źle zaparkowanym samochodzie, blokującym jeden z wyjazdów z parkingu przy centrum.
Kiedy wyszli z budynku zobaczyli policyjny radiowóz i funkcjonariuszy kręcących się koło wyjazdu z terenu parkingu.
– Pewno zajmują się tym, co tak źle zaparkował – rzekł dziadek.
– A to dziwne – skomentowała tata. – Bo jeśli stoi na terenie centrum, to policja nie powinna interweniować. A tu widzę, że przyjechali. Podejrzane.
Ale mama zaczęła protestować, że nigdzie nie będą chodzić z siatkami zakupów, bo ciężko i poszli do auta. Ale kiedy wsiedli to tata tak pokierował, że dotarł do tego wyjazdu, przy którym stała policja.
Blokujące auto było już przestawione i kręcił się koło niego właściciel.
Tata Łukaszka oczywiście nie wytrzymał, zatrzymał się i zapytał policję co się dzieje.
– Mandat wypisujemy – odparł chłodno pierwszy funkcjonariusz.
– To widzę, ale na jakiej podstawie?
– Złamanie ciszy wyborczej!
Tatę zatkało. Pozostali członkowie rodziny aż wysiedli z auta, bo zapowiadała się grubsza draka. Tata postawił auto tak, by samemu z kolei nie blokować wyjazdu i poprosił o wyjaśnienia.
– Ten pan złamał ciszę wyborczą – powtórzył drugi funkcjonariusz. Kierowca smętnie zwiesił głowę i szepnął, że przyznaje się do wszystkiego.
– Zaraz, stop, moment – odezwała się babcia. – Niby jak to zrobił? Przecież auto nie jest oklejone żadnymi plakatami!
– Zrobił to bardzo sprytnie – przyznał drugi policjant. – Celowo postawił swój samochód tak, by zawadzał innym. Dzięki temu w centrum handlowym ciągle nadawano komunikat podając numer rejestracyjny jego pojazdu. Tysiące ludzi go słuchało przez długi czas. A przecież jutro wybory! I jest cisza wyborcza!
– Pan daruje – przerwał mu Łukaszek. – Ale co złego w numerze rejestracyjnym?
– No to przeczytajcie dwie pierwsze litery – westchnął pierwszy policjant. – No? I co? Toż to skrót od Podest Oligarchów.
Tata Łukaszka zaczął się śmiać.
– Aleście panowie wymyślili! Całe miasto ma takie tablice!
– Pan też? – spytał podejrzliwie drugi policjant.
– Też!
– To pan też dostanie mandat!
– Jak to ja?! A inni?!
– Inni też! Wszyscy!
Kiedy tata dostał mandat burknął, że przecież za chwilę może trafić na kolejny patrol i znowu zapłacić…
– To trzeba zasłonić – i pierwszy pan policjant pokazał parkujący obok pojazd, który dwie pierwsze litery na przedniej i tylnej tablicy miał zasłonięte białą tekturką.
– To tak można? – zdumiał się tata.
– Nie tylko można, ale wręcz trzeba! – oświadczyli przedstawiciele władzy.
Chcąc nie chcąc tata Łukaszka poszukał jakiejś tekturki i zaczął się bawić w wycinanki. A reszta rodziny rozmawiała dalej z policją.
– Całe miasto chcecie zatekturkować? To jakiś absurd – wzruszyła ramionami babcia Łukaszka.
– My mamy miasto. Koledzy ze Słupcy mają cały powiat – westchnął pierwszy policjant.
– I to jest dowód na faszyzm w tym kraju! – zakrzyknęła mama Łukaszka. – Ciekawe, że zbrojne ramię reżimu zasłania tylko tablice opozycji! Tablice z literami partii rządzącej na pewno nie są ścigane!
– Bo ich nie ma – rzekł drugi policjant.
– To nie jest odpowiedź! Ścigacie czy nie?
– No nie.
– Wiedziałam! Faszyzm!
– Być może będą – wtrącił się drugi policjant. – Pisali w gazecie „To, Co Jest”, że ponoć Karosław-Jaczyński zapisał się na prawo jazdy. W związku z tym partia rządząca planuje z tej okazji utworzenie powiatu w Piskorzewie. Żeby… Tego… Były odpowiednie tablice rejestracyjne dla prezesa…
– To klasyczny fejk nius! – dziadek nie posiadał się z oburzenia, ale w tym momencie tata Łukaszka oświadczył, że uporał się z zasłanianiem tablicy i można jechać.
Ruszyli przed siebie, podejrzanie szybko.
– Zwolnij, tu zaraz jest fotoradar – przestrzegła go mama.
– No to co, zrobi mi zdjęcie?! – tata Łukaszka był podejrzanie rozradowany. – Przecież mam zasłonięty częściowo numer rejestracyjny! A co tam, raz się żyje!
Nie dojechał.
Kawałek przed fotoradarem jak spod ziemi wyskoczył kolejny patrol policji i ich zatrzymał.
– Będzie mandat – oznajmił policjant.
– Jak to? Za co?
– Za jazdę z częściowo zasłoniętą tablicą.
– Ale przecież…! – i tata Łukaszka zaczął opowiadać jak to przebiegała rozmowa z poprzednim patrolem. Funkcjonariusze byli jednak nieustępliwi.
– Nic mnie to nie obchodzi, jechał pan z zasłoniętą tablicą, będzie mandat.
Tata Łukaszka, pełen furii, sięgał po portfel. Stojący obok kolejny zatrzymany kierowca szepnął do niego:
– Zauważył pan jedną rzecz? Zmienia się władza, opcje, partie, systemy, a w starciu z policją zawsze tym poszkodowanym jest kierowca. Bo to jest system proszę pana. A system trzeba zniszczyć. Dlatego my, z grupą kolegów, zamierzamy zniszczyć policję. Dlatego zapiszemy się do policji. I chociaż w niej będziemy, to nie będziemy policjantami. Nie będziemy brać uposażenia i zawsze będziemy stawać po stronie obywatela. Co, zły pomysł?

Rolnik szuka żony, odcinek 5/5

W skrócie, bo nie ma się co rozpisywać.
1. Grzegorz. Poczuł się królem i kierownikiem, dziewczynom przydzielał robotę, a sam stał i je obserwował. A wszystkich jeszcze obserwowała mama Grzegorza.
2. Jan. Po tym jak panie do niego przyjechały poczuł się na tyle pewnie, że posunął się do niewybrednych tekstów i obmacywania pomimo wyraźnego sprzeciwu obmacywanej. Na szczęście nie ubierał tego w jakąś filozofię tylko poszedł z kwiatami przeprosić. Poza tym pokazał się od bardzo dyktatorskiej strony. Panie są mocno wstrząśniete i zamiast o amorach myślą o ucieczce.
3. Łukasz. Dziwnie się to ogląda. Impreza powitalna przyciągnęła się do późna. Mimo to Paulina wstała pierwsza, pomagała w oborze i nawet zrobiła śniadanie. Mimo to i tak jest druga. Łukasz na wpół otwarcie flirtuje ze swoją faworytką. Komunikacja pomiędzy dziewczynami to katastrofa.
4. Do kandydatek Marka zaczyna docierać,  że w pakiecie jest też mama Marka. I to im się nie podoba. Marek zaczyna się rozkręcać. Już tak nie unika kobiet, a nawet zaczyna zwracać uwagę na ich urodę. I to niektórym też się nie podoba. Ale z jedną z pań może coś będzie…
5. Krzysztof. Jessica – to co zwykle. Dziewczyny – sytuacja napięta. Za to zwraca uwagę niezwykła czystość. Kitelki w oborze. Przebieranie się do posiłku. To zasługa mamy Krzysztofa, która przed posiłkiem podaje komendę „do modlitwy”.  I wszyscy jej słuchają bez szemrania. To daje do myślenia.
I garść ogólnych uwag :
– Rolnik organizuje zadania paniom a nie odwrotnie
– Kładąc się spać ustalamy o której wstajemy
– Jeśli ktoś robi śniadanie to dla wszystkich
– Idąc na randkę nie zostawia się pozostałych kandydatek samopas
– Organizowanie dziewczynom zabaw polegających na chlapaniu się wodą lub błotem źle się kończy ale za to wyławia patologiczne osobowości

Gdy Konstytucja mówi twardo 6 lat

Tatę Łukaszka i Kubiaka, jego kolegę z pracy, poprosił do siebie ich szef.
– Ciężka sprawa – powiedział. – Chyba będziecie musieli pojechać do urzędu.
– Nie odpisali – westchnął Kubiak.
– Właśnie, że odpisali – odparł szef.
– No to o co chodzi, bo nic nie rozumiem. Jak odpisali to chyba wszystko jest w porządku, prawda? – spytał tata Łukaszka.
– Nie do końca w porządku, bo nie mamy od dłuższego czasu kontaktu z naczelnikiem urzędu – mruknął szef.
– Ale po co? – wzruszył ramionami Kubiak. – Przecież wystarczy skontaktować się z urzędem…
Szef się zdenerwował.
– Co pan za bzdury wygaduje! Jakby się pan wczoraj urodził! Do urzędu to tak bez niczego idzie tylko pierwszy naiwny! Szefa trzeba poznać, nawiązać kontakt, oswoić, ośmielić, uzależnić…
– I ten kontakt się… – wtrącił tata Łukaszka.
– Urwał, tak. Dokumenty z urzędu przychodzą, podpisane nawet, ale to nie on. Tylko z jego upoważnienia jakiś zastępca. Przez telefon też go złapać nie można. Macie zatem zadanie. Tu są papiery, wniosek. Jedźcie tam, najlepiej, jakby wam się udało wbić do niego do gabinetu. Mniejsza z tym, czy podpisze, czy nie. Ale żebyście go zobaczyli, przypomnieli mu firmę, pogadali. Do ataku zatem!
I pojechali. Urząd – to była rządowa instytucja na szczeblu centralnym, czyli z najwyższej półki. Weszli do budynku i zaczęli od rejestracji petentów. I tak się pchali, tak żądali, że w końcu dotarli do sekretariatu naczelnika.
I tam utknęli na dobre.
Siedziały tam dwie panie: sekretarka i…
– Zastępczyni – odparła kwaśno pani.
– Zastęp co robi? Czyni? – spytał głupkowato Kubiak. – Pani jest harcerką?
Sekretarka zachichotała i spojrzała z sympatią na Kubiaka, za to spojrzenie pani zastępczyni skierowane do swojej koleżanki było mordercze. Tata Łukaszka, jako człowiek żonaty, natychmiast wyczuł konflikt pomiędzy obiema paniami i postanowił to wykorzystać.
Na razie obie panie solidarnie zakazały wstępu do gabinetu.
– Ale naczelnik jest? – dopytywał się Kubiak.
– A jest, jest… – potwierdziły z podejrzanym uśmiechem.
Tata Łukaszka spróbował wysondować teren.
– Chcielibyśmy się widzieć z panem naczelnikiem…
– Wykluczone.
– Chociaż na chwilę…
– Mowy nie ma.
– Dlaczego?
– Pan naczelnik zajęty.
– To może jutro.
– Jutro też będzie zajęty.
– A pojutrze? Za tydzień? Za miesiąc?
Bez powodzenia. Tata Łukaszka spróbował z innej beczki.
– Pan naczelnik dzwonił w zeszłym tygodniu i kazał nam przyjść…
– Niech pan nie kłamie, nie dzwonił – warknęła pani zastępczyni.
– Skąd pani to może wiedzieć, ma pani dostęp do bilingów?
– Po prostu nie mógł – zaszczebiotała pani sekretarka i złapała się za usta.
Tata Łukaszka zmienił taktykę.
– Kolega tu był w zeszłym tygodniu – wskazał Kubiaka. – I rozmawiała z jedną z pań. Kazała mu przyjść dzisiaj.
– Ja??? – zdumienie Kubiaka nie miało granic.
– Z którą?! – zawołały obie panie.
– Powiedział, że z tą brzydszą – bezczelnie skłamał tata Łukaszka. Obie panie skoczyły do gardła przerażonemu Kubiakowi, a tata Łukaszka, mentalnie cały na biało, odwrócił się, nacisnął klamkę i wszedł do gabinetu naczelnika.
Wszedł i zamarł.
Gabinet był doskonale pusty. To znaczy meble, były, dywany, obrazy, biurko i tak dalej. Ale nie było nikogo za tym biurkiem. Tylko dziwne pudełko stało na biurku. Delikatna nuta kurzu w cichym powietrzu świadczyła, że dawno nikt tu nie pracował.
– …wyjść! Proszę stąd natychmiast wyjść!
Do świadomości taty Łukaszka dotarło, że ktoś krzyczy i szarpie go za rękę. Była to pani zastępczyni. Wyszedł więc i zamknął drzwi.
– Co to jest? – spytał ogromnie zdumiony. – Przecież pani mówiła, że naczelnik jest. A tu…
– No przecież jest – szepnęła pani sekretarka i spojrzała na panią zastępczynię, która milczała wściekle. – Wie pani co, no w końcu trzeba będzie im powiedzieć…
– Co powiedzieć? – odezwał się Kubiak.
– No dobrze – głos pani zastępczyni był cichy i przybity. – Ale proszę obu panów o dyskrecję.
– Oczywiście!
– Nasz naczelnik… No… Jakby to… Khm… No, umarł w zeszłym roku.
– Czyli go nie ma? – upewniał się Kubiak.
– Jest – pani sekretarka przygryzła wargę.
Nagle tata Łukaszka zrozumiał.
– To pudełko na biurku! – powiedział straszny głosem. – Czy to… Czy tam…
– Tak – pani zastępczyni potwierdziła kiwnięciem głowy. – Tam trzymamy jego prochy.
Kubiakowi zrobiło się niedobrze.
– Jest po kremacji. Wszytko czysto i sucho. Tylko Sanepid o tym wie. I żona – wyznała pani sekretarka.
Tata Łukaszka wodził szeroko otwartymi oczami od jednej pani do drugiej, a potem zadał pytanie dlaczego urząd nie ma nowego szefa.
– Acha! – zakrzyknęła z satysfakcją pani zastępczyni. – Konstytucji się nie zna!
I zrobiła coś zagadkowego: uklękła przed niewielką szafką, nad którą pomimo dnia świeciło się światełko, a potem otworzyła ją i wydobyła z wnętrza niewielką książkę.
– Konstytucja – rzekła z namaszczeniem pani zastępczyni. Pani sekretarka cicho zaczęła bić brawo. Pani zastępczyni trzy razy uniosła książeczkę do góry, otworzyła i zaczęła czytać.
– Naczelnik urzędu jest wybierany na sześcioletnią kadencję.
– No i co? – wzruszył ramionami Kubiak.
– Naczelnika wybrali cztery lata temu – pospieszyła z wyjaśnieniem pani sekretarka. – Zostały mu jeszcze dwa.
– Przecież on nie żyje!! – nie wytrzymał tata.
– Ćśśś! – zgromiły go obie podwładne nieboszczyka.
– Może i nie żyje, ale będzie naczelnikiem jeszcze dwa lata – oświadczyła stanowczo pani zastępczyni.
– Dla nas jest naczelnikiem i co pan nam zrobi? – wtórowała jej pani sekretarka.
– No bo co to jest akt zgonu?
– Prawda! Tylko urzędowy papierek!
– Cóż to jest z porównaniu z Konstytucją!
– Tak, Konstytucja jest najważniejsza!
– A ona twardo mówi: sześć lat!
– Kon-sty-tuc-ja! Kon-sty-tuc-ja! Kon-sty-tuc-ja!
Tata i Kubiak wodzili oczami od jednej pani do drugiej.
– Może one coś biorą? Albo są chore? – szeptał tata.
Kubiak chciał coś jeszcze powiedzieć, ale to, co uczyniła pani sekretarka zaparło dech w piersiach.
– Reżim Tegokraju i dress code tej firmy zabraniają manifestowania swoich poglądów politycznych na ubraniu wierzchnim – rzekła z desperacją rozpinając guziki bluzki. – Ale nic nie wspominając o bieliźnie!
I zaprezentowała z dumą biustonosz, na którym widniał napis „KONSTYTUCJA”. Na jednej miseczce „KONSTY” a na drugiej „TUCJA”.
– Mój Boże – rzekł serdecznie Kubiak przełykając ślinę. – Nie sądziłem, że Konstytucja ma takie duże artykuły!
Pani sekretarka milczała z dumnie podniesioną głową i rumieńcami. Pani zastępczyni i tata Łukaszka stali jak ogłuszeni.
– Ja… – bąknął Kubiak. – Ja mam prezerwatywę z napisem „Konstytucja”.
Pani sekretarka spojrzała na niego nieco przychylniej.
– Każdy tak mówi, a ja wiem, że taki napis się nie zmieści.
– Na mojej się mieści – zapewnił z mocą Kubiak.
– Ja proszę pana, tak na gębę, to nie wierzę.
– A na oko?
– Na oko to się idzie do okulisty. Ja to muszę dotknąć, spróbować…
I już ich nie było.
Tata Łukaszka stał mnąc niepotrzebny już wniosek. Ale pani zastępczyni o tym nie wiedziała i poprosiła, żeby go jej dał to ona przeczyta i ewentualnie podpisze.
– Naczelnik miał podpisać – bąknął tata Łukaszka.
Pani zastępczyni spojrzała na niego jak na idiotę.
– Kto wpadł na pomysł, żeby naczelnik… Hm… Dalej urzędował?
– Cały kolektyw – pani zastępczyni nie posiadała się z dumy. – Muszę przyznać, że pomysł był przysłowiowym strzałem w dziesiątkę! Same zalety!
– Co też pani powie?
– Tak! Wie pan, nie powinno się źle mówić o zmarłych, ale ten nasz naczelnik… Trzeba zacząć, że on był tu naczelnikiem od ładnych kilkudziesięciu lat. Systemy się zmieniały, rządy upadały, a on trwał. Znał się na robocie jak nikt. Ale personalnie… Był ciężkim człowiekiem. Krzyczał, wymagał, zamykał ścieżki awansu, nie popierał ruchów LGBTQWERTYUIOP+ i tak dalej. Ale odkąd umarł to jest do rany przyłóż! Żadnych złośliwych uwag! Żadnego molestowania! Żadnego mobbingu! W tym roku mieliśmy już dwukrotną waloryzację poborów! Jego pensję podzieliliśmy między siebie jako premię! Kupiliśmy sobie do stołówki ekspres do kawy jaki zawsze chcieliśmy i tym razem nie miał nic przeciwko! Mówiąc krótko – każdemu życzyłabym takiego szefa!
– Czyli taki figurant – pokiwał głową tata Łukaszka.
– O przepraszam, żaden figurant! Pan naczelnik podejmuje decyzje! I teraz jest tak fajnie, że jak coś idzie dobrze, to autorem sukcesu jest urzędnik, a jak coś idzie źle, to odpowiada naczelnik. W końcu podjął taką decyzję! Zresztą, odpowiedzialność karna mu nie grozi!
– Pani daruje, ale ciekawi mnie jak osoba nieżyjąca podejmuje decyzje?
– Bardzo prosto. Wchodzę do jego gabinetu i pytam. A on wyraża milczącą zgodę.

Jak wspomóc finansowo sportowców

Kiedy Łukaszek wrócił do domu od razu wyczuł, że panuje w nim dziwna atmosfera. W całym mieszkaniu panowała napięta atmosfera oraz zaskakujący zapach płynący z kuchni. Zza drzwi dużego pokoju dobiegały dzikie wrzaski. W korytarzu siedziała babcia i jadła bułkę.
– Co się dzieje? – spytał Łukaszek.
– Twoja siostra poszła na randkę ze swoim chłopakiem. A chłopy oglądają mecz – odparła babcia niewyraźnie przełykając kęs.
– A mama? Jest w kuchni? Co tam tak wali?
– Sam zobacz.
Łukaszek zajrzał ostrożnie. I rzeczywiście, przy garnku, z którego wydobywał się niepokojący aromat uwijała się mama Łukaszka. Na stole leżała książka, która niedawno się ukazała i narobiła wiele szumu na rynku wydawniczym. Nosiła ona tytuł: „Resortowe dzieci – kuchnia” i była wydana przez… Wiodący Tytuł Prasowy. Co tu dużo mówić, rynek prasy drukowanej się kurczył, więc każda okazja do zarobku była nie do pogardzenia. A publikacje o funkcjonariuszach minionego systemu cieszyły się szalonym powodzeniem. „Wiodący Tytuł Prasowy” postanowił w końcu też w to wejść – bo któż, jak nie oni? Redaktorzy zakrzątnęli się więc, popytali kolegów redakcyjnych, znajomych, krewnych, a niektórzy to i sami sięgnęli do pamięci albo zapytali brata… No i tak powstał tom przepisów kulinarnych, bardzo modny i popularny w niektórych kręgach, posługujących się pewnym kodem kulturowym. Książka była hitem numer dwa na rynku, bo numerem jeden bezapelacyjnie była seria książek niejakiego Danny’ego Jonielsa demaskującego spiski żydowskie w Polskie.
– Co to się gotuje? – spytał przerażony Łukaszek.
Mama uniosła głowę.
– O, Łukasz! – zawołała uradowana na widok syna. Próbuję nowy przepis na jutrzejszy obiad. Wegetariańskie policzki z mamuta po żydowsku.
Łukaszek prędko zamknął drzwi i wycofał się na korytarz.
_ Ja tego do ust nie wezmę! – zastrzegła się babcia żując bułkę.
– A babcie co je?
– Bułkę z salcesonem „Jak za Gomułki”. Chcesz spróbować?
Łukaszek machnął tylko ręką i zajrzał do dużego pokoju. Dziadek i tata oglądali mecz.
– No wreszcie! – zakrzyknął dziadek. – Wreszcie młodzież pofatygowała się na mecz! Co, już cię nie interesuje jak Polacy grają? Ech, co za czasy, kiedyś, to jak grała reprezentacja, to święto było, ot co!
– Bo kiedyś to była gra, a dzisiaj… – westchnął tata Łukaszka. – Szkoda gadać. Kiepsko grają.
Łukaszek podszedł do telewizora, przyjrzał się dokładnie i oświadczyła zaskakująco, że mają prawo.
Tata i dziadek zagotowali się.
– Nie mają prawa! – krzyczał dziadek. – My, wielomilionowy naród w sercu Europy dość już wycierpieliśmy! Ileż do cholery można w kółko przegrywać! Chcemy zwycięstw!
Tata też okazał się patriotą ale o nucie ekonomicznej.
– Ja płacę, ciężkie pieniądze płacę na ten sport! Żądam profesjonalnego podejścia! A oni grają tak jak pierwszy raz w życiu wyszli na boisko piłkarskie!
– Bo to prawda – rzekł z dziwnym uśmiechem Łukaszek. Tata i dziadek spojrzeli na siebie podejrzliwie, następnie na ekran, a na końcu na Łukaszka.
– Ty coś wiesz – rzekł tata. – Kto to gra? Sportowcy?
– Tak.
– Zawodowcy?!
– Tak.
– Piłkarze! – nie wytrzymał dziadek.
– Nie.
– Jak to nie???!
– Dziwię się, że jeszcze ich nie poznaliście – Łukaszek sięgnął po chipsa. – To siatkarze.
Dziadek i tata runęli do telewizora.
– Czekaj no… Faktycznie… Sami wysocy… Pojedynki główkowe wygrywają jak chcą… Ale skuteczność fatalna! Przegrywają zero do dwóch! Nawet dobrze piłki kopnąć nie potrafią!
– Bo to siatkarze – powtórzył Łukaszek.
– Skąd ten pomysł, żeby w polskiej reprezentacji w piłce nożnej grali siatkarze?! – nie mógł uwierzyć tata.
– Z przyczyn finansowych. Niedawno siatkarze zdobyli mistrzostwo świata. I dostali za nie mniej pieniędzy do swojego związku niż piłkarze za przegrany turniej od swojego związku. W związku z tym minister sportu wpadł na pomysł jak podreperować finanse innych gałęzi sportu.
– Da im nagrody, rozdawnictwo tego rządu sięga szczytów… – zaczął tata, ale Łukaszek mu przerwał:
– Ależ skąd! Po prostu wprowadził rotację!
– Chyba już rozumiem – powiedział powoli dziadek. – Więc dzisiaj grają siatkarze, tak? Zamiast piłkarzy?
– Ależ oni przegrają! – krzyknął tata.
– Piłkarze też by przegrali. Tak czy siak rezultat byłby ten sam, a przynajmniej siatkarze sobie zarobią. Wiecie ile dostaną za ten mecz, nawet jeśli przegrają? Tyle, co za pół roku grania w siatkę.
– He, hm – chrząknął dziadek i zajrzał do programu tv. – Następny mecz gramy za trzy dni. Kto tym razem będzie reprezentował polskie barwy? Szpadziści? Pływacy?
– Lekkoatleci – poinformował Łukaszek. – Nawet mamy duże szanse, bo na bramce będzie kulomiot, a w ataku sztafeta cztery razy sto…
– No dobrze, a co się stało z piłkarzami? – zapytał tata Łukaszka. – Oni w ogóle nie grają?
Łukaszek uśmiechnął.
– Decyzją ministra, za karę za ostatni blamaż, zostali powołani do kadry skoczków narciarskich. Skaczą już w ten weekend. Na mamucie w Planicy.