Automat, który daje stówę

Hiobowscy wybrali się do centrum handlowego. Nalegała bardzo na to mama Łukaszka. Argumentowała na różne sposoby, począwszy od tych ekonomicznych po żądanie uszanowania jej praw do robienia zakupów.
– No dobrze, jedźmy – złamał się tata Łukaszka.
Do samochodu zapakowała się cała rodzina.
– Nie chcieliście jechać podobno? – szydziła mama Łukaszka zapinając pasy.
– W telewizji jest tylko trzygodzinny maraton hitów Norbiego – odparła babcia Łukaszka.
I pojechali.
Mama Łukaszka nic nie kupiła, ani nawet nie wykazywała zamiaru kupna czegokolwiek. Chodziła po przepastnych korytarzach centrum handlowego i oddychała tak jak astmatyk nad morzem.
– Tu jest wolność, czujecie?! – okręciła się tanecznie pod sklepem z ubraniami marki Schrott und Scheisse z Niemiec. – Wolny handel! Ludzie są w pracy! Demokracja! Konstytucja! Nikt nie łamie praw człowie…
– A gdzie są wszyscy? – przerwała jej niegrzecznie siostra Łukaszka. – No wiecie, chodzi mi o klientów.
– Faktycznie, pusto – rozejrzał się dziadek Łukaszka. – Może jest zamknięte?
– Jak zamknięte, skoro weszliśmy?! – parsknęła babcia Łukaszka. – I sprzedawcy są w sklepach. Poczekajcie tu, pójdę i się spytam.
Weszła do sklepu, ale dosłownie trzy sekundy później już była z powrotem.
– I co powiedział? – zainteresował się Łukaszek.
– Nic.
– A to cham.
– Nie do końca – westchnęła babcia. – Nic nie powiedział, bo go nie spytałam.
– Dlaczego?
– Bo nie będę rozmawiać z idiotą, który uważa, że pomidory popierają CIA!
Wszyscy zaczęli się śmiać, babcia się obraziła, że jej nie wierzą, i kto wie jak by to się skończyło, gdyby sprzedawca, młody chłopak, nie zdecydował się wyjść ze swojego sklepiku.
– Kto tu jest idiotą, hę? – spytał pochmurnie wywołując kolejną falę wesołości. Na obszernym t-shircie widniały bowiem litery

tomaTY
za
cJA

– Buahaha! – kwiczeli Hiobowscy. Siostra też, ale dopiero po tym, jak jej wytłumaczyli o co chodzi.
– Zniewolenie świata przez maszyny tak państwa śmieszy? – burknął sprzedawca. Spojrzał na swój t-shirt i zrozumiał. Wyprostował się i okazało się, że w fałdach koszulki ukrył się jeden rząd liter. Teraz napis brzmiał tak:

deau
tomaTY
za
cJA

– Jest pan przeciwko maszynom? – upewniał się tata Łukaszka. – Taki współczesny luddysta?
– Przecież nawet na wsi wszystko robią maszynami – zaprotestowała babcia Łukaszka.
– Nie chodziło mi o ludowca, tylko o luddystę, wyznawcę luddyzmu – uściślił tata.
– Nie jestem przeciwko wszystkim maszynom tak w ogóle – wyjaśnił sprzedawca. – Jestem przeciwko tej jednej maszynie, która stoi na końcu centrum i łamie Konstytucję!
Mama Łukaszka krzyknęła boleśnie.
– O co chodzi tak właściwie? – Hiobowscy nie mogli zrozumieć. Sprzedawca machnął ręką.
– Zamknę na chwilę boks i pójdę tam z państwem. To trzeba zobaczyć, bo mózg tego nie ogarnia…
I tak zrobili. Za zakrętem korytarza ujrzeli rozkrzyczany, rozentuzjazmowany tłum. Ludzka ciżba oblegała stoisko na korytarzu składające się z kontuaru, osoby obsługującej oraz automatu podobnego do bankomatu. Co i raz ktoś odchodził powiewając w euforii banknotem i wrzeszcząc:
– Mam stówę! Automat dał mi stówę!
– Nie wierzę – wyszeptał tata Łukaszka.
Łukaszek wbił się w tłum, Wrócił po jakiejś minucie i w zadumie zaczął pocierać brodę.
– No i?! – ponagliła go mama.
– Ten automat faktycznie wypłaca po stówie – powiedział powoli Łukaszek. Hiobowscy zaszumieli.
– Cisza! – krzyknął tata. – To „daje” czy „wypłaca”? Bo to kolosalna różnica.
– Wypłaca. Trzeba wrzucić żeton, to z automatu wypada stówa.
– A ten żeton to skąd? – napierał tata.
– Trzeba zakupić na stoisku.
– Za ile?
– Trzy razy pięćdziesiąt euro.
– Przecież to sto pięćdziesiąt! – tata osłupiał. Zobaczył jakiegoś człowieka, który odchodził akurat z banknotem w dłoni i cieszył się jak dziecko. – Hej, panie! Co to za pieniądz?!
– Stówa! – facet nie posiadał się z radości. – Dostałem stówę! Boże, co za fantastyczne centrum handlowe! Odkąd zmienił się zarząd…
– A ile pan zapłacił za żeton?
– Trzy razy pięćdziesiąt, bo co?
– To razem sto pięćdziesiąt! Rozumie pan?! Zapłacił pan sto pięćdziesiąt!! A dali panu tylko stówę!!! Oszukali pana!!! – wrzeszczał tata trzymając faceta za kurtkę.
– Proszę pana – odparł z ze spokojem facet wyszarpując rękaw. – Nigdy nikt mi nic nie dał. Nigdy. Wszystko tylko wyciągają ode mnie pieniądze. To pierwszy taki przypadek gdy ktoś był tak miły i dał jakieś pieniądze mnie. Więc ja taki gest doceniam i szanuję. Nie uważam, żebym był jakoś oszukany czy okradziony. Bo co to panie za kradzież, gdy dają pieniądze? Ale jak pan chce, to stań pan w kolejce, weź pan pieniądze i krzycz pan że pana okradli. Powodzenia!
I facet odszedł chichocząc.
– To bezsensowne – mruknął tata Łukaszka patrząc na tłum który wciąż gęstniał i wciąż go przybywało. – Teraz rozumiem, dlaczego jest pan za deautomatyzacją. Ten automat należy zniszczyć.
– To za mało – pokręcił głową sprzedawca. – Należy przywrócić poprzedni zarząd centrum handlowego, który przywróci swój automat.
– Jak to, to tu wcześniej stał inny automat? I jak on działał?
– Podobnie. Też kupowało się żeton za sto pięćdziesiąt euro.
– I ile on wydawał? Dwieście?
– Co pan, centrum by zbankrutowało. Tamten automat w ogóle nie dawał pieniędzy.
– To co on dawał? – spytali zdumieni Hiobowscy. Sprzedawca wyprostował się i rzekł z namaszczeniem:
– RIGCZ.

Rolnik szuka żony, odcinek 13/5, świąteczny

Po tak słabej edycji odcinek świąteczny był wyjątkowo słaby. Była taka bieda, że producenci ratowali się postaciami i wydarzeniami z poprzedniej edycji!
1. Grzegorz. Święta z Dorotą osobno, Sylwester razem. Co dalej? Dorota: żyjemy chwilą. Uuu…
2. Jan. Był sam, smutny, nie było żadnej z jego pań. Przekombinował i został z niczym.
3. Łukasz z Agatą. Love. Laurka. Łzy. Pauliny nie było. I ten straszny hejt. „Nigdy nie zraniłbym kobiety którą kocham”.
4. Kasia i Piotr. Dziecko w listopadzie br miało 8 miesięcy. Urodziny w lutym 2018. Poczęcie maj 2017. Nagranie czwartej edycji lipiec 2017. Tyle w temacie.
5. Mikołaj i Marta. „Dzięki temu programowi jesteśmy razem” (Mikołaj znał ją przed programem).
6. Marka nie było. Nikt nawet o nim nie wspomniał, jakby nie istniał. Może to i lepiej.
7. Paweł i Małgosia. Jest dobrze.
8. Krzysztof został sam, ale chętnie wyrwałby Cleo.
9. Dżesika miała wejście smoka. „Przywiozłam bigos”. Wypromowała Leszno. Widać, że mama ją uczyła makijażu.
10. Cleo chciała udowodnić, że potrafi śpiewać kolędy tylko z akompaniamentem fortepianu. No wyszło lepiej od sióstr Godlewskich.
11. Nie było nic o nowym projekcie Marty Manowskiej czyli o „Sanatorium miłości”. Może z niego zrezygnowano? Tym bardziej, że widząc zachowanie seniorów w Rolniku można być pełnym jak najgorszych przeczuć. Ponoć Jan zamierzał się zgłosić.
12. Życzeniami Wesołych Świąt zakończył się najsłabszy odcinek najsłabszej edycji. Będzie nowa edycja. Do zobaczenia.

Świąteczny zakład

Nie wiodło się mamie Łukaszka w tym roku na polu domowej polityki. Wszelkie próby zaszczepienia wśród Hiobowskich umiłowania do homoseksualistów, migrantów czy organów Unii Europejskiej kończyły się fiaskiem. Mama wzdychała myśląc o nadchodzących Świętach i związanej z nimi ofensywie katolicyzmu, patriarchatu i nacjonalizmu.
Na szczęście pojawiła się odsiecz w postaci wizyty ciotki artystki. Ciotka była artystką bardzo nowoczesną, tak nowoczesną, że sztuka którą uprawiała nie miała zbyt wiele wspólnego ze sztuką. Ciotka również była przygnębiona przed Świętami. Bowiem wbrew jej oczekiwaniom, jej ostatnia wystawa okazała się spektakularną klapą. Pomyślane w sumie było nieźle. Ciotka zauważyła bowiem, że jej targetowi podoba się wtykanie flagi polskiej w odchody oraz konstytucja. Wetknęła więc konstytucję w kał. I o dziwo nikomu się to nie spodobało?
Ciotka więc przeżuwała gorycz porażki artystycznej, mama Łukaszka przeżywała gorycz porażki politycznej i jakoś tak obie panie postanowiły zawiązać sojusz. Liczyły na to, że suma ich wysiłków pomoże wreszcie pokonać gnębiącego je pecha. W życiu bywa jednak tak, że suma dwóch składników bywa mniejsza od ich pojedynczych wartości.
Misterna intryga została zarzucona w wigilię rano, kiedy to obie panie ze słodkimi minkami zapytały resztę rodziny, czy chcą wysłuchać pewnej kolędy.
– Czemu by nie – odparł ostrożnie dziadek Łukaszka wietrząc podstęp. – A to na pewno kolęda?
– Pieśń na Święta – odparła wymijająco mama Łukaszka. – Jest, że Christmas i tak dalej…
– Nie jakiś death metal czasem? – zapytał tata Łukaszka.
– Faktycznie, wykonawca już nie żyje… – zaczęła ciotka, ale gdy Łukaszek wyjaśnił jej co znaczy „death metal”, to poinformowała, że piosenka jest ładna i w tonacji świątecznej.
– No to posłuchamy – westchnęła babcia.
Mama i ciotka spojrzały na siebie triumfująco.
– Możemy się założyć, że nie wysłuchacie jej! – zawołała triumfująco ciotka.
– A to dlaczego? – zaperzył się dziadek Łukaszka.
– A załóżcie się najpierw!
– O ile?
– Symbolicznie… Niech będzie sto euro!
– Drogi ten symbol – stęknął dziadek i obejrzał się na tatę Łukaszka. Tata kiwnął głową.
– A zatem zakład stoi – szczęśliwa mama Łukaszka wstała po płytę. – Przegracie, wiecie, o tym? Bo tą piosenkę śpiewa gej!
– Wiem, chodzi o „Last Christams”! – wykrzyknęła siostra Łukaszka i została wyrzucona za drzwi.
– Dlaczego? – zdumiał się tata Łukaszka. – Przecież „Last Christmas” śpiewa gej.
– Nie chodzi o „Last Christmas” – machnęła ręką ciotka. – Chodzi o zupełnie inną piosenkę! Facet, który ją śpiewa, jest nie tylko gejem, ale i uchodźcą!
– Pierwsze słyszę, żeby Syryjczycy śpiewali pieśni na Boże Narodzenie – poddała w wątpliwość babcia.
– On był z Zanzibaru – wygadała się mama Łukaszka wkładając płytę do odtwarzacza.
Łukaszek połączył w głowie kilka faktów i zapytał, czy można zmienić warunki zakładu.
– Za późno by się wycofać! – ciotka chichotała z uciechy.
– Kto mówi o wycofywaniu? Chciałem podnieść stawkę do tysiąca euro.
Zapadła cisza.
– A masz ty tysiąc euro? – zapytała wolno ciotka.
Łukaszek obejrzał się na tatę. Ten zacisnął palce na kubku z herbatą aż zbielały mu kostki. Wreszcie powoli skinął głową.
– Taka pomoc jest zabroniona przez Unię Europejską! – wykrzyknęła poirytowana mama.
– Ale ja nie kupuję stoczni czy radia, tylko chodzi o drobny zakład w gronie rodzinnym. Co, zgadzacie się?
– Nie! – zawołała mama.
– Tak! – zawołała ciotka.
– Bierzesz to w takim razie na siebie w razie przegranej!
– Świetnie, ale w razie wygranej również!
– A zatem się wycofuję i cała odpowiedzialność spada na ciebie – upewniła się mama Łukaszka i włączyła płytę.
Zgodnie z przewidywaniami Łukaszka był to utwór grupy Queen „Thank God it’s Christmas”.
– On śpiewa o Bogu? – zdziwiła się mama Łukaszka.
– Nie odsłuchałyście tego wcześniej, prawda? – pokiwał głową Łukaszek. – Tak, on śpiewa o Bogu.
Dla babci gej i Bóg w jednej piosence to było za dużo i wyszła do kuchni, ale ona nie brała udziału w zakładzie.
Ciotka artystka poddała się w połowie piosenki. Tygrysim skokiem dopadła do odtwarzacza i go wyłączyła. Zapadła cisza.
– No i skąd ty weźmiesz tysiąc euro? – spytała mama Łukaszka.
Ciotka spojrzała na tatę Łukaszka. Tata się rozzłościł.
– Co ja jestem, skarb państwa?
– Niech będzie, nie musi mi ciocia płacić – rzekł wspaniałomyślnie Łukaszek. – Niech to będzie jako prezent na Święta.
Ciotka artystka się rozpłakała i oświadczyła, że w życiu nie dostała tak pięknego prezentu na Boże Narodzenie.
– Ano właśnie – zamyślił się Łukaszek. – Ciocia jest przecież ateistką, prawda? No to nie może być prezentu na Boże Narodzenie. I tysiączek ląduje tu na tym stole. Teraz.
– Twój syn to potwór – szepnęła ciocia do mamy, po czym złamała się i przyznała, że jednak wierzy.
– No to opłatek w ręce cioci… Spokojnie, on nie gryzie…
– Jak ja się cieszę, że nie jesteś księdzem – wyznała niespodzianie mama Łukaszek. – Jeszcze byś został papieżem i dopiero by było…

Opowieść o procentach

Pan Sitko, mąż dozorczyni bloku, w którym mieszkali Hiobowscy, przeżył był niedawno poważny wstrząs. Psychiczny, oczywiście, bo fizyczny mu nie groził. Pan Sitko był sprytny i wiedział, że pijak zawsze upada tak, że nic sobie nie zrobi. Dbał więc o to, by poziom promili nie spadał poniżej pułapu bezpieczeństwa.
Miał też pan Sitko oczywiście kolegów z którymi proces picia uskuteczniał. I właśnie teraz, niedawno, przeżył szok związany z osobą jednego ze swoich kolegów.
– Awansował – opowiadał nadal wstrząśnięty pan Sitko dziadkowi Łukaszka. Popijał przy tym gęsto piwo, co by mu w gardle nie zaschło. Takie zaschnięte gardło to straszna rzecz!
– Wodą zwilżać – zaproponował dziadek Łukaszka.
Pan Sitko spojrzał na niego podejrzliwie i powiedział, że nikt, absolutnie nikt nie poleca zwilżania suchego gardła wodą. Nawet zwolennicy biologii totalnej. A i kobiety poczuwszy suchość ze strony przeciwnej niż gardło też nie wody używają.
– Racja – szepnął pokonany dziadek i pan Sitko mógł podjąć opowieść na nowo.
…zatem znajomy awansował, poinformował o tym pana Sitko i rzecz jasna natychmiast postanowili sprawę opić.
– We dwóch? – zdziwił się dziadek.
– Ano we dwóch, wiem, że mało to towarzyskie, ale czas naglił.
– Co pan powie.
– No tak, jego żona mogła w każdej chwili wrócić z pracy! I on mi stawia ma stole wódkę. A ja mówię: halo, hola, chwilę! Takie coś to trzeba konkretnie opić! I ja mu proponuję śliwowicę.
– I nie miał – podpowiedział dziadek.
– No co pan – obraził się pan Sitko. – Jak piję u kogoś to nie proponuję żebyśmy pili coś, czego gospodarz nie ma! Oczywiście, że miał! Postawił tę śliwowicę na stole i wtedy stało się. Żona weszła.
– O.
– Właśnie.
– Zdenerwowała się mocno?
– Słabo. Za to ja się mocno zdenerwowałem.
– Dlaczego?
– Wie pan co zrobił ten mój znajomy?
– Nie.
– No tak, pana tam nie było. Po pierwsze schował tę śliwowicę. Zamiast niej postawił z powrotem zwykłą wódkę. Po drugie ona, ta żona, zaczęła krzyczeć, że znowu pijemy. On do niej, że przecież wódkę mu pozwoliła pić. Ona krzyknęła, że widziała na stole coś, co miało o wiele więcej procentów. A on – uważasz pan – on jej powiedział, że to moja wina! Że to niby był mój pomysł! Halo, hola, chwilę, powiedziałem, przecież się zgodziłeś! Tak, powiedział, ale to był mój podstępnie podsunięty pomysł! Bo on śliwowicy nie ma w programie! Żona brzęczała, że śliwowica to szatan, i kto pije tyle procentów to pójdzie do piekła! Zagotowałem się i spytałem kto rządzi w tym domu. On rzekł, że on. No to decyduj, powiedziałem. A on bęc, znowu śliwowicę na stół. Spytałem co z tym piekłem. On na to, że się ugiął pod moją presją! Że owszem, może być ta śliwowica, ale on żąda, żebyśmy poszli do mnie i u mnie też wypili śliwowicę!
– I jak to się skończyło? – zaciekawił się dziadek Łukaszka.
– Wyszłem nie pijąc nic – oznajmił ponuro pan Sitko. – Jak to mawiają migranci: są pewne granice, który przekroczyć nie można. Ja rozumiem tych co piją. Bo sam piję. Ja rozumiem tych co nie piją. Jak byłem mały też nie piłem. Ale najgorsi, panie, to ci co się nie mogą zdecydować. Czy pić, co pić. Nie. Ja takich ludzi nie rozumiem i szacunku do nich nie mam.

Wykłady obywatelskie

Był to pomysł pani pedagog, która oczywiście później temu zaprzeczała. Po części miała rację. Pomysł bowiem przyszedł z zewnątrz, a ona się na niego zgodziła i promowała sprawę u pana dyrektora.
– A co to za sprawa? – spytał niechętnie pan dyrektor.
– Dlaczego tylko nauczyciele mają uczyć w szkole? Przecież jest wiele osób w społeczeństwie, które mają cenną wiedzę i mogłoby ją przekazać uczniom. Dlatego chciałabym wprowadzić nową, myślę, że cenną ideę Wykładów Obywatelskich.
– Kto by je głosił? – spytał pan dyrektor. Pani pedagog odparła z dumą:
– Obywatele!
– Jacy obywatele?
– No… Pierwsza się zgłosiła taka pani z fundacji…
– A więc to ich pomysł – domyślił się pan dyrektor. – Znam ich? Co to za fundacja?
– ŚŚŚŚ…
– No słucham – ściszył głos pan dyrektor.
– Ale oni się tak nazywają – pani pedagog była lekko zakłopotana. – Silni, świadomi, świeccy, światowi.
Pan dyrektor zgodził się, ale wyraził zdumienie, że nigdy o takiej fundacji nie słyszał.
Za to okazało się, że uczniowie owszem, słyszeli.
– Moja mama zachwyca się ich działalnością – przyznał Łukaszek.
– A co oni robią? – zainteresowała się dziewczynka, która prawie zawsze odzywała się jako pierwsza.
– Chodzą w koło i opowiadają o stosunku dwóch gejów – wyjaśnił Łukaszek. Pani pedagog poczuła się w obowiązku zaprotestować.
– Mylisz się, Hiobowski, bo pani będzie nam mówić o tak ważnych swobodach obywatelskich jak przeciwdziałanie wykluczeniu, piękno, różnorodność.
– Konstytucji nie będzie? – spytał okularnik z trzeciej ławki i zarobił naganę.
Do klasy weszła pani, która miała prowadzić zajęcia. Uczniowie spojrzeli na jej strój, torbę i telefon i zazdrość wkradła się w ich adwentowe serca.
– Gdzie pani pracuje? – nie wytrzymała dziewczynka.
– Nigdzie. To znaczy: w fundacji ŚŚŚŚ.
– Tata pewnie prezesem tej fundacji… – machnął ręką Gruby Maciek.
– A wcale że nie! – zawołała pani. – Bo tata ma swoją! O!
– Przystąpmy do wykładu – zaklaskała w dłonie pani pedagog.
Niestety, zapowiedzi pani pedagog nie do końca się sprawdziły. Owszem, pani prowadząca wykład zaczynała wątek od jednego z takich tematów jak wolność czy piękno. Ale potem jakoś jej wypowiedź dryfowała w te rejony, które wspominał Łukaszek.
– Wolność. Niestety, w naszym kraju wolność umiera duszona brunatnym smogiem podsycanym z ognisk podlewanych pieniędzmi z pięćset plus. No bo czyż dwóm gejom wolno odbywać w tym kraju stosunek? Oczywiście nie.
– Słuchajcie uważnie – wtrąciła pani pedagog. – Z tego będzie sprawdzian, jeszcze dziś. A poza tym… – spojrzała złośliwie na klasę. – Statystycznie jeden na dziesięciu facetów to gej. Ciekawe który z was…
– Statystycznie pięćdziesiąt procent kobiet wydłubuje brud spomiędzy palców u nóg i go wącha – odparował gładko okularnik z trzeciej ławki. – Ciekawe…
Pani pedagog jeszcze się nie poddała.
– Czy możesz mi podać kto prowadził te badania?
– Ci sami co badali gejów – zadudnił Gruby Maciek i kwestie statystyczne już nie były poruszane.
Pani z fundacji kontynuowała wykład.
– Wykluczenie. W tym kraju bardzo łatwo jest zostać wykluczonym i niestety państwo nic  nie robi aby temu przeciwdziałać. Na ten przykład dwóch gejów. Nie dla nich pięćset plus. Jedyna droga, aby ich miłość przyniosła owoc, to adopcja. Nie wolno. Ba, nawet miłość jest zakazana. Muszą się kryć gdy chcą odbyć stosunek.
– Demokracja. W innych krajach rządzi większość. Ale nie w tym kraju. W tym kraju rządzi grupa ludzi wybrana przez mniejszość. Ich wyborcy tylko jednego dnia byli większością głosującą, a nie prawdziwą większością. Prawdziwa większość od zawsze była przeciwko tym rządom i większość ta się powiększa. Kolejne liczne grupy społeczne są przeciwne władzy, która potrafi dyskryminować każdego, za cokolwiek.  Na przykład dwóch gejów za stosunek.
– Feminizm. To reakcja zdrowej części społeczeństwa, czyli kobiet, na wszechogarniającą kulturę patriarchatu. Mężczyźni są takimi tyranami, że dyskryminują nie tylko kobiety. Dyskryminują też mężczyzn, którzy chcą w związku pełnić rolę kobiety. Mam tu na myśli stosunek dwóch gejów.
– Piękno. W tym kraju utarło się, że wszystko musi się opłacać. A pewnych rzeczy, na przykład piękna, nie da się przeliczyć na pieniądze. Podobnie jest ze stosunkiem dwóch gejów. Jakie to piękne, ale czy praktyczne?
O dziwo osobą, która najbardziej się ucieszyła z tego, że wykład się wreszcie skończył, była pani pedagog.
– no, młodzieży! Teraz kartki wyjmujemy i piszemy. Opiszcie mi to, o czym tu dzisiaj mówiliśmy. Własnymi słowami. Zobaczymy co potraficie.
Niektórzy nie zdążyli nawet rozgrzać dobrze długopisów, gdy pierwsza osoba już oddała swoją pracę. Nie, nie była to dziewczynka, która odzywała się jako pierwsza. Był to Łukaszek.
– Już? – pani pedagog była bardzo zaskoczona. – Coś ty tu napisał? Aaaa… Eeee… Yyyy… Co to jest? Co to ma być?
– Stosunek dwóch gejów.

Rolnik szuka żony, odcinek 12/5 finał

Witamy w finale 5 edycji Rolnik szuka żony. Tak jak w finale poprzedniej edycji – pierzemy wszystkie brudy.
1. Łukasz. Paulina potwierdziła to, czego się wielu domyślało. Łukasz utrzymywał z nią kontakt przed przyjazdem. I utwierdzał w przekonaniu, że jest faworytką. Czar prysł po przyjeździe. Agata miała niewyraźną minę. Paulina życzyła Agacie wiele szczęścia. Będzie potrzebne, bo jak piszą na FB – w pizzerii Łukasz ostro krzyczał na Agatę. W programie deklarowali, że będzie ślub. Czyli sukces.
2. Grzegorz. Wrócono do spraw z pierwszego spotkania gdy to trzy panie ewidentnie oszukały. A potem sielanka. Grzegorz i Dorota planują dalej przyszłość. Czyli sukces.
3. Marek. Bardzo mało nam pokazano, tam miedzy nim a Olą toczyły się długie rozmowy. Marek wyszedł z prostego założenia – napisała list, znaczy chce. A teraz nie chce. Czyli kłamie. A z kłamcą nie będzie żyć. Bo jeden list wystarczy i przyklepane. Ola tak nie uważa. Zakończyło się nieprzyjemną i niezręczną klapą.
4. Krzysztof. No za wcześnie chyba się zgłosił do programu. Dziewczyny deklarują, że program dużo im dał i teraz wiedzą jakiego mężczyznę szukać. Nie Krzysztofa. Czyli klapa.
5. Jan. Proszę sobie policzyć ile razy Mistrz Gładkich Słówek opowiadał, że jesteś moja, cię wybrałem i tak dalej. I nic konkretnego z tego nie wynikło. Jan przyznał, że Maria była jego faworytką i że ją chciał wybrać. Mina Małgoni bezcenna. I jeszcze wziął od Marii numer telefonu! A ona mu dała! Człowiek traci wiarę w płeć piękną. Ile jest warta ta żwirownia?! Małgonia opowiadała konkurentkom, że mieszka u Jana. Jan z uśmiechem powiedział, że łączy ich tylko przyjaźń. Małgonia właśnie się dowiedziała, że Jan z nią zerwał i odeszła z miną zbitego psa.
Na koniec prowadząca prosiła uczestników o poradę dla następnych uczestników. Ja powiem tak: zrób majątek, dożyj 60-tki a będziesz mógł przebierać w kobietach, upokarzać je, a one i tak będą na ciebie lecieć. Do zobaczenia w nastepnej edycji.