Puszcza

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Wszyscy siedzą w moim gabinecie i patrzą na mnie. Najbliżej biurka siedzą Janek i Mateusz. Są załamani.
– Sto tysięcy euro dziennie… – Mateusz łapie się za głowę.
– Oj tam oj tam – macham ręką. – Jest na to bardzo prosty sposób.
Wszyscy ucichli.
– Za co jest ta kara? – pytam.
– Za wycinkę państwowego lasu… – dudli Janek.
– No. To wystarczy sprzedać i po kłopocie. Prywatnego się nie będą czepiać, prywatny będzie mógł robić co chce.
Wszyscy osłupieli. Pierwsza odzyskała mowę Beata. Zuch dziewczyna. Wiedziałem kogo biorę na premiera.
– Ależ przecież ten co kupi może całą puszczę wyciąć!
– Może ją kupić Tusk i nie wyciąć wcale, on jest zdolny do wszystkiego – to Antoni z tylnego rzędu.
– Ale, ale… – Mateusz odzyskał mowę i powoli rusza szczękami. – Ale kto to kupi?
– Janek – mówię.
Wszyscy obracają się i patrzą na Janka. Janek wstaje przerażony.
– Jak to ja??? Całą puszczę??? Przecież mnie nie stać!!
– Sprzedamy ci ją za dychę – mówię. – Tyle cię chyba stać.
– Za dychę??? – tym razem wstaje Mateusz. – Przecież ona jest warta o wiele więcej!
– Tyle coś jest warte ile ktoś jest gotów za coś zapłacić – czytam z notesu. – Wiecie kto to powiedział?
– Mogą nas ukarać za to, że sprzedamy zbyt tanio – mówi Witold i tym samy potwierdza, że kompletnie się nie nadaje na ministra. Dociera to chyba do niego, kiedy wszyscy wybuchają gromkim śmiechem.
– A kto nas ukarze, że sprzedamy zbyt tanio? Może komisarz Janusz? – śmieje się Zbigniew.
– Przecież trzeba zrobić przetarg, ktoś inny też może wystartować… – mnoży trudności Mateusz.
– Trzeba tak napisać przetarg…
– …żebym wystartował tylko ja! – przerywa mi zadowolony Janek.
– Nie. Żebyś wystartował tylko ty i ktoś jeszcze. Tamta osoba zrezygnuje i kupisz ty. To się nazywa demokracja.
– Kto będzie tą drugą osobą? – Mateusz pilnie notował. Plus.
– Najlepiej kobieta. Może Ela?
– Ja mam jedną uwagę – odezwał się rozmyślający pilnie nad czymś Mariusz. – A jak Unia zorientuje się, że Janek kupił puszczę i nadal ją wycina? Wtedy mogą jego obarczyć karami!
Uśmiech na twarzy Janka nagle gaśnie.
– Wtedy… – mówię powoli. – Wtedy Janek sprzeda puszczę… Na przykład Krysi. A ona potem komuś innemu… I tak dalej.
Siedzę sobie i głaszczę kota. Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.

Totek

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Zagląda do mnie nasza premier, Beata. Jest blada.
– Panie prezesie… – mówi cicho. – Czy pan dzwonił parę minut temu do dziennikarza…
– Owszem, dzwoniłem.
– Ale on mówi, że pan mu powiedział…
– Owszem, powiedziałem.
– A… A… Ale jak to?
– Wejdź – kiwam ręką. – Wejdź i zamknij drzwi, bo tu ze Zbigniewem ważne rzeczy omawiamy.
Beata siada w fotelu obok Zbigniewa, patrzy na niego współczująco i mówi:
– Lustracja, co?
– Ano – wzdycha Zbigniew. – Za Chiny tego nie przeprowadzimy.
– Ty tych Chin nie wywołuj z lasu – ostrzegam go łagodnie. – Kto wie jak nam się razem stosunki ułożą. A co do tej ustawy i paru innych to trzeba to zrobić tak, żeby wszyscy byli zadowoleni.
– Ciekawe jak – Zbigniew wierci się w fotelu. – U nas musi być cały czas pełna mobilizacja, ludzie czują się wypaleni. Opozycja czyha tylko na jakieś nasze potknięcie. A antysystemowcy deklarują, że są z nami, a ciągle głosują przeciwko nam.
– Więc ich zrobimy odpowiedzialnymi za to co się stanie – i pytam ich czy znają stary kawał o Żydzie i kozie.
Nie znają.
– Dawno temu pewien Żyd miał żonę i mnóstwo dzieci. Mieszkali w starej, ciasnej chałupie, w jednej izbie. I wszyscy narzekali jak to jest niedobrze. Więc Żyd postanowił, że zrobi coś by temu zaradzić. I wprowadził do chałupy jeszcze kozę.
– I to pomogło? – pyta osłupiały Zbigniew.
– Oczywiście, że nie. Wszyscy zaczęli narzekać, że jest jeszcze gorzej. Więc Żyd wziął i wyprowadził kozę z chałupy. I wyobraźcie sobie: wszyscy byli zadowoleni! I tu zrobimy tak samo!
– Jaką kozę pan wprowadzi? – pyta Zbigniew.
Zamiast mnie odpowiada Beata:
– Już wprowadził. Zadzwonił do dziennikarza i powiedział, że ministerstwa też będą grać w totka.
Zbigniew wzrusza ramionami.
– I wygrywać – uściśla Beata . – Stąd będziemy mieć pieniądze na wszystko.
– Jak wygrywać, skoro…
– Bo my będziemy mieć system – przerywam Zbigniewowi. – System, dzięki któremu będziemy zawsze wygrywać w totka.
Cisza.
– Pan naprawdę powiedział im coś takiego? – Zbigniewowi jest słabo.
– Sprawdźcie no na tych waszych nowoczesnych telefonach. No i?
– Twitter kipi – raportuje Beata.
– Na Facebooku też się gotuje – potwierdza Zbigniew.
– To idziemy do Sejmu głosować te twoje ustawy. Wołaj wszystkich!
Po kilku godzinach wracam do swojego gabinetu. Kot już na mnie czeka. Beata i Zbigniew są ze mną. Siadamy.
– Sprawdźcie teraz ten wasz internet.
– Źle. Wszyscy po nas jadą. Opozycja ma używanie. Antysystemowcy chcą żebyśmy się wycofali z projektu totek plus. A najlepiej zrobili w tej sprawie referendum…
– …połączone z referendum w sprawie JOW – przerywam Beacie. – Tak, tak. Jak zwykle. Gdzie jest mój telefon? Halo? Pan dziennikarz? Chciałem z panem porozmawiać… Nie, nie o totku. Głosowaliśmy nad ważnymi ustawami mającymi fundamentalne znaczenie… Co? Nie, ten system tylko dla ministerstw. Ustawami mającymi poważne znaczenie dla funkcjonowania… Oczywiście, że ten system działa. Sto procent. Zobaczy pan w sierpniu jak zaczniemy zgarniać same szóstki. Trzeba będzie jakiś grafik zrobić, żeby sobie ministerstwa nie wchodziły w paradę. A o innych ustawach nie chce pan posłuchać? To do widzenia?
– Jezu – Zbigniew znowu jest blady. – Rozniosą nas po pierwszej wygranej.
– Nie będzie żadnej wygranej.
– Przecież sam pan mówił… – po minie Beaty widzę, że się kompletnie pogubiła.
Drzwi uchylają się i zagląda nasza rzeczniczka.
– Muzyk przyszedł.
– Niech wejdzie.
Wpada przywódca antysystemowców, którzy twierdzą publicznie, że nie mają przywódcy.
– Panie prezesie! Tak nie można! Tamci kradli, to myślicie, że wam też wolno?!
– To nie jest kradzież.
– Państwowa instytucja wgrywająca pieniądze w państwowej loterii to tak jak kradzież!
– Kogo niby okradamy?
– Jak to ogo, oczywiście obywateli! Tak pan zawsze lubi się chwalić mandatem od suwerena, a teraz co? Zabiera pan temu suwerenowi pieniądze! czas skończyć z tą partiokracją! Szliśmy do wyborów pod hasłem zmiany systemu, tymczasem pan ten system…
– Ma pan rację, panie Pawle – wchodzę mu w słowo.
– Co?
– Wycofujemy się z totek plus.
Popatrzył na mnie podejrzliwie. Ale Beata i Zbigniew mu potwierdzili. Wyszedł więc na korytarz i hałaśliwie oznajmił, że jego ugrupowanie zniszczyło system.
Na mój gest Beata zamknęła drzwi. Zbigniew już bez mojego polecenia monitorował internet. Bystry chłopak jest, za to go lubię.
– Panie prezesie – w jego głosie dźwięczały nutki dumy i szczęścia. – Ludzie się cieszą, że nie będzie grać systemowo w totka! Sondaże szybują w gorę! Wszyscy nas popierają!
– A antysystemowcy chwalą się, że to dzięki nim – pokiwała głową Beata.
– Tak jak mówiłem – zwracam się do Zbigniewa. – Masz te swoje ustawy, wszyscy są zadowoleni, a antysystemowcy za to odpowiadają…
– Nie wszyscy są zadowoleni. A opozycja?
– Nie wyglądają na zadowolonych.
– Wyglądają. Tylko po prostu ty ich jeszcze nie widziałeś naprawdę niezadowolonych.
– Jezu – Zbigniew znowu blednie. – Co pan znowu planuje?
Siedzę sobie i głaszczę kota. Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.

Uhuhu

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Nasza rzeczniczka Beata biega wystraszona trochę. Wyciąga z szafki te lepsze filiżanki i uważnie je ogląda. Bo ma podać w nich kawę biskupowi.
– A biskup to nie byle kto – twierdzi Beata.
– Do tego krakowski – dodaję i zastanawiam się czego też on ode mnie chce.
Biskup przybywa punktualnie w towarzystwie dwóch osób. Tamci jednak zostają za drzwiami, Beata też. W gabinecie zostajemy tylko ja i biskup.
– Szczęść Boże – biskup siada i nerwowo się kręci.
– Szczęść Boże – odpowiadam spokojnie i też siadam. – Co Jego Ekscelencję sprowadza do mnie?
Ekscelencja myśli, wzdycha, kręci się, wreszcie przełamuje się i mówi:
– Jest taki jeden ksiądz…
– Uhuhu… – mówię.
– Tak, właśnie ten.
– No i co ja…
Biskup przerywa mi gestem.
– Panie prezesie, gdyby to chodziło o zwykłego księdza, to nie byłoby sprawy. Ja umiem sobie radzić z takimi rzeczami. Ale tym razem… Tym razem jest inaczej.
– A dlaczego?
– Dlatego, że tym razem mamy tu niestety politykę.
Cisza.
– To źle? – pytam. – Co się wszyscy uwzięli na tę politykę? To rzecz jak każda inna.
– My nie mamy prawa…
– E tam, każdy ma prawo. Czy ksiądz, czy biskup ma prawo mieć poglądy, wypowiadać się, namawiać, oceniać…
– Co? Co ja słyszę?! A wie pan co ten ksiądz wygadywał?! I to ma być w porządku?!
– Niczego takiego nie powiedziałem. Uważam, że każdy, ksiądz też, ma prawo do swoich poglądów i ma prawo je wygłaszać. Ale jeśli one stoją w sprzeczności z tym, co powinien głosić z racji bycia księdzem…
– Właśnie – biskup jest nadal pochmurny.
– No to powinien te poglądy zmienić. Albo… Pracodawcę.
– Zaczniemy od zmiany poglądów. Czy pan ma może jakiś pomysł?
– Co ja… – wzruszam ramionami.
– Jeszcze raz mówię, że to sprawa polityczna, a nie religijna, a na polityce zna się pan świetnie.
– Z czym dokładnie jest problem?
– Och – macha ręką Jego Ekscelencja. – A z czym nie jest? Obżarstwo, pijaństwo, przeklina, gardzi zwykłym człowiekiem, zanadto przywiązany do wartości świeckich…
– No to ja bym zrobił to tak…
Dwadzieścia minut później włączam radio, jest już konferencja biskupa.
– Ksiądz Kazimierz powraca do swojej diecezji. Jak sami państwo wiecie, powołań mamy coraz mniej, a obowiązków nam nie ubywa. Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby kapłan siedział w stolicy i gnuśniał. Ksiądz Kazimierz ma już nowe obowiązki. Dużo nowych obowiązków. Został kapelanem pieszych, głuchych, odchudzających się i alkoholików. I oczywiście kapelanem budowlańców. I jedzie na misję do Polski wschodniej.
Siedzę sobie i głaszczę kota.  Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.

Wariant na Bartłomieja

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Naprzeciwko mnie siedzi Zbigniew i widzę, że coś go gryzie. Czekamy, który zacznie pierwszy. Ale Zbigniew jest twardy, jest w końcu tylko ministrem, ma mało pracy, może sobie tak pozwolić siedzieć nie wiadomo jak długo i milczeć. Ja nie mam tyle czasu.
– No to czego się boisz? – pytam Zbigniewa.
Zbigniew poprawia okulary.
– Oj tam boi, zaraz boi. Żeby odpowiedzieć najpierw musiałbym zdefiniować „ja”. W przepisach prawa handlowego…
– Widać, widać żeś prawnik – przerywam mu. – Powiedz z czym masz problem, że się u mnie zjawiłeś.
– No właśnie o prawników chodzi. Mamy ich wszystkich zwol…
– Zreformować.
– O! No właśnie, zdeformować i już. Ale to nie takie proste. Wie pan jaki się podniesie krzyk? Jaka będzie nagonka w mediach? Możemy nie wytrzymać. A zacząć, a potem odpuścić to najgorsze co może być. Już lepiej w ogóle nie zaczynać.
– To ostatnie nie wchodzi w rachubę – mówię mu. – Musimy to zrobić. Martwisz się, że media, tak? To może jakoś odwrócimy ich uwagę, co? Może zrobisz coming out że jesteś gejem? To teraz takie modne.
Zbigniew przerażony zrywa się z fotela.
– Ależ… Panie prezesie!
– Żartowałem. Powiedz mi lepiej który z naszych ministrów jest najbardziej nielubiany?
– Ależ panie prezesie, ja naprawdę nie mogę!
– No już, już. Antoni?
– Nie, żebym coś mówił… Ale ja się z panem zawsze zgadzam. Tak, jeśli ktokolwiek miałby być to tylko pan Antoni.
– No i widzisz, jak chcesz to potrafisz – i proszę panią z sekretariatu aby wezwała tu do mnie Antoniego.
Antoni pojawia się po kwadransie.
– Masz jakiegoś znajomego chłopaka? – pytam go. – Potrzebuję kogoś do akcji specjalnej.
– Coś by się znalazło – zamyśla się Antoni. – Jest ten, no… Bartłomiej!
– Piękne imię – kiwam głową. – No to Antoni słuchaj, zatrudnisz go jako swojego rzecznika.
– Co? On nie ma kwalifikacji! Przecież mnie rozszarpią! Zrobi się awantura i wszyscy będą wołać o jego dymisję.
– Wtedy go zwolnisz.
– Acha. Ale nadal nie rozumiem…
– i wsadzisz do jakiejś rady nadzorczej.
– Ależ panie prezesie! Oni i tam go wytropią.
– Długo tak? – pyta smętnie Zbigniew.
– Tak długo, aż ty się wyrobisz – mówię mu.
– A kiedy mam zacząć?
– Jak to: kiedy? Już.
– To już muszę lecieć! Załatwiać! Organizować!
– No to leć!
Zbigniew żegna się i wychodzi.
– To jego pomysł? – Antoni wstaje, żeby się też pożegnać.
– Częściowo.
– Nieźle to wymyślił
– Może i nieźle, ale .wiesz co on potem powiedział7 On uważa, że wszystkiemu winny jest człowiek.
Antoni uśmiecha się i wychodzi z mordem w sercu..
Siedzę sobie i głaszczę kota.  Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.

Jak naprawdę powstają ustawy

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Wchodzi Andrzej.
– O! – woła na widok Antoniego. – Dobrze, że go u pana widzę. Czy pan wie co on znowu wyczynia w wojsku! to ja, jego zwierzchnik sił…
– Szsz! – uciszam go. – Sprawdziłeś to, o co cię prosiłem?
– Owszem – Andrzej bez pytania się o pozwolenie przysuwa sobie krzesło i siada, po czym nalewa wody. Antoni patrzy na mnie z uniesionymi brwiami, no ale nie będę Andrzeja obsztorcowywał przy wszystkich.
– Owszem – powtarza Andrzej odstawiając szklankę. – Sadzą. W całej Warszawie.
– No i widzisz Antoni – mówię z satysfakcją. – Znowu przegrałeś.
Antoni załamany wbija sobie pięści w oczy.
– Co się stało? – pyta zaciekawiony Andrzej.
– Założyliśmy się i przegrał. Znowu – podkreślam z satysfakcją. – O co się założyliśmy?
– Że cała Platforma będzie sadzić drzewa – cedzi Antoni. – Jedną ustawą.
– Ale przecież… – zacina się Andrzej. –  Chodzi o ustawę Janka, tak? Ale tam jest mowa o wycince drzew a nie o ich sadzeniu…
– A tam, ustawa Janka – macham ręką. – Janek ją tylko podpisał. Sam mu ją dyktowałem jak napisać, żeby ludzie drzewa mogli wyciąć, a Platforma je sadzić. O co się ostatnio zakładaliśmy, Antoni?
– Że zatrudnię w ministerstwie aptekarza.
– No, to tym razem… Założysz viatoll w czołgach!
Widzę, że to dla Antoniego solidny cios, ale Antoni to twardy zawodnik. Nie poddał się w latach siedemdziesiątych, nie załamali go w latach osiemdziesiątych, teraz też nie odpuszcza.
– Żądam rewanżu – rzuca twardo.
– Proszę bardzo – mówię spokojnie i głaszczę kota. – Co tym razem?
– Niech Ewa i Grzegorz ubijają kapustę w beczkach! Gołymi stopami! Przy wszystkich!
– Nie ma sprawy. Jak przegrasz, to… Hm… – patrzę na Andrzeja – Andrzej ma jakąś sprawę do ciebie.
– Tak, bo ja…
Uciszam Andrzeja dłonią.
– Jak przegrasz to zrobisz to co chce Andrzej.
– Dobrze – rzuca ostro Antoni.
– Nawet nie spytacie o co mi chodzi? – Andrzej jest zrozpaczony.
– Nie – Antoni mówi do Andrzeja ale patrzy na mnie. – Nie ma interesuje mnie to, bo nie ma takiej możliwości, żebym przegrał.
– Za każdym razem tak mówisz – macham ręką. – To co, zakład stoi?
– Stoi!
– To idź już Antoni i poproś tu Mateusza.
Mateusz po pięciu minutach siada obok Andrzeja.
– Założysz się Mateusz? – próbuję.
– Nie zakładam się.
– Ale na pewno wygrasz.
– Hm… A niby o co miałbym się założyć?
– Antoni założy viatoll w czołgach.
Mateusz chwilę walczy ze sobą, wreszcie zaczyna się cicho śmiać.
– Niemożliwe.
– No to się załóż.
– Ale ja się nie zakładam.
– Przecież sam mówisz, że to niemożliwe. Wygraną masz jak w banku.
Na ostatnie słowa Mateusz dziwnie się ożywia i się zgadza. Jest jednak ostrożny.
– A co jeśli przegram?
– Wprowadzisz mi pewną ustawę. Będzie to zakaz kiszenia kapusty w beczkach i ubijania jej gołymi stopami.
– Jak to zakazać?
– Normalnie, ja ci wszystko napiszę, ty to tylko wprowadzisz.
– Ale co ja powiem ludziom?
– Że to zobowiązania poprzedniej ekipy i że Unia wymaga. I już.
Mateusz wychodzi kręcąc głową.
– No i co? – mówię do Andrzeja. – Chciałeś mnie o coś spytać?
– Nie.
– Ja też myślę, że nie.
Siedzę sobie i głaszczę kota.  Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.

Ocieplanie wizerunku Janka

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Rozglądam się po gabinecie, nieufnie, bo kilka dni mnie nie było. I podejrzewam, że mi poprzestawiali coś tu i tam. Na ten przykład na biurku leżą suszarka i żelazko.
Wołam Mariusza.
– Co tu się działo? – pytam.
Mariusz rozkłada ręce i gęsto się tłumaczy.
– Coraz lepiej ci idzie w polityce Mariusz – mówię – wyrabiasz się. Dziesięć minut mówisz i nie jestem w stanie zrozumieć o co ci chodzi. Powiedz ty mi lepiej co to za żelazko? Spodnie prasowałeś na moim biurku?
– A, to – macha ręką Mariusz. – To nie ja. To Beata.
– Garsonkę sobie prasowała?
– Nie, zajmowała się Jankiem.
Kot aż miauknął, bo odruchowo dłoń zacisnąłem przy głaskaniu.
– Chyba mi nie powiesz, że Beata prasowała Jankowi spodnie! Chociaż… Przydałoby się…
– Nie, nie – Mariusz macha rękami. – Beata ocieplała Jankowi wizerunek!
– Zostawić was samych na chwilę – wzdycham. – Wołaj ich.
Pół godzina mija, Beata i Janek zasiadają przed moim biurkiem.
– Moi drodzy – mówię. – Tak się tego nie robi. Mamy dwudziesty pierwszy wiek, a wy tu jakieś suszarki, żelazka.
– Ale co ja mam zrobić? – załamuje ręce Beata. – Janek ma fatalne notowania! Co wytną jakieś drzewo, to zaraz wszyscy trąbią, że jego wina! Niektórzy już twierdzą, że to on jest winny tego, że ludzie koszą trawę w ogródkach! Muszę jakoś ocieplić jego wizerunek! Ale… – Beata wzdycha i spogląda na Janka. – Ale nie bardzo się da…
Janek milczy i wyskubuje sobie trociny z pulowera.
– Polityka to nie tylko polityka, czasami to chemia a czasem fizyka – mówię. – Zastosujemy teorię względności i zasadę akcji i reakcji. Jeżeli chcemy, żeby Janek wypadał cieplej, to musimy schłodzić wszystko inne. I już. Dlatego Beata zaraz ogłosisz, że Janek poleciał rano do Izraela. Tylko nieoficjalnymi kanałami.
Beata patrzy na mnie i nic nie rozumie.
– Do Yad Vashem – dodaję.
Oczy Beaty robią się duże jak broszki.
– Jezu! Przecież zaraz będzie, że on tam te drzewka powycina! Jak się media dowiedzą…
– O to chodzi, niech się dowiedzą. Daj znać, tylko jeszcze raz mówię, że nieoficjalnie, że Janek jest w Izraelu. A jak tylko pojawią się pierwsze posty i twitty, że Janek wycina drzewka w Yad Vashem…
– I co dalej? – pyta nerwowo Janek.
– I wtedy wychodzisz ty… Cały na biało… I informujesz, że cały dzień jesteś w kraju.
– Ale mediom to nie przeszkadza – wtrąca się zdenerwowany Mariusz. – Będą grzać cały dzień i całą noc, że Janek i tak jest w Yad Vashem i wycina drzewka. Oficjalne dementi nic im nie przeszkadza.
– Miała być jeszcze akcja i reakcja – przypomina czujnie Beata.
– I teraz widzicie dlaczego ona jest premierem a nie wy, bo ona pamięta o wszystkim. Tak, Beata, jeśli po naszym dementi pojawią się fałszywe informacje w mediach, to to będzie ta akcja, A my podejmiemy reakcję. Od jutra rozpoczynamy pracę nad nową ustawą medialną. Za fałszywe informacje będzie kara milion euro.
– No dobrze, a co będzie, jak się pomyli jakiś tygodnik myśliwski? – Janek widzę ma nadal obiekcje.
– Och jej, no to dodamy zapis, że dotyczy to tylko mediów z przewagą zagranicznego kapitału.
– Niemcy się zdenerwują – kręci głową Beata.
– To jak zadzwoni Angela to jej powiedz, że jeszcze jeden taki telefon i podciągniemy gazetki z dyskontów do definicji gazety. Z redaktorami, prawem prasowym, odszkodowaniami. Też będą objętą karą miliona euro za nieprawdziwe informacje.
Siedzę sobie i głaszczę kota.  Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.

Śląsk i patologia

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Janek otwiera drzwi i wchodzi, ale nie ten, kogo się spodziewałem, tylko ten drugi,
– O – mówię zdumiony. – A gdzie Mateusz?
– Tłumaczy – wyjaśnia tamten i siada.
– Wziął się za pracę??? – Janek jest kompletnie zaskoczony.
– Się tłumaczy. Z faktur – wyjaśnia tamten. – Ja za niego. Kojarzy mnie pan chyba?
– Nie – mówię i głaszczę kota.
Tamten jest speszony.
– Radomir jestem.
– Trudne imię – wzdycham. – Minister mi się skarży – wskazuję głową Janka – że niszczycie środowisko.
– On! – Radomir krzyczy w uniesieniu. – To ja się powinienem na niego skarżyć! Morderca przyrody! Wy wszyscy tacy sami! Miała być dobra zmiana! A wy co? Tak, jak poprzednicy, konsumujecie żubry! Sam widziałem jego wczoraj w restauracji sejmowej jak zamawiał!
– Co zamawiał? – pytam.
– Dwa żubry zamówił i skonsumował!
– Widziałeś pan kiedyś żubra? – wtrąca się Janek. – W życiu jednego bym nie zjadł, nie mówiąc o dwóch!
– Ale zamawiał pan!
– Zamawiałem! Ale nie carpaccio tylko piwo!
Zasłaniam się kotem, żeby nie było widać, że się śmieję.
– No dobrze – mówię wreszcie. – Zaprosiłem tu pana, choć właściwie Janek powinien z panem porozmawiać. Jak można być tak nieekologicznym?
– Że co? – Radomir zdziwiony.
Janek się rozpala. Mówi o pozyskiwaniu drewna, produkcji papieru…
– Do rzeczy – irytuję się, bo kot zaczyna mi się wyrywać.
– …a wy to wszystko od razu buch do śmietnika! – konkluduje Janek. – Zero szacunku do matki natury!
– A, to o to chodzi – Radomir kiwa głową. – Cieszę się, że panowie to zauważyli9. To pokazuje, że nasza akcja ma sens.
– Tylko co chcieliście przez to pokazać? – pyta Janek.
– Chcieliśmy pokazać wasz agresywny język. Jego miejsce jest na śmietniku. To tam powinny trafić takie sformułowania jak… – i tu Radomir patrzy na mnie – …jak „na Śląsku jest najwięcej patologii”. To powiedział pan, panie prezesie.
Głaszczę kota.
– No tak, ale wyrwał pan moje słowa z kontekstu. A był to kontekst niezwykle ważny. Ja to mówiłem w Sosnowcu.
– Przecież to właśnie Śląsk!
– I widzisz Janek, z geografii też są kiepscy – sięgam po kartkę. – Ale niech będzie. Przekonał mnie pan. Cofnę swoje słowa. Za drzwiami są dziennikarze. Niech im pan to odczyta z łaski swojej.
Radomir czyta kartkę. Czekam czy się zorientuje. Nie. Wstaje, otwiera drzwi, błyskają flesze. Czyta głośno.
– …po długich i usilnych namowach przychylam się do zdania pana Radomira… Nie można mówić, że na Śląsku jest największa patologia. Ona jest największa wszędzie!
Oklaski.
Radomir zamyka drzwi.
– No i widzi pan? – mówię. – To nie było takie trudne, prawda? Dziękuję panu. tobie, Janek, też. Weź mi tu przyślij ministra rolnictwa. Muszę z nim pomówić o żywcu.
– Ohoho! – ożywia się Radomir. – Znowu o piwie?
– Nie, proszę pana, o wieprzowinie.
Janek wychodzi i zabiera tamtego ze sobą.
Siedzę sobie i głaszczę kota.  Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.

Zespół „Kworum”

Siedzę sobie i głaszczę kota.
– Ale dlaczego ja na perkusji? – pyta Marek wyraźnie zdziwiony.
– W zespole rockowym – mówię – musi być perkusja.
– Nie dam rady pogodzić obowiązków minister i gitarzystki – martwi się Ela.
– Ja jestem gitarzystką! Ty grasz na basie – przypomina Jolanta.
– Bas to też gitara, tylko inna – tłumaczę.
– Jak się gra na perkusji? – pyta Marek.
– Pałeczkami – odpowiada nasza rzeczniczka Beata. – Ale, panie prezesie, o ile instrumenty obsadził pan perfekcyjnie, to wokalista… Sądzę, że są lepsi kandydaci niż przewodniczący naszego klubu Ryszard…
– To bez znaczenia.
– Jak to: bez znaczenia? Panie prezesie, wokalista jest bardzo ważny! A głos Ryszarda…
– Ryszard nie będzie śpiewał – mówię – idźcie po drugiego Ryszarda. Tego nowoczesnego.
Beata wychodzi.
– Jadłem coś kiedyś pałeczkami, trudno to było – martwi się Marek.
Beata wraca razem z drugim Ryszardem.
– Czego? – Ryszard jakby zachmurzony. – Przeszkadzacie mi. Właśnie się pakowałem…
– Muszę cię poinformować o jednej rzeczy – od razu przechodzę do rzeczy. – Kworum jest na tej sali.
Beata tłumaczy Ryszardowi co to jest kworum.
– Chyba sobie żartujecie – Ryszard patrzy na mnie podejrzliwie. – Te kilka osób co tu siedzi to jest kworum?
– Oczywiście – mówię – Beata daj ulotkę.
I Ryszard czyta:
– Zespół rockowy „Kworum”, w składzie: wokal: Ryszard, gitara: Jolanta, bas: Ela, perkusja: Marek…
– Tylko ja gram na perkusji? – nie może uwierzyć Marek. – A tu tyle bębenków!
Ryszard kontynuuje:
– …zespół obsługuje muzycznie wesela, chrzciny, komunie i stypy, a także wszelkie inne imprezy i uroczystości. Co to jest? Co to ma być?
– Kworum. Zespół – tłumaczę. – Jak potrzebne jest kworum na sali to wystarczą te cztery osoby i już jest.
Ryszard patrzy na mnie podejrzliwie. Widzę, że mi nie wierzy. Wpadł na jakiś pomysł, bo podnosi palec.
– Acha! Ale wasz zespół pisze się z dużej litery, a wymagane jest kworum pisane z małej litery. To nie to samo! Gramatyka jest ważna!
– Sam piszesz się z kropką z przodu zamiast z tyłu – mówię – więc nie bądź teraz taki gramatyczny.
Ryszard spogląda na mnie takim wzrokiem, jakbym siedział na kasie na lotnisku i mu powiedział, że został tylko jeden bilet na Maderę. Wychodzi trzaskając drzwiami.
– Perkusista w której ręce trzyma te pałeczki?
– Wiesz co, Marek – mówię – ty już nie będziesz grać na perkusji.
– Ale ja już prawie umiem! Jeszcze chwila i już wiedział co i jak!
– No nie, nie.
Reszta zespołu w szoku i pytają mnie jak oni w takim razie mają grać bez perkusisty.
– Wcale – mówię.
– Racja! – przytaknął mi nasz Ryszard. – Przecież my tak naprawdę mamy być kworum na głosowaniach!
– Też nie – mówię – nowoczesny ma rację, sama nazwa zespołu to za mało. To nie jest prawdziwe kworum.
– Więc my nie mamy racji?!- Jolanta jest wstrząśnięta.
– Nie.
– No to po co to wszystko? – Ela jest zdumiona.
– Bo teraz Ryszard pójdzie i opowie to wszystko Grzegorzowi. Grzegorz mu nie uwierzy i się pokłócą. I o to chodziło.

Koszulka dla Mateusza

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Wchodzi nasza rzeczniczka, Beata.
– Już – mówi.
Zostawiam kota pod opieką Jolanty i wychodzę z Beatą. W sali, w której ma się odbyć konferencja, czeka już mnóstwo dziennikarzy. I jest też on.
Zaczyna się.
– Panie prezesie, pierwsze pytanie! Dlaczego zgodził się pan na spotkanie z przewodniczącym Mateuszem?
– Cóż – mówię – powodów jest kilka. Między naszymi ugrupowaniami nie układało się najlepiej. Uznałem, że dla dobra nas wszystkich lepiej będzie poszukać tego co nas łączy niż tego co nas dzieli.
– Dzieli właśnie – Mateusz nerwowo mnie w ręku plik kartek i powoli przesuwa się do mnie. – Chciałbym panu wręczyć.
Wiem, oczywiście, że chce wręczyć i co chce wręczyć. To jest to, po co nalegał, aby w ogóle zorganizować tę konferencję. To dlatego tak mnie wzywano, wyzywano i nalegano abyśmy się spotkali na konferencji poświęconej demokracji. To oczywiście tylko pretekst. On ma podejść i wręczyć kartki, mają to sfotografować i pokazać wszystkie telewizje i gazety.
Co jest w tych papierach? To też nieistotne. Z tego co mi mówili „pakiet demokratyczny”, żądania, wezwania i nalegania aby było tak jak było, czyli demokratycznie.
Mateusz przysuwa się coraz bliżej. Spoglądam na Beatę, pora zaczynać.
Beata podchodzi do mnie i wręcza mi zawiniątko.
Odwracam się i podaję je Mateuszowi. Jest zaskoczony, zapomina, że ma mi podać dokumenty i chwyta to, co mu podaję.
Nie puszczam ręki, przytrzymuję paczkę, migają flesze.
Cofam rękę, Mateusz ogląda co mu podałem. Rozwija. To koszulka, czyli jak to młodzi mówią t-shirt. Na przedzie ma cytat „Warto być przyzwoitym” i podobiznę Włodka.
– Dziękuję – mówi zaskoczony Mateusz i usiłuje przełożyć w rękach koszulkę i dokumenty. Odwraca koszulkę tyłem, a tam napis „Wartość 'warto' wynosi 120 tysięcy”.
Migają flesze.
Mateusz spogląda na mnie i wyciąga w moją stronę papiery, ja jednak odchodzę w bok i stają przy mikrofonie.
– Cieszę się, że przewodniczący Mateusz znalazł chwilę, aby się ze mną spotkać. Jak już mówiłem, powodów było kilka. Pierwszy z nich to ten, że prawdopodobnie było to nasze ostatnie spotkanie w tym gronie.
Zapadła cisza i ktoś z sali pyta „jak to?”.
– Bardzo prosto – mówię – zarząd chce odwołać pana Mateusza z funkcji przewodniczącego. Więc chyba już się nie spotkamy jak prezes z przewodniczącym…
– Skąd pan wie… – pyta drewnianym głosem Mateusz.
– Z Tweetera – odpowiadam swobodnie. – Co, nie słyszał pan, że regiony robią przeciw panu rebelię? Nie? Naprawdę nic? Nawet ze Szczecina? No to chyba faktycznie powinni pana odwołać.
– A inne powody? – pada z sali.
– Kiedy przewodniczący Mateusz przestanie być przewodniczącym zapewne odda się sprawom rodzinnym. Z tego co wiem, wreszcie będzie mógł widywać dzieci. Ze swej strony niezwykle mi przyjemnie poinformować pana Mateusza, że będzie mógł przekazać swoim dzieciom radosną nowinę. Otóż nasza partia pochyli się nad ich losem i wielu innych dzieci. Postaramy się, aby osoby uchylające się od płacenia alimentów przekazywały jednak jakieś świadczenia. Nie ma sensu zaostrzanie kar, ci ludzie nie powinni siedzieć w więzieniu, oni powinni pracować. Przymusowo. A pieniądze będą przekazywane dzieciom.
Mateusz już nie podaje mi papierów. Stoi i słucha.
– To wszystko. Dziękuję państwu – mówię i wychodzę.
Wracam z Beatą do gabinetu.
– Świetnie pan wypadł.
– Wiem – siadam w fotelu, kot już jest przy mnie. – Wypisujcie fakturę.
– Za co?
– Jak to za co? Za koszulkę.
– A ile…
– Piętnaście tysięcy z groszami. Dokładną kwotę sprawdźcie sobie sami. Faktura ma być na ten ich komitet., Tylko nie zapomnijcie wpisać, że za koszulkę Mateusza. Ciekawi mnie, jak się będzie tłumaczył.
Siedzę sobie i głaszczę kota.  Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.

Legalny budżet

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Mariusz opowiada co tam u niego w ministerstwie. Nagle otwierają się drzwi i wpada Grzegorz. I od progu zaczyna krzyczeć.
– Może najpierw dzień dobry – mówię.
Grzegorz zaskoczony coś tam duka, wreszcie siada przy moim biurku.
– Ktoś cię prosił, żebyś usiadł? Nie rządź się – burczy Mariusz.
Zaśmialiśmy się razem z kotem, bo udał mu się ten dowcip jak mało co.
Ale Grzegorz, widzę, nadal zły.
– Co to jest? – pyta.
– Karma dla kota – mówię – zagraniczna, boście wszystkie polskie fabryki sprzedali.
– To, co to jest, ja się pytam – i kładzie mi na biurko jakiś papier.
– No co, czego nie rozumiesz? To pokwitowanie odbioru diety poselskiej.
– Zawsze było inne? Czemu je zmieniliście?
Mariusz poprawia krawat i mówi:
– Dobra zmiana.
– Na czym ta zmiana polega? – pytam.
– Tu, dopisali, o – Grzegorz obraca kartkę tak, abym mógł przeczytać. Zakładam okulary, kot w tym czasie próbuje zabrać Grzegorzowi kartkę.
– Zostaw – mówię.
Grzegorz zostawia kartkę i siada.
– Do kota mówiłem… No, niech tam. Co my tu mamy… „Ja, niżej podpisana, podpisany, kwituję odbiór diety poselskiej i tym samym uznaję legalność źródła mojego dochodu”.
– Zbigniew wymyślił – dodaje pospiesznie Mariusz.
– A konsultował z jakimś prawnikiem?
Mariusz, widzę, nie wie co powiedzieć, więc na wszelki wypadek wyjaśniam, że to żart. Grzegorz niby się śmieje, po uprzejmości, i mówi:
– Nadal uważamy, że budżet jest nielegalny.
– Podpiszesz to? – pytam.
– Nie podpiszę.
– No to nie dostaniesz diety.
– Ja wam…! Ja was…!
– No i do kogo pójdziesz na skargę? Do Donalda?
Tu już nawet Mariusz od razu zorientował się, że żartuję.
– Jakim prawem?! – Grzegorz się spina.
– To z troski o was – nadal głaszczę kota.
– Ładna mi troska!
– Tak, Grzegorz, to z troski. Nasz system sprawowania władzy jest…
– …faszystowski!
– Daj spokój Grzegorz, to, że przegraliście, to nie znaczy, że cały świat to faszyzm. Chodzi mi o to, że jeśli porównasz nasz sposób sprawowania władzy, a wasz, to możemy mówić o pewnym braku kongruencji.
Grzegorz mruga oczami, widzę, że nie wie o czym mówię, ale jest twardy, nie pyta. Pewno po wyjściu zaraz zagoni młodych od siebie do internetu żeby mu poszukali co znaczy kongruencja. Mariusz sięga dyskretnie po smartfona i stuka po ekranie.
– Wiesz Grzegorz dlaczego wygraliśmy? My naprawdę troszczymy się o ludzi. O was też. Nie mogę pozwolić, żebyście czerpali pieniądze z nielegalnego źródła. To jest, te, no…
– Paserstwo – podpowiada Mariusz stukając zawzięcie.
– Właśnie. Wziąłbyś pieniądze z nielegalnego budżetu, Grzegorz, i co? I Mariusz by cię musiał aresztować.
Grzegorz zaciska zęby, sapie, wywraca oczami, w końcu podpisuje papier i wychodzi. Za drzwiami widzę, kłębi się tłum.
– Zwycięstwo!!! – krzyczy  Grzegorz i macha podpisaną przez siebie listą. Błyskają flesze, podnieceni dziennikarze przekrzykują się z pytaniami.
– Nawet drzwi nie zamknął – mruczę do kota. – Co za maniery.
Mariusz rozumie od razu, wstaje i idzie. Wypycha Grzegorza na korytarz, odmawia komentarza i zamyka drzwi.
Siedzę sobie i głaszczę kota.  Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.