Artykuł 212

W szkole trwała walka o przeżycie. Starcie miało miejsce na lekcji języka polskiego. Pani polonistka wpadła na straszliwy pomysł dyktanda.
– Czy Unia Europejska zezwala na przeprowadzanie dyktand? – zastanawiała się głośno dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza.
– Jesteśmy w Polsce – przypomniała z namaszczeniem pani polonistka. – I jakaś tam Unia nie będzie nam dyktować czy robić dyktando czy nie. Gdybyście nie zauważyli, od jakiegoś czasu odzyskaliśmy nasze szkoły z powrotem. Dla Polski, dla nauczycieli, no i dla uczniów też. Teraz nasze szkoły są naprawdę nasze, polskie, piękne, patriotyczne, pełne poprawionej podstawy programowej… A poza tym przypomnijcie sobie tych wszystkich ludzi na przestrzeni wieków, którzy ginęli za to, żebyście teraz mogli mówić po polsku. Przecież gdyby oni to słyszeli…
– To nie fair – zaszemrała boleśnie klasa i nie oponowała już przeciwko sprawdzianowi.
– A zatem dyktuję – pani polonistka założyła ręce za plecy. – Michał Wołodyjowski był mistrzem fechtunku w walce na czarną broń.
– Co to jest fechtunek? – spytał zrozpaczony Sajmon, uczeń na wózku.
– Moja babcia to miała, taki guz pod kolanem, moja babcia to miała – wypalił okularnik z trzeciej ławki.
– Co ty pitolisz nędzna fiucino – Gruby Maciek pozwolił sobie na dezaprobatę. – To taka obrzutka z cementu kładziona na budowie pod tynk.
I się pobili.
– Popełniła pani błąd – powiedział Łukaszek.
– Widzę – odparła smętnie pani polonistka patrząc na okularnika i Grubego Maćka. – Chyba muszę ich usadzić jak najdalej od siebie.
– Nie mówię o nich, tylko o tym zdaniu.
– Jak mogłam zrobić błąd, skoro go nie pisałam?
– Bo to zdanie jest złe.
– O tym co jest złe, to ja decyduję, Hiobowski, to ja jestem nauczycielem, przypominam ci.
– Nauczycielką…
Pani polonistka zamknęła na chwilę oczy.
– No dobrze, gdzie to ja niby zrobiłam błąd? Wołodyjowski nie miał na imię Michał?
– Miał. Chodzi o coś innego. O broń.
– Nie był mistrzem?
– Był. Ale nie broni czarnej tylko białej. On był mistrzem broni białej.
– Nie, nie, nie, Hiobowski. Biała broń brzmi zbyt rasistowsko.
– Widziała pani kiedyś czarną szablę?
– A rękojeść?
– Czarne rękojeści mają szpadle z dyskontów a nie szable!
Awantura wisiała w powietrzu, gdy nagle otworzyły się drzwi i weszło trzech panów w garniturach i w ciemnych okularach. Mieli wypchane marynarki pod pachami, słuchawki w uszach i żuli gumę.
– Tajniacy! – pisnął okularnik.
– Mówiłem, że lepiej przebrać się za skejtów – powiedział pierwszy z panów.
– Milcz – skarcił go drugi pan.
– Kim panowie są? – zapytała pani polonistka.
– Dzień dobry, jesteśmy bobry – powiedziała trzeci pan.
Klasa zamilkła dławiąc się śmiechem.
– No to cześć, daj coś zjeść – odparł pogodnie Łukaszek.
Uczniowie eksplodowali śmiechem.
– Cisza! – wrzasnął trzeci pan i wszyscy umilkli. – My jesteśmy z Biura Ochrony Byłego Rządu, w skrócie BOBR. Nie igraj z nami chłopcze.
– Myślałem, że walczymy na głupie wierszyki – wyznał Łukaszek.
– Nazwisko!
– A ma pan prawo przetwarzać moje dane osobowe?
– Chłopcze, ja mam prawo przetworzyć nie tylko twoje dane, ale i ciebie. Nazwisko!
– Hiobowski.
– O! To my po ciebie!
Pierwszy pan i drugi wzięli Łukaszka pod pachy i wyciągnięto go z ławki.
– Dokąd go zabieracie? – zaniepokoiła się pani polonistka. – Jest lekcja, odpowiadam za niego.
– Do auli. Jest już tam dyrektor. Kazał go przyprowadzić.
– A… Acha… A o co właściwie chodzi?
– Będzie przepraszał Tunalda-Doska za to co napisał o nim w internecie.
– Jak to… Tunald-Dosk jest u nas w szkole?! – pani polonistka klasnęła radośnie, a panowie odruchowo sięgnęli pod marynarki.
– Niech pani więcej tego nie robi! – przestrzegł ją trzeci pan. – Tak, on jest tutaj. W auli.
Pani polonistka zerknęła przez okno.
– Nie ma żadnej limuzyny.
– Podjechaliśmy Pendotrolejbusino. No, chodź chłopcze, idziemy.
– Idę z wami!
– Sama pani mówiła, że ma lekcje.
– Ale ja chcę to zobaczyć!
– Mowy nie ma!
Pani polonistka podeszła do trzeciego pana i szepnęła:
– Mam w takim razie prośbę… Zastrzelcie go po drodze i powiedzcie, że uciekał…
– Martwy nie będzie mógł przecież przeprosić – odparł logicznie pan i wyszli zabierając ze sobą Łukaszka.
Milczeli przez całą drogę.
Aula była całkiem pusta, tylko na środku stało kilka stołów i krzeseł. Na stołach leżały papiery, przybory do pisania, stały laptopy. Na jednym z krzeseł siedział zmartwiony pan dyrektor szkoły. Koło okien stał Tunald-Dosk otoczony wianuszkiem osób. Podbijał piłkę. Kiedy zobaczył Łukaszka usiadł koło dyrektora i skinął, aby podprowadzić chłopca ku niemu.
Trzej panowie podeszli z  Łukaszkiem.
– Ach! To ty – powiedział Tunald-Dosk. – Nie spodziewałeś się, że się spotkamy co? Może autoghaf?
– Nie ma sprawy – Łukaszek wziął marker ze stołu, sięgnął po piłkę, podpisał się na niej i wręczył Tunaldowi-Doskowi. – To co, to już wszystko? Mogę wracać na lekcję?
– Widzę, że nie będzie łatwo – Tunald-Dosk założył nogę na nogę. – Łukasz, nie wolno w sieci wypisywać co się chce, szczególnie gdy to jest mowa nienawiści. Na przykład twój hejt wobec mnie.
– Kiedy to niby popełniłem jakiś hejt??? Gdzie???
– Dhwiłeś ze mnie na intehnetowym fohum! – uniósł się Tunald-Dosk.
– Czy mógłby pan polsku, bo nie rozumiem…
– Szefie, on sobie z pana hobi heheszki – odezwał się jakiś facet stojący za Tunaldem-Doskiem.
– Sam widzę! A tobie chłopcze odświeżę pamięć. Tu masz wydhuk…
Łukaszek rzucił okiem.
– Aaaale hejt…
– To jest mowa nienawiści! Jest taki ahtykuł kodeksu kahnego o numerze dwieście dwanaście. Za pomówienie jest grzywna lub więzienie.
– Ja pana pomówiłem???
– Nazwałeś mnie „niegodnym zaufania”!
– To nie o panu.
– Jak to nie?!!
– Imię i nazwisko jest inne.
– Też mi inne! Każdy głupi się domyśli kto to jest Nalddo Sktu!
Jakby w odpowiedzi otworzyły się drzwi do auli i weszło kilku kolejnych panów w garniturach. A wśród nich były prezydent Konisław-Bromorowski.
– Jeszcze jego tu bhakowało – zagryzł usta Tunald-Dosk.
Były prezydent wszedł witając się kordialnie ze wszystkimi. Potem rzucił krótko do jednego ze swoich:
– Śrubokręt!
Funkcjonariusz podał mu żądane narzędzie, a były prezydent wrócił do drzwi. Po czym szybko i fachowo zdemontował kontakt zostawiając samą puszkę i przewody spięte kostką.
– Fajny kontakt, przyda mi się – rzekł zadowolony Konisław-Bromorowski oddając łącznik i wkrętak funkcjonariuszowi. Spojrzał na ochroniarzy, dyrektora, Tunalda-Doska i Łukaszka:
– Szukam ucznia o nazwisku Hiobowski, powiedziano mi, że jest tutaj. Który to z was?
Tunald-Dosk jęknął cicho i wbił sobie pięści w oczy.
– To ja – rzekł Łukaszek.
– Acha. Łukaszu, żądam od ciebie przeprosin. Napisałeś o mnie, że jestem niegodny zaufania…
– Zahaz, zahaz – ocknął się Tunald-dosk. – On to pisał o mnie!
– Nieprawda! – wtrącił się Łukaszek. – Napisałem tak o Nalddo Sktu!
– Właśnie! – ucieszył się Konisław-Bromorowski. – A to przecież ja!
– Co ty opowiadasz! To przecież ja! O tobie napisał, że jesteś bucem i głąbem!
– No i to mi się nie podoba. O wiele bardziej za to podoba mi się to „niegodny zaufania”, To brzmi tak elegancko i dystynkcjowanie. Więc chłopcze przeproś mnie.
– Nie! Mnie!
– Mnie!
– Mnie!
– Może panowie się zdecydują – poprosił Łukaszek.
Po minucie krzyków pierwszy poddał się Tunald-Dosk. Chwycił piłkę z autografem Łukaszka i kopnął z całej siły. Piłka odbiła się od ściany i trafiła jednego funkcjonariuszy w plecy. Ten nie wahał się ani chwili, wyciągnął błyskawicznie broń i strzelił do piłki. Słysząc strzał inni panowie też wyjęli pistolety i…
– To wszystko twoja wina, Hiobowski! – pan dyrektor przekrzykiwał strzały czołgając się ostrożnie po zasłanym potłuczonym szkłem parkiecie.
– Moja? Czy to ja strzelam?
– To ta piłka…
– Ale czy to ja ją kopnąłem?
– Bo się zdenerwował!
– Ale czy to ja się z nim kłóciłem?
Pan dyrektor zacisnął pięści i zawołał:
– I co ja teraz mam zrobić?
– Jak to co? Remont!

Trudna sztuka reklamacji

Hiobowskim zepsuła się pralka.
– Co za szmelc – rzekł smętnie dziadek Łukaszka.
– Powiedz jeszcze, że przedwojenne się nie psuły – wtrąciła złośliwie babcia Łukaszka.
– Nie było pralek, była służba – rzekł z westchnieniem dziadek i założył ręce za głowę. – Zdaje się, wiesz coś o tym.
– Przestańcie się kłócić – poprosił tata Łukaszka wertujący dokumenty pralki.
– Muszą – potrząsnęła śliczną główką siostra Łukaszka. – Przecież byli po przeciwnych stronach tary!
– Jakiej tary???
– Do prania!
– Ha! – krzyknął triumfująco tata Łukaszka. – Wiedziałem! Na pralkę mamy jeszcze gwarancję!
– No to co? – obruszyła się mama Łukaszka. – Czy to upoważnia nas do przyjęcia postawy roszczeniowej? Pamiętajmy, że Polska to kraj trzeciej prędkości w Europie dwóch prędkości! To my, my powinniśmy napisać maila do producenta, przeprosić go że źle użytkowaliśmy pralkę i zaproponować mu odszkodowanie! Może dzięki temu polski konsument będzie się cieszyć lepszą opinią…
Zapadła niezręczna cisza.
– Może lepiej jedź sam załatwić tę reklamację – szepnęła babcia Łukaszka.
Tata Łukaszka pojechał sam.
Nie trafił od razu do serwisu. To znaczy trafił w dobre miejsce, ale serwisu już tam nie było. Był bank dla wegetarian.
– A serwis gdzie? – spytał tata Łukaszka taksując wzrokiem plakaty „pożyczka tania jak barszcz”.
– To pan nic nie wie? – zdziwił się pracownik banku. – Utworzono jedno wspólne centrum reklamacyjne.
– Super pomysł!
– Pan tam jeszcze nie był?
– Nie, a co?
– To widać.
Tata Łukaszka wzruszył ramionami i poprosił o adres. Jadąc wyobrażał sobie wielka halę, rzędy stanowisk, a wszystko to generujące oszczędności, których by nie było gdyby każdy serwis funkcjonował oddzielnie…
Bardzo się rozczarował.
Owszem, budynek wyglądał podobnie do tego, co sobie wyobraził. Napis jednak miał już inny.
– Zmienione Na Lepsze Katolickie Związkowe Wszechcentrum Obrony Terytorialnej Przed Usterkami… – przeczytał, pchnął drzwi i wszedł do środka.
Było pusto.
No, może nie tak całkiem pusto, bo obsługa była i to liczna. Wszyscy siedzieli w boksach, czy komputerach, z telefonami przy uchu. Do tego ruszyła tęga młoda dziewczyna oznaczona plakietką „kierownik”.
Tata Łukaszka poczuł się doceniony.
– Ilona Kierownik, podreferent sztabowy do spraw obsługi klienta, Szczęść Boże, w czym mogę pomóc? – zaszczebiotała dziewoja. Tata Łukaszka poczuł się lekko zmieszany.
– Pralka mi się zepsuła, jest na gwarancji…
– Gdzie ta pralka?
– W domu. Na razie przyniosłem same dokumenty…
– Niech pan je pokaże… O! Jest paragon… Zaraz, gidze ja mam kalendarz…
– Mówię pani, że jest na gwarancji.
– Ale ja tego nie sprawdzam – odparła dziewoja. – O! No wie pan! Kupił pan tą pralkę w niedzielę!
– No i co z tego?
– Ano to, że nie mogę uznać pana reklamacji. To nie jest usterka.
– Jak to nie??? To co to jest???
– Kara boska.
Tacie odjęło na moment mowę, a później zagroził, że porozmawia z kimś innym z sali.
– Proszę bardzo – dziewoja wzruszyła ramionami. – I tak się pan z nimi nie dogada. Obcokrajowcy. Uchodźcy.
– Co pani…!
– No tak, jest jak mówię… To są uchodźcy. Z Europy. Ten to Duńczyk, tamta to Estonka, Tamten jest Szwedem…
– Dobrze, że chociaż jedna Polka tu pracuje…
– Ale ja nie jestem Polką. Jestem Ukrainką.

8 stycznia 2017, niedziela

Musiała sama przed sobą przyznać, że te dwa pokoje, o których wspomniała Alicji, to tak… No, nie bardzo nadawały się. Znowu poczuła na siebie złość. Po pierwsze dlatego, że zbyt pochopnie obiecała, że weźmie matkę i Alę do siebie. Mogła dać sobie jeszcze chwilę do namysłu, mogła jeszcze się z tego wycofać lub zaproponować coś innego… Teraz już za późno. Słowo się rzekło i nie mogła już go cofnąć. A po drugie był zła – na siebie, za to, że przecież w tym roku miało się to zmienić. Miało już nie być stresu, nerwów, nieprzyjemnych sytuacji, które zazwyczaj sama sobie stwarzała.
A tu znowu coś.
No nic, wzruszyła ramionami i ponownie ruszyła na inspekcję dwóch pokoi.
Mąż Anki miał ambitne plany co do remontu całego domu. Zanim się rozwiedli wymienili wszystkie okna i zrobili centralne ogrzewanie. Pomieszczenia były więc suche i ciepłe.
I na tym kończyły się ich zalety. Bo im dłużej się na nie patrzyło tym bardziej było widać ich wady. Były to małe, ciasne pokoiki, potwornie brudne, z łatami odpadłego tynku. Drzwi były w fatalnym stanie. Pstryknęła wyłącznikiem. Zakurzona żarówka wisząca pod sufitem zajaśniała słabym światłem, przygasła kilka razy, po czym zaczęła mrugać brzęcząc nerwowo.
– Elektrykę też by trzeba zrobić – powiedziała Anka do siebie gasząc światło. – I dorobić gniazdka.
Poczuła przypływ energii. Nie ma co czekać, pomyślała i sięgnęła po telefon.
– Pan Wiesław? Witam, witam. Co słychać? A… No tak… Nie, bo ja dzwonię w takiej sprawie… Tak. Remont instalacji elektrycznej.
Pstryknęła wyłącznikiem jeszcze raz. Tym razem żarówka nie zapaliła się w ogóle.
– Wie pan co, ja myślę, że raczej trzeb by było zrobić ją od nowa. Dwa pokoje. Ale jak to nie?! W ogóle nie?! Dopiero w wakacje?! Niemożliwe, ma pan teraz tyle roboty?! Ach… No… Ale co ja teraz zrobię?!
Weszła do środka i oparła się o brudny parapet. Pan Wiesław, który złamał jej serce w zakresie elektryki, pocieszył ją, że ma młodego znajomego elektryka, który po pierwsze nie jest teraz specjalnie obłożony pracą, po drugie weźmie chętnie każde zlecenie, nawet przeróbkę dwóch pokoi. Po trzecie nie jest drogi, a po czwarte, właśnie się kręci gdzieś po okolicy. Ale pan Wiesław przyznał, że ów jego kolega posiada również wady, a mianowicie…
– E… – pan Wiesław nie mógł się jakoś wyartykułować. – On jest… Trochę… Dziwny…
– Zboczeniec? Morderca? – wystraszyła się Anka. Drzwi zamknęły się z cichym stęknięciem. Coś metalicznie brzęknęło na podłodze.
– Nie, skądże! – zapewnił ją z ulgą pan Wiesław. – ~I fachowiec znakomity! Ma tylko trochę… Trudny charakter. O. Tak.
– To niech mi pan prześle numer do niego – Anka zakończyła rozmowę i odwróciła się w stronę wyjścia. Po czym poczuła, że robi jej się słabo. Na podłodze leżała klamka. Widocznie drzwi zatrzasnęły się i wypadła.
Spokojnie. Tylko bez paniki.
Klamka, która leżała na podłodze nie miała w sobie tego kwadratowego trzpienia, który mogłaby wsunąć w zamek i go przekręcić. Ale może druga część klamki została w drzwiach?
Zajrzała do zamka, a potem położyła się na brudnej podłodze i przyłożyła oko do szpary pod drzwiami.
Druga część klamki też wypadła z drzwi i leżała na podłodze, tyle że na korytarzu. Drzwi był zatrzaśnięte. Co robić?
Jak nie drzwiami to oknem!
Delikatnie poruszyła klamką okna, poddała się. Jeszcze chwila, przekręciła ją do końca, a potem delikatnie otworzyła skrzydło okna na pełną szerokość. Powiało rześkim powietrzem i wolnością.
Ależ była sprytna! Poczuła wielkie zadowolenie z siebie.
Zadowolenie się skończyło, kiedy spróbowała wejść na parapet. Zdecydowanie nie była ubrana na podobne wyczyny. Mówiąc wprost, spodnie był zbyt obcisłe i…
– No przecież ich nie zdejmę – warczała Anka próbując postawić to jedną, to drugą nogę na parapecie. Wreszcie jej się udało.
No dobrze. Stała w oknie. Co dalej?
Dalej było jeszcze gorzej, bo teren wokół domu był zdecydowanie niżej niż podłoga w środku. Z trudem obróciła się, uklękła i zaczęła spuszczać nogi na zewnętrz.
– Co pani wyprawia?
Głos, chociaż cichy, zabrzmiał w jej uszach okropnie głośno. Z piskiem puściła się parapetu i spadła na ziemię. Zabolały kostki i stopy, ale na szczęście tylko przez chwilę. Uff, nic się nie stało!
Odwróciła się. Na chodniku, przed domem, stał jakiś facet w kombinezonie roboczym, trzymał w ręku siatkę z zakupami i patrzył na nią okrągłymi oczami. Poznała go od razu. To był ten sam, który w Nowy Rok pomagała zmienić koło w samochodzie. On jej chyba przynosi pecha!
– Wychodzę z domu – odparła siląc się na spokój, choć w środku kipiała z wściekłości.
– W ten sposób?
Miał irytującą manierę mówienia w absolutnie spokojny sposób jakby oglądał jakiś obraz na wystawie, a nie kobietę, która walcząc o życie skoczyła właśnie z okna.
– To mój dom i będę z niego wychodzić jak mi się podoba! – i Anka dodała jeszcze kilka grubszych słów i zaproponowała wulgarnie by jej rozmówca gwałtownie się oddalił.
– chodnik jest własnością publiczną i będę tu stał tak długo jak mi się podoba – odparł facet spokojnie.
Zamurowało ją na podobną bezczelność. Odwróciła się i bez słowa poszła do domu. No i oczywiście okazało się, że drzwi wejściowe są zamknięte. A klucze są w środku domu. Okno tarasowe też zamknięte.
Ależ miała pecha! Miała ogromną ochotę kopnąć w te drzwi tak, aby się rozleciały. Facet na chodniku nadal stał i się patrzył. Ach, jak ją to irytowało! Poruszył się po jej spojrzeniem i beznamiętnie zapytał:
– Co, nie może pani wejść?
– Jak pan widzi, nie mogę – i pokrótce opowiedziała mu o drzwiach i klamce.
– Ktoś z rodziny? Kto mieszka blisko? I ma klucze? – rzucał propozycje facet. – Naprawdę nic? To pozostaje otworzyć jedne drzwi albo drugie.
– Jak? – Anka poczuła się bezradna.
Facet odstawił siatkę, podszedł, obejrzał zamek w drzwiach wejściowych i powiedział, że chyba prościej będzie spróbować z drzwiami w pokoju.
– Pani pierwsza – zaproponował.
– Mam tam znowu wchodzić?? Przez okno??? Nie dam rady.
– Tak jak chce pani wejść? Podsadzę panią.
Anka przyjrzała mu się podejrzliwie ale nie była w stanie wymyślić nic innego. Facet pomógł jej wejść na okno, wszedł za nią, a potem wyjął z kieszenie gruby pęk kluczy. Podszedł do zamka i zaczął próbować je po kolei. Wreszcie coś stuknęło i drzwi otworzyły się.
– No wreszcie! – Anka przeszła do przedpokoju i do kuchni. Od razu, na wszelki wypadek do jednej kieszeni wsadziła klucze, do drugiej telefon. Może lepiej klamkę powinnam wsadzić, pomyślała z humorem. Pomyślała też, że powinna podziękować temu facetowi.
Ale go nie było.
Nie było go w kuchni, w korytarzu, wreszcie zajrzała do owego feralnego pokoju. Tam też go nie było. Tylko przymknięte okno świadczyło którędy wyszedł. Anka zastawiła drzwi krzesłem, weszła, otworzyła je na oścież i rozejrzała się po ulicy.
Zniknął niczym duch, pomyślała zamykając okno.

Mordercy węgla

Tak to w życiu bywa, że jak człowiek chce spotkać jakiegoś celebrytę, to nie spotyka, a spotyka wtedy, kiedy… No, w każdym razie tata Łukaszka spotkał kiedy poszedł wyrzucić śmieci do śmietnika pod blokiem.
Wyszedł z bloku i zobaczył, że pod śmietnikiem kręcą się dwie osoby. Jakaś pani w stroju joggingowym i jakiś pan w stroju wizytowym. Pani robiła rozciąganie nóg, a pan popalał papierosa.
– Też sobie miejsce znaleźli – westchnął tata Łukaszka. Przeszedł do śmietnika i jednym szybkim ruchem opróżnił wiaderko. Zajrzał na wszelki wypadek do wiaderka, faktycznie na dnie jeszcze coś zostało. Z obrzydzeniem sięgnął ręką, w palcach została mu spalona na węgiel grzanka.
– No wie pan – usłyszał za sobą oburzony męski głos. – W ten sposób postępować z chlebem…?
Odwrócił się, to mówił do niego ten facet w stroju wizytowym. Tata Łukaszka po dłuższej chwili rozpoznał w nim robotnika Andrzeja z brygady remontowej.
– Co ja poradzę, żona uparła się grzanki zrobić i oto efekt.
– Ale to chleb, proszę pana, a Jezus mówił…
– Jezus mógł sobie mówić co chciał – przerwał zmęczonym głosem tata Łukaszka. – Nie miał żony!
Robotnik Andrzej musiał przyznać mu rację.
– Ale niech pan patrzy, przecież ta grzanka jest spalona na węgiel!
Zza ściany śmietnika rozległ się narastający pisk. Po chwili zza narożnika wyłoniło się jego źródło, czyli pani w stroju joggingowym.
– Ktoś powiedział: węgiel? – spytał drżącym z przejęcia głosem. Spojrzała na rękę taty Łukaszka i ujrzała spaloną grzankę. Wtedy rzuciła się na tatę, zaczęła płakać, krzyczeć, popychać go i kopać.
– Ty górniku! Morderco węgla!
Tata wraz z robotnikiem Andrzejem jakoś zdołali panią uspokoić.
– Nie mogę się uspokoić – wyznała pani. – Ja niedawno dowiedziałam się, że są takie miejsca, gdzie pod ziemią odbywa się rabunkowa wycinka węgla.
Tata Łukaszka spojrzał na robotnika Andrzeja, a robotnik Andrzej na tatę.
– Czy chodzi pani o kopalnię? – spytał słabo tata.
– Tak, tak! Słyszał pan o tym? Bo ja niedawno dowiedziałam się o istnieniu tego procederu. Ludzie są straszni, już rzeź drzew im nie wystarcza. Pokolenia będą musiały odbudowywać te zniszczenia. Tu, w telefonie mam zdjęcia. Niech pan zobaczy jakie olbrzymie bryły węgla. To wszystko wyrwane, rozkawałkowane, wydarte ze skały. Zgroza. I nikt nie protestuje. A tu zdjęcie, ja pod ścianą z węglem, a tu obok odłupane kawały. Komu to przeszkadzało? To jest straszne i wstrętne. Najpierw tacy ludzie niszczą węgiel, a potem wracają i jakby nigdy nic jedzą obiad, gładzą dzieci po głowach i w niedzielę idą do tego ich kościoła!
– Co pan na to – rzekł tata Łukaszka do robotnika Andrzeja.
– Nie wiem co powiedzieć, pani Runga-Kisin jest bardzo zdenerwowana i żadne argumenty ni będą w stanie…
– O! To jest Runga-Kisin???
– Tak to ja, a bo co? Czemu się pan tak dziwi?
– Bo jest pani celebrytką, a takich ludzi zazwyczaj się nie spotyka na ulicy…
– Och proszę pana, ja często bywam na ulicy, na przykład teraz uprawiam jogging…
– Nie widać.
– Jak to nie widać, przecież mam na sobie specjalny strój, który kosztował… – i tu pani celebrytka wymieniła konkretną kwotę. Bardzo konkretną.
– Ile??? – nie mógł uwierzyć tata Łukaszka. – Za parę butów i spodni?
– To nie tylko buty i spodnie. To też bluza! I telefon, słuchawki, opaski, skarpetki, woda…. I kolczyki.
– Ale to i tak nie powinno tyle kosztować…
– Cenę nabijają kolczyki. Takie specjalne, do biegania. Są z diamentami.

Wariant na Bartłomieja

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Naprzeciwko mnie siedzi Zbigniew i widzę, że coś go gryzie. Czekamy, który zacznie pierwszy. Ale Zbigniew jest twardy, jest w końcu tylko ministrem, ma mało pracy, może sobie tak pozwolić siedzieć nie wiadomo jak długo i milczeć. Ja nie mam tyle czasu.
– No to czego się boisz? – pytam Zbigniewa.
Zbigniew poprawia okulary.
– Oj tam boi, zaraz boi. Żeby odpowiedzieć najpierw musiałbym zdefiniować „ja”. W przepisach prawa handlowego…
– Widać, widać żeś prawnik – przerywam mu. – Powiedz z czym masz problem, że się u mnie zjawiłeś.
– No właśnie o prawników chodzi. Mamy ich wszystkich zwol…
– Zreformować.
– O! No właśnie, zdeformować i już. Ale to nie takie proste. Wie pan jaki się podniesie krzyk? Jaka będzie nagonka w mediach? Możemy nie wytrzymać. A zacząć, a potem odpuścić to najgorsze co może być. Już lepiej w ogóle nie zaczynać.
– To ostatnie nie wchodzi w rachubę – mówię mu. – Musimy to zrobić. Martwisz się, że media, tak? To może jakoś odwrócimy ich uwagę, co? Może zrobisz coming out że jesteś gejem? To teraz takie modne.
Zbigniew przerażony zrywa się z fotela.
– Ależ… Panie prezesie!
– Żartowałem. Powiedz mi lepiej który z naszych ministrów jest najbardziej nielubiany?
– Ależ panie prezesie, ja naprawdę nie mogę!
– No już, już. Antoni?
– Nie, żebym coś mówił… Ale ja się z panem zawsze zgadzam. Tak, jeśli ktokolwiek miałby być to tylko pan Antoni.
– No i widzisz, jak chcesz to potrafisz – i proszę panią z sekretariatu aby wezwała tu do mnie Antoniego.
Antoni pojawia się po kwadransie.
– Masz jakiegoś znajomego chłopaka? – pytam go. – Potrzebuję kogoś do akcji specjalnej.
– Coś by się znalazło – zamyśla się Antoni. – Jest ten, no… Bartłomiej!
– Piękne imię – kiwam głową. – No to Antoni słuchaj, zatrudnisz go jako swojego rzecznika.
– Co? On nie ma kwalifikacji! Przecież mnie rozszarpią! Zrobi się awantura i wszyscy będą wołać o jego dymisję.
– Wtedy go zwolnisz.
– Acha. Ale nadal nie rozumiem…
– i wsadzisz do jakiejś rady nadzorczej.
– Ależ panie prezesie! Oni i tam go wytropią.
– Długo tak? – pyta smętnie Zbigniew.
– Tak długo, aż ty się wyrobisz – mówię mu.
– A kiedy mam zacząć?
– Jak to: kiedy? Już.
– To już muszę lecieć! Załatwiać! Organizować!
– No to leć!
Zbigniew żegna się i wychodzi.
– To jego pomysł? – Antoni wstaje, żeby się też pożegnać.
– Częściowo.
– Nieźle to wymyślił
– Może i nieźle, ale .wiesz co on potem powiedział7 On uważa, że wszystkiemu winny jest człowiek.
Antoni uśmiecha się i wychodzi z mordem w sercu..
Siedzę sobie i głaszczę kota.  Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.

Brzoskwinie

– Pyszne. Martyna, co to jest?
– Smoothie z jarmużu.
– Ej, co wy tu robicie, to miało być babskie spotkanie! Wypad stąd!
– Chcieliśmy zobaczyć jaki skarb Marian złowił w tej telewizji…
– Mnie złowił, a co?
– Bo ja tak sobie myślę, że ten cały seksualizm to jedna wielka ściema, o. Praca to jest na polu, bo z tego coś jest, a…
– Gadasz głupio, Tomek, a jak będziesz tyle chlał i palił to za parę lat będziesz przyjeżdżał do Martyny jako pacjent. I będziesz udawał, że do Mariana w odwiedziny, cha cha cha…
– Cha cha cha!
– Wcale że nie, poza tym jeszcze nie wiadomo czy Marian ją wybierze!
– Co ty gadasz, pasują do siebie.
– A ja ci powiem Tomek, że seksuolog to bardzo ważny zawód. Bo to jest bardzo ważna dziedzina życia. To jest jak przyprawa, nadaje smak każdej czynności, jest wszędzie, trzeba go tylko wyczuć…
– Jak to jest wszędzie?
– No to patrz.
Martyna sięgnęła po brzoskwinię, po czym zaatakowała ją ustami, zębami i językiem.
– O Jezu…
– Marian, ty szczęściarzu!
– To nie tak!
– Patrzcie, ale się Marian zaczerwienił!
– Niejeden by chciał być na miejscu tej brzoskwini. Marian, przyznaj się!
– Wynocha stąd, to miało być babskie spotkanie!
– Nie pchajcie tak!
– Dobra, idziemy!
– Cześć!
– Poszli wreszcie.
– Co za świnie.
– Facetom tylko jedno w głowie.
– Nie tylko facetom, Martyna, co ty odstawiasz?! Co ty chcesz przez to udowodnić, co? Przecież oni będą nas postrzegać tylko w ten sposób! Że my nadajemy się tylko do jednego! Że my jesteśmy tylko po to, żeby im robić to co ty z brzoskwinią!
– No, nie tylko. Jeszcze żeby prać…
– Prasować…
– Obiad, obiad zrobić…
– Hej, hej, dziewczyny! Ja wam tylko pokazuję sposób. Co wy z nim zrobicie to już wasza rzecz. Możecie tak tym wpłynąć, że wasze życie będzie inne. Może bogatsze? Może ciekawsze? Ale pomyślcie tylko jak facet będzie was o to prosił, błagał wręcz… Będziecie go mieć dosłownie w ręku…
– Jak? Mam codziennie przed nim jeść brzoskwinię?
– Oj Marzena, brzoskwinia to tylko przykład! Przecież tu chodzi o coś zupełnie innego!
– A o co?
– Oj, nie mogę. Co, nic nie rozumiesz?
– O jajka chodzi! Hi hi hi!
– To co, chcecie się czegoś nauczyć? Na kiedy się umawiamy? Na jutro?
Jutro.
– Wszystkie już są?
– Nie, Marzeny nie ma.
– Idzie.
– Ale zasuwa. Zła jest.
– To widać.
– O tak, to widać, że jest zła.
Martyna, lepiej uważaj.
– I co?! I co?!
– Marzena, nie krzycz tak, tylko powiedz o co chodzi.
– O co chodzi?! O te twoje wczorajsze wygłupy z brzoskwinią! Zrobiłam to wczoraj z moim facetem!
– O Jezu!
– I co, wzięłaś też brzoskwinię?
– Nie! Jajka!
– O Jezu!!
– Zrobiłam dokładnie to co ty! A on tylko siedział i się dziwnie patrzył! To jest jakieś oszustwo! Nie pozwolę robić z siebie idiotki!
-Na pewno zrobiłaś wszystko jak trzeba?
– Na pewno! Najpierw ugotowałam je na twardo, potem obrałam ze skorupki, a potem zjadłam dokładnie tak, jak pokazywałaś z brzoskwinią! I to trzy jajka! A on – nic! Tylko się dziwnie patrzył!

6 stycznia 2017, piątek

Myślałam: do cholery
to chyba tylko sen.
Wciąż progi i bariery
zmieniają życia bieg.
Bajm – Płynie w nas gorąca krew

Do sąsiadki trudno było trafić.
Nie geograficznie oczywiście, bo do tego wystarczyło by Anka zapukała do drzwi obok mieszkania matki. Trudno było trafić w sensie werbalnym, bo sąsiadka w kółko powtarzała kilka zdań. Że matka hałasuje i hałasuje.
– Jak na razie to słychać głównie panią – powiedziała jej Anka.
Podziałało. Sąsiadka obrażona zamilkła na chwilę.
– Proszę pani! A pani to w ogóle kto?
– Córka – wyjaśniła zwięźle Anka.
– Pani jest córką pani Mazur? Alę to kojarzę, ale panią to nie…
– Rzadko bywałam.
– Na pewno jest pani córką? Pani niepodobna do Ali.
– Na pewno.
– No to pani Mazur, powiem pani, że…
– Nie nazywam się Mazur tylko Kaczmarek.
– Co? A, no tak, nazwisko pewno po mężu.
– Po mężu to Nowak. Rozwiodłam się, a nazwisko mam panieńskie.
– Jak to? – sąsiadka pogubiła się i patrzyła teraz ze szczerym zdumieniem.
– Mama wyszła drugi raz za mąż. Za Mazura.
– Aaa… – sąsiadka była podekscytowana. – To wszystko jasne. A ja myślałam…
– Niepotrzebnie – odcięła się złośliwie Anka. – Pani już powiedziała swoje i dziękuję.
– No co za… – zaczął się unosić sąsiadka, ale Anka ją zignorowała i wróciła do mieszkania matki.
Matka w towarzystwie Alicji siedziała na sofie i spoglądała na nią spode łba spojrzeniem dzieciaka, który narozrabiał a teraz gra uosobienie niewinności.
– No i co powiedziała sąsiadka? – zapytała Alicja.
– Nic takiego – wzruszyła ramionami Anka. – Ta tępa dzida…
– Słyszałam!!! – zapiszczało coś od drzwi. To była sąsiadka z twarzą wiśniową jak piwonia. – Co za chamstwo! Chciałam tylko powiedzieć, że do tej pory to ja przymykałam oko, ale od tej pory będę dzwonić na policję albo straż miejską!
I wyszła trzasnąwszy drzwiami.
– No i co narobiłaś – rzekła Ala z wyrzutem, podniosła się z sofy i ruszyła w kierunku wyjścia. – Trzeba ją przeprosić, ona ostatnio zajmowała się mamą…
– Potem – Anka podeszła do barku i otworzyła go. – Ho ho!
– Nie ma alkoholu – odezwała się matka.
– Bo z panią Kasią wszystko wypiłyście – poinformowała Ala.
– Cicho bądź!
– Ona ma rację – Anka odwróciła się w ich stronę. – Przecież jak byłam na Boże Narodzenie to barek był pełen różnych butelek. A teraz nie ma ani jednej. I… Naprawdę pobiłaś jej chłopaka!?
– Zaraz tam pobiłam – matka była bardzo z siebie zadowolona. – Niczego takiego nie było.
– Ależ ja pamiętam! – wykrzyknęła Ala.
– A ja nie pamiętam, no i co? – odparła matka i zachichotała.
Anka powiedziała, że świetnie sobie radzą we dwójkę, że ona niepotrzebnie tu w ogóle przyjeżdżała i wraca do siebie.
– A mama? – wystraszyła się Ala.
– Zostaje tutaj.
– Mowy nie ma! Przecież mnie pół dnia nie ma w domu! A kto mamę wtedy upilnuje?! Po twoim występie żadna sąsiadka nie będzie chciała mi pomóc!
– Jak jesteś taka mądra to powiedz co zrobić.
– Bardzo prostą rzecz. Zabierz mamę do siebie. On będzie mieć opiekę a ja będę mogła skupić się na studiach…
– …i Krzysiu – dokończyła matka. Anka parsknęła śmiechem.
– Ale wy jesteście! Tak, tak, no i co z tego?
– Twój chłopak jest dla ciebie ważniejszy od matki – Anka wbiła szpilę z prawdziwą satysfakcją. – Cóż za egoizm!
– A ty masz chłopaka?
– Oczywiście, że nie.
– Więc przenosisz nad mamę samą siebie. To dopiero jest egoizm!
Anka odwróciła się do okna i spojrzała na szereg poznańskich, starych, brzydkich, brudnych poznańskich kamienic. Ta wymiana złośliwości mogłaby trwać długo, ale od dłuższego już czasu wiedziała, że będzie musiała się zgodzić, choć bardzo jej się to nie podobało.
To całkowicie rozwali tę pieczołowicie wznoszoną budowlę jej życia.
Ale trudno. Trzeba mieć nadzieję, że to potrwa krótko.
– No dobrze – powiedziała wreszcie. – Ale nie teraz.
– Co?! Jak to?!
– Przecież dom jest w remoncie. Muszę dokończyć dwa pokoje, żebyście miały gdzie mieszkać.
– Jak to: dwa?
– Drugi dla ciebie.
Alicja gwałtownie zaprotestowała, przypominając, że ona przecież studiuje.
– Jest dobry dojazd pociągiem – rzekła Anka chłodno. – Inni też dojeżdżają i żyją.
Ale Alicja nadal nie chciała się zgodzić.
– Niech ci będzie w zwykłe dni – ustąpiła kawałek Anka. – Ale po pierwsze będziesz przyjeżdżać na weekendy. A po drugie, ja będę tu do ciebie wpadać na kontrole. Żeby się nie okazało, że Krzysio nie jest takim safandułą jak myślę!