Memento mori vs carpe diem

Pan Sitko zdawał sobie oczywiście sprawę ile ma lat, ale lekarz wyłożył mu to w dość bolesny sposób. Zresztą, robienie czegokolwiek boleśnie jest dla lekarzy bardzo charakterystyczne.
– Starość – rzekł lekarz z satysfakcją, bo sam był młody.
Pan Sitko się zasępił.
– Jak to: starość? Już?
– Ano już, proszę pana. Musi pan na siebie uważać. Bo to, proszę pana, nie ma żartów.
– Ile mi czasu zostało? – zapytał dzielnie pan Sitko.
Lekarz wzruszył ramionami i zaczął postukiwać palcem w stojącą na biurku tabliczkę „Dr Grzyb, dermatolog”.
– Tego to ja panu nie powiem.
– Każdy lekarz tak mówi!
– Więc sam pan widzi. Zresztą, takie wyliczenia są nic nie warte. Przecież może pan umrzeć nawet jutro!
Dla pana Sitko był to cios.
Zakończył szybko wizytę i w minorowym nastroju wracał do domu. Pod blokiem omal nie wpadł pod samochód.
– Co pan?! Życie panu niemiłe?! – z okna pojazdu wychylił się robotnik Andrzej z brygady remontowej.
– Miłe, ale… – westchnął pan Sitko ocierając pot z czoła rozdygotaną ręką. – Żeby to człowiek wiedział jak i kiedy się ono skończy… A tak… To można w każdej chwili…
– Można – przytaknął robotnik Andrzej. – Nazywa się to memento mori.
– O Boże – pan Sitko cofnął się wstrząśnięty i chwycił się za szyję. – To widać po mnie?!
– Każdego to czeka, szanowny panie…
– A da się coś z tym zrobić?
– Receptą jest carpe diem – robotnik Andrzej uniósł palec do góry.
Pan Sitko był w takim stanie psychicznym, że nawet zapomniał podziękować i poszedł do domu.
Kiedy znalazł się już w mieszkaniu zrobił coś dziwnego. Sięgnął bowiem do szafy stojącej w korytarzu, na najwyższą półkę i wyjął stamtąd futro pani Sitko. Ułożył je na kanapie, a sam zasiadł za stołem w kuchni.
I tak zastała go żona.
Wpadła do mieszkania owiana wiosennym wiatrem, zakręciła się po korytarzu i zajrzała do kuchni, gdzie w jesiennej rozpaczy siedział jej małżonek.
– A! Tu jesteś! Co robisz?! Znowu piłeś!
– Nic nie piłem, byłem u lekarza.
– No i co ci powiedział?
Pan Sitko wstał, założył ręce za plecy, przeszedł do pokoju, podszedł do okna i stamtąd obejrzał się na żonę i rzekł:
– Powiedział, że mogę umrzeć nawet jutro.
– Bzdura – rzekła autorytarnie pani Sitko. – Pić powinieneś mniej, a nie jakieś takie… Co to leży na kanapie? Futro? Kupiłeś mi?
– Nie, to twoje stare. Wyjąłem z pawlacza.
– Czyś ty oszalał?!! Po co mi futro w maju?!!
– Teraz nie, ale na zimę… Schowaj sobie gdzieś pod ręką.
– A czemu nie w szafie, gdzie było?
– Bo sama tam nie sięgniesz.
– No to ty mi sięgniesz jesienią.
– Przecież mówię ci, że mogę umrzeć nawet jutro – przypomniał łagodnie pan Sitko.
Pani Sitko była twardą kobietą, ale logika w rozumowaniu jej męża zachwaiła jej pewnością siebie.
– No a co ci właściwie jest? Co ci powiedział lekarz? Masz raka?
– Mam mementomorię – oświadczył zgaszonym głosem pan Sitko.
– Nigdy o czymś takim nie słyszałam!
– O piwie milk stout też nie słyszałaś, a jest.
– Co to właściwie jest ta mementomoria? – pani Sitko była podejrzliwa.
– Nie wiem dokładnie, ale widać ją gołym okiem. Jeden taki robotnik budowlany pod naszym blokiem mi potwierdził. Że mam. Echh… – i pan Sitko westchnął głęboko.
Pani Sitko myślała intensywnie.
– Lekarz! A ten lekarz nie powiedział ci jak się leczyć?!
– Nie. A ten robotnik też dobry. Powiedział mi, że lekarstwem ma być karp na receptę. No powiedz sama, kto w aptece sprzedaje ryby.
Pani Sitko sięgnęła do bogatych pokładów pamięci własnej i przyznała, że nie zna apteki, w której sprzedawano by ryby.
– Sama więc widzisz – i zrezygnowany pan Sitko stał na kanapie.
Pani Sitko runęła do kuchni. Szybki przegląd zapasów potwierdził jej najgorsze przypuszczenia. Karpia nie miała. Miała za to golonkę.
– Właściwie… – zamyśliła się pani Sitko. – Właściwie to prawie to samo…
Kiedy golonka była w trakcie przyrządzania pani Sitko zajrzała do pokoju. Jej mąż już nie siedział na kanapie, tylko stał przy otwartym barku i kontemplował ciasno upchaną obfitą zawartość.
– No i powiedz sama – zwrócił się pan Sitko do małżonki. – Czy jest sens? Czy jest sens gromadzić tak to wszystko, skoro człowiek może umrzeć na ten przykład jutro?
– Nie ma – przyznała pani Sitko. – O Boże, przecież ja sama w życiu tego wszystkiego nie wypiję. Ty to musisz zrobić.
– Ja?
– A co, mam to może wylać? Żeby się zmarnowało? Siadaj zaraz i pij. Zacznij od tych napoczętych.
– Ale jak tak na pusty żołądek…
– Zaraz będzie golonka.
– A co będzie jak wypiję wszystko?
– To kupimy nową. Bo co to za polski dom bez wódki – powiedziała z mocą pani Sitko. – A zresztą nie myśl co będzie tak daleko. Przecież możesz umrzeć nawet jutro. Cieszmy się więc tym, co mamy.

Czarna lista

Tata Łukaszka był bardzo zajęty w pracy.
Poprawiał błędy po swoim koledze Kubiaku.
Dużo błędów.
Spieszył się, miał mało czasu.
Kubiak za to nie robił nic – szef mu zakazał w ogóle dotykać się do komputera – więc rozwalił się w fotelu i bezczelnie podrywał młodą dziewczynę z kadr.
Tata Łukaszka tak się skupił na pracy, że ich głośna rozmowa mu nie przeszkadzała. Wkrótce jednak zaczął go rozpraszać szept. Bo do młodej dziewczyny z kadr podeszła pani z księgowości i zaczęły o czymś szeptać.
– Co tam macie? – zainteresował się Kubiak.
– Szsz! – zgromiły go panie i zaczęły znowu szeptać. – To tajne…
Tata Łukaszka zaczął natężać słuch i mylić się podczas pisania.
W końcu nie wytrzymał, przerwał i się odwrócił.
Kubiak i obie panie nachylali się na jakimiś kartkami i coś tam pisali.
– Co to jest? – spytał tata Łukaszka.
Tamci drgnęli, wystraszeni.
– Właściwie… To niech zobaczy… – powiedział Kubiak.
Tata Łukaszka podszedł. Na kartkach widniały same nazwiska pracowników ich firmy.
– To czarna lista – wyszeptała nabożnie pani z księgowości. – To lista pracowników, których dyskryminuje nowy dyrektor.
Tata Łukaszka, wystraszony, spojrzał na kartki i odetchnął z ulgą. Jego nazwiska tam nie było.
A młoda pani z kadr dodała:
– Noszę tę listę po wszystkich działach… Ciągle nowe osoby się dopisują… Pan też chce?

Atencja poprzez nieobecność

Szli sobie Hiobowscy przez osiedle wracając z niedzielnego spaceru, aż tu nagle zaskoczył ich napis na tablicy pod osiedlowym domem kultury.
Napis ten zauważyła siostra Łukaszka i z miejsca wyniknęło przykre zdarzenie. Siostra była znana z tego, że za napisami nie przepadała. Czytać, owszem, potrafiła, ale od literek i cyferek o wiele bardziej wolała obrazki. Zwłaszcza ruchome. Zatem siostra chciała się popisać umiejętnością czytania. Niestety, wskutek pośpiechu i stresu nie doczytała wszystkiego.
– O! – zakrzyknęła siostra Łukaszka wskazując na tablicę – Zobaczcie kto u nas wystąpi!
Hiobowscy podeszli do tablicy, a wraz z nimi kilka innych osób zwabionych krzykiem siostry.
Wkrótce też okazało się, że siostra popełniła drobną, acz istotną pomyłkę.
– Chyba kto nie wystąpi – sprostowała babcia Łukaszka. – Zobaczcie, przecież tam jak wół stoi „W naszym domu kultury nie wystąpią”…
Siostrze zrobiło się przykro.
– No już, no już, dobrze – Łukaszek poklepał ją delikatnie po ramieniu. – Prawie dobrze.
– Prawie robi różnicę. Ten drobny wyraz kompletnie zmienia sens zdanie, tak więc procentowo… – zaczął tata Łukaszka, ale spojrzał w oczy siostry Łukaszka i zamilkł.
– Okularów nie wziąłem – poskarżył się dziadek Łukaszka. – Czy ja się wreszcie dowiem, kto wystąpi?
– Kto nie wystąpi – poprawiła go babcia. – Więc w najbliższy czwartek nie wystąpią u nas Pływah i Cesia-Karekwicka.
– Co? Kto? – rozpaczliwie dopytywał się dziadek. – A tak byłem spragniony dobrej rozrywki!
– To bardzo się cieszę – odezwał się z tyłu jakiś żeński głos. Za Hiobowskimi stała młoda dziewczyna.
– Jak już pani czyta listę, to proszę doczytać do końca!
Babcia spojrzała ponownie na tablicę i stwierdziła, że faktycznie, coś jej umknęło. Na samym dole, małymi literkami widniało jeszcze jedno nazwisko.
– Zofia DeMoll.
– To ja – oznajmiła z dumą dziewczyna. – Czy słyszeli już państwo jakąś moją piosenkę?
– Nie.
– I raczej nie usłyszymy – dodał Łukaszek.
– Dlaczego?
– Przecież pani nie wystąpi.
– A no faktycznie – Zofia DeMoll zwiesiła głowę. – Ale zaraz! Przecież państwo możecie mnie posłuchać w internecie.
– Ile już ma pani piosenek? – zapytała siostra.
– Dwie… – przyznała piosenkarka. – Ale za w trzech wersjach! To co, obejrzą państwo?
– To jak to jest? – zainteresował się tata Łukaszka. – Tutaj pani nie chce wystąpić, a w internecie pani występuje? Czemu?
– Tutaj nie występujemy przeciwko prezesowi domu kultury! A w internecie go nie ma!
– Jest, ma konto na Fejsie – wtrąciła się siostra.
– To się nie liczy – mama Łukaszka czule pogłaskała plakat. – Ja to rozumiem. Ja się cieszę. Cieszę się, że takie wielkie artystki jak Pływah i Cesia-Karekwicka rozumieją, że terror na naszym osiedlu nie pozwala na swobodny odbiór sztuki. Co innego internet. Oczywiście, będziemy słuchać pani piosenek, pani Ireno DeDur…
– Zofia DeMoll!
– A ja nie będę – nadął się dziadek. – Ja wolę przyjść tutaj na koncert Roryli-Madowicz.
– To ona tu wystąpi??? – zdumiała się babcia.
– Nie jest napisane, że nie wystąpi, więc…
– To państwo widzę jeszcze nie wiecie, ona tu też nie wystąpi – pospieszyła z informacją piosenkarka. – Stwierdziła, że jest taki terror…
– Jaki terror?! Jaki terror?! – rozzłościł się dziadek. – Za komuny występowała i było dobrze, a teraz jest źle?
– Oczywiście – odparła z przekonaniem mama Łukaszka. – Wystarczy poczytać „Wiodący Tytuł Prasowy”, żeby wiedzieć, że nie ma demokracji.
– Sam fakt, że „Wiodący Tytuł Prasowy” się ukazuje, świadczy o tym, że demokracja jest – ripostował tata Łukaszka.
– Wypraszam sobie – obraziła się babcia. – Proszę tak nie demonizować minionych lat. Policzcie no ile mostów zbudowano to potem pogadamy.
– Sam most to nie wszystko – szalał dziadek. – A wolność? Czy za komuny można było tak sobie wstać i powiedzieć, że jest źle?
– Nie.
– No więc!
– Bo było dobrze.
– Uch! – stęknął dziadek i zwrócił się do Zofii DeMoll:
– Niechże pani zakrzyknie publicznie, że jest teraz źle.
– Jest źle! – krzyknęła piosenkarka.
– No i co, spotkały panią jakieś represje?
– Nie, ale…
– A niech pani krzyknie, że teraz jest dobrze – zaproponowała z demonicznym uśmiechem mama Łukaszka.
Piosenkarka odmówiła z przerażeniem w oczach.
– Wiecie państwo co by się stało gdyby się dowiedzieli że wołam na ulicy, że jest dobrze?
– Co za czasy – pokręcił głową tata Łukaszka. – Kiedyś karali ludzi za mówienie, że jest źle, a teraz karzą za mówienie, że jest dobrze.
– Bo za każdym razem to prawda? – spytał Łukaszek. – Niech pani powie co by się stało?
– Nie wydaliby mi płyty – wyszeptała blada ze strachu Zofia DeMoll.
– Kto by nie wydali? – zirytował się dziadek.
– Karosław-Jaczyński – powiedziała głośno siostra powodując wybuch śmiechu.
– A to akurat prawda, bo Karosław-Jaczyński nie wyda płyty tej pani – powiedział po chwili tata Łukaszka.
– No i widzisz jaki on jest – załamała ręce mama Łukaszka.
– Proszę pani – dziadek zwrócił się do piosenkarki. – Obiecuję, że nie pójdę na pani koncert, a co więcej obiecuję, że nie pójdę na wszystkie następne. Niech mi pani tylko poda przykład terroru, co to go kiedyś nie było, a teraz jest. Ale to ma być terror. Taki prawdziwy.
Zapadła cisza.
– Y… No… Więc… – wysilała zwoje Zofia DeMoll. – Kiedyś nie do pomyślenia byłoby żeby w biały dzień i w majestacie prawa usuwać tabliczki z ulicą Świerczewskiego!

Jagoda chce iść do kina

Jagoda, dziewczyna Łukaszka poznana na koloniach, była zła.
– Jak to: nie dasz rady?
Łukaszek westchnął smutno.
– Nie znasz mojej rodziny.
– Chętnie poznam – oznajmiła z mocą Jagoda. – Przyjdę dziś do was na obiad.
– Powiem mamie, ale nie wiem, czy się zgodzi…
– Łukasz – powiedziała skośnooka brunetka. – Ja się nie pytam. Ja mówię, że przyjdę do ciebie na obiad.
– A jak moja mama niczego nie uszykuje?
– To ty mi coś uszykujesz.
– Ale ja nie umiem gotować…
– Nie musisz. Wystarczy kanapka. Chodzi o to, żeby było cokolwiek. Rozumiesz?
– Rozumiem, ale do kina i tak nie będą mnie chcieli puścić…
– Puszczą. Ja się o to postaram.
Łukaszek zapowiedział w domu, że przyjdzie Jagoda. Reakcje był dwie. „Niech tam sobie przyjdzie, ale niech nie liczy nie wiadomo na co” i „do kina i tak nie pójdziesz, masz robić lekcje/zakupy/porządki”.
Jagoda miała mocne wejście. Powiesiła kurtkę na haczyku, zdjęła buty, po czym zakrzyknęła gromko:
– Dzień dobry! Niech będzie pochwalony!
Dziadek się skrzywił, ale odpowiedział:
– Na wieki wieków amen.
– Ja po Łukasza. Chcieliśmy iść do kina.
– O, nie ma mowy. Łukasz musi odrobić zadanie z historii, mam mu opowiedzieć o Żołnierzach Wyklętych… Wie panienka zapewne kto to był?
– Wiem, wiem. Wszyscy o tym mówią.
– A może u panienki ktoś w rodzinie…?
– No, niezupełnie, był dziadek…
– I on był wyklęty?
– Nie.
– Wyklinał? – spytał dziadek drżącym głosem.
– Też nie. Uratował tak na oko z osiemnaście tysięcy ludzi.
– Co? Jak?
– Uruchomiał wodociąg w mieście – odparła z prostotą Jagoda. – I ludzie mieli co pić. Kobiety, dzieci… Ci wyklęci ile osób uratowali? Hm? To co, Łukasz, może iść do kina?
– To nie fair – zamruczał boleśnie dziadek i usunął się na bok.
– Zjedz coś, moje dziecko – babcia Łukaszka postawiła obiad przed Jagodą i uśmiechnęła się przyjaźnie. – Co prawda, Łukasz i tak nie pójdzie dziś do kina, ale warto podkreślić, że za socjalizmu każdy miał obiad. Była to wielka, wielka zdobycz, należna każdemu, nieważne, czy pracował czy nie…
– Ja bym nie pracowała – oświadczyła bezczelnie Jagoda patrząc wyzywająco babci w oczy. – Bo i po co jak obiad i tak będzie? Zamiast tego poszłabym do kina.
– Kwestionujemy zdobycze socjalizmu, jak widzę – rzekła lodowato babcia zlewając kompot z salaterki z powrotem do słoika. – Młoda jesteś, to nie wiesz o wielkim sukcesie jakim była elektryfikacja wsi…
– Fstrząsające – Jagoda z lubością rozduszała ziemniaki widelcem. – Bo w takim kapitalizmie wsie nie są zelektryfikowane. Mieszkańcy muszą kupować prąd w wiaderkach…
Tego dla babci było za wiele. Wstała, blada, i orzekła głucho:
– Za socjalizmu odbudowano Warszawę.
– I co z tego? – Jagoda nie zwracając uwagę na panikujących Hiobowskich ze spokojem krajała ogórka kiszonego. – A Drezno?
– Drezno było niemieckie!! – nie wytrzymała babcia – To oni rozpoczęli wojnę!!
– Mówię o kwestii technicznej odbudowy.
– Drezno było NRD, czyli socjalizm – ośmielił się wtrącić tata Łukaszka.
– Zagłębie Ruhry to było RFN – skontrowała Jagoda. – A poza tym weźmy takie Coventry… O? Nie słyszała pani o tym? Naprawdę? A o niemieckim czasowniku „coventrieren” też nie? smutne. Ale sosik pyszny. Tak więc do kina chcielibyśmy…
Babcia zacięła usta i spojrzała w okno na znak, że cała ta sprawa jej nie obchodzi.
Do ataku przystąpiła siostra Łukaszka.
– Ach, ach – siostra zamachała śliczną dłonią. – Już ja wiem po co wy chcecie do tego kina. Seks. Tak. To jest teraz najważniejsze.
– Niekoniecznie – Jagoda ze spokojem odłożyła sztućce. – A brak seksu? Nie jest ważny? A może ważniejszy?
– Co ty…? – żachnęła się siostra i sztucznym uśmiechem usiłowała pokryć zmieszanie. – Jak brak czegoś może być ważniejszy?
– Na ten przykład… – Jagoda zbliżyła twarz do twarzy siostry. – Co jest ważniejsze? Makijaż czy brak makijażu?
Siostra wstrzymała oddech, zagryzła wargi, potem zaczęła rzucać oczami na boki  i się rozpłakała.
– Tak nie można – mama Łukaszka wzięła pochlipującą siostrę za łokieć i delikatnie odprowadziła na bok.
– Widzę, że mamy tu bardzo zdecydowaną osobę – tata Łukaszka zasiadł naprzeciwko Jagody.
– Która jest zdecydowana iść do kina – kiwnęła głową Jagoda.
– Ha ha! He he! Hm… Może powiesz coś o sobie…
– Zamierzam iść na studia.
– O! A jakie?
– Zarządzanie konfliktami.
– Nie ma takiego kierunku. Bo nie ma już konfliktów. Ludzkość żyje w pokoju…
– Pan daruje, ale to kompletna bzdura. Są całe korporacje żyjące z tego, że ludzie nie potrafią się ze sobą porozumieć…
– Może jakiś przykład?
– Tłumacze. Prawnicy. Żołnierze.
– A! – zakrzyknął boleśnie tata i więcej już się nie odzywał.
Nadeszła kolej na ostatnie starcie.
– Może sałatki? – spytała kusząco mama Łukaszka.
– Dziękuję, już zjadłam…
– Ale to sałatka po żydowsku.
– Mimo to dziękuję.
– Antysemityzm!!! – oczy mamy miotały pioruny.
– No, no! proszę uważać na słowa. Nie ma pani prawa mnie tak nazywać!
– Jak to nie?
– Bo ja sobie tak nie życzę!
– Moja droga, do nieżyczenia sobie trzeba mieć solidne podstawy…
– Parę dni temu przyjęliśmy do domu uchodźcę z Syrii!
Dla mamy Łukaszka był to potwornie ciężki cios. Za to Łukaszek najpierw osłupiał a potem zaczął okazywać silne rozbawienie.
– Każdy może tak powiedzieć – odparła po dłuższym namyśle mama.
– Ale ja mam zdjęcia w telefonie – Jagoda sięgnęła po aparat. – O, tu! Proszę!
Mama Łukaszka zagotowała się z wściekłości.
– Przecież to chomik!!!
– Ale syryjski!
I Jagoda wstała pytając się gdzie tu łazienka, bo musi skorzystać. Łukaszek pospieszył ze wskazaniem. Jagoda wróciła po dwóch minutach z zakłopotaną miną.
– Proszę państwa… Ależ to pomieszczenie woła o remont!
– Mówiłam, że płytki… – zaczęła mama Łukaszka.
– Musicie wyrzucić wannę i wstawić prysznic!
– Czemu? – spytał tata Łukaszka.
– Musi być miejsce aby obrócić się z wózkiem.
– Jakim wózkiem???
– Inwalidzkim – Jagoda podeszła do taty Łukaszka, kucnęła przed nim i spojrzała mu prosto w oczy. – Przecież Łukasz i ja będziemy się wami opiekować na jesieni życia. Ale bądźcie spokojni. Ja jestem przeciwna eutanazji.
– Na którą wy idziecie do tego kina? – wychrypiała babcia. – Na pewno się spóźnicie!
– To możemy iść? – spytał skołowany Łukaszek.
– Tak! Możecie!! Idźcie!!!
Kiedy wyszli już na klatkę Łukaszek odważył się zapytać na jaki film idą.
– Na żaden. Nie idziemy do kina. Idziemy na pizzę.
– Moment, przecież cały czas mówiłaś, że do kina. I złamałaś cała moją rodzinę, żeby mnie puścili, a teraz co? To po co to była ta awantura?
– Chciałam ci tylko pokazać co potrafię – szepnęła słodko Jagoda i przytuliła się do Łukaszka.

001 „Tajemnicza katarynka” Barbara Nawrocka

Cytat: „Nie wypowiedział jednak głośno swych myśli. Odkładał na bok sentencje kapitana Korty, ponieważ był chwilowo zastępcą naczelnika poczty”.

Autor: Barbara Nawrocka

Autor okładki: Marian Stachurski

Tytuł: Tajemnicza katarynka

Rok wydania: 1968

Wydawnictwo: Iskry

Stron: 40

Okładka: obrazek na okładce przedstawia rzeczoną katarynkę otoczoną czymś, co wygląda na płomienie. A w ich językach jawi się liczba 280.000

Czas akcji: listopad-grudzień, rok współczesny wydaniu

Miejsce akcji: Garwolin, Warszawa

Śledztwo dotyczy: śmierci magazyniera z Garwolina, Kazimierza Kamińskiego, który spalił się wraz ze swoim magazynem

Prowadzący śledztwo: kapitan Korta, komenda w Warszawie, przy ul. Puławskiej

Recenzja: Nawet dobrze się ta seria rozpoczyna, bo jest to kryminał nietypowy. Zaczyna się banalnie. Małe podwarszawskie miasteczko, na scenie pojawia się kapitan milicji, który rozpoczyna misję wcielając się w zastępcę naczelnika poczty. Również sprawa, którą się zajmuje jest banalna. Spalił się w nocy magazyn. W środku znaleziono zwłoki magazyniera. Wszyscy zgodnie potwierdzają: nałogowy pijak. Po co więc w ogóle to dochodzenie? Ano po pierwsze ze względu na ogrom strat – z dymem poszło dwieście osiemdziesiąt tysięcy. Po drugie – kapitan Korta podejrzewał, że ten pożar może łączyć się z wielką aferą, która akurat została ujawniona w stolicy. Krąży więc po miasteczku, od poczty do sklepu mięsnego, do restauracji „Nowa” do drewniaka Modrzejewskiego, rozmawia z kobietą, u której wynajmuje pokój, z nauczycielem, z księdzem i zbiera okruchy wspomnień o zmarłym.

I chociaż nie udaje mu się potwierdzić swoich podejrzeń, to pojawiają się nowe wątpliwości. Dlaczego magazynier założył żaluzje przeciwsłoneczne w październiku? Przez nie bardzo późno spostrzeżono pożar. Jaki związek ma z tym wypadek młodego chłopaka na motocyklu tuż przed pożarem? Dlaczego Kamiński pożyczył w noc przed pożarem samochód od swojego brata? Dlaczego kłamał, że jedzie po lewy towar, skoro kontrola w magazynie nie wykazała braków? Po co postawił samochód pod kościołem? Pytań pojawia się coraz więcej. Aż wreszcie kapitan Karta znajduje rozwiązanie. I mamy finał. Pytanie – czy szczęśliwy?

Książkę czyta się dobrze. Pełna jest drobiazgowych opisów powojennego życia małego miasteczka. No i mnóstwo myśli kapitana Korty. Bo chociaż nie wypowiadał ich na głos, to nie szczędził ich czytelnikom.

Kapitan trudno lubić. Trochę jest przemądrzały, trochę denerwujący, na dodatek prawie nic o nim nie wiemy. Tyle, że ma żonę i że nie obchodzi świąt Bożego Narodzenia. No cóż, nie zapominajmy, że mamy do czynienia z milicjantem.

A, właśnie, jeszcze katarynka! Żadna tam ona tajemnicza. Po prostu tajemniczo zniknęła. I to był pierwsze ogniwo w rozumowaniu kapitana Korty. Bo człowiek mimo wszystko nie potrafi wyzbyć się całego siebie.

Ocena 1-5: 3

Rada dla detektywa:            

Rada nr 1: jeśli w czasie śmierci podejrzanego miał miejsce jakiś inny pogrzeb, rób ekshumacje.

Rada nr 2: dokładnie odtwarzaj ostatnie 24 godziny z życia osoby, którą się interesujesz, zwłaszcza kontakty z innymi osobami

Inne tomy tego autora: 023 „Śmierć czarnoksiężnika” (pisany razem z mężem Ryszardem Dońskim)

Podobne tomy: 049 „Zemsta kusi nad grobem” Zenon Borkowski

Siostra coachem dietetyki

Historia ta, acz pozornie drobna i pozbawiona większego znaczenia, na zawsze odmieniła życie dwóch pań kustoszek oraz ich mężów. Było to tak:
W mieście odbywała się wystawa prac malarskich Bernardo Bellotto. Organizatorzy liczyli na frekwencyjny szał i wystawy pilnowały aż dwie panie kustoszki. Niestety, zainteresowanie było niewielkie. Po salach spacerowała kilka starszych wiekiem par płci obojga.
Było cicho i spokojnie.
Aż tu zgrzytnęła klamka, uchyliły się drzwi i do środka wkroczyła siostra Łukaszka. Strój jej kompletnie nie licował z powagą wydarzenia, za to znakomicie podkreślał jej figurę. I była sama. Zmrużonymi oczami omiotła sale i ruszyła przed siebie. Realizowała bowiem wyjątkowo przebiegły plan, który sama ułożyła.
Chłopak siostry w tym czasie siedział w mieszkaniu jej rodziny i czekał do pewnej godziny, o której miał wyjść i jechać na spotkanie z nią. Właśnie w tym muzeum. Siedział, wzdychał i opowiadał Hiobowskim, że czuje się dziwnie.
– Jelita? – spytała ze współczuciem babcia Łukaszka.
– Nie, nie to – machnął ręką zrezygnowany chłopak. – Czuję się jakby wszyscy wokół byli z jakimś spisku, w jakiejś zmowie. Gdzie nie wejdą to wszyscy chrząkają i mi gratulują. Nic z tego nie rozumiem…
Siostra tymczasem krążyła po salach powodując ruchy mięśni szyi u męskiej części zwiedzających i ruchy łokci u żeńskiej części zwiedzających. Bo plan był taki, że miał tu później dołączyć do niej jej chłopak, mieli obejrzeć razem te obrazy, zbudować nastrój służący miłosnym uniesieniom, a następnie udać się do mieszkania chłopaka i owo uniesienie skonsumować. I całe szczęście, że siostra Łukaszka wpadła na pomysł, aby najpierw samej sprawdzić tę wystawę. Bo plan nie wypalił.
Siostra podeszła do pań kustoszek, przywitała się grzecznie i zapytała gdzie są te obrazy.
Pierwszą panią kustoszkę zamurowało, a druga, jąkając się, pokazała gdzieś za plecy siostry i wybąkała:
– No… Przecież… Tam… Całe sale… Obrazów…
– Widziałam – przerwała jej siostra. – Ale to nie są te obrazy.
– Jak to nie te??? – odetkała się pierwsza pani kustoszka. – Czy ja czegoś nie wiem??? Kradzież??? Falsyfikaty???
– Nie, one są zupełnie nie te – wyjaśniła uprzejmie siostra. – Zaprosiłam tu mojego chłopaka na grę wstępną. Mieliśmy pooglądać razem malowidła przedstawiające zaawansowane techniki seksualne. A tu ich nie ma.
– Jakie malowidła??? Skąd pani wytrzasnęła ten pomysł???
Siostra Łukaszka z uśmiechem pobłażania sięgnęła do kieszeni wyjątkowo obcisłych spodni. Z trudem wbiła palce do kieszeni i wyciągnęła stamtąd pogięty program wystawy. Stało tam jak wół, że będzie wystawa obrazów włoskiego mistrza pędzla o pseudonimie „ANALETTO”…
– No chyba paniom nie muszę tłumaczyć co to znaczy – szepnęła znacząco siostra Łukaszka.
Pierwsza pani kustoszka odwróciła się tyłem, zgięła i zaczęła wydawać dźwięki krztuszenia się. Druga pani kustoszka, zaciskając wargi aby nie wybuchnąć śmiechem, rozprostowała program. W zagięciu kartki ukazała się na samym początku pseudonimu artysty zaginiona litera „C”…
– Och jej – szepnęła rozczarowana siostra Łukaszka i w jej ślicznych oczkach zamigotały łezki.
Panie kustoszki wykazały się ogromnym taktem i nawet przytuliły siostrę Łukaszka.
– Ale wie pani co – jedna z pań nie mogła sobie darować drobnego morału. – Żeby łączyć malarstwo z tymi rzeczami to jeszcze nie słyszałam…
– Nawet nie chodzi o te rzeczy – siostra Łukaszka wytarła śliczny nosek. – Głównie chodzi o dietę!
Panie kustoszki na słowo dieta zafalowały ciałem zaciekawione i zażądały szczegółów.
– Ukończyłam kurs i zostałam coachem dietetyki – objaśniała siostra szeptem, aby nie przeszkadzać zwiedzającym. – To moja autorska metoda na dietę. Łączę ją z miłością.
– Każdy tak mówi – skrzywiła się druga pani kustoszka. – A dowody?
Siostra Łukaszka zamiast odpowiedzi zrobiła piruet wokół własnej osi. Panie kustoszki spojrzały najpierw z zazdrością na biodra siostry, a potem ze smutkiem na własne biodra, ukształtowane nie przez miłość, a przez krzesła. I zamieniły się w słuch. Siostra łaskawie zgodziła się wyjawić swój sekret za darmo, bo panie takie miłe.
– Dieta jest po co? – pytała siostra. – Żeby nie być grubą. A skąd się bierze grubość? Otóż winnym jest tłuszcz. Odkłada się w naszym ciele i powoduje, że tego ciała jest coraz więcej i więcej. Co zrobić z tłuszczem? Jak się go pozbyć?
– Spalić go – szepnęła pierwsza pani kustoszka.
– Tak jest. A w jaki sposób?
– Poprzez ruch.
– Właśnie!
– Pani daruje, ale mówi nam pani oczywiste rzeczy – wtrąciła druga pani kustoszka. – Wszyscy to wiedzą. Nie rozumiem na czym ma polegać nowatorskość i skuteczność.
– Zaraz wytłumaczę. Gdzie się odkłada najwięcej tłuszczu?
– W biodrach – odparły jednocześnie obie panie.
– I jak go ludzie spalają?
– Biegi albo rower…
– I tu jest właśnie błąd. Co się najwięcej rusza podczas biegania albo jazdy na rowerze?
– No… Nogi…
– Właśnie. A biodra? Są prawie nieruchomo – i tu siostra podniosła palec w górę i oświadczyła uroczyście:
– Aby spalić tłuszcz w biodrach trzeba ruszać biodrami!
Zapadła cisza. Panie kustoszki zarumieniły się wdzięcznie.
– Czy to to o czym myślę? – szepnęła pierwsza.
– Mhm – potwierdziła siostra. – No niechże pani jeszcze raz zobaczy jak to działa!
I okręciła się jak fryga.
– Ach, ach, marzenia… – westchnęła druga pani kustoszka. – Wy, młodzi, macie łatwiej. Faceci w pewnym wieku już nie…
– Facetów trzeba po prostu zmotywować – powiedziała twardo siostra Łukaszka. – Nie żadnym tam pochlebstwem czy czymś takim. Faceta trzeba zmotywować porządnie, a jedyne co tak działa to strach. Czego faceci boją się najbardziej?
– Łysienia.
– Że samochód nie zapali.
– Ale gdzie tam! Faceci najbardziej boją się lekarza. Jakiego lekarza?
– Dentysty.
– No tak, ale dentystę nikt się nie nabierze, nawet facet. Faceci boją się badania prostaty. Robimy więc tak… Mam ja tu w torebce takie puste formularze. Opracowała mi je jedna pani doktor, w podzięce. Dzięki mojej terapii zeszła z rozmiaru XL do L. A jej mężowi przeszedł syndrom niespokojnych nóg.
– To facetom też to pomaga? A jak mu przeszedł ten syndrom?
– Proszę pań, on po wszystkim nie ma siły palcem kiwnąć, a co dopiero całą nogą. Jest nasz formularz. Napisano tu tak: aby uniknąć długich, bolesnych i wstydliwych badań prostaty nakazuje się… Żadne zaleca, nakazuje i koniec… Tak, nakazuje się stosunek seksualny co najmniej… i tu wolne miejsce i wpisujemy ile chcemy. Im więcej, tym my szybciej spalimy tłuszczyk w bioderkach? Tu jest długopis. Która z pań zaczyna?
Pierwsza pani kustoszka zagryzła wargi i wpisała na swojej kartce „raz na rok”.
Druga pani kustoszka spojrzała na biodra koleżanki, potem na swoje i wpisała „dwa razy na rok”.
Pierwsza pani zacisnęła mocniej usta i poprawiła na „trzy razy na rok”.
Druga rzuciła jej złe spojrzenie i poprawiła swoje na „raz na kwartał”.
Pierwsza poprawiła na „raz na miesiąc”.
Dla drugiej pani to był cios. Przez dobrą minutę obgryzała długopis by wreszcie desperacko wpisać „dwa razy na miesiąc”.
Pierwsza pani sapnęła, po czym drżącą ręką skorygowała swój formularz na „trzy razy na miesiąc”.
Dla drugiej pani to już było zbyt dużo.
– Nie no bez przesady – rzuciła śmiejąc się niby to swobodnie. – Przecież nie będę wymieniać od razu całej garderoby na węższą, nie stać mnie na tyle ciuchów…
Pierwsza pani dyplomatycznie zmilczała uśmiechając się tylko zwycięsko. Pojedynek był zakończony. Siostra podpisała oba druczki jako „coach dietetyki”. I właśnie kiedy oddawała paniom druczki na wystawie pojawił się chłopak siostry. Kiedy podszedł, zdążył tylko powiedzieć „cześć”, a siostra zamknęła mu usta soczystym całusem.
Kiedy skończyli, obie panie kustoszki zaczęły znacząco chrząkać i gratulować mu.