Przełożenie sprawdzianu sukcesem

Miał być sprawdzian z geografii. Łukaszek podchodził do tego ze stoickim spokojem. Gruby Maciek był mocno zdenerwowany, Ale okularnik z trzeciej ławki był na skraju paniki. Zasób swojej wiedzy oceniał na dwa do czterech procent.
– No to dostaniesz laczka i nauczysz się na następny sprawdzian – powiedział Łukaszek.
– Nie mogę! – okularnik szarpał sobie włosy na głowie.
– Daj spokój, chyba coś pamiętasz, każdy coś tam umie z geografii – uspokajał go Gruby Maciek. – Na przykład: dokąd płynie Czarna Orawa?
– Do morza! – ryczał okularnik.
– Jakiego, Bałtyckiego?
– No przecież nie Czarnego!
– Wiesz co – Łukaszek klepnął okularnika w plecy. – Może weź ty zrezygnuj, idź po zwolnienie do lekarza, czy coś…
Ale okularnik wymyślił szatański plan. Najpierw wysondował poziom znajomości geografii wśród innych osób w klasie. Następnie, wykorzystując znane ogólnie roztrzepanie pana od geografii wymyślił intrygę i rozdzielił role. Wymyślił, aby grać na czas i tak przeciągnąć rozpoczęcie lekcji, by nie starczyło już czasu na sprawdzian i trzeba go było przełożyć.
Pierwsza grupa opadła pana od geografii jeszcze na przerwie kiedy wychodził z pokoju nauczycielskiego.
– Wziął pan klucz od dobrej sali? – zapytali.
– Od tej co zwykle, a bo co?
– Bo mamy mieć w innej!
Pan się zasępił i w tym momencie zabrzmiał dzwonek. Cofnął się do pokoju. Klucza od nowej sali oczywiście nie było. Kiedy tam poszli, okazało się, że siedzi tam już jakaś klasa, która ma tam zajęcia. Jak zwykle zresztą.
– Coś kręcicie – westchnął pan od geografii.
– Ależ nie – zaklinał się okularnik. – Jak nie tu, to tam!
I tak wędrowali po całej szkole.
– Zdążymy z tym sprawdzianem? – nie wytrzymał w końcu Gruby Maciek.
– Zdążymy, zdążymy – uspokajał go pan od geografii.
Kiedy w końcu znaleźli wolną klasę (oczywiście była to tak, w której mieli mieć planowo zajęcia) pan spojrzał na zegarek i stwierdził, że zostało raptem dwadzieścia pięć minut. Nie zdąży zrobić sprawdzianu. W związku z tym sprawdzian zostaje przeniesiony na przyszłą lekcję.
Po szkole okularnik szalał i upajał się swoim triumfem.
– Zwycięstwo! Sukces! Przeniósł sprawdzian! Ja to załatwiłem!
– Też mi sukces – wzruszył ramionami Łukaszek. – Sprawdzian i tak będzie!
– Ale do tego czasu zdążę się nauczyć! Chyba!
– Nauczyć? – zapytał ktoś za nimi.
Obejrzeli się. Za nimi szła mama okularnika.
– Na sprawdzian z geografii – wyjaśnił z zimną krwią okularnik.
– Myślałam, że masz ten sprawdzian dzisiaj.
– Też tak myślałem. Ale pan od geografii nie zrobił go dzisiaj. Po prostu go przełożył. No debil jakiś.

Wycieczka do Sąd Marino

Pani pedagog szkoły, do której chodził Łukaszek, wpadła na genialny pomysł. Zaproponowała, aby w czasie ferii uczniowie udali się na wycieczkę do Sąd Marino. Pomysł swój przedstawiła na zebraniu rodziców.
– Przepraszam bardzo, co to jest Sąd Marino? – ku ogólnemu zaskoczeniu spytała jakaś pani.
– Nie wie pani? Naprawdę? – pani pedagog nie kryła zdumienia. – Co pani, ze wsi?
– Dziaduś był ze wsi.
– A, to wiele tłumaczy – ironizowała pani pedagog. – I co tam robił?
– Pracował w bibliotece.
– Czyli był bibliotekarzem?
– Nie, pułkownikiem.
Zapadła niezręczna cisza.
– Proszę pani – odezwała się mama Łukaszka z szacunkiem. – Trudno nam uwierzyć, że ktoś dorosły w Polsce nie zna tej stoi, tego polskiego Sevres niezawisłości. Otóż parę lat temu grupa prześladowanych przez reżim sędziów wybiła się na niepodległość i założyła własne państwo. Sąd Marino.
– I dzieci pojadą w ferie je zwiedzać – dodała z dumą pani pedagog.
– Och – stropiła się pani. – Nie mamy paszportu.
– Nie trzeba – odezwała się inna z mam. – Sąd Marino leży w Europie. Nie tak jak ten kraj.
– Gdzie będą spać? – zapytała pani.
– Nigdzie – roześmiała się pani pedagog. Sąd Marino leży koło Pawełkowic i jest bardzo małe. Właściwie to jedna wieś o nazwie Ger.
– To co tam będą zwiedzać?
– Odwiedzimy stację paliw i sklep z wiertarkami – oznajmiła pani pedagog i lekko się zasępiła. – Tylko… Trzeba uważać. Na portfele. Bo… Tam kradną.

Seksparytet uber alles

Do szkoły, do której chodził Łukaszek przyszedł list. Nie byle jaki list, a i w wielce niecodzienny sposób tam trafił. Przyniosła go bowiem mama Łukaszka.
– Do pana – oświadczyła dyrektorowi szkoły kładąc go na biurku.
– Jakim cudem list do mnie trafił do pani rąk? – nachmurzył się pan dyrektor.
– Był w gazecie.
– Jak to?
– Wiodący Tytuł Prasowy dodał do dzisiejszego wydania dołączył list skierowany do wszystkich dyrektorów szkoły.
– To nie do mnie – machnął ręką pan dyrektor i zaczął rozpakowywać teczkę.
– Jak to?! Przecież jest pan dyrektorem! I to szkoły!
– Ale sami pani mówi, że wszyscy, a ja to nie wszyscy.
– Niech się pan nie wykpiwa sofistyką! – mama Łukaszka palnęła dłonią o blat biurka. – Jak Polska długa i szeroka słychać trzaski! To odgłosy łamania Konstytucji! A pan mi tu jakieś gierki słowne uprawia! Ten list napisała polska europoseł!
– Kto?
– Pani Spulwia-Syrek!
– To na pewno polska europoseł? Słyszałem co innego – odparł z flegmą pan dyrektor doprowadzając mamę Łukaszka do rozpaczy.
– Proszę ten list przeczytać i podjąć decyzję. Wieczorem jest spotkanie z rodzicami, będę na nim obecna ciałem i chcę usłyszeć pańską reakcję na ten list!
Mama Łukaszka zakręciła się na pięcie i wyszła. Pan dyrektor westchnął i poprosił do siebie panią wicedyrektor i panią pedagog.
– Proszę przeczytać ten list i powiedzieć mi co o tym sądzicie.
List odczytała pani wicedyrektor. Pani europoseł przypominała, że w szkolnych organach rodzicielskich nadzorujących edukację w poszczególnych oddziałach musi, powtarzam, musi być parytet płci.
– Ale o co chodzi? – spytała z bólem na twarzy pani pedagog. – Ja nic nie rozumiem!
– Chodzi o trójki klasowe – wtrącił się pan dyrektor.
– Acha, acha, no i co?
– Jak to co? – wzruszyła ramionami pani wicedyrektor. – Jak chce pani podzielić miejsca w trójce klasowej zgodnie z parytetem.
– A ile mamy płci? – odbiła piłeczkę pani pedagog.
– Dobre pytanie – kiwnął głową z uznaniem pan dyrektor. – Ponoć według najnowszych badań przekroczyła pięćdziesiątkę. Oczywiście na tej liczbie się nie zatrzyma.
– Nauka idzie naprzód – rzekła ciepło pani wicedyrektor.
Pan dyrektor wzruszył ramionami.
– Akurat. Płacą za badania, więc badacze są zainteresowani by badać jak najdłużej. A badania muszą przecież przynosić wyniki, więc obawiam się, że ta liczba będzie rosła przez bardzo długi czas. Wracając do naszego problemu: zostaniemy przy dwóch płciach. Inaczej liczba osób w trójce klasowej rozrosłaby się w nieskończoność.
Pani wicedyrektor spojrzała na niego z uznaniem.
– Pan ma już plan.
– Ano mam. Zginęlibyście beze mnie.
Wieczorem zeszli się rodzice i rozpoczęło się spotkanie. Kwestia uczniów w ogóle nie była na nim poruszana. Wszyscy żyli sprawą listu. Mama Łukaszka zdjęła przyłbicę i ruszyła do ataku.
– Tan list jest po to, by panu przypomnieć, jako podejmującemu decyzję. Przypomnieć, że pani europoseł się nam przygląda z brukselskiego Olimpu. Przypomnieć, że w trójkach klasowych ma być taki równy parytet, aby kobiet było więcej!
– Przepraszam – nie wytrzymał jeden pan. – To po równo czy więcej?
– Kiedy dla kobiet jest więcej miejsc to wtedy jest po równo – rzekła z satysfakcją mama Łukaszka.
– Czemu wam tak zależy na trójkach klasowych? – spytała jakaś mama.
– Bo w zeszłym roku w trójce klasowej było dwóch mężczyzn. Przegłosowywali wszystko co chcieli. Dzieciaki nic tylko w kółko jeździły na paintballe, ryby, grille i kuligi. Zgroza. Ani razu nie byli na przykład na budowie Wszechświatowego Centrum Polskiego Antysemityzmu w Gdańsku. Teraz czas na kobiety. Więc pytam pana, panie dyrektorze, jaką pan podjął decyzję odnośnie parytetu w trójce klasowej.
Pan dyrektor wstał i odchrząknął.
– Decyzję podjąłem. W trójce będzie parytet płciowy.
– Ciekawe jak?! – wykrzyknął pan.
– Zwiększę liczbę osób, inaczej się nie da – rozłożył ręce pan dyrektor. – Do trójki w każdej klasie dodam jedną osobę.
– Nie…! – zakrzyknęła mama Łukaszka.
– I to tą samą dla każdej trójki.
– Nie…! – zakrzyknęli wszyscy rodzice. – Jak pan chce tego dokonać?
– Bardzo prosto. To będzie poprzednia dyrektorka szkoły.
Zapadła cisza.
– No co też pan… – wyszeptała matka innego ucznia. – Ona nie żyje…
– No to co? – wzruszył ramionami pan dyrektor. – To nawet lepiej!
– Czyli do trójki będziemy musieli wybrać jedną kobietę i dwóch mężczyzn… – mówiła wolno mama Łukaszka.
– Nawet nie. Trzech mężczyzn.
– Jak to?! Miało być po równo!!
– Bo ja zaproszę jeszcze dwie poprzednie dyrektorki. One też nie żyją. Zamiast trójki będzie szóstka klasowa – pan dyrektor był z siebie bardzo zadowolony.
– Przecież to jakaś kosmiczna bzdura! – eksplodowała mama Łukaszka. – Zmarła osoba nie może uczestniczyć w życiu publicznym!!!
Pan dyrektor zachował spokój.
– Dlaczego by nie? Pani ulubiona gazeta publikowała przecież wywiad z osobą nieżyjącą. Było to dość awangardowe, ale spotkało się z przychylnym przyjęciem. Poza tym proszę zważyć, że one nie będą nas nic kosztować. No i na koniec chciałbym zauważyć, że wykluczenie jest sprzeczne z konstytucją. Tak, tak! Nie wolno wykluczać z życia publicznego osoby tylko dlatego, że jest ona biologicznie czynna inaczej i nie ma już praw wyborczych.
Szybko wybrano szóstkę klasową składającą się z trzech mężczyzn. Pierwszą ich decyzją było, że w październiku dzieciaki pojadą na paintball.

Elektryczka LGBT

Pani pedagog weszła do klasy Łukaszka i oświadczyła bez żadnych ogródek:
– Na dzisiejszej lekcji pomówimy o przyszłości.
– O jakiej przyszłości? – spytała nieufnie dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza.
– O tej, która nas czeka, oczywiście. Że nic nie wiadomo…
– E tam, proszę pani, właśnie, że wszystko wiadomo. Europa zachodnia upadnie, Polska jedynie się ostanie i to z niej wyjdzie iskra, która odmieni świat. Tak mówi Fatima! – oświadczyła dumnie dziewczynka.
Pani pedagog zaniemówiła.
– Jak Fatima? Znam ją? Chodzi do naszej szkoły? – wyjąkała po dłuższej chwili.
Dziewczynka wywróciła oczami i rzekła:
– Fatima to taka miejscowość. Chodzi mi o przesłanie z Fatimy.
– E tam – machnęła ręką pani pedagog. – Nie zajmujmy się Polską. Leżymy przecież w Europie, jesteśmy Europejczykami. Tak powinniście myśleć! Powinniście myśleć o sobie, o swoim zawodzie! Myśleliście już o tym?
– Kolega wczoraj cały dzień myślał – okularnik z trzeciej ławki wskazał Grubego Maćka.
– Ja??? – Gruby Maciek osłupiał kompletnie.
– Tak, ty. Wczoraj, proszę pani, przeżył zawód miłosny – wyjaśnił okularnik. Dalej nic nie zdążył powiedzieć, bo się pobili.
– Przestańcie się bić! Myśleliście już o zawodach? – pani pedagog ich rozdzieliła.
– W weekend są zawody kajakarskie i myślałem pójść popatrzeć – wyznał Gruby Maciek.
– Szkoła poprosiła kilkoro gości, aby przyszli opowiedzieć wam jakie zawody są teraz na topie – kontynuowała pani pedagog pisząc obu chłopakom nagany. – Ciekawe czy zgadniecie jaki będzie pierwszy. Jest związany z prądem.
– Elektryk – odezwał się Łukaszek.
– No i wiedziałam Hiobowski, że nie zgadniesz – ucieszyła się pani pedagog. – Nie elektryk tylko elektryczka.
– Przecież to to samo.
– O nie, to nie jest to samo! Zresztą sami zobaczycie, zapraszam tu do nas panią Nikolę!
Weszła młoda pani o wyglądzie rozzłoszczonej humanistki.
– To prawda co mówiła pani pedagog. Ale ja nie jestem zwykłą elektryczką. Jestem elektryczką LGBT.
– Gdzie tego uczą? – zadudnił Gruby Maciek. – Na Politechnice?
– Na Multitechnice – sprostowała pani. – Elektryczka LGBT preferuje odejście od seksistowskiego ujęcia tematyki prądu.
– To znaczy? – chciał wiedzieć okularnik.
– Nie musi być zawsze plus i minus! Nie musi być zawsze męskie i żeńskie. Oto najnowszy triumf myśli LGBT na pole elektryki!
I pani postawiła na biurku jakiś przedmiot. Szmer zawodu przeleciał przez klasę.
– Toż to zwykła lampa – w głosie dziewczynki brzmiał zawód.
– Nie taka zwykła! – zapaliła się pani elektryczka. – Zobaczcie tu!
I pokazała przewód zasilający zakończony… Gniazdkiem.
– Jak pani włoży to do gniazdka? – zainteresował się Łukaszek. – Przecież to nie pasuje.
– O! I właśnie po to zostałam elektryczką LGBT! – zakrzyknęła pani. – Nie można na wszystko patrzeć pod kątem „pasuje” albo „nie pasuje”! To takie ciasne, takie patriarchalne! Już ja wam udowodnię, że w elektryce trzeba tolerować także inne rozwiązania!
Pani podeszła z przewodem do gniazdka i wsunęła do niego wtyczkę. To znaczy: usiłowała wsunąć. Co się oczywiście nie udawało, bowiem wtyczka była pozbawiona bolców.
– Mówiłem, że… – zaczął okularnik, ale pani elektryczka przerwała mu gromkim:
– Cisza!!!
Po czym pani sięgnęła po taśmę izolacyjną i jakoś przymocowała wtyczkę do kontaktu. Z triumfującą miną nadusiła włącznika lampy.
Światło nie zaświeciło się.
– Nie ma prądu – stwierdził odkrywczo Gruby Maciek i dostał kolejną naganę za sianie mowy nienawiści.
Pani elektryczka spakowała lampę i wyszła. Na odchodnym rzekła jeszcze, że następna lekcja będzie o tym jak fajnie jest rozkochać się w ciemności.

Pedagogiczne grona gniewu

Mama Łukaszka oznajmiła ku wielkiemu zaskoczeniu reszty rodziny, że na obiedzie będą mieli gościa.
– Jakiego? – zdumiała się babcia Łukaszka.
– To tajemnica – uśmiechnęła się mama. – Ciekawe czy zgadniecie.
Zgadli prawie od razu, bo pani ledwo weszła, to przypadła do taty Łukaszka wołając dramatycznie:
– Apeluję do pana, niech pan wreszcie zakończy ten strajk!
Zapanowała niemiła cisza.
– Ale dlaczego ja? Jaki strajk? – wykręcał się tata Łukaszka.
– Strajk nauczycieli.
– Ale ja nie jestem nauczycielem. I ja nie strajkuję! To jak ja mogę go zakończyć? Kto zorganizował ten strajk?
– Związek zawodowy – szepnęła pani.
– To niech związek zakończy strajk.
– Naprawdę myśli pan, że o cos takiego powinniśmy się zwrócić do organizatora? – szepnęła z namysłem pani, po czym spojrzała gdzieś w zamyśleniu i przygryzła paznokieć.
– Pani jest nauczycielką? – strzelił pytaniem Łukaszek.
– Tak.
– No to wszystko jasne.
Zasiedli do obiadu.
– Zaprosiłam panią, bo uważam, że jako społeczeństwo powinniśmy ich wspierać – oświadczyła mama Łukaszka. – Ona już od dawna strajkuje, nie dostaje podwyżki, żyje tak biednie, że obcy ludzie muszą ją żywić.
– Nauczycielska pensja jest niska – szepnęła pani.
– Ale nie samą pensją żyje człowiek. A dodatki? – zapytała babcia. Pani zawrzała oburzeniem:
– Proszę pani, gdybyśmy dużo zarabiali, to byśmy nie strajkowali! A strajk jest, masowy i niepolityczny! Ten rząd musi upaść! Lekceważy nas, a w nas dojrzewają grona gniewu! Są miejscowości, gdzie strajkuje sto procent nauczycieli, od pięciu lat nie było lekcji! Czyja to wina?
Padło kilka odpowiedzi: nauczycieli, rządu, a nawet uczniów.
– No właśnie – wtrąciła się siostra Łukaszka. – W Pawełkowicach tak właśnie jest. Od pięciu lat nie było ani jednej lekcji. Zrobili badania młodzieży i okazało się, że poziom wiedzy jest taki sam jak pięć lat temu. Więc może nauczyciele są niepotrzebni?
– Nauczycieli są i będą potrzebni po to choćby, żeby ci przekazać wiedzę, że nie zaczyna się zdania od więc! – zirytowała się pani nauczycielka. – My wkładamy wiele wysiłku w naszą pracę, a jeszcze więcej w strajk! Tak wiele, że… Że ja już… Szczerze mówiąc czuję się już tym protestem zmęczona. Na początku śpiewaliśmy. Potem sadziliśmy rzeżuchę przeciwko rządowi. Szydełkowaliśmy. Uprawialiśmy jogę. No a teraz tańczymy balet. Za rok… – pani otarła czoło. 0 Za rok ma być parkour. Ja się chyba jednak wycofam. I to jednak z innej przyczyny. My spędzamy mnóstwo czasu w szkole. Więcej podczas strajku niż podczas lekcji. Jak podliczyłam to będzie nawet czterdzieści godzin na tydzień. To nieludzkie. W życiu tyle czasu nie siedziałam w szkole. Inni też tak myślą, więc rotujemy. Prowadzimy okupację szkoły zdalnie z domu.

Feministki i słoik

Tata Łukaszka został wezwany do szkoły.
– Co żeś przeskrobał? – zapytał syna.
– Nic.
– Coś musiało być, za nic nie wzywają do szkoły. Jest źle? Zbiłeś szybę? Ukradłeś dziennik?
– Może parę razy wyraziłem własne zdanie…
– To jeszcze gorzej – tacie Łukaszka wyciągnęła się twarz.
Wyciągnęła się jeszcze bardziej kiedy poszedł do szkoły. Trafił bowiem na panią pedagog, która była bardzo zbulwersowana jednym przypadkiem wyrażenia własnego zdania przez Łukaszka.
– Żyjemy w wolnym kraju. Ma prawo mieć własne zdanie – oświadczył z godnością tata Łukaszka.
– Ale nie takie! – piała purpurowa z gniewu pani pedagog. – Przecież to jest skandal, żeby w dwudziestym pierwszym wieku mieć takie poglądy!
– A co on takiego powiedział?
– Że feminizm kończy się kiedy trzeba odkręcić słoik!
Tata Łukaszka z trudem ukrył uśmiech.
– Co się pani tak gorączkuje, przecież to dziecko.
– Ładne mi dziecko! A najgorsze proszę pana jest to, że on jest w błędzie! Tak, tak! Otóż ja jestem feministką i potrafię odkręcić słoik! No! I co pan na to?!
– Polecam pani do przeczytanie „Strasznych mieszczan” – tata Łukaszka wstał.
– Tam jest coś o słoikach? – wołała jeszcze pani pedagog, ale tata Łukaszka już poszedł.
W domu tata miał do swojego syna tylko jedną prośbę – żeby już więcej tego nie robił.
– A co z tym teraz? – zaniepokoił się Łukaszek.
– Nie przejmuj się. Ludzie zapomną.
No i niestety t akurat tata Łukaszka pomylił się i to bardzo. Ludzie bowiem nie zapomnieli.
Otóż Gruby Maciek wrzucił jego tekst do mediów społecznościowych. Okularnik z trzeciej ławki zrobił z tego mema. A dalej to już poleciało.
Łukaszek spał, jadł i chodził do szkoły nieświadom nawet tego, że kolejne rzesze feministek przekazują sobie jego zdanie, oburzają się nim, protestują wobec niego i robią coming out kto potrafi odkręcić słoik i jakim narzędziem. To było jednak za mało, więc ktoś rzucił hasło, aby skonfrontować się z twórcą zdania i mu udowodnić, że się mylił.
Do tego doszło w czwartek po południu. Łukaszek wracał ze szkoły zamyślony, gdy nagle stwierdził, że jest pod swoim blokiem i otacza go kilkadziesiąt osób płci żeńskiej.
– To on! – krzyczały panie. – To on!
I wszystkie ręce wyciągnęły się w salucie, który byłby rzymskim gdyby nie to, że każda z rąk dzierżyła słoik z kompotem.
– I co?! – zakrzyknęła drwiąco jedna z pań. – Feminizm się kończy? Patrz na to dzieciaku!
I wszystkie panie zaczęły odkręcać słoiki. Jedna używały plastikowych obejm, inne podważały nożem brzeg pokrywki, a niektóre stukały nawet wieczkiem o kostkę chodnikową. Jeden za drugim unosiły się w górę otwarte szklane naczynia. Krzyk triumfu potęgował się.
– Hurra! Hurra!
– No i co teraz? – krzyknęła druga pani. – Nadal uważasz, że feminizm się kończy kiedy trzeba otworzyć słoik?
Łukaszek rzucił szybko okiem po otoczeniu i odbił piłeczkę:
– Kto to wszystko zje?
– Co?
– No, to ze słoików. To są kompoty, tak? Kto to zje? Chyba nie wyrzucicie jedzenia?
I korzystając z konsternacji, jaka ogarnęła protestujące, przeszedł pomiędzy nimi i wszedł do bloku.
Panie zrobiły jedyną sensowną rzecz. Zaczęły częstować siebie nawzajem. Ale nie było łatwo.
– Nie, nie jem kompotu z gruszek, jestem weganką…
– Czy te wiśnie są bezglutenowe?
I tylko dozorczyni bloku, pani Sitko, uśmiechała się. Bowiem ta przewidująca kobieta otworzyła słoik nie z kompotem, lecz z nalewką na malinach.
I pan Sitko miał piękny wieczór.

Jak zakończyć trzy strajki na raz

Na początku siostrze Łukaszka nikt nie uwierzył.
– Ja, owszem, wierzę, ale częściowo – zastrzegła się babcia Łukaszka. – Uwierzę, że ten baner naprawdę tam wisi i że ma taki napis. Ale nie wierzę, żeby ktokolwiek to tak napisał. To przecież szkoła.
– To jest możliwe – mruknął tata Łukaszka. – Pokolenie gimnazjów wróciło do szkół jako nauczyciele i…
– Mam zdjęcie – siostra sięgnęła po telefon. I pomiędzy niezliczonymi selfie kryło się to zdjęcie. Mury szkoły, do której chodził Łukaszek z wywieszonym transparentem głoszącym: „RZĄDAMY PSZYWRUCENIA DO PRACY”.
– O – stęknęli Hiobowscy i przeprosili siostrę.
– Zaraz, jedna rzecz mi nie pasuje… – babcia Łukaszka wzięła telefon siostry do ręki i przyjrzała się uważnie zdjęciu. – Nie rozumiem. Jak to: przywrócenia??? To nauczyciele tam nie pracują??? To kto ich do cholery uczy? Łukasz! Chodź no tu!
– Nie mogę! Uczę się!
– Nie kłam i chodź tu zaraz!
Nadąsany Łukaszek pojawił się w kuchni.
– Czego ty się tak uczysz, co? – spytał dziadek.
– Twierdzenia Goedela.
Zapanowała konsternacja. Po dłuższej chwili tata Łukaszka przypomniał sobie, że to ma coś wspólnego z logiką matematyczną.
– A więc uczysz się na matematykę a nie na gender studies – rzekła z potępieniem mama Łukaszka.
– Nie! – zaoponował energicznie Łukaszek. – Na geografię!
– Po co ci twierdzenie Goedla na geografii?
– Żeby go zagiąć!
– Nauczyciela?
– Nie! Pilota!
Nikt niczego nie mógł zrozumieć.
– Przecież w szkole uczą nauczyciele – przypomniała babcia.
– Już teraz nie – poinformował Łukaszek. – Nauczyciele zastrajkowali. Teraz uczą nas piloci.
– Zaraz, przecież oni też strajkują! – zawołała mama.
– To co robią nauczyciele? – zapytał dziadek.
– Pewno prowadzą samoloty – zażartował tata Łukaszka.
– Samoloty prowadzą lekarze – rzekł Łukaszek.
– Ano tak, lekarze przecież też strajkują… – złapała się za głowę babcia. – Czyli piloci uczą w szkołach, nauczyciele leczą w szpitalach, a lekarze pilotują samoloty?
– Na to wychodzi – zastanowiła się mama Łukaszka. – A jakie mają postulaty? Płacowe?
– Może kiedyś takie mieli – wzruszył ramionami Łukaszek. – Ale teraz wszyscy mają tylko jeden.
– Żeby przywrócić ich do pracy – szepnęła domyślnie siostra.
– Tak jest. Mamy geografię z drugim pilotem Dreamlinera „Pawełkowice”. Zaginamy go dosłownie na wszystkim. Nienawidzi nas i płacze na zajęciach. Mówi, że nawet lądowanie na Sint Maarten jest łatwiejsze od zajęć z nami.
– Już nie będziecie mieć zajęć z nim – odezwał się z pokoju dziadek Łukaszka. – W telewizji mówią, że strajk zakończony!
Hiobowscy runęli do pokoju. Na ekranie widać było tańczących z radości lekarzy, pilotów i nauczycieli.
– Zdecydowaliśmy się spełnić ich postulat – mówił ze spokojem premier. – Czyli przywrócić ich do pracy.
Strajkujący się cieszyli. Ale najbardziej zadowoleni byli pacjenci i pasażerowie.
– Bogu dzięki, że to się wreszcie skończyło – mówiła płacząca ze szczęścia pacjentka oddziału geriatrii. – Przecież z nauczycielami nie dało się w ogóle rozmawiać! W kółko powtarzali żeby przyjść do nich z rodzicami!
– To już przechodziło ludzkie pojęcie! – basowała pasażer lotu do Toronto. – Pytam takiego pilota… To jest lekarza, kiedy najbliższy lot do Toronto. A on mnie pyta jaki mam bilet. Ja mówię, że oficjalnie kupiony w kasie LOT. To on mi mówi, że najbliższe wolne miejsce w samolocie mam za dwa lata w locie do Singapuru! Ale jak kupię bilet u niego w kabinie, to mogę lecieć choćby i jutro!
I tylko uczniowie byli niezadowoleni. Ale dzieci nigdy nikt nie słuchał. Nigdzie.

Jak pisać o wrześniu 39

Do klasy Łukaszka weszła pani pedagog i oznajmiła, że jest spotkanie z gościem, na auli. Za kwadrans. I ona natychmiast potrzebuje publiczność.
– To nie telewizja! – wściekła się pani polonistka. – Niech pani sobie złapie kogoś na ulicy!
– To muszą być uczniowie – upierała się pani pedagog. – Do szkoły przychodzi się żeby rozmawiać właśnie z uczniami. Kogo ja mam dać? Emerytów?
– A co to za gość? – zapytała zaciekawiona dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza.
– Dziennikarz – rzekła z dumą pani pedagog. – Znany!
– Czego nas może nauczyć dziennikarz? – zadudnił Gruby Maciek.
– Pisać! – zawołała pani pedagog.
– Przecież umiemy pisać! – parsknął okularnik z trzeciej ławki.
– Śmiem wątpić! – powiedziała polonistka. – Nauka pisania bardzo wam się przydała! Jedni bazgrzą jak kura pazurem – tu pokazała palcem okularnika – drudzy sadzą koszmarne błędy ortograficzne – pokazała Grubego Maćka – a niektórzy to piszą takie głupoty… – i tu wskazała Łukaszka.
– RODO! – zapiał okularnik. – Nie życzę sobie żeby przy wszystkich przetwarzała pani moje dane osobowe!
– Pokazywanie palcem to nie jest przetwarzanie danych! – zaśmiała się triumfująco pani polonistka.
Pani pedagog zaśmiała się jeszcze bardziej triumfująco i zabrała ze sobą uczniów.
Spotkało miało miejsce w szkolnej auli. Dziennikarz był bardzo młody, ale tak jak mówiła pani pedagog, był już znany. Otóż bowiem dokładnie rok temu popełnił artykuł pod tytułem „Polska napadła na Niemcy we wrześniu 39”. Po tym jak pojawił się w internecie link do tego artykułu to wybuchło w mediach społecznościowych wielkie zamieszanie określane mianem „szkwału z kału”. Autor tłumaczył się, że tytuł owszem, może być mylący, ale za to artykuł wszystko wyjaśnia. A co wyjaśniał? Ano opisywał wypad na Wschowę, wówczas niemiecką.
– Czy nie powinno się mówić: nazistowską? – spytała czujnie dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza.
– Ano powinło – przyznał z uśmiechem dziennikarz.
– Czy nie powinno się mówić „powinno” a nie „powinło”? – wystraszyła się pani pedagog.
– Ano powinło. Ale jest dobra autokorekta w komputerze. Sami więc widzicie, że każdy może być dziennikarzem. Aż dziwne, że tak mało osób się garnie do tego zawodu. Moja gazeta rozwiesiła tyle ogłoszeń o stażu. Nic. Nikt nie chce.
– A w jakiej gazecie pan pracuje? – chciał wiedzieć Gruby Maciek.
– W niemieckiej, a co?
– A nie powinno się mówić w nazistowskiej? – strzelił pytaniem Łukaszek.
– Bardzo śmieszne – wydął wagi pan dziennikarz. – Nie można każdego Niemca utożsamiać automatycznie z nazizmem, tak samo jak nie można każdego posiadacza pasu szahida automatycznie oskarżać o terroryzm!
– Tak się składa, że teść założyciela koncernu był w jednostce…
– Oj, drogi chłopcze, tak to naprawdę bez sensu! – przerwał Łukaszkowi pan dziennikarz. – Przecież w tamtych czasach wszyscy Niemcy byli w wojsku! No i widzisz, chciałeś, chciałeś, a się zesrałeś. Ale nic to. Podoba mi się w tobie ta pasja, ten upór, ta dociekliwość. To są cechy, które należy w sobie zdusić, aby być dobrym dziennikarzem. Bo dziś dobrzy dziennikarze piszą do ludzi i dla ludzi. I muszą wiedzieć co piszą, bo za słowa ponosi się też odpowiedzialność. I dlatego nie można pisać „Niemcy” o wrześniu 39.
– Tylko naziści – nie wytrzymał okularnik.
– Nawet nie. Nie wymieniamy sprawców i tyle.
– To niemożliwe! – podniosły się głosy. – Nie da się pisać, że ktoś napadł, nie pisząc kto!
Pan dziennikarz uśmiechnął się lekko.
– Da się – oświadczył. – A jak się pisze o zamachach w zachodniej Europie? Ciężarówka wjechała, nóż zaatakował, bomba wybuchła. Tu to samo. No, dajcie jakieś przykłady.
– Pancernik Schleswig-Holstein ostrzelał Westerplatte – rzucił okularnik.
– Pociski spadły na Westerplatte. Następny!
– Niemcy zbombardowali Warszawę… – zaczął Gruby Maciek.
– Warszawa pod bombami. Następny!
– Wojska niemieckie obeszły Armię Poznań – rzekł spokojnie Łukaszek.
– Armia Polska została… Została… Hm… Została… O, jak już późno. Muszę już lecieć. Do widzenia.

Pan dyrektor vs pan dziennikarz i pan komentator

W obowiązkach dyrektora szkoły znajduje się mnóstwo różnych dziwnych rzeczy. nie tylko zajmowanie się uczniami czy samą szkołą. W grę wchodzi wiele innych zadań, na przykład zorganizowanie konferencji prasowej z okazji otwarcia nowej przyszkolnej sali gimnastycznej.
– Może nikt nie przyjdzie – pocieszała pana dyrektora pani wicedyrektor.
Niestety, przyszło wielu lokalnych dziennikarzy. Co gorsza, pojawił się też znany komentator z prasy krajowej. A co najgorsze na sali zasiadł też dziennikarz Najlepszej Telewizji.
– O matko, co on tu robi – szeptała przerażona pani pedagog. – Przecież on zajmuje się najpoważniejszymi politycznymi zleceniami! Co on tu robi?
– Susza – westchnął pan dyrektor. – W polityce nic się dzieje. Cisza, spokój, nuda, dobrobyt…
– Co pan gada! – oburzyła się pani wicedyrektor. – Nie widzi pan co się dzieje?! Ten kraj stoi na krawędzi przepaści do której zmierza!
Pan dyrektor przetarł twarz i desperackim krokiem wszedł na scenę jak człowiek skaczący do zimnej wody. Rozpoczął konferencję i z początku odpowiadał na piekielnie konkretne pytania lokalnych dziennikarzy. Pytano o kwestie techniczne, budżetowe i tak dalej. A potem o mikrofon poprosił dziennikarz z Najlepszej Telewizji.
„Ten to mi dopiero dołoży” pomyślał pan dyrektor i miło się rozczarował. Bowiem pan dziennikarz zapytał:
– Co pan sądzi o tym, że rząd nadal nie chce dać żywej gotówki osobom niepełnoprawnym, które bez tych pieniędzy umrą w straszliwych męczarniach?
Powiało grozą i mydłem marsylskim.
– Hm… – pan dyrektor próbował grać na czas. – Ale to pytanie nie jest związane z tematem dzisiejszej konferencji.
– Jest pan funkcjonariuszem publicznym i ma pan odpowiadać na moje pytania – pan dziennikarz gra ł twardo. Więc dla odmiany pan dyrektor zaczął grać miękko.
– Och jejku, no wie pan, ja dopiero debiutuję w świecie mediów…
– Widać.
– Gdyby był pan łaskaw udzielić mi kilku wskazówek… – pan dyrektor kontynuował atak po linii pychy. Pan dziennikarz dał się złapać, kiwnął łaskawie głową i rzekł:
– Słucham.
– Jest pan dziennikarzem, prawda?
– Owszem, jestem – potwierdził rozbawiony dziennikarz, któremu jakoś słowo „prawda” nie chciało przejść przez gardło. – Mam legitymację.
– Mój Boże, Bułhakowem zapachniało! – zawołał podekscytowany pan dyrektor. – Wie pan, że za tym też idą pewne obowiązki? Rzetelność, etyka, i tak dalej…
– Nie będziemy chyba teraz debatować o etyce dziennikarskiej – rzekł zimno pan dziennikarz. – Moje pytanie…
– O tak, zaraz odpowiem na pana pytanie. Ale najpierw: niech mi pan łaskawie świat mediów. Kiedyś był pan łaskaw telewizję publiczną nierzetelną. Dotyczyło to sytuacji kiedy to telewizja publiczna nie informowała o wycince w Puszczy Białowieskiej… Pana zdaniem te słowa były uzasadnione?
– Tak, ale nie widzę związku…
– Zaraz pan zobaczy. Informowanie o katastrofie ekologicznej na poziomie ogólnokrajowym należy do obowiązków rzetelnego programu informacyjnego?
– Moim zdaniem tak.
– Jak wobec tego pan skomentuje to, że kiedy rok później, czyli pięć lat temu, doszło do gigantycznego skażenia Zatoki Gdańskiej ściekami właśnie z Gdańska, pana program informacyjny milczał? Nie podaliście państwo żadnej informacji w tej sprawie.
– Doprawdy, proszę pana, co pan za historie tu teraz wywleka…
– Jeśli chce pan abym odpowiedział na pana pytanie…
– No dobrze, odpowiem panu. To w Gdańsku to nie była katastrofa na poziomie ogólnokrajowym.
– Żartuje pan? Oczywiście, że była. O puszczy wszyscy zapomnieli, natomiast skutki zatrucia Zatoki są odczuwalne do dziś. Zatem wracając do pana słów: stacja, która nie informuje o czymś takim jest stacją nierzetelną. Co więcej wie pan o tym, prawda? I co, przychodzi pan teraz tu do mnie z mikrofonem, żebym udzielił wywiadu nierzetelnej stacji? I na dodatek pan, mając świadomość tego, że pana stacja jest nierzetelna, pracuje pan dla niej. Jak to określić pana zdaniem? Czy to licuje z rzetelnością i etyką dziennikarską? Co pan na to?
= To są Żuławy manipulacji – oświadczył z godnością dziennikarz i wyszedł.
– Bardzo ładnie pan to zrobił, bardzo ładnie – komentator bił brawo panu dyrektorowi ocierającemu pot z czoła. – Zazwyczaj ten dziennikarz zjada takich jak pan na śniadanie, a tu, proszę, taka niespodzianka! Nie myśli pan o tym, aby pójść w stronę polityki?
– Nie – burknął pan dyrektor, ale pan komentator puścił jego wypowiedź mimo uszu i kontynuował:
– Zapewne pana mentorem mógłby stać się Tunald-Dosk, największy polityk wolnej Polski, który osiągnął wiele w polityce krajowej jak i na polu europejskim…
– Pan daruje, ale on akurat nie jest moim wzorem – skrzywił się pan dyrektor, co pana komentatora niezwykle oburzyło.
– Chyba nie zaprzeczy pan, że Tunald-Dosk otrzymał wysokie stanowisko w hierarchii unijnej…
– Nie, nie zaprzeczę. On faktycznie je otrzymał. Natomiast pojawia się pytanie co z tego wyniknęło dla Polski? – zapytał pan dyrektor. – Niewiele dobrego. Przecież on Polskę w kółko krytykował.
– A nie przyszło panu do głowy, że Polska taka jest i tego potrzebuje? – zauważył ze złośliwym uśmiechem komentator. – Od dawna tłumaczę w telewizji publicznej, że jest źle.
– Czyli jest dobrze.
Pan komentator osłupiał i poprosił o wyjaśnienie.
– Proszę pana – powiedział pan dyrektor. – Jeśli w telewizji publicznej mówi pan, że jest źle, to znaczy, że jest dobrze. Jeśli byłoby źle, to mówiłby pan w telewizji publicznej, że jest dobrze. albo wcale by pana nie było.

Chcemy żywych ocen, czyli jak się gasi protesty społeczne

Pan dyrektor szkoły, do której chodził Łukaszek, musiał wyjechać na kilka dni. Musiał wybrać kogoś, kto będzie go zastępował.
– To chyba naturalne, że zastępować powinien zastępca – zauważyła pani wicedyrektor.
Pan dyrektor się zasępił.
– Ja jej pomogę – dodała z przekonaniem pani pedagog.
Pan dyrektor się zasępił jeszcze bardziej.
Nie miał jednak wyjścia. Przekazał obowiązki i wyjechał.
Kiedy wrócił, był zasępiony jeszcze bardziej. Zjawił się w szkole, wszedł do gabinetu i poprosił do siebie panie wicedyrektor i pedagog. Kiedy pojawiły się w gabinecie obie miały niepewne miny i popatrywały na siebie z niechęcią. Pierwsza przełamała się pani wicedyrektor.
– E… tego… Trzeba panu wiedzieć, że pojawiła się pewna sytuacja…
– Już wiem – przerwał jej pan dyrektor.
– Skąd? – zdumiała się pani pedagog.
– Jak to skąd?! – pan dyrektor stracił nagle panowanie nad sobą i palnął pięścią biurko. – Trąbią o tym w radio i telewizji! Internet tym żyje! A pani mnie pyta „skąd”!? Jest pani poważna!!?
– Nie sądziłyśmy, że to tak wyeskaluje – broniła się pani wicedyrektor. – Dzień po pana wyjeździe wpadły do szkoły. Podobno wprowadziła je któraś z nauczycielek. Żądają, protestują, okupują aulę. Rozmawiamy, negocjujemy, przygotowaliśmy fantastyczną propozycję, ale one po prostu nie chcą nas słuchać!
– Bzdura! Ten strajk trzeba szybko skończyć!
– Ale tak naprawdę jest! – pani pedagog wsparła koleżankę. – Ich postulaty nie interesują! Im zależy tylko na tym, żeby ten protest trwał! Więc nie wiem jak pan chciałby taki strajk skończyć, skoro one nie chcą!
– Proszę pani, takie strajki kończy się w jeden dzień – powiedział szorstko pan dyrektor wstając. – Proszę mnie natychmiast do nich zaprowadzić!
Obie panie ucichły, spokorniały i zaprowadził pana dyrektora do auli. Tam, w otoczeniu tobołków i transparentów siedziała grupa pań. Pan dyrektor podszedł, przedstawił się, przywitał i usiadł obok, a panie wicedyrektor i pedagog stanęły za nim.
– No więc tak – zaczęła pewna pani blond w kitce i z wytrzeszczem oczu. – Jesteśmy matkami uczniów. Prowadzimy strajk. Żądamy więcej ocen bardzo dobrych dla naszych dzieci!
– Wszystkie wasze żądania zostały spełnione! – zakrzyknęła pani wicedyrektor. – Obniżymy próg przyznawania piątek, wprowadzimy systemy motywacyjne, nauczyciele będą przygotowywać konteksty sprawdzianów…
– Stop, stop – pani blond w kitce i z wytrzeszczem oczu zamachała rękami. – Ale nas nie interesują te rozwiązania. Słyszała pani co mówiłyśmy?
– Że chcecie więcej piątek…
– Tak, ale nas nie interesuje jakieś tam kryterium czy coś takiego. chcemy żywych ocen bardzo dobrych, które te dzieci potrzebują!
Pan dyrektor patrzył na ruszające się usta pani blond w kitce i z wytrzeszczem oczu, ale nie słuchał co do niego mówi. Wreszcie wstał, powiedział:
– Dziękuję pani, będziemy w kontakcie – i poszedł do gabinetu.
– Ile jeszcze mam tu siedzieć?! Dzieci czekają na oceny! – piekliła się pani blond w kitce i z wytrzeszczem oczu.
– Gruba sprawa – pan dyrektor z westchnieniem opadł na fotel.
– Mówiłam! – pani pedagog nie mogła sobie darować.
– Kim one są?
Pani wicedyrektor spojrzała zdziwiona na pana dyrektora.
– No… To są matki uczniów z naszej szkoły.
– To i ja wiem! Ale kim one są prywatnie? Żona posła? Córka ministra?
– Nie wiemy…
– Nieprzygotowane jesteście – pokręcił głową pan dyrektor. – I jak wy chcecie toczyć z nimi negocjacje nie wiedząc z kim rozmawiacie?
– Przecież postulaty są – zaczęła pani pedagog ale pan dyrektor jej przerwał:
– Widziałem tam matkę Hiobowskiego. Dawać mi go tu do gabinetu.
Pięć minut później Łukaszek stał przed biurkiem pana dyrektora.
– Twoja matka bierze udział w tym proteście.
– Ano bierze.
– To źle.
– Wcale że nie. Dzieci nie odpowiadając za grzechy rodziców.
– Kto tak mówi? – spytała kpiąco pani pedagog.
– Każdy Niemiec.
Pan dyrektor stłumił uśmiech i poprosił o informacje o strajkujących.
– Nie jestem konfidentem – Łukaszek skrzyżował ramiona na piersi.
– Dziecko jesteś! Proszę cię o informacje ogólnie dostępne. Żadnych sekretów mi wyjawiać nie musisz, powiedz mi tylko, kto jest gdzie. Sam bym to sobie poszukał w internecie, ale nie mam czasu. Potrzebuję to wiedzieć już!
– Czas to pieniądz – rzekł filozoficznie Łukaszek i popatrzył w sufit.
Pan dyrektor westchnął i wypisał jakąś kartkę.
– Co to jest?
– Zwolnienie z najbliższej kartkówki. No więc?
– Komitet Obrony Defraudacji – rzekł zwięźle Łukaszek chowając kartkę do kieszeni. – Poza tym Partia Modernistyczna, Klub Miłośniczek Wiodącego Tytułu Prasowego, feministki, doktorki socjologii, dietetyczki i wegecyklistki.
– To wszystko dziękuję, możesz iść.
Kiedy Łukaszek wyszedł, pan dyrektor odezwał się z satysfakcją:
– Widzicie teraz z kim zadarłyście? To nie są zwykłe matki, to profesjonalne komando zadymiarek! A wy im spełnienie postulatów! Bua cha cha!
– I co? – odgryzła się pani wicedyrektor. – Wygasi pan taki protest?
– Oczywiście, i to jeszcze dziś! Dzwońcie po telewizję i radio, a ja ściągnę tu rodziców!
– Iść po nie do auli? – spytała pani pedagog.
– Co? – pan dyrektor wpierw się nie zorientował, ale zaraz się roześmiał i machnął ręką:
– Nie, nie! Niech one sobie tam siedzą!
– Ale mówił pan przecież…
– Ściągniemy swoich rodziców! – pan dyrektor z triumfującym wzrokiem sięgnął po telefon.
– Zosia? Cześć. Słuchaj, czy ty masz dziecko w mojej szkole? Świetnie, to proszę cię, podjedź tak za godzinkę. Mam ciekawy pakiet społeczny do podpisania.
Kiedy godzinę później do auli wkroczyły ekipy telewizji i radia, wśród protestujących zapanowało ożywienie.
– Uwaga! – pani blond w kitce i z wytrzeszczem oczu była czujna. – To może być pułapka! Przecież niczego jeszcze nie uzgodniliśmy!
Pani miała dobre przeczucie, bowiem za ekipami do sali wkroczyło grupa osób, w tym pan dyrektor.
– Witam przybyłych przedstawicieli mediów! – zaczął pan dyrektor. – Oto będziecie świadkami podpisania ugody z rodzicami dzieci i zakończenia protestu!
– Jeszcze czego! – zawyła pani blond w kitce i z wytrzeszczem oczu. – My się nie zgadzamy…
– Ależ nie jest pani jedyną matką ucznia – odparł słodko pan dyrektor. – Tamte matki się zgadzają, prawda Zofia?
– Oczywiście. Pana propozycje nawet przekraczają nasze oczekiwania!
– Zatem: sukces! – zakrzyknął pan dyrektor i w świetle kamer wraz z przyprowadzonymi przez siebie rodzicami podpisali porozumienie. Wszyscy wyszli, zostały tylko matki protestujące.
– I co teraz? – westchnęła mama Łukaszka. – Chyba nie ma sensu tak siedzieć?
– Chyba nie – mruknęła pani blond w kitce i z wytrzeszczem oczu. – Mam ochotę rzucić to wszystko i jechać do Chorwacji.
————-
marcinbrixen.pl
http://www.wydawnictwo-lena.pl/brixen3.html – blog w formie książki
https://pl-pl.facebook.com/marcin.brixen