Izrael nie akceptuje zabudowy pani balkonu

W tym roku styczeń był dosyć łaskawy dla budowlańców. Ciepła i sucha pogoda umożliwiła przeprowadzenie wiele drobnych prac. W bloku, w którym mieszkali Hiobowscy jedna z rodzin zabudowała sobie balkon.
W bloku zawrzało.
– To tak wolno? – oburzali się lokatorzy, którym wcześniej odmówiono zgody na zabudowę.
– Wolno – oświadczyła z dumą pani lokatorka. – Mąż pracuje z ministerstwie, zna się na przepisach. Teraz pisze dla Francji ustawę ograniczającą ich przemysł stoczniowy. Od pierwszego stycznia zmieniły się przepisy budowlane. Teraz już można zabudowywać balkony!
Wtedy wszyscy inni oświadczyli, że w takim razie oni też zabudują balkony. I kiedy tak wszyscy się oświadczali do bloku wszedł pewien pan. Wyglądał dość kuriozalnie. Miał bowiem wygląd nobliwy, jakby stary i zakonny zarazem, okulary, brodę, kręcone makarony włosów przy uszach. Włosy były koloru blond, co psuło cały ten efekt. Dodatkowo wrażenie groteski potęgował kask budowlany na głowie.
– Szalom – przywitał się śpiewnie pan. – Nadzór budowlany, dzień dobry państwu!
– Dla kogo dobry, dla tego dobry – mruknęła babcia Łukaszka.
– Ja do lokatorów, którzy zabudowali balkon – oznajmił pan rozdając wizytówki. – Stare jeszcze są, sprzed zmiany – zastrzegł. Na wizytówce było stanowisko, adres, tytuł naukowy, nazwisko i imię. Imię było przekreślone, z Mariusz na Mordechaj.
– Kiedyś był odwrotny trend – skomentował dziadek Łukaszka.
– To mój balkon, a bo co? – spytała pani.
– Zabudowa została wykonana niezgodnie z prawem.
Zapadła cisza.
– Jak to? – wyjąkała pani. – Mąż mówił mi…
– Goje nie znają się na budownictwie – machnął ręką pan z nadzoru.
– On jest prawnikiem.
– Na prawie też nie.
– Ja kto nie, ja czytałam zmianę rozporządzenia, teraz już wolno zabudowywać balkony!
– Nie wolno.
– Ale dlaczego?
– Izrael nie akceptuje zabudowy pani balkonu! – rzekł z mocą pan inspektor i potoczył triumfalnym wzrokiem po otoczeniu.
– A skąd Izrael niby wie… – zaczęła pani, ale pan jej przerwał:
– Oni wiedzą wszystko, mają najlepsze służby na świecie!
– Nawet wiem od kogo to wiedzą – rzekł z przekąsem tata Łukaszka. Pan inspektor zaczął krzyczeć „milcz antysemito” i że zaraz przyjdzie do Hiobowskich sprawdzić czy kratki wentylacyjne w łazience nie są zaklejone folią.
– A pani – wzburzony pan inspektor zwrócił się do pani lokatorki. – Niech pani wie, że Izrael nie akceptuje zabudowy pani balkonu.
– Dlaczego ja mam dostosowywać swój balkon do tego co chce Izrael?
– Bo oni mieli Holokaust! – zagrzmiał pan inspektor.
– Ale co to ma wspólnego.,, – powiedział Łukaszek, ale pan nie dał mu dokończyć:
– No, no, chłopcze, zanim cokolwiek powiesz, dobrze się zastanów, nie będziesz chyba negował Holokaustu?
– Nie…
– No więc! Ma pani dwadzieścia cztery godziny na dostosowanie swojego balkonu.
– A jeśli nie?
– Przykro mi to mówić, ale dostanie pani wezwanie o odszkodowanie. Sześćdziesiąt pięć miliardów dolarów.
– Co??? Za jeden balkon???
– Proszę pani, oni tam, w Izraelu, czują mocniej.
– Zaraz, moment – wtrąciła się dozorczyni, pani Sitko. – Chciałabym jednak wiedzieć, dlaczego nasze prawo musimy dostosowywać do żądań….
– Te żądania nie są bezzasadne, proszę pani! To wszystko w trosce o jakość prawa. Aby było jak najlepsze. Rzekłbym: koszerne.

Grzybizm

– …a już za pół godziny w naszym dzienniku dowiedzą się państwo kto rządzi Polską! – odezwał się radośnie spiker Najlepszej Telewizji i poleciała reklama sorbetu z wody.
– Przecież wiemy, kto rządzi Polską – zaśmiał się dziadek Łukaszka i spojrzał na siostrę Łukaszka.
– U fryzjera mówią, że rządzi Niski z Żoliborza – bąknęła siostra i została wyrzucona na korytarz.
– Jak jesteście tacy mądrzy, to powiedzcie, kto rządzi, co?1 – darła się zza drzwi rozzłoszczona siostra.
– Żydzi – odparł dziadek z namaszczeniem.
– Odczep się wreszcie od komunistów – zaczęła babcia, ale przerwał jej Łukaszek, że jak sama nazwa wskazuje, Polską rządzi parta rządząca.
– Właśnie, że nie! Właśnie, że nie! – mama Łukaszka klaskała w ręce z uciechy. – Polską rządzi straszna i masowa fala terroru!
– To takie śmieszne? – spytała lodowatym tonem babcia Łukaszka.
– No nie… Ale już za chwilę dowiecie się kto naprawdę rządzi Polską!
Skończył się serial „Polacy gwałciciele, antysemici i mordercy” a zaczął się dziennik. Zagrała nerwowa, niepokojąca melodia, na ekran wpełzły brunatne cienie. Przerażone europosłanki kuliły się na tramwajowych siedzeniach, lub przemykały ulicami, ku jedynemu oświetlonemu budynkowi – ku siedzibie stacji Najlepszej Telewizji.
– Witam serdecznie tych państwa, którzy jeszcze ośmielają się oddychać niezależnie od władzy – wyszeptał spiker. – Już za chwilę dowiemy się kto rządzi w tym kraju.
Na ekranie pojawił czarny grzyb wpisany w białe koło na czerwonym tle.
– Grzybiarze!!! – zasyczał prowadzący. – Czają się po lasach i knują jak tu w Polsce wprowadzić grzybizm!!! Nas reporter napotkał jedną z grup pod Pawełkowicami!!! Nie było łatwo przeniknąć do ich grona, to zazwyczaj niewielkie, hermetyczne grupki zazdrośnie strzegące zawartości swoich koszy przed oczami postronnych.
Pokazano nagrany ukradkiem materiał. Grupka ludzi chodziła po lesie, zbierała grzyby, przeglądała atlas grzyboznawczy. Ktoś zaczął jeść czekoladowego wafelka. Na tym nagranie się urwało.
– Nie do wiary, że obecna władza to toleruje – pokręcił głową prowadzący. – W studiu mamy gościa, jest to poseł partii rządzącej. Co pan na to? Co pan na to to, pytam się? W tym kraju odradza się grzybizm!!!
– Ależ… – rozłożył ręce poseł partii rządzącej. – Przecież za poprzednich rządów ludzie też zbierali grzyby!
– Niech pan mi tu nie mydli oczu w sytuacji, gdy grzybiarze czytują sobie swobodnie monografię „Mein Grzyb”! Rządzicie już tyle lat, a nadal w tym kraju po lasach ukrywają się ludzie marzący o jedzeniu podgrzybków! To odrażające! Co z tym zamierzacie zrobić?!
– Nie dramatyzujmy, panie redaktorze…
– Jak to nie?! Przecież ktokolwiek, nawet pan czy ja, możemy natknąć się na tych ludzi w lesie i co?
– Był dobry człowiek ministrem, który chciał wyciąć lasy, to go zniszczyliście…
– Panie pośle, nie to było klasyczne wylanie dziecka z kąpielą! Zagrożenie, jak pan wiedział, jest dziś realne!
– Dziś? Przecież tam były liście na drzewach. Kiedy ten materiał był nakręcony?
– Jesienią, a bo co?
– Bo teraz jest styczeń. Czemu tak długo zwlekaliście z emisją? Zresztą, nieważne. Grzybiarzy teraz nie ma.
– Tak, teraz nie ma, ale oni wrócą! Następnej jesieni…
– Wtedy będziemy się martwić.
– Wtedy to może być za późno, Unia Europejska chce wdrożyć przeciwko temu krajowi procedurę Kary Ostatecznej z powodu tolerowania istnienia grzybiarzy.
– Ciekawe – zirytował się poseł. – W innych krajach grzybiarze im nie przeszkadzają!
– Przecież w innych krajach nie ma grzybiarzy – zdumiał się redaktor.
– Co pan opowiada, są!
– Nie ma, Unia zakazała!
– No i co z tego, że zakazała, oni są.
– Gdzie? Niech pan poda przykład!
– Chociażby we Francji!
– Tam nie ma grzybiarzy!
– Jak to nie, byłem niedawno i podano nam grzyby, przecież ktoś je musi tam zbierać!
– Może i zbiera, ale to nie są grzybiarze. Francja była drugim krajem, pierwszym były Niemcy, który zdelegalizował grzybizm. Grzyby owszem, nadal są zbierane, ale teraz zgodnie z konstytucją i poszanowaniem demokracji. Zajmują się tym myśliwi. Myśliwi runa leśnego.

Dworek dwórek

Jak wszędzie, tak i w telewizji występuje zjawisko zwane modą. I nie chodzi o styl ubierania się prezenterów, lecz o pewną tendencję w kręceniu programów.
Teraz wszyscy w Polsce kręcili seriale historyczne.
Pierwszą, nieśmiałą jaskółką była „Korona królów”. Produkcja nie odniosła co prawda międzynarodowego sukcesu. Zakupili ją jedynie Meksyk i emitował u siebie pod nazwą „Maj Majów”, oraz Niemcy, którzy wyświetlali jako „P.I.A.S.T: Polnische Idioten und Antisemiten Sind Teufeln”. Niemniej jednak „Korona królów” krajowy rynek miała u stóp. Cała Polska pasjonowała się losami króla Kazimierza Wielkiego, które całe życie spędzał na Wawelu na flirtach i dzięki temu Polska była wtedy potęgą w Europie.
Osobom odpowiedzialnym za seriale we wszystkich telewizjach zaświeciły się oczy. Na gwałt zaczęto kroić nowy tort, który wyłonił się zza medialnego horyzontu. Walka toczyła się o czas i o ilość – kto będzie pierwszy, kto wyprodukuje więcej – ten wygra. Wszyscy zostawili niedokończone opowieści o żołnierzach wyklętych i rzucili się na polskich monarchów.
I ktoś wpadł na genialny pomysł. Właściwie nie był to pomysł nowy. Na ten przykład w motoryzacji powstawały całe marki samochodowe, które korzystały z części spółek-matek. Tu zrobiono podobnie.
Wykorzystano moce przerobowe innych seriali. Dekoracje, wnętrza, aktorów, scenariusze, dialogi, personel techniczny, środki finansowe. A jakie seriale Polacy kochają najbardziej? Nowele paradokumentalne. I tak oto połączono sprawdzone już formaty ze stylizacją retro. Efekt był piorunujący.
Polscy aktorzy w zdecydowanej większości odmówili grania „w tym czymś”. Oświadczyli, że po pierwsze to nie jest na ich poziomie, a po drugie opowieści o prawdziwej przeszłości zakłamują teraźniejszość. Woleli gromadnie występować w niemieckiej superprodukcji „Tsedinien” o czasach Mieszka Pierwszego ale z perspektywy zza Odry. Współpracowali też na odcinku scenariusza – na ten przykład kulminacyjną bitwę rozpisał Stuciej-Mahr.
Stacje telewizyjne poradziły sobie bardzo prosto. Zaprosiły do współpracy widzów. To był strzał nawet nie w dziesiątkę, w jedenastkę. Oglądalność poszybowała bardzo wysoko, a publiczność masowo szturmowała wszelkie castingi marząc o wspólnym papierosie z Krzywoustym czy o kąpieli z Elżbietą Batory.
Wspólnym mianownikiem była co prawda historia, ale poza tym poszczególne produkcje różniły się mocno pomiędzy sobą. Ba, niektóre nawet powstawały za granicą! W prześlicznych bułgarskich plenerach toczyła się opowieść o Władysławie Warneńczyku pod tytułem „Pamiętniki z wakacji” – rekordzista pod względem ilości odcinków. Ciekawym posunięciem było pokazanie losów króla, kiedy już przestał być królem – perypetie Henryka Walezego na francuskiej Riwierze mogliśmy śledzić w „Ex na plaży”. Fascynujące dzieje przenosin stolicy polski można było oglądać w opowieści o Zygmuncie Wazie pod tytułem „Warsaw Shore”. Kobiety miały „swój” serial, „swoją” bohaterkę. Była nią Bona Sforza, która bezskutecznie usiłowała przedłużyć dynastię Jagiellonów w „Kto poślubi mojego syna”. Po dwudziestej trzeciej mogliśmy oglądać wyjątkowo śmiałe sceny serialu „I damy i wieśniaczki”, w którym to ponownie mieliśmy okazję zetknąć się z Kazimierzem Wielkim. A w „Król szuka żony” pokazano trudne sprawy sercowe Władysława Jagiełły.
Oczywiście przy takim pójściu na skróty seriale nie mogły być wysokiej jakości. Krytyka była dosyć powszechna. Już w trakcie emisji użytkownicy mediów społecznościowych zamieszczali swoje uwagi. Po emisji swoimi przemyśleniami dzielili się publicyści, a na koniec opiniami dzielili się widzowie. I co ciekawe, uwagi internautów były krytyczne bardzo, uwagi publicystów w niewielkim stopniu, a zwykli widzowie byli zachwyceni.
– No bo niech pan powie sam, panie Hiobowski – pan Sitko argumentował tak zapalczywie, że aż mu piwo wychlapywało z butelki – co mi z tego, że za czasów Bolesława Chrobrego nie było akurat takiego jak pokazano lakieru do tramwajów? Czy to wpływa na jakość akcji?
– Nie w tym rzecz… – zaczął tata Łukaszka, ale pan Sitko mu przerwał:
– No, ja też tak myślę! Zresztą, wkrótce wchodzi nowy serial, który ma zamknąć usta wszystkim krytykantom.
– Jeszcze jeden? – jęknął tata Łukaszka.
Emisja nowego serialu ruszyła wkrótce. Nosił tytuł „Dworek dwórek” i wzorowany był na epopei Mickiewicza.
– Co prawda luźno wzorowany – zastrzegł jeden z twórców – ale za to z jakim odwzorowaniem epoki!
Rzeczywiście, bardzo luźno był wzorowany. Opowiadał o konflikcie pomiędzy spokrewnionymi ze sobą producentami dwóch wódek.
– Litości – dziadek Łukaszka oparł czoło o poręcz fotela.
Tytułowy dworek był pełen dwórek, których życiowym celem było wyjść za mąż i skorzystać z dobrodziejstw programu pięćset rubli plus.
– A gdzie Napoleon? – spytał Łukaszek.
…francuski producent koniaków próbował wbić się na rynek alkoholi.
Hiobowscy zagryzali wargi, ale próbowali dotrwać do końca pierwszego odcinka. Dali nawet radę nylonowym rajstopom i słuchawkom bezprzewodowym.
– Ja was nie rozumiem – siostra Łukaszka z zapartym tchem śledziła akcję. – Świetny serial! Wszystko rozumiem!
– Nawet to? – spytał słabym głosem tata Łukaszka i pokazał samochód parkujący przed fast foodem YAN KIEL. – Co to ma niby być? Motel?!
– No przecież podtytuł brzmi „Ostatni zajazd na Litwie” – przypomniała wesoło siostra.
Tata Łukaszka zazgrzytał zębami i już sięgał po pilota, ale powstrzymał go syn.
– Nie możesz – wyszeptał Łukaszek. – Sprawdzałem Tweetera podczas emisji. Jeśli serial będzie miał kiepską oglądalność, to go zdejmą…
– Hurra!
– …i w to miejsce zakupią „Tsedinien”.
– …nie!
– A podobno w ostatnim odcinku „Tsedinien” woje Mieszka Pierwszego nacinali paluszki niemieckich dzieci kartkami papieru!
Hiobowscy spojrzeli na siebie, pomilczeli przez chwilę i tata Łukaszka odłożył pilota z powrotem.
– Właściwie… Ten serial nie jest taki zły.

Pietruszka

Pan, który w osiedlowym sklepiku handlował warzywami znienacka podniósł cenę pietruszki.
Kiedy ludzie się o tym dowiedzieli, w sklepiku doszło do megadantejskich scen. Akurat traf chciał, że właśnie wtedy w sklepie byli dozorczyni pani Sitko i tata Łukaszka.
Oboje mieli oczywiście kupić pietruszkę.
Nie kupili. Tłum klientów napierał na pana sprzedawcę żądając obniżki ceny i grożąc upokorzeniem sklepu na arenie stosunków osiedlowych. Pan sprzedawca już zaczął się łamać, gdy zaszedł przedziwny wypadek. Do sklepu wszedł pewien siwy pan. Spojrzał na wszystkich i spytał:
– Czy państwo coś kupują?
– Nie – wybuchnęli potencjalni klienci. – Bo ten sprzedawca jest taki i owaki!
– Może państwo nie potrafią kupować – powiedział pan podchodząc do lady. Wyjął portfel i zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał. Wyjął portfel, wyciągnął z niego wszystkie pieniądze i położył na ladzie, po czym powiedział do osłupiałego sprzedawcy:
– Muszę kupić pietruszki. Za wszelką cenę. niech pan powie, ile. Kwota nie gra roli. Jeśli te pieniądze nie starczą, to pójdę do domu i przyniosę więcej.
– A… – pan sprzedawca przełknął ślinę. – A ile pan chce?
– Jeden pęczek.
– Pan tu nowy… To… Tego… – mamrotał pan sprzedawca zgarniając pieniądze do szuflady. – W imię dobrej współpracy zgodzę się. Nawet może pan sobie sam wybrać pęczek!
– Dziękuję – rzekł wzruszony siwy pan i uścisnął serdecznie pana sprzedawcę, a ten poklepał go po plecach. Siwy pan wybrał sobie pietruszkę i wychodząc rzucił ludziom zgromadzonym w sklepie:
– No i widzicie? Można? Można kupić? Można się dogadać? A wy…
I wyszedł.
Pani Sitko już nabierała oddechu aby wybuchnąć dłuższą tyradą, już pan sprzedawca wciągał w płuca powietrze by odeprzeć atak, już się wszyscy szykowali n wielką kłótnię, gdy dziwny dźwięk przeszył powietrze.
– Panie Hiobowski – wyjąkała pani Sitko. – Pan płacze? Dlaczego? Przecież to tylko pietruszka…
– Mam gdzieś pietruszkę – tata Łukaszka zakrył oczy. – Wiecie kto to był? Nasz nowy minister spraw zagranicznych.
– O k***a – powiedział pan sprzedawca.
I wszyscy się zasępili.

Prezent od wujka

Uwagę Hiobowskich zwróciła postać sąsiada, który tkwił przed blokiem niebaczny na styczniowy mróz wielkości jednego stopnia poniżej zera. W końcu tata Łukaszka specjalnie się pofatygował na dół, do sąsiada, aby go spytać o przyczynę tego tkwienia, a kiedy się pofatygował, to też został.
– Co oni tam robią? – irytowała się babcia Łukaszka i zadzwoniła do taty Łukaszka na komórkę.
Wiadomość, którą otrzymała była na tyle elektryzująca, że cała rodzina runęła do windy i wybiegła przed blok.
Sąsiad czekał na nowy samochód.
– Nie dla siebie – wyjaśniał sąsiad przytupując. – To dla syna. Chciał mieć nowe auto. Wujek rzucił pomysł zbiórki, cała rodzina się złożyła. I kupili. Dzisiaj syn ma przyjechać nową furą, więc czekam na niego. Dzwonił, że niedługo będzie…
– A co kupili? – spytał tata Łukaszka.
– Nie wiem. Nie chciał powiedzieć przez telefon.
– Jedzie chyba! – zakrzyknęła siostra Łukaszka.
– E nie, to chyba nie on… – rzekł sąsiad. Ale to faktycznie był jego syn. Podjechał malutkim, nowiutkim autem pod blok i wysiadł z triumfującą miną. Jego ojciec miał minę deczko inną.
– Tylko takie coś? – spytał nieudolnie próbując ukryć rozczarowanie w głosie. Zaczął obchodzić samochód z nieufną miną człowieka, który właśnie dowiedział się, że na kilogram wychodzi tylko pięć pomidorów.
Z bloku wypadła żona sąsiada. Przypadła do auta i zaczęła je głaskać po błotniku.
– Boże, jakie piękne, jakie nowe, i to od niego, dał nam…
– Jakie dał, euro do tego nie dołożył, cała rodzina się składała! – huknął sąsiad. – Na pewno wszystko poszło na ten samochód?! Wielcem ciekaw! Gdzie jest wujek?! Nie przyjechał z tobą?!
– Nie – spłoszył syn sąsiada. – Też kupował nowe auto. Tak się złożyło.
– Nie kupował tam gdzie ty?
– Nie, więc go podwiozłem.
– A dokąd go podwiozłeś?
– Do salonu Landrovera.
Sąsiad sapnął głośno, że teraz to rozumie czemu to auto takie małe. Jego żona zareagowała dość nerwowo. Wstała z klęczek i ruszyła na swojego męża.
– Co ty tu mruczysz pod nosem, co?! Sugerujesz, że ten święty człowiek nas okradł?!
– Tego nie mówię – sąsiad zaczął się wycofywać. – Ale chciałbym zobaczyć fakturę…
– Samochód nam dał za darmo, a ty jeszcze od niego faktury żądasz?!
– Za jakie k***a darmo?!! – nie wytrzymał sąsiad. – Przecież to były pieniądze rodziny a nie jego!! On to tylko kupił!!!
Syn sąsiada, podniecony, obchodził auto i powtarzał radośnie „mój samochód”.
– Ile on ma koni? – spytał Łukaszek.
Syn sąsiada sięgnął po dowód rejestracyjny i podał Łukaszkowi nadal powtarzając „mój samochód”.
– Nie twój – sprostował Łukaszek. – Wujek wpisał siebie jako właściciela… Fajny ten wujek.
Sąsiad się zagotował i zaczął krzyczeć. Wtedy podszedł do niego syn, położył mu rękę na ramieniu i powiedział patrząc prosto w oczy:
– Tato. Bądź ojcem. Bądź człowiekiem. Bądź mężczyzną. Bądź Polakiem. Bądź katolikiem. Dostałem samochód od wujka. Nie akceptujesz tego, OK, ale pozwól mi go zachować. Nie wtrącaj się do mojego życia, a ja nie będę się wtrącać do twojego. A teraz mi daj pieniądze na paliwo, ubezpieczenie i opłać mi miejsce postojowe na parkingu strzeżonym. No i podpisz jeszcze to. To oświadczenie, że rezygnujesz z jazdy moim autem, bo nie dałeś na nie ani euro i obrażasz wujka.

Feministki na Marsie

Wszyscy Hiobowscy, każdy w ich bloku, cała Polska, Europa, świat – no, po prostu wszyscy oglądali. Oglądali wydarzenie jakim było lądowanie pierwszego lotu załogowego na Marsie. Wydarzenie to było wyjątkowe, epokowe i w ogóle naj. Z kilku względów. Pierwszy – to pierwsze lądowanie załogowe na czerwonej planecie. Drugi powód, to przebieg tego lądowania, który był niepodobny do żadnych innych, a Polska zapisała się żywą kartą. I po trzecie było wyjątkowe z powodu załogi.
Nie brał udziału w locie żaden profesjonalny kosmonauta. Ba, żaden mężczyzna. Załoga była wyłącznie żeńska (część środowisk LGBT ABCD EFGH XYZ protestowało). I nie były to zwykłe kobiety, o nie. Były to same znane na całym świecie feministki.
Jak do tego doszło?
Bardzo prosto – poszło o pieniądze. Z jednej strony NASA borykała się ze zbieraniem funduszy na lot załogowy na Marsa, z drugiej wywierane były na nią olbrzymie naciski społeczne. Różne organizacje alarmowały, ile za te pieniądze można by pobudować domów starości dla gejów, ile można by kupić medycznej marihuany albo ile można byłoby nakarmić chomików syryjskich. NASA w końcu poszła po rozum do głowy i ogłosiła casting podobny do tego, jaki się dzieje w Formule 1: zabiorą jednego kandydata spoza kosmonautów, który wniesie największy budżet. To jeszcze pogorszyło sprawę. Komuniści zaczęli ich wyzywać od faszystów, faszyści od komunistów, feministki od mężczyzn, a wegetarianie od świń.
Najdonośniejszy głos należał do środowisk feministycznych, które negowały dosłownie wszystko. Dlaczego kandydat? A nie kandydatka? Dlaczego tylko jeden? A nie dziesięciu? W końcu któryś z dyrektorów NASA, zmęczonym całym tym medialnym zawirowaniem, pół żartem pół serio, zaproponował, że może wysłać kogo chce, bo automatyka na to pozwoli, byleby przyniósł fundusze na lot. Środowiska feministyczne buńczucznie ogłosiły, że podejmują wyzwanie i delegują spośród siebie najbardziej znane, agresywne, twarde wojowniczki. Zapomniały przy tym o przysłowiu – uważajcie z życzeniami bo mogą się spełnić.
Całą kwotę uzbierano w pięć i pół godziny.
Dziewięćdziesiąt dziewięć procent wpłacających było mężczyznami. Entuzjazm wśród ofiarodawców hamował jedynie fakt, że podróżniczki wrócą na Ziemię.
Feministkom zrzedła mina. NASA ogłosiła zatem, że polecą ich kosmonauci, a zebraną kwotę przekaże nowemu papieżowi Czesławowi Pierwszemu (poprzedni abdykował w zeszłym roku i przeszedł na islam) w celu utworzenia ośrodka pomocy młodym, pracującym białym heteroseksualnym mężczyznom.
Feministki nie miały wyboru. Cały wolny świat naciskał aby leciały. Wreszcie panie się zgodziły. Szczęścia nie było końca, a szczególną radość mieli Polacy, bowiem w gronie lecących znalazła się jedna pani z ich kraju. Nobara-Barwacka.
Kosmonautki, a było ich siedem, przeszły morderczy trening emitowany oczywiście na antenach telewizji. Po jego zakończeniu Ukraina opracowała nowy format reality show „Damy i kosmonautki” i sprzedała go do wielu krajów. W Polsce królował jednak „Rolnik szuka kosmonautki”.
Nadeszła kolej na lot, lot pełen tak dramatycznych momentów jak kłótnia kto ma siedzieć przy oknie. No i wreszcie lądowanie. Bez przesady, cała Polska rzuciła się do telewizorów, do smartfonów, do laptopów. Pobito nawet rekord oglądalności trzeciego odcinka szóstego sezonu „Korony Królów” pod tytułem „W okowach alkowy” z Elżbietą Batory w roli głównej.
Nie tylko Polska, cała Ziemia oglądała z zapartym tchem jak panie przesiadają się do lądownika i kłócą kto ma usiąść za kierownicą. Tu wreszcie NASA poczuła się w obowiązku interweniować.
– Pani nie – poinformował dyrektor NASA panią w kombinezonie koloru burgunda.
– Dlaczego nie?
– Widzieliśmy jak pani parkuje pod naszym budynkiem. Pani zawraca na parkingu na szesnaście razy!!!
– To jest chamstwo!!! – zapiała pani. – Proszę nie przenosić swoich patriarchalnych kompleksów na kosmiczny poziom!!!
Ale kiedy NASA ją uświadomiło, że mogą ją oglądać miliardy ziemian, a może i nie tylko ziemian, ustąpiła. A za kierownicą zasiadła pani w kombinezonie koloru lila. Pozostałe kosmonautki zasiadły grzecznie za nią.
– I oto już rusza, proszę państwa – komentował podniecony dziennikarz w polskiej telewizji. – Ten jeden drobny ruch koła jest wielkim ruchem w dziejach ludzkości. Łazik zaraz wyjedzie z lądownika… Oj… Chyba nie tak zaraz… Pani cofa… Teraz skręca… Teraz do przodu… Uwaga! Stop! Nie… Chyba nic poważnego się nie stało… Jeszcze raz do tyłu… Koła! Koła w drugą stronę!! Nie tak!!! Uwaga!!! O Jezu… Nie, no w sumie po co światła na pustyni marsjańskiej, innych pojazdów raczej tu nie ma. Kolejna próba wyjazdu z lądownika…
Kamera pokazała panów z NASA. Byli sini.
– Takie wąskie te wrota zrobili, pewno jakiś facet projektował – piekliła się pani za kierownicą.
– To spisek patriarchalny, aby pogrążyć kobietę w oczach całej galaktyki – wtórowały jej inne panie.
Pani w kombinezonie koloru burgunda milczała z satysfakcją.
Łazik wreszcie wyjechał na pustynię i w ziemskich domach zapanowała euforia. Nie mącił jej ani paskudnie porysowany przód łazika, powgniatany bok, wygięty błotnik i stłuczone tylne światło.
– Na szczęście wrota lądownika się domykają i jest hermetyczność, będą mogły wrócić – oznajmił pobladły dyrektor NASA.
– No i widzicie mężczyźni, nawet wy potraficie coś zrobić dobrze – pani za kierownicą dodała gazu.
Łazik przetrwał zderzenie ze skałą („Kto tu postawił!”) i wywrotkę na skalnym usypisku („nagle mi zabiegło drogę”), ale kiedy przebiła się opona panie postanowiły wysiąść i udać się na rekonesans. Automaty zajęły się zmianą koła, a kosmonautki rozglądały się dokoła.
– Boże, jak tu pięknie – zachwyciła się pani w kombinezonie koloru piaskowego.
– Boga nie ma – ofuknęła ją pani w kombinezonie koloru łososiowego.
I już miała wybuchnąć kolejna kłótnia, kiedy pani w kombinezonie koloru ecru zaczęła krzyczeć, że odkryła coś bardzo ważnego. Panie poszły w jej stronę, udały się tam też automaty i już po chwili miliardy widzów obserwowały dzięki kamerom, że na skale są… – Porosty – szepnął z nabożeństwem dyrektor z NASA. – A więc jest życie na Marsie!
Wybuchła gigantyczna wręcz euforia. Kamera pokazała cieszące się sześć kosmonautek. A później jeszcze raz pokazała porosty. To znaczy: miała pokazać. Bo zamiast porostów wszyscy ujrzeli plecy kosmonautki w śliwkowym kombinezonie. Pani z zapałem szorowała pumeksem skałę zdzierając porosty.
– Co ona robi?! – wrzasnął strasznym głosem dyrektor NASA.
Kosmonautka odwróciła głowę i wszyscy ujrzeli smutne oblicze Nobary-Barwackiej.
– Kobieta zawsze powinna mieć wybór! – rzekła z naciskiem. – Więc ja wybrałam aby usunąć tę narośl! Mój wybór, moje ciało!
– Jaką narośl?! To życie!! – darł się zastępca dyrektora NASA. Dyrektor NASA walił głową w klawiaturę komputera. W ekranach w siedzibie agencji na zmianę pojawiał się obraz z Marsa, pasjans i gołe baby.
– To nie jest żadne życie – polska kosmonautka imponowała nieugiętością i opanowaniem. – To nie ma rąk. To nie ma nóg. To jest po prostu zlepek komórek.

Tramwaj zwany przerażeniem

Pani Sitko, dozorczyni bloku, w którym mieszkali Hiobowscy, miała oczy zajęte czytaniem gazety. Na kuchennym stole leżał przed nią aktualny numer dziennika „To, Co Jest”. Na pierwszej stronie był trzewioszarpiący artykuł z cyklu „Dramaty znanych ludzi”. Opowiadał on o parze celebrytów, których rządzący obecnie reżim pozbawił dostępu do publicznej telewizji i publicznych pieniędzy. Skazano ich zatem na nędzną wegetację, co już głosił tytuł „Zabrakło im pieniędzy na narkotyki! Mogą umrzeć!! Wszyscy umrą!!!”.
Pani Sitko miała oczy zajęte, ale uszy wolne. Nie uszły więc jej uwagi tajemnicze hałasy dobiegające z klatki schodowej. Oderwała się od gazety i uchyliła drzwi mieszkania. A tam szmery, stuki, szepty. Gdzieś w tle korytarza mignęła sylwetka ludzka. Windy skradały się bez ustanku.
– Muszę zbadać co się tam dzieje – mruknęła pani Sitko. I tak tropem cieni i dźwięków dotarła na ostatnie piętro. A tam… Na końcu korytarza rozstawiono krzesła, ktoś wyciągnął telewizor i grupa osób szykowała się do tego, żeby oglądać jakiś film.
– Nie stać was na kino? – spytała zdegustowana pani Sitko.
– Tego filmu nie ma w kinach – odparła z emfazą mama Łukaszka. – Jest to bowiem nasz film, nakręcony przez nasz lokalny osiedlowy oddział Komitetu Obrony Dewiacji. Nie jest przeznaczony do kin. A nawet gdyby był, cenzura i tak by go nie puściła!
– Nie ma cenzury – zaprotestował tata Łukaszka.
– To dlaczego nie ma takich filmów w kinach?
– Może dlatego, że nie są przeznaczone do kin? – błysnęła intelektem siostra Łukaszka. Mama Łukaszka chciała ją wyrzucić za drzwi, ale po chwili zorientowała się, że wszyscy i tak już są na korytarzu.
– Film! Dawać film! – widownia zaczęła się niecierpliwić. Pani Sitko przysiadła na wolnym krześle i bacznie się przypatrywała. Pokaz organizowały mama Łukaszka oraz mama Wiktymiusza, one też były autorkami filmu.
– Film opowiada o upadku demokracji w kraju Europy Środkowej – informowała mama Wiktymiusza. – W roli głównej wystąpi osoba znana nam z osiedla. No to zaczynamy…
Na ekranie pojawiło się spowite mrokiem osiedle. Przemierzała je szybkim krokiem jakaś spłoszona kobieta w podeszłym wieku…
– Babcia Xero! – nie wytrzymał ktoś.
…babcia Xero w stanie najwyższego przerażenia truchtała uliczkami osiedla.
– Tu szerzy się terror i faszyzm! – rozległ się z głośników napięty głos mamy Łukaszka. – Rządzący tym krajem reżim zabrania ludziom chodzić swobodnie po chodnikach!
Akurat ktoś tak fatalnie dobrał ujęcie, że babci Xero towarzyszyła grupa ludzi, która jak by nie patrzeć, szła swobodnie po chodniku. Rozległ się wieloosobowy, przytłumiony śmiech.
– Dobrze się zaczyna – odezwał się sąsiad z dołu. – Wreszcie jakaś dobra polska komedia!
Obie mamy zmilczały, ale niestety, tak było cały czas. Dramatyczne komentarze narratorki oraz wystraszona mina babci Xero raczej wzbudzały wśród widzów śmiech niż strach.
– Gdzie ten terror? – zapytał dziadek Łukaszka ocierając łzy.
– Zaraz będzie – wycedziła mama Wiktymiusza. – W scenie z tramwajem.
…Babcia Xero jechała tramwajem. Przerażona kuliła się na siedzeniu łypiąc wytrzeszczonym okiem na każdego kto tylko koło niej przechodził. A kiedy nikt nie przechodził, wtedy zwracała zafrasowane czoło do okna, za którym gęstniał mrok.
– To gęstnieje mrok faszyzmu! – poinformował głos mamy Łukaszka z telewizora. – Samotna, okrąża świat tramwajem w poszukiwaniu tlących się jeszcze ogników gasnącej demokracji!
Publiczność wybuchnęła śmiechem.
– Nie można okrążyć tramwajem świata – westchnęła babcia Łukaszka. – A oceany?
– W Wenecji jest tramwaj wodny – zauważyła siostra Łukaszka jak zwykle pełna dobrych chęci aby pomagać. W podzięce jednak spotkało ją to, że mama Łukaszka wepchnęła ją do windy i wysłała na parter.
Śmiać się z filmu wkrótce przestano, gdy do Babci Xero podszedł jakiś facet. coś do niej powiedział – głosy i śmiechy zagłuszyły co. Babcia Xero spojrzała na niego blada i z przestrachem pokręciła głową. Wtedy facet zaczął ją szarpać i siła wyciągać z tramwaju.
– De-mo-kracja! Kons-ty-tucja! – wyła babcia ciągnięta za ubranie.
– O matko – szepnął ktoś spośród struchlałej i oniemiałej publiczności.
– A widzicie! – triumfowały autorki filmu.
Ale Łukaszek popsuł wszystko.
– Ja tego gościa znam. Przecież to kanar. Jechałyście bez biletu?
– To mu nie daje prawa do selekcjonowania ludzi na tych, których mogą jechać i na tych, którzy mają wysiąść! To nie rampa w Auschwitz! – krzyczała mama Wiktymiusza. Publiczność jakoś raczej nie podzielała jej stanowiska.
Film się skończył, telewizor przełączył się na antenę i uraczył wszystkich wiadomościami. Jeszcze wszyscy żyli sprawą pewnego filmu. Otóż jakiś niemiecki polityk wystąpił odpłatnie w polskim filmie dokumentalnym pod tytułem „Niemcy – strefa szariatu”. Opowiadał tam przerażony o tym, jak fatalnie się żyje w tym kraju, jakie niebezpieczeństwa czyhają tam na każdego obywatela i jak tam jest źle.
– Debil jakiś – skomentowała mama Łukaszka.

Etanol leczniczy czyli wódka plus

Przełom roku spowodował ogromne zawirowania w Polsce, a w oku tego cyklonu znajdowały się dwie postacie: dziadek Łukaszka i mąż dozorczyni, pan Sitko.
Zaczęło się, kiedy to ogłoszono wyniki ostatniego w mijającym roku, sylwestrowego sondażu politycznego. Partia rządząca rzutem na taśmę zanotowała wzrost o piętnaście procent i osiągnęła imponujący wynik siedemdziesięciu pięciu procent. Po tym wyniku dziadek wpadł z radości w stupor i z trudem do niego docierało co się działo w studio. Wieczory sylwestrowe w prywatnych telewizjach poległy ze szczętem oglądane przez garstkę osób. W programie drugim część osób szalała przy najnowszym hicie Roryli-Madowicz, czyli polskiej wersji hitu sprzed lat – Despacito.

Despacito
Nie wiem co to znaczy, ale nic to
Będę śpiewać teraz na estradzie
Będą ludzie tańczyć na zabawie
Despacito
Kucek-Jarski kazał śpiewać mi to
Będę występować w tv w sylwestra
Będzie grała z playbacku orkiestra

Jednak gros telewidzów wybrało program pierwszy i sylwester z polityką. O północy wyemitowano orędzie prezydenta, który z namaszczeniem oznajmił, że on nie podpisze takiego sondażu, w którym trzy czwarte głosujących wybiera jedną partię polityczną bo to sprzeczne z konstytucją i niedemokratyczne.
– Od ilu procent jest demokracja? – zapytał zaczepnie ktoś z partii rządzącej. – Zresztą, i tak pan sondażu nie podpisuje.
– Jak to: nie? – zaperzył się Dudrzej-Anda. – Babcia Zosia mówiła mi, że mam nie podpisać i że Matoni-Anciereiwcz musi odejść!
Zaczęło się to, co Polacy lubią najbardziej, czyli kłótnia. Szybko ją jednak przerwał prowadzący prezentując rozkład miejsc w Sejmie. Partie Podest Oligarchów i Modernistyczna zdobyłyby dla siebie jedno miejsce.
– Wspólne – dodał ze złośliwym uśmiechem prowadzący.
I zanim osłupiały Schegorz Grzetyna zdążył coś powiedzieć, do mikrofonu dopadł Peszard-Rytru, który krzyknął, że to miejsce należy się jemu, jako przewodniczącemu Modernistycznej, bo…
– Ale ty już nie jesteś przewodniczącym od dobrych kilku lat, przyjmij to wreszcie do wiadomości – piszczała Lutarzyna-Kabnauer szarpiąc go za łokieć. Przedstawiciel partii Kuweł-Pakiz’15 oświadczył, że po pierwsze nie są partią, po drugie nie martwi ich to, że nie weszliby do parlamentu. po trzecie zakładają swój parlament, po czwarte nadal będą zwalczać system i po piąte najlepszym sposobem na zmniejszenie liczby pijanych kierowców są JOWy. Przedstawiciel partii Tynisław-Staszka’18 oświadczył, że po pierwsze nie są partią, po drugie nie martwi ich to, że nie weszliby do parlamentu. po trzecie zakładają swój parlament, po czwarte nadal będą zwalczać partię Kuweł-Pakiz’15 i po piąte najlepszym sposobem na zmniejszenie liczby pijanych kierowców są JOWy. W studiu byli jeszcze przedstawiciele partii chłopskiej, którzy usiłowali wejść w koalicję z kamerzystą. Nie było natomiast wcale przedstawicieli partii lewicowych. Dwóch pozostałych przy życiu członków niegdyś trzęsącej Polską ateistycznej partii Stara Lewica Dogorywa nie przyszło – jednemu geriatra zabronił silnych wzruszeń, a drugi przyjmował kolędę. Nie zjawiła się też czterdziestoletnia młodzież z radykalnej partii Kupą – chcieli co prawda przybyć, ale rodzice nie dali im pieniędzy na bilety autobusowe. Szli więc pieszo, ale że za długo to trwało, to się poddali i przesłali esemesa, że nie dotrą.
Hiobowscy zachodzili w głowę jakim to genialnym ruchem partia rządząca zapewniła sobie tak wielki wzrost poparcia. Prowadzący program tego nie powiedział, a internet, o dziwo milczał.
Cała sprawa wyjaśniła się w noworoczny wieczór, kiedy to nadal osłupiały dziadek Łukaszka wyszedł na chwilę odetchnąć świeżym powietrzem. Jednak gdy tylko wyszedł przed blok jego zmysły oszalały. Zobaczył bowiem scenę wręcz trzewioszarpiącą. Otóż pan Sitko pożegnał czule całusami panią Sitko, która z wielką siatką u boku udała się w wieczorny, styczniowy mrok.
Dla dziadka tego było już za wiele. Zrobiło mu się słabo, czarno przed oczyma i nogi zaczęły się pod nim uginać.
– Dobrze się pan czuje? – zaniepokoił się pan Sitko.
– Tak sobie – zachrypiał dziadek i usiadł na schodach przed blokiem. – A pan?
– Ja? Znakomicie! – i mąż dozorczyni zawirował w tanecznym piruecie. – W życiu nie czułem się lepiej! To chyba najlepszy Nowy Rok w moim życiu!
Ponieważ Polak rozradowany to Polak podejrzany, więc dziadek spojrzał na pana Sitko nieufnie i zażądał wyjaśnień.
– Pracowałem ciężko w Nowy Rok – pochwalił się pan Sitko, co sprawiło dość komiczne wrażenie, gdyż do tej pory pojęcia „pan Sitko” i „praca” były od siebie dość odległe. Mąż dozorczyni wyjął z kieszeni pomiętą kartkę i podał dziadkowi.
– Co to jest?
– Postanowiłem zmienić swoje życie. Też będę prowadził bloga, ino na papierze. Zaliczone w tym roku.
Dziadek zaczął czytać:
– Pasterka, wódka, film…
– Proszę pana, co to był za film! – przerwał mu pan Sitko z błyszczącymi oczami. – Wie pan, że telewizja polska zaczęła puszczać filmy erotyczne?
– Nie!
– Tak! Proszę pan, ten to się nazywał chyba „Nowoczesna Madera XXX” czy jakoś tak. Opowiadał o polityku, szefie partii, który z grupą zastępczyń poleciał na wakacje na wyspę. Co tam się działo, proszę pana! Jakie oni stanowiska zajmowali! Jakie były ruchy frakcyjne w łonie partii! Ile razy dochodzili do porozumienia…
Dziadek otarł pot z czoła i czytał dalej.
– Wódka, wódka, spanie, żona…
Dziadkowi zadrżały ręce. Odchrząknął i starając się nadać swojemu głosowi swobodne brzmienie spytał:
– I… Żona się zgodziła? Tak po tej wódce?
– Spała jeszcze i nie bardzo chciała. Ale wpadłem na pomysł – pan Sitko się zarumienił. – Szepnąłem jej do ucha „CBA” i od razu mnie wpuściła.
Dziadek sapnął zgorszony i czytał dalej:
– Koncert w filharmonii wiedeńskiej, obiad, konkurs skoków, żona… Jak to, znowu żona?
– Jest takie przysłowie: kto rano wstaje, ten zawsze puka dwa razy – rzekł sentencjonalnie pan Sitko i zakołysał się na obcasach.
Dalsze czytanie przerwało pojawienie się pani Sitko, Siatka, którą niosła w ręce, tym razem była solidnie wypchana i wydawała miłe dla ucha szklane dźwięki.
– Już? – spytał pan Sitko.
– Ano już, mało ludzi w aptece, bo widocznie jeszcze nikt nie wie – i pani Sitko wręczyła mężowi siatkę. Dziadek Łukaszka dyskretnie zapuścił żurawia i powieka mu zadrżała na widok ilości procentów.
– Idę do domu. ty też szybko przyjdź – powiedziała na namiętnym wydechu pani Sitko i pomknęła w stronę wejścia do bloku skacząc po schodach jak sarenka, oczywiście gdyby sarenki ważyły tyle co hipopotamy.
Pan sitko chuchnął w dłonie, uśmiechnął się szeroko, pożyczył Nowego Roku i już zamierzał odejść, kiedy to dziadek Łukaszka nie wytrzymał i go zagadnął. O co chodzi z tym „jeszcze nikt nie wie”, apteką i kosmiczną ilością alkoholu w siatce.
Pan Sitko był w szampańskim nastroju, choć akurat szampana nie pił i chętnie udzielił wyjaśnień.
– Wiedzą o tym na razie tylko dozorcy, więc na razie szału nie ma. Ale jakby się wszyscy dowiedzieli, to strach pomyśleć co by było. Otóż niedawno amerykańscy naukowcy odkryli, że alkohol zabija bakterie.
– Też mi odkrycie, wie pan…
– To jest bardzo ważne odkrycie. Bo dzięki niemu rząd zadecydował, że alkohol objąć programem „polskie leki z polskiej apteki”.
– Zaraz, niech mi pan nie mówi, że… – i dziadek zapozował do obrazu Edwarda Muncha.
– Tak. Teraz wódkę można kupić w aptece jako alkohol medyczny. Co prawda tylko na receptę, ale za to z refundacją! Więc w sylwestra poszedłem do lekarza żeby sobie załatwić receptę i teraz żona poszła wykupić. Po ciemku, żeby ludzie nie widzieli. Nie wierzyłem, że to prawda, a jednak! Jednym podpisem rząd uszczęśliwił miliony osób!
– Kiedy oni to podpisali? – dziadkowi zaczęło coś świtać.
– Tuż przed sylwestrem, a bo co? Nazwali to „Wódka plus”.
– Bo już chyba rozumiem skąd ten szalony skok poparcia partii rządzącej w sondażach…
– Procent za procent.