Jak pan Prezydent rację przyznawał

Po szkole Łukaszka wszyscy biegali podekscytowani, bo miał przyjechać ich odwiedzić Prezydent.
– Nie wszyscy! Tylko nauczyciele – sprostowała dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza.
– Jaki prezydent? – spytał okularnik z trzeciej ławki huśtając się na krześle.
– Polski – odparła drżącym głosem pani pedagog.
Okularnik się przewrócił i dostał naganę. za próbę niszczenia sprzętu szkolnego.
Przyjechał Prezydent. I ciekawa rzecz, nikt nie chciał się z nim spotkać. Dyrektor szkoły był zrozpaczony i pytał wszystkich dlaczego.
– E, bo mamy teraz cykl Krebsa, a to ważne…
– Nie no, na wuefie będziemy ćwiczyć rzuty osobiste, to ciekawsze…
– Myśmy już byli w tym tygodniu na jednym spotkaniu, z tym facetem z Pawełkowic, który zbiera kartony po pizzach…
– Mamy sprawdzian z geografii o wzniesieniach na Wyspie Chrząszczewskiej…
I jakoś nikt nie chciał przyjść, pomimo argumentacji pana dyrektora, że to przecież Prezydent.
– Załatwiłam jedną klasę, która by przyszła – odezwała się wreszcie pani wicedyrektor.
– Hurra! – zatańczył pan dyrektor.
– Ale ostrzegam, w tej klasie jest Hiobowski. I jeszcze tych dwóch.
– A co mi tam, niech się BOR martwi!
I tak się stało, że na spotkanie z panem Prezydentem przyszła tylko jedna klasa, w towarzystwie pana od historii i pani pedagog.
– Trochę mało tych dzieci – zauważył pan Prezydent.
– Wszyscy pilnie się uczą – skłamał pan dyrektor.
Pan Prezydent zapytał czego dzieci się tak pilnie uczą.
– Na przykład o Żołnierzach Wyklętych. Walczyli o wolną Polskę i dlatego teraz trzeba oddać im cześć. A komunistów, którzy ich mordowali w katowniach trzeba zdegradować – powiedział pan od historii.
– Ma pan rację – kiwnął głową pan Prezydent.
– Ale zaraz, nie tak prędko! – zamachała rękami pani wicedyrektor. – Degradować? Wszystkich? Jedną decyzją przekreślić komuś dorobek całego życia? Ci ludzie w większości nie żyją, jak mają się bronić? Oni też nie byli do końca tacy źli. A ci Wyklęci też nie byli do końca tacy dobrzy. Komuniści odbudowali kraj z powojennych zniszczeń, im też się należy jakaś cześć i szacunek!
Pan Prezydent wypchnął podbródek do przodu i stwierdził:
– Ma pani rację.
– Przepraszam bardzo! – i z miejsc dla uczniów wstał Łukaszek. – Ale pan się chyba myli. Nie można jednocześnie czcić Żołnierzy Wyklętych i komunistów, którzy ich zabijali. To się wyklucza. Albo jedni, albo drudzy.
– Wiesz co – odezwał się pan Prezydent. – Masz rację.

Totalny teatrzyk, bitwa na bity i poskromienie przestępcy

Pani pedagog wpadła na genialny pomysł.
– Tak nie może być – oznajmiła klasie Łukaszka. – Tacy duzi już jesteście, a nie wolontariujecie. Świat czeka na waszą pomoc!
Klasa jakoś nie zapałała entuzjazmem.
– A ja już mam dla was wybrany program! – zaszczebiotała pani pedagog. – Reaktywujemy nasz teatrzyk „Zielony Gej”! Wystawimy sztukę dla przedszkolaków!
– Tylko nie to!
Do pani pedagog nie trafiały jednak żadne kontrargumenty. Uczniowie nauczyli się krótkiej sztuki pod tytułem „Księżniczka na ziarnku topinamburu”, którą mieli wystawić w osiedlowym przedszkolu.
Kiedy przybyli na miejsce kilka rzeczy się wyjaśniło.
Po pierwsze, na widowni był sąsiad Łukaszka z bloku, niejaki Wiktymiusz. Po drugie, organizatorką występu była mam Wiktymiusza. Po trzecie, okazało się, że nie występują sami.
– O! – zdziwili się uczniowie.
– A tak – zatarła ręce z radości mama Wiktymiusza. – Po was wystąpi Jaudia-Klachyra! Specjalnie zaprosiliśmy ją do tu do nas!
– Kim ona jest? – spytał dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza.
– Jest o mało co aktorką! – oświadczyła z dumą mama Wiktymiusza, a coś czarnego, pluszowego, niedużego stojącego obok nich odezwało się śpiewnie:
– Jakie „o mało co”? Jestem aktorką! Mam dyplom!
– To pani??? Za co się pani przebrała???
– Niespodzianka! – Jaudia-Klachyra zaprezentowała swoje czarne, wrzecionowate wdzianko z dwoma czarnymi wypustkami na głowie a la łopaty łosia.
Uczniowie zaprezentowali swoją sztukę i zeszli żegnani anemicznymi oklaskami apatycznych przedszkolaków. Chwilę później na scenę wbiegła pani Jaudia-Klachyra zapowiadając wykonanie sztuki własnego autorstwa „Wściekła wagina porwana przez złotą Kaczkę”.
Wszyscy jęknęli.
– Wagina to oczywiście ja – oświadczyła dumnie pani aktorka i zaczęła grać. Gra polegała na deptaniu i kopaniu pluszowej kaczki przy akompaniamencie wyzwisk wobec pewnego polityka. Nazywało się to teatr totalny.
– I co mi zrobisz? No i co mi zrobisz? – pytała szyderczo Jaudia-Klachyra szturchając szmacianą lalkę czubkiem pantofla.
Wtem otworzyły się drzwi i weszła policja.
Nawet powietrze zamarło.
– No, no – powiedział z podziwem Łukaszek. – Sześć minut. Szybcy są.
– Karły pachołka!!! – eksplodowała pani aktorka. – To jest, chciałam powiedzieć: pachołki karła!!! Przyszliście mnie aresztować, tak?! Wolność słowa umarła! Demokracja umarła!
– Pani Jaudia-Klachyra? – spytał jeden z policjantów. – To proszę sobie nie przeszkadzać. Tylko kontynuować.
– Przyszliście pooglądać? – zdumiała się pani aktorka.
– My nie. On – i drugi policjant wskazał wielkiego, ponurego, łysego, wytatuowanego draba.
– Mówię wam, że nie handlowałem żadnymi dragami – wychrypiał drab.
– Nie masz mówić. Teraz masz słuchać. Siadaj, „Mikrus”! – zakomenderował pierwszy policjant.
Eskortowany posłusznie usiadł.
– Nic z tego nie rozumiem – poskarżyła się pani aktorka.
– Pani nie ma nic rozumieć, pani ma grać!
– Nie będzie samiec mi dyktował co mam robić! – wybuchnął Jaudia-Klachira i się zaczęło. Maltretowała zabawkę na zmianę deklamując, przeklinając, modląc się i śpiewając piosenki.
Własne.
Przedszkolaki jeszcze jakoś to znosiły, natomiast z aresztantem było o wiele gorzej.
Syndrom niespokojnych nóg pojawił się u niego prawie już od samego początku. Pierwszej ucieczki spróbował już w czternastej minucie. Na szczęście policjanci pilnowali go bardzo uważnie. Jeszcze za dwa albo trzy razy aresztant chciał się oddalić, nieskutecznie jednak. Wreszcie się poddał i długo coś tam funkcjonariuszom opowiadał.
Panią aktorkę to tak zirytowało, że przerwała występ. Dzieci odetchnęły z ulgą.
– Co to za zachowanie? – fuknęła. – Nie dość, że przeszkadzacie mi w występie gadaniem, to jeszcze męczycie tego biednego człowieka?
– To nie człowiek, to bandyta – odezwał się drugi policjant. – To nasz najtwardszy więzień. Nigdy nie pękał. Ale teraz się załamał i chcieliśmy za to serdecznie pani podziękować.
– Mnie?
– A tak, pani teatrzyki mają znakomitą renomę, sam komendant wojewódzki polecił nam panią! Jechaliśmy tu aż z Pawełkowic!
– Zaraz, chcecie panowie powiedzieć, że moje sztuki są tak słabe, że więźniowie…
– Uwaga! – wrzasnął Wiktymiusz, ale było już za późno. Więzień, z którego policjanci spuścili na chwilę wzrok, wykorzystał to. Potężnymi ciosami ogłuszył obu funkcjonariuszy i wolność stanęła przed nim otworem.
Na krótko.
Jeszcze ryczał triumfalnie, panie pedagog i aktorka truchlały przerażone, gdy drogę zabiegł mu okularnik z trzeciej ławki. Zabiegł i z odległości metra odpalił drabowi prosto w twarz na swojej komórce „Despacito”. To bandytą tak zatrzęsło, aż przyklęknął, ale zaraz zaczął się podnosić.
– Teraz ja! – zadudnił Gruby Maciek i z drugiej strony odtworzył na swoim telefonie „Powiedz” formacji Ich Troje. Ten cios był o wiele potężniejszy, drab się przewrócił i przeturlał pod kaloryfer.
Dzieci zaczęły płakać. Łukaszek bez ruchu szukał czegoś w swojej komórce.
Drab zaczął się podnosić. „Jesteś szalona” i „Miłość w Zakopanem” nie powaliły już draba nad ziemię.
– Teraz wam pokażę – mruknął i ruszył na nich.
– Łukasz! – krzyknął Gruby Maciek odrzucając draba o kilka metrów za pomocą „Jak minął dzień” Krzysztofa Krawczyka.
– Mam! – zakrzyknął Łukaszek ruszając się wreszcie z miejsca.
– Sam tego chciałeś – mruknął okularnik i podnoszącego się bandziora przygwoździł do podłogi „Chinką Czikulinką” Kai Paschalskiej.
Prawdziwy nokaut miał jednak miejsce chwilę później, kiedy podszedł Łukaszek i dobił draba piosenką „Cudownych rodziców mam”.
To był koniec.
Drab już się nie ruszał. Policjantów ocucono i zebrani pomogli im wstać. Bandytę skuto i wezwano wsparcie.
– No dobrze, a ja? – rozzłościła się Jaudia-Klachyra. – Zapomnieliście o mnie? Mam sztukę do dokończenia!
– Teraz ja! – zakrzyknął niespodziewanie Wiktymiusz i ku ogólnemu zaskoczeniu wszystkich odpalił pani aktorce prosto w twarz „Heroes” w wykonaniu Motorhead.
I trzeba było jeszcze wezwać karetkę.

Kubiak i feministka

Tata Łukaszka wraz ze swoim kolegą z pracy, Kubiakiem, poszli do firmowej stołówki zrobić sobie kawę. Już mieli wchodzić, ale tuż przed drzwiami spotkali sekretarkę szefa.
Kubiak szarmancko przepuścił ją w drzwiach i skomplementował jej strój.
– Och dziękuję – zaśmiała się sekretarka, po czym wchodząc zatrzymała się w drzwiach. Niespodziewający się tego Kubiak wpadł na jej plecy.
– Co się stało? – zaniepokoił się tata Łukaszka.
Korek powoli się rozładował, bowiem sekretarka i Kubiak zdecydowali się w końcu wczłapać do wewnątrz.
A tam, przy szafkach stał ich szef i pił kawę, a obok siedziała za stołem i konsumowała musli pewna pani. Na jej widok tata Łukaszka struchlał. Bo była to przewodnicząca Związku Feministek w ich firmie. Zgodnie z najnowszymi wytycznymi Unii Europejskiej każde przedsiębiorstwo zatrudniające powyżej pięćdziesięciu osób musiało mieć taki związek.
Tak więc przewodnicząca siedziała za stołem i wpatrywała się w nich wzrokiem tak zimnym jak musli, które jadła.
– Widziałam wszystko, Kubiak – odezwała się z nienawiścią.
Kubiak odruchowo spojrzał na rozporek a potem zapytał z zakłopotaniem o co chodzi.
– Chodzi o to, panie Kubiak, że zachował się pan niezwykle seksistowsko – wyjaśnił szef.
– Jak to? – zdumiał się tata Łukaszka szykując kolejną porcję kawy.
– W Stanach jeden facet przepuścił kobietę w drzwiach. Wytoczyła mu proces i wygrała milion dolarów.
– Niby z jakiej racji? – Kubiak odmierzał kawę łyżeczką.
– Bo w tym momencie to samiec podjął decyzję za człowieka czy ona chce wejść czy nie. Wywierał na nią presję i gapił się na jej tyłek – zauważyła pani przewodnicząca.
– Patrzył się pan panie Kubiak na mój tyłek?! – spytała gniewnie sekretarka.
– Na tyłek nie – pospieszył z zapewnieniem Kubiak i sekretarka się rozpogodziła. Pani przewodnicząca odwrotnie, prychnęła, dojadła resztę musli, umyła naczynie i też zaczęła szykować sobie kawę.
– Co więcej, był inny przypadek – snuł dalej opowieść szef. – W Stanach inny mężczyzna pochwalił strój swojej koleżanki. Też go pozwała o milion i wygrała.
– Ale dlaczego??? – indagował zrozpaczony Kubiak.
– Bo to ją obraziło – poinformowała przewodnicząca.
Kubiak był wstrząśnięty i nic już nie mówił, widać było, że intensywnie nad czymś myślał. tak go to myślenie pochłonęło, że nie zauważył, że chcąc wyjść podszedł do drzwi równocześnie z panią przewodniczącą.
Wszyscy zamarli.
Kubiak ocknął się nagle i zareagował błyskawicznie. Wszedł ostro biodrem i zepchnął panią przewodniczącą w bok. Odbiła się twarzą o lodówkę po czym przekoziołkowała przez kubeł rozsypując śmieci i polewając się gorącą kawą.
– Kubiak!!! – wrzasnęła pani przewodnicząca strasznym głosem podnosząc się z podłogi.
Lecz Kubiak wcale się nie przeląkł, tylko nachylił się w jej stronę i wypalił:
– Ale pani brzydka!
Panią przewodniczącą zamurowało.
– Uff – odetchnął z ulgą Kubiak. – Mało brakowało, a straciłbym dwa miliony dolarów. A tak – nie obraziło to panią, nie?
I wyszedł.

Kulinaria i konspiracja

– Dzisiaj gotuję obiad – oświadczyła siostra Łukaszka.
Wywołała tym samym u Hiobowskich atak paniki, bowiem jej umiejętności kulinarne cieszyły się poważaniem, ale nie takim jak chciała. Tata Łukaszka twierdził, że jej rosół może śmiało konkurować ze śliną Obcego.
Siostra się obraziła.
– To ja się powinnam obrazić – sarkała babcia. – Po twoim ostatnim pieczystym brytfanna się zrolowała…
Siostra ogłosiła, że nie będzie gotowała w domu. Hiobowscy odetchnęli z ulgą.
– Namiot? – spytał Łukaszek.
– Idę do koleżanki – oznajmiła nadąsana siostra.
– Jakby co, dzwońcie zaraz na sto dwanaście! – przypomniał dziadek uspokojony, że dzisiejszy obiad będzie zjadliwy.
– Zostawimy coś dla ciebie – rzekła pojednawczo mama Łukaszka.
– Nie trzeba! Zjem u Nikoli!
– Ona umie gotować?
– Wręcz przeciwnie! – siostra wypięła śliczny biuścik. – To ja będę uczyć ją gotować!
– O Jezu – jęknął tata Łukaszka.
– Jestem dla niej autorytetem kulinarnym – kontynuowała dumnie siostra.
Dla Hiobowskich był to ciężki cios, bo jedyni dla których siostra mogłaby być autorytetem to komandosi dywersanci-truciciele.
Siostra poszła do koleżanki, która mieszkała parę bloków dalej.
Koleżanka się ucieszyła.
– Wreszcie jesteś! Wszystko już przygotowałam!
Siostra założyła fartuszek, położyła przed sobą największy nóż jaki znalazła, ujęła się pod bok (ćwiczyła przed lustrem) i zapytała:
– Co gotujemy?
– To dla mojego chłopaka. Żeberka wegańskie!
– Przepis proszę – zakomenderowała siostra Łukaszka.
Jednym ze składników było ciasto. Siostra sięgnęła po proszek do pieczenia.
– Tylko nie to! – krzyknęła wystraszona koleżanka. – Nie widzisz co jest napisane? On jest do pieczenia!
– No i?
– Kiedyś się mi sypnęło go do oka. Piecze strasznie! Nie, nie dajemy go.
Jak łatwo przewidzieć, ciasto się nie udało.
– Hm – powiedziała siostra Łukaszka starając się brzmieć inteligentnie.
– Hm hm – powtórzyła zaraz koleżanka, która wychodziła z założenia, że naśladowanie drogą do perfekcji.
Pohymkały tak parę minut, aż wreszcie któraś wpadła na pomysł, żeby zapytać sąsiadek.
Wyszły na korytarz.
– Zaczniemy od tej – koleżanka nacisnęła dzwonek przy sąsiednich drzwiach. Otworzyły się prawie natychmiast i wyjrzała przez nie sąsiadka nie wiadomo dlaczego zalękniona.
– My w sprawie ciasta – szepnęła koleżanka.
– Acha. To wejdźcie. Tylko szybko – odszepnęła sąsiadka i wciągnęła je do wnętrza.
A tam… Tłum ludzi. Cały pokój ludzi, którzy siedzieli na kanapie, krzesłach, a niektórzy nawet na podłodze. Wytłumaczenie było tylko jedno.
– Pornola kręcą – szepnęła głośno koleżanka.
Siostra spojrzała na ludności, wszyscy uczesani, w swetrach, większość w okularach.
– O nie – pokręciła głową. – To coś poważniejszego.
– Co wy tu robicie? – spytała prostolinijnie koleżanka.
– Nie wiecie? – zdumiał się jakiś pan stojący koło okna. – One są kompletnie zielone, kto je tu wpuścił? My się tu uczymy.
– Jezu, uczyć się w domu? – nie wytrzymała siostra. – Ja to bym nie mogła. Wystarczyło mi, że uczyłam się w szkole. Kto normalny chciałby się uczyć jeszcze w domu?
– My uczymy się tego, czego w szkołach nie wolno – szepnęła jedna pani siedząca na kanapie.
– Czego niby?
– Biologii.
– Mówiłam, pornole – upierała się koleżanka.
– Uczymy się o różnicach pomiędzy kobietą a mężczyzną. O tym, że kobiety różnią się od mężczyzn anatomicznie. Że mężczyźni są przeciętnie wyżsi. Że nawet w budowie mózgu są różnice pomiędzy jedną płcią a drugą…
– Też mi nowość – prychnęła siostra Łukaszka. – Każdy głupi o tym wie, że facet od kobiety różni się!
– No właśnie nie każdy głupi, bo w szkołach teraz zaczynają uczyć, że płeć to wyłącznie aspekt społeczny a nie fizyczny i każdy może sobie dowolnie wybrać czy chce być kobietą czy mężczyzną.
– Tere fere – burknęła koleżanka zła, że jej teoria o pornolu legła w gruzach. – Przecież różnicę pomiędzy kobietą a facetem widać okiem jak się jest goło. Zwłaszcza, że w przypadku mojego chłopaka ta różnica jest duża.
– O czym pani mówi? – pani na kanapie spłonęła rumieńcem.
– No, że faceci mają chu… E… Jak to elegancko powiedzieć? Wyleciało mi to słowo z pamięci. Na „p”.
– Pejsy – podpowiedziała siostra Łukaszka.
– A w ogóle dlaczego panie tu weszły? – odezwał się pan przy oknie. – Kto je tu wpuścił?
– Ja. Ale znały hasło! – sumitowała się gospodyni. – Widocznie przypadkiem…
– A miało być nie do odgadnięcia – westchnął pan. – Tak to jest jak się kobiety biorą za konspirację.
– Ma pan coś do kobiet? – zakrzyknęły jednocześnie pani z kanapy, siostra Łukaszka i jej koleżanka, przy czym ta ostatnia przypomniała sobie słowo na „p” i poczęstowała nim pana spod okna.
Wybuchła dzika awantura panie kontra panowie.

Bezhandel niedzielny

Od kilku już lat w Polsce obowiązywał już zakaz handlu w niedzielę. Zaczęło się skromnie – dwie w miesiącu, aż wreszcie skończyło się na tym, że w każdą niedzielę sklepy były pozamykane.
– To szkodzi społeczeństwu – argumentowała mama Łukaszka któregoś niedzielnego popołudnia.
– To szkodzi społeczeństwu – wtórował jej Schegorz-Grzetyna w telewizji. – Proszę tylko zobaczyć! Mnożą się tajemnicze przypadki chorób! Coraz więcej jednostek odczuwa głód, strach, wykluczenie! Coraz więcej lekarzy uważa, że istnieje taka choroba jak bezhandel niedzielny.
– Co pan powie – zaniepokoił się prowadzący.
– Tak, to coś podobnego jak bezdech. Tylko objawia się łamaniem tak podstawowej wartości humanistycznej jak prawo do handlu w niedzielę. Otóż obiecujemy, że gdy odzyskamy władzę to usuniemy tą dyletancką sitwę z ministerstwa zdrowia i zastąpimy je naszym zaprzyjaźnionym gronem fachowców. I bezhandel niedzielny zostanie oficjalnie chorobą w Polsce!
Lutarzyna-Kabnauer z partii Modernistyczna nie mogła być gorsza.
– My obiecujemy, że jeśli Podest Oligarchów spełni swoją obietnicę, to my, po przejęciu władzy, sprawimy, że każda kobieta pracująca w handlu od ręki uzyska zwolnienie w niedzielę na ten bezhandel!
– A mężczyźni? – spytał Schegorz Grzetyna.
– A mężczyźni mają penisy i narzucają nim swój światopogląd kobietom – rzekła z godnością Lutarzyna-Kabnauer i Schegorz-Grzetyna już się nie odzywał.
– Zwolnienia? W niedzielę? – zdumiał się prowadzący. – Przecież w niedzielę lekarze nie pracują!
– To… – i Lutarzynę-Kabnauer olśniło – To niech pracują! Tyle ludzi chce chodzić do sklepów, chce żeby były niedziele handlowe, to zrobimy też niedziele lecznicze!
Odezwał się prowadzący:
– Pani daruje, ale z jednej strony cześć klientów, czyli lekarzy, nie pójdzie do sklepów, bo zmusicie ich do pracy, a część personelu ucieknie na zwolnienia. Kiepsko widzę ten niedzielny handel.
– To skandal – głos Lutarzyny-Kabnauer kipiał oburzeniem. – Pan jako prowadzący powinien być bezstronny! A pan się angażuje po jednej ze stron! I to której! Kiedy my przejmiemy władzę…
– Ech, kiedy oni przejmą władzą… – westchnęła mama Łukaszka, wzięła pilota i zaczęła skakać po kanałach. Całodobowe stacje informacyjne szalały z mnóstwem relacji z mnóstwa miejsc gdzie działy się rzeczy straszne.
– Czternasta dwadzieścia osiem, Gdańsk! – darł się reporter Najlepszej Telewizji na tle Giewontu. – Trzy osoby mdleją na chodniku! Pogotowie na nadąża z odwożeniem do szpitali.
– Czternasta dwadzieścia dziewięć! – krzyczał reporter konkurencyjnej stacji. – Powązki! Ludzie kupują masowo tulipany pod cmentarzem, ich pokrojone liście od biedy można zjeść jako sałatkę!
Telewizja publiczna w kanale drugim z dumą informowała, że dzięki prowokacji policyjnej udało się złapać na gorącym uczynku trzech dilerów w jednym samochodzie. Mieli przy sobie trzy woreczki strunowe z barszczykiem w proszku i dwie puszki mielonki. Za nielegalny handel żywnością w niedzielę groził im surowy wyrok, tym bardziej, że byli recydywistami i nie mieli przy sobie kasy fiskalnej.
Na kanale pierwszym leciało orędzie Prezydenta.
– Orędzie prezydenta? Teraz? – zakrzyknął tata Łukaszka. – O, to poważna sprawa!
I cała rodzina zbiegał się oglądać.
Właściwie nie było po co. Prezydent przeprosił Izrael za to, że Polska samowolnie, bez konsultacji z Izraelem wprowadziła wolne niedziele. I to kiedy. W marcu. Toż to jawna prowokacja i brak wrażliwości na cudzą wrażliwość. Obiecał też, że dołoży wszelkich starań by żydowskim przedsiębiorcom wynagrodzić ewentualne straty ewentualnych zysków, nawet jeśli nie mieli w Polsce żadnego sklepu. Bo rozmawiał ze znajomymi Amerykanami i Polakami i Polska nie może sobie pozwolić na dalsze zaognianie stosunków międzynarodowych. I niewyrównanie tych strat byłoby olbrzymią stratą, a żadnym zyskiem. No i Żydzi mieli Holokaust. Więc te straty trzeba wyrównać, a ustawę o zakazie handlu trzeba by zmienić.
– Znowu ta Rofia-Zomaszewska – zgrzytnął zębami dziadek Łukaszka.
Mama dalej skakała po kanałach.
W Najlepszej pokazywano polski remake kultowego amerykańskiego kina drogi, „Znikający punkt”. W polskiej wersji nosił on tytuł „Znikający punkt gastronomiczny” i opowiadał o ucieczce Kowalskiego przez pół Polski foodtruckiem przed skarbówką.
W drugiej telewizji był film „Dead Men Shoppping” i też opowiadał o Polsce. Jacyś ludzie znaleźli w niedzielę kiełbasę w lodówce i niebacznie rozpalili w ogródku grilla. Teraz na siatce ogrodzeniowej wisiały hordy wygłodniałych Polaków, którzy wyli z głodu, bo była niedziela i nie mogli kupić nic do jedzenia.
– Też mają pomysły, horrory o tej porze – skomentowała babcia Łukaszka, chwyciła pilota i sama przełączyła.Na kanale lajfstylowym jakaś pani opowiadała jak przetrwać głód na sorbecie z wody.
– A co w interncie? – spytał tata Łukaszka.
– Wszyscy żyją kraksą śmigłowca jednej ze stacji telewizyjnych – odezwał się Łukaszek. – Pilot zasłabł z głodu i musiał prędko posadzić helikopter. Kapotował się koło stacji benzynowej i wysiadł…
– Jeśli wylądował, to nie był kapotaż – zauważył tata Łukaszka. – A jeśli to był kapotaż to nie dałby rady wysiąść.
– Ale autorytet napisał, że kapotaż – bronił się Łukaszek.
– Kto? – zarżał tata. – Tancerka?
– Piosenkarka.
– W internecie ludzie żyją jeszcze czymś innym – westchnęła smętnie siostra Łukaszka. – Feministki masturbują się przeciwko zakazowi handlu.
– Może radio – podpowiedziała szybko babcia i włączyła odbiornik. Akurat w jednej ze stacji leciał najnowszy hit hiphopowy.

Prawem człowieka jest jeść kiedy się chce
Nawet podczas świątecznej niedzieli
Kładłem się spać w wolnej Polsce
A obudziłem w Północnej Korei

Żądam unijnych retorsji
Niech flagę się wtyka w kupy
Choć prawo mam do aborcji
Nie mam by zrobić zakupy

– Może ta druga stacja – zasugerował nieśmiało dziadek.
Ale tam grano też nowość. Grupa PZPR czyli Piosenkarze Zjednoczeni Przeciw Reżimowi nagrali cover Perfektu.

Nie płacz Ewka, bo odwodnisz się, a skąd weźmiesz pić
W sklepie parking pusty, hula wiatr, drzwi zamknięte dziś

– Zniszczą ten kraj – mama Łukaszka westchnął zmartwiona. – Gospodarka się zawali. A powinno być jak w Niemczech.
– Ale w Niemczech właśnie w niedziele jest zamknięte – wtrąciła się babcia Łukaszka. – I nic się nie wali. A za komuny sklepy były otwarte w soboty tylko do trzynastej! I co?
– I się zawaliło – nie mógł sobie darować dziadek.
– Nie możemy porównywać się do Niemiec – zaprotestowała mama Łukaszka. – Gospodarczo są daleko przed nami. My musimy ich gonić i nie możemy sobie pozwolić na jeden dzień w tygodniu przestoju.
– Nie byłoby trzeba tyle gonić gdyby był równy start – mruknął tata Łukaszka. – Polacy pracują tak samo dobrze albo i lepiej. Ale jeśli Niemiec buduje fabrykę w Polsce to dostaje pięć lat zniżek na podatkach. A jeśli Polak buduje fabrykę w Polsce… No to potem trzeba gonić.
– Życie to nie tylko praca i gonitwa – nie poddawała się mama. – A wolność? Czemu ktoś mi zabrania kupowania w niedzielę?
– Co to za wolność kosztem czyjejś wolności – powiedział powoli dziadek. – Może ci co pracują też chcą mieć wolne? I chcą na przykład iść do banku. A bank zamknięty. To w porządku?
– A w porządku, że pracownicy handlu będą mieć wolne a ci ze stacji benzynowych i szpitali nie? – gestykulowała mama
– Bo wtedy powiększyłaby się strefa bez wolności, nie wolno byłoby tankować… – zaczęła siostra Łukaszka uradowana, że coś rozumie, ale mama przerwała jej i wyrzuciła ją za drzwi.
– Zresztą ludzie i tak w tych galeriach mało co kupowali – stwierdziła babcia Łukaszka. – Głównie chodzili na spacery. Tak więc te obroty handlu w niedzielę niewiele spadną nawet jeśliby nikt nic kupował…
– W Pawełkowicach zrobili eksperyment – dziadek sięgnął po gazetę. – Nie ma obsługi. Ten co kupuje, zanim wyjdzie ze sklepu musi usiąść na kasie i skasować tego co jest za nim. Potem ten siada na kasie i tak po kolei.
– A jak nikogo nie ma w sklepie? – siostra zajrzała przez drzwi.
– To musi czekać.
– Bez sensu. Zresztą wszyscy mieli nie kupować w niedzielę.
– Są ludzie, którzy mogą kupować w niedzielę – poinformował Łukaszek.
– Ooo! A kto to?
– Trzeba mieć paszport Biełsatu.
– Bez przesady – machnął ręką dziadek Łukaszka. – Jakaś tam forma handlu dziś istnieje. Sklepik przykościelny przeżywa dzisiaj oblężenie.
– Przecież tam nie ma nic do zjedzenia – zdziwił się tata Łukaszka.
– Wszyscy kupują świece.
– Świece! Protest! – ożywiła się mama Łukaszka. – W tym kraju jest taki terror, że trzeba zaprotestować przeciwko odbieraniu wszelkich praw!
– A prawo do protestu? – spytał Łukaszek.
Ale mama już go nie słyszała. Ubrała się prędko, chwyciła transparent, otworzyła drzwi i krzyknęła ze zdumienia. Pod ich drzwiami leżała jakaś kobieta. Na krzyk mamy zbiegła się całą rodzina. Obrócili leżącą na plecy – to była ich sąsiadka z bloku, mama Wiktymiusza.
– Jeść, jeść… – szeptała słabym głosem. – Mam pusto w brzuchu od samego rana…
– Pani brzuch, pani sprawa – zauważył serdecznie tata Łukaszka i został skrzyczany przez mamę. Hiobowscy ostrożnie wciągnęli mamę Wiktymiusza do środka i dali jej jeść. Serka.
– Dzisiaj, z ramienia Komitetu Obrony Defraudacji byłam wolontariuszką. Coś jak sanitariuszka w Powstaniu Warszawskim. Chodziłam z torbą po osiedlu i ratowałam ludzi. Miałam w torbie tofu, rukolę i sojową latte w termosie. Jak kto mdlał z głodu udzielałam mu kulinarnej pierwszej pomocy.
– Wypije coś pani? Kawę? A sama pani nic nie zjadła? – zdziwiła się babcia i sięgnęła po puszkę kawy.
– Honor mi nie pozwalał.
– Nie ma pani nic jedzenia w domu?
– Jak mogę mieć jedzenie, skoro sklepy są dziś zamknięte?! – uniosła się mama Wiktymiusza.
– Są otwarte w sobotę – wyjaśniła przyjaźnie babcia Łukaszka. – Wystarczy pomyśleć, zaplanować…
– Jeszcze czego! Wolność proszę pani polega na tym, że można zaspokajać swoje potrzeby. Jestem głodna to idę, kupuję i jem. Skąd mam wiedzieć w sobotę co będę chciała jeść w niedzielę? Poza tym, kto jest dla kogo? Ja dla sklepu czy sklep dla mnie? To ja mam się dopasowywać, ja mam planować co będę chciała jeść dziś, jutro, pojutrze? O nie, proszę pani – mówiła szybko mam Wiktymiusza cichym, dobitnym szeptem. – To jest myślenie niewolnika. Jeśli człowiek zaczyna planować swoje potrzeby fizjologiczne to znaczy, że już przegrał z systemem. Inne rzeczy też pani tak planuje? Planuje pani, że za trzy dni będzie pani przechodzić przez przejście podziemne na końcu osiedla? Albo że jutro będzie pani jechać tramwajem? To jest proszę pani taka murzyńskość. I ja czemuś takiemu mówię zdecydowane nie. To sklep jest po to by zaspokajać moje potrzeby. A nie ja po to, żeby się do sklepu dopasowywać. Poza tym, robienie zakupów na kilka dni do potrzeby to jest, niech się pani nie obrazi, wieś totalna.
– Nie obrażam się – babcia zasznurowała usta i odstawiła puszkę kawy z powrotem do szafki. – Szkoda, że będzie pani u nas tak krótko, że nawet się kawy nie napije.
I mama Wiktymiusza została wyeksportowana na korytarz pod morderczym wzrokiem babci Łukaszka, która non stop informowała lodowatym głosem, że wcale się nie obraziła.
Z mamą Wiktymiusza zostały na klatce dwie osoby: Łukaszek i jego mama.
– Koledzy na mnie czekają. Idę na osiedle, cześć – powiedział Łukaszek.
– Może spotkasz mojego syna – powiedziała mdlejącym głosem mama Wiktymiusza. – Przejął po mnie torbę i chodzi po osiedlu jako sanitariusz. Przypomnij mu, żeby niczego nie jadł! To jedzenie jest dla ofiar reżimu!
Łukaszek zjechał windą na dół, a mama Łukaszka milcząc wpatrywała się badawczo w mamę Wiktymiusza.
– Pani chce mi coś powiedzieć?
– Pokazać – szepnęła mama Łukaszka. – Chodźmy.
– Nie wiem, czy dam radę.
– To niedaleko.
– Jedzenie?
– Też będzie.
I powędrowały. Droga faktycznie była niedaleka, bo na sąsiednie osiedle domków jednorodzinnych. Stanęły przed jedną z największych willi. Mama Łukaszka zastukała do drzwi w umówiony sposób. Drzwi uchyliły się i ktoś ostrożnie wyjrzał.
– To ja – powiedziała mama Łukaszka.
– A ta druga osoba?
– To moja znajoma. Ręczę za nią.
Weszły do środka.
– Może najpierw tu – mama Łukaszka pociągnęła swoją koleżankę w bok, do kuchni. Tam mama Wiktymusza pokrzepiła się kawą.
– Meble kupili niedawno, są prawie całkowicie nowe – opowiadała mama Łukaszka. – Chodźmy zobaczyć.
Weszły do wielkiego pokoju. Na środku stało wielkie łóżka z materacem. wokół niego chodziło w kółko kilkanaście osób. W rogu, przy stoliczku siedziała jakaś pani w towarzystwie tabliczki „KASA”.
– I co to niby ma być?
– Sklep meblowy – odparła mama Łukaszka z dumą.
– A więc to jednak prawda… – wyszeptała powoli mama Wiktymiusza. – Słyszałam, że po tym jak reżim zaprowadził zakaz handlu w niedzielę, ci, którym leży na sercu wolność w tym kraju, zorganizowali tajną sieć podziemnych sklepów…
– Tak jest – odezwała się pani od stoliczka. – Nie będzie Niski z Żoliborza dyktował nam kiedy mamy robić zakupy a kiedy nie. Rządzić to on sobie może swoim kotem, a nie Polską. Ktoś kiedyś powiedział takie mądre zdanie: „Nie palcie komitetów, zakładajcie własne”. I my zrobiliśmy tak samo. Odebrano nam sklepy? Świetnie, zrobimy sobie własne. I powstały. Ukryte w prywatnych domach, gdzie macki reżimu nie sięgną. Meblowe, spożywcze, księgarnie i obuwnicze. Niech żyje wolność wyboru!
– Niech żyje! – zawołała mama Łukaszka. Wepchnęła się w krąg ludzi i zaczęła tak jak oni, okrążać łóżko. Wszyscy, ze szczęściem w oczach, narzekali: „pan tu nie stał”, „gdzie się pani pcha”, „ale kiepski wybór”, „powariowali z tymi cenami”, „kolejki, wszędzie te kolejki”, i tak dalej.
– Ale to nie jest prawdziwy sklep, tu nie można niczego kupić – powiedziała mama Wiktymiusza, która nadal stała w drzwiach. W tej samej zresztą chwili musiała się przesunąć, żeby wpuścić, starsze małżeństwo, które przyszło po nich.
– Tak być musi – odparła pani przy stoliku. – Inaczej złamalibyśmy prawo i siepacze mogliby nas aresztować. A poza tym większość ludzi i tak nie robiła zakupów w niedziele. Oni tylko jeździli do galerii handlowych pochodzić, popatrzeć. Do nich właśnie kierujemy naszą ofertę. Mogą znów poczuć atmosferę tamtych miejsc. Poczuć się jak w sklepie. Poczuć się jak w domu.
– Poczuć się… – prychnęła z ironią mama Wiktymiusza. – To tam, na skwerach i w mieszkaniach ludzie cierpią realny głód, a wy tu jakieś burżuazyjne teatry sobie urządzacie? Wy się oderwaliście od społeczeństwa, ot co! Ludzie na ulicach mdleją z głodu, walczą o przeżycie, a wy się w sklep bawicie! Zgroza! Zobaczcie sami!
I mama Wiktymiusza zaprezentowała krótki filmik na smartfonie. Był to zapis jednej z niedziel jednego z jej kolegów.

08:11 Budzę się. Z głodu.
09:00 Idę na mszę do kościoła. Na czczo. Jakaś babcia widzi moją bladość i ustępuje mi siedzącego miejsca.
10:00 Koniec mszy. Ludzie muszą mi pomóc wstać z ławki. Sam nie mam siły. Co teraz robić w ciągu dnia? Co jeść?
11:45 Obszedłem okolicę. Sklepy pozamykane. Głowa mnie boli, tętno zwalnia. Jeść, Jeść. Byle do północy.
12:40 Myślę o gołąbkach na obiad. ale żaden nie przylatuje.
14:05 Dzwoni mama. Podobno w parku są pączki. Poszedłem natychmiast ale i tak się spóźniłem. Forsycje obgryzione do gołych łodyg.
15:08 Wracam do domu. Powoli. W windzie spotykam rodzinę sąsiadów, wracają ze spaceru. Że też wam się chce na spacer, mówię. Sąsiad tłumaczy, że dzieci jak zmęczone, to przynajmniej nie wołają jeść.
16:22 Leżę na dywanie, nie mam nawet siły wstać.
16:57 Jakoś wstałem. Gotuję wodę, dużo wody. Zagryzam ją cukrem i płaczę. To ma być dwudziesty pierwszy wiek, Europa?
19:00 Włączam mój ukochany dziennik. Widzę, że miliony Polaków są w tej samej sytuacji co ja. Kręcą mi się koła w oczach, mam mroczki. Zasypiam przed końcem dziennika.
22:41 Budzę się. Wychodzą z mieszkania i idę w stronę sklepu. Niedługo północ, to otworzą.
23:18 Jestem pod sklepem. Teraz tylko poczekać.
23:22 Właściciel mnie przegania! Twierdzi, że otworzy dopiero o szóstej! Przecież ja umrę!
23:27 Moje łzy wzruszając właściciela sklepu. Obiecuje mi, że otworzy zaraz po północy.
00:01 Sklep otwarty. Kupuję paczkę makaronu i wychodzę. Siadam przed sklepem i pożeram go na surowo.
00:12 Czuję jak powoli wstępuje we mnie życie. Przekimam się trochę pod sklepem. Nigdzie stąd nie odejdę, zaczekam do szóstej aż go otworzą i zrobię wielkie zakupy. W końcu za tydzień kolejna niedziela.


– I takich ludzi trzeba ratować, i takim ludziom trzeba pomagać! A wy co? I jak ma być dobrze w tym kraju! To ja wam powiem, że mój syn, mój mały syn jest lepszy od was, bo choć taki mały to dużo wie. wie jak się zachować, wziął teraz ode mnie  torbę z jedzeniem i ratuje życie ludzkie!
– Czy nie czasem koło poczty? – spytała niespodziewanie starsza pani, która przyszła przed chwilą.
– Skąd pani wie? – wyjąkała zaskoczona mama Wiktymiusza.
– Bo go widziałam. I tych trzech też. To co oni wyrabiają to uwłacza ludzkiej godności.
– Jakich trzech?
– Jeden gruby, drugi w okularach, a trzeci to chyba pani syn… – starsza pani zwróciła się do zmartwiałej ze strachu mamy Łukaszka.
– Chodźmy tam… Lepiej… – wymamrotała bladymi ustami mama Łukaszka.
Obie mamy pędziły przez osiedle jak na skrzydłach. Już z daleka widziały, że koło poczty dzieje się coś dziwnego, coś niepokojącego. Najpierw ujrzały grupki ludzi, potem Łukaszka, Grubego Maćka i okularnika, potem Wiktymiusza, aż wreszcie…
– O rany – wyjąkała mama Łukaszka. Mama Wiktymiusza nie powiedziała nic, bo jej mowę odjęło.
Wiktymiusz sięgał po jedzenie z torby, kruszył je na drobne kawałki i sypał na alejkę. Po betonie czołgali się ludzie, którzy zjadali je.
– Kto to wymyślił? – spytała strasznym głosem mama Łukaszka.
– Oni – Wiktymiusz bez wahania wskazał trójkę chłopaków.
– To chyba lepiej, niż mieliby podpływać na stawie – rozłożył ręce okularnik.
– Sami tego chcieli – zastrzegł Łukaszek.
– Nie wierzę – odzyskała mowę mama Wiktymiusza.
– Chcecie jeść? – zapytał Łukaszek.
– Tak! – zawołali pełzający.
– No sami widzicie. Wszyscy są zadowoleni.
– Poza tym dziecko ma zabawę – zadudnił Gruby Maciek.
– O tak mamo! – zawołał uszczęśliwiony Wiktymiusz. – To lepsze niż karmienie na stawie kaczek!
No i to ostatnie słowo przeważyło szalę goryczy.