Jak zniknęła cała przestępczość

Przez osiedle Hiobowskich szła sobie spokojnie pielgrzymka na Boże Ciało. Szła tak sobie spokojnie bez żadnych większych niespodzianek, aż tu nagle, za drugim ołtarzem, zdarzyło się coś niespodziewanego.
Nagle zza ławki wyskoczył jeden umundurowany policjant, zza krzaków drugi, wpadli w szpaler dziewczynek sypiących kwiatki i doskoczyli do jednej z nich celując z broni palnej.
Zrobiła się straszna draka. Szyk procesji się posypał, bo wszyscy chcieli zobaczyć co się stało. Przepchał się wikariusz i zażądał wyjaśnień.
– Rzuć te kwiatki i połóż się twarzą do ziemi! Gleba! Gleba mówię! – ryczeli policjanci.
– Co też panowie, w sukience ma się kłaść na asfalt? – wzruszyła ramionami jej matka. – Jeszcze czego. I o co właściwie chodzi?
– No jak to? – jeden z policjantów opuścił pistolet i się wyprostował. – Nikt z państwa tego nie widział? Dwieście metrów wcześniej ta oto dziewczynka sięgnęła do koszyczka dziewczynki idącej za nią i bezczelnie zagrabiła garść kwiatków do sypania! I proszę niczemu nie zaprzeczać!! Całą sytuację mamy uwiecznioną na dronie!!!
Zapadła cisza pełna szacunku.
– Skąd wiedzieliście, żeby filmować akurat tę dziewczynkę? – zapytał Łukaszek.
– Nie wiedzieliśmy. Filmowaliśmy całą procesję.
– Ach tak? – dziewczynka oskarżona o grabież garści kwiatków postąpiła krok naprzód. – To zapewne widzieliście, że przy pierwszym ołtarzu Alan nadepnął Natana? Że Dżesika nie klęka tylko kuca? Że panie przy feretronie śpiewają o pół linijki do przodu?
– Mamy to wszystko uwiecznione i po procesji tym osobom zostaną postawione zarzuty!
– Momencik, panowie, momencik – wmieszał się wikary. – Ja rozumiem, że policja musi być sprawna, musi coś robić, ale na litość boską, czy wy nie macie się już czym zajmować?
Milczenie.
– No… Nie mamy – westchnął pierwszy policjant.
– Jak to? – zapytał ktoś? – Cała przestępczość nagle zniknęła?
– Ano zniknęła – rzekł ponuro drugi policjant i obaj funkcjonariusze schowali broń. – Najpoważniejsze przestępstwa jakie wykryliśmy w tym miesiącu to rzucenia papierka na alejkę w parku, odpisywanie lekcji na boisku szkolnym, czy głośne słuchanie szantów po dwudziestej drugiej. Nie? Naprawdę nie zauważyliście, że już nic się nie dzieje? Że nie ma kradzieży? Włamań? Napadów? Nie? Nikt?
– Zaraz… – – zastanowił się jeden pan. – Rower trzymam na klatce schodowej. Już tydzień. Bez zabezpieczenia. I nikt nie ukradł.
– Jednej pani na niedzielnej mszy spadło dwa euro pod ławkę – poinformował wikary. – Znaleźliśmy je w środę. Nikt nie zabrał.
– Dwa dni temu już wydawało mi się, że mi ukradli paliwo z samochodu – opowiadała młoda, ładna pani, o której całe osiedle wiedziało, że jest modelką erotyczną polującą na żonatych posłów partii rządzącej. – A tu jednak nie! Kiedy zeszłam na dół rano to okazało się, że zostawiłam moje Cayenne na całą noc z włączonym silnikiem!
– To musiało panią sporo kosztować – zauważył ktoś.
– Wcale, że nie, bo mam LPG…
– Do rzeczy – przerwał wikary. – No więc co z tą przestępczością?
– Proszę państwa, kto z was wie na czym się znają policjanci? – zadał zagadkę pierwszy policjant.
Różne padały odpowiedzi. Pod koniec ktoś nawet wspomniał o prawie czy strzelaniu, ale prawidłowa odpowiedź była zupełnie inna.
– Na statystyce! Każdy prawdziwy policjant musi ją mieć w małym palcu! I to nie tylko w Polsce. Ostatnio o tym przekonał się oficer kryminalny Londynu. No nie dało się już dłużej naginać, publikować cząstkowych wyliczeń czy ich zamilczać. Znaczną większość przestępstw w Londynie popełniają osoby niebiałe. I co w związku z tym postanowiły zrobić władze londyńskie aby odwrócić tę niekorzystną tendencję?
Wszyscy jak jeden mąż odpowiedzieli: zwalczyć przestępczość w środowisku osób niebiałych.
Pierwszy policjant zacmokał, w drugi westchnął i rzekł:
– No i nie nadawaliby się państwo na policjantów. Oczywiste przecież jest co trzeba zrobić i to zrobiły władze Londynu. Otóż zachęciły one obywateli białych do większego popełnienia przestępstw tak, aby procent sprawców niebiałych spadł poniżej połowy. Można bezkarnie napadać, kraść… Ba, są nawet bonusy. Po setnej kradzieży – bilet miesięczny na metro gratis. I dlatego u nas dziś prawdziwych przestępców już nie ma. Wszyscy wyjechali jak najszybciej, żeby zdążyć przed Brexitem.

Nowoczesny, niebezpieczny zakład fryzjerski

Mama Łukaszka stwierdziła, że najwyższy czas.
– Nie może być! – tata Łukaszka aż się zakrztusił. Czyżbyś zmieniła zapatrywania polityczne?
– Najwyższy czas aby nasz syn poszedł do fryzjera! – dokończyła poirytowana mama Łukaszka.
– Czyżbyście chcieli mi narzucać swoje zdanie kiedy mam iść obciąż włosy? – spytał z niedowierzaniem Łukaszek. – Toż to fryzodyktatura!
– Bez tych wielkich słów – skrzywiła się mama. – Dyktatura to jest na przykład kiedy rząd daje ludziom pieniądze i ludziom przez to żyje się lepiej. A ty po prostu masz iść obciąć włosy.
– Nie chcę.
– I to jeszcze dzisiaj. Tak się składa, że mam tu kupon do zakładu fryzjerskiego, który jutro traci ważność…
– A więc to dlatego… – rzekł domyślnie tata i nie dał się wyrzucić za drzwi.
– Jak już mam iść do fryzjera do chcę pieniądz. Interesuje mnie żywa gotówka – podkreślił z naciskiem Łukaszek.
– Nie bądź bezczelny! Kupon też jest dobry! Acha, można go wykorzystać tylko z jednym zakładzie fryzjerskim…
– Mam złe przeczucia. W którym?
– W tym nowoczesnym.
– Tylko nie tam!! Nie!! – wołał przerażony Łukaszek.
– Nie przesadzasz? Co tam złego? – wzruszył ramionami tata Łukaszka.
– Ale ta główna fryzjerka…
– Co z nią?
– Powiedzmy, że nie ufam kobietom, które mają podwójne nazwisko, z czego jedno niemieckie.
– Ale żeś wymyślił – pokiwał głową tata. – Zaraz mogę ci dać przeciwny przykład, niech no chwilę pomyślę… – wyszedł do kuchni i już nie wrócił.
– Idźże wreszcie obciąć te włosy! – fukała mama.
– Dlaczego ty nie wykorzystasz tego kuponu sama?
Ale mama nie odpowiedziała.
Łukaszek, chcąc nie chcąc musiał iść do fryzjera.
– Przecież to tylko strzyżenie włosów – pocieszał go dziadek. – No, pomyśl tylko, co strasznego może się stać u fryzjera?
Pod blokiem Łukaszek wpadł na swoich kolegów ze szkoły. Okazało się, że oni też tam idę, bo też mają takie same kupony.
– Byłem się obciąć tydzień temu – parskał wściekle okularnik. – Ale matka każe mi iść jeszcze raz bo inaczej kupon by się zmarnował.
Kiedy doszli do zakładu, tuż przed nimi weszła jakaś pani, a oni weszli zaraz za nią.
-… zakład czynny? – pytała klientka niepewnie rozglądając się po lokalu. zionął smętną pustką, był tam tylko dwie fryzjerka, które coś konsumowały.
– Czynny – odparła pierwsza fryzjerka.
– Choć aktualnie prowadzimy głodówkę! – dodała żywo druga.
– Jedząc??? – osłupiał Gruby Maciek.
– Mamy przerwę – wyjaśniła pierwsza, jakby zakłopotana.
– To co, strzyżecie czy protestujecie?
– Możemy zawiesić protest – westchnęła druga. – A jak panią ostrzyc? Co pani sobie życzy?
– Sama nie wiem… – powiedziała klientka patrząc na ściany.
Na jednej wisiały plakaty z akcji „czarna środa” namawiające kobiety do ścinania się na łyso. Były tam i hasła „Moja głowa, moja sprawa”, „Protest antywłosowy”, „Samiec nie będzie decydował o mojej fryzurze”, „Ręce precz od moich pukli”, „Kobieta ma prawo decydować” czy też „Chcę odzyskać moje życie z powrotem” i „Mam prawo usunąć kawałek swojego ciała”. Za to na drugiej ścianie wisiały plakaty namawiające do hodowania długich włosów i oddawania ich na rzecz osób po chemioterapii.
– Tak się właśnie zastanawiam… – wzdychała pani klientka patrząc po ścianach. – Nie mogę się zdecydować. To ja może przepuszczę kogoś kto jest za mną.
– Kto następny? – spytała pierwsza fryzjerka. Okularnik i Gruby Maciek zrobili krok w tył i okazało się, że to Łukaszek jest następny. Zasiadł na fotelu, panie zawiązały mu białe płótno i zapytały jak ciąć.
– Żeby było tak jak było – odparł Łukaszek.
Paniom się to bardzo spodobało, a Łukaszek na wszelki wypadek zapytał ile to będzie kosztowało.
– Tyle a tyle – powiedziała pierwsza fryzjerka. – Masz tyle pieniędzy?
– Mam kupon.
– Żaden kupon – zareagowała żywo druga fryzjerka. – Interesuje nas tylko żywa gotówka!
I wybuchła straszna awantura. Chłopcy twierdzili, że mają prawo płacić autoryzowanymi przez zakład kuponami. Pani krzykiem domagały się pieniędzy.
– Idziemy na kompromis! – darła się druga fryzjerka. – Tylko pieniądze!!!
– To co to za kompromis – Łukaszek ściągnął płótno i próbował wyjść.
– O nie! – pierwsza fryzjerka dopadła do drzwi i je zablokowała ciałem.
Nastąpiła eskalacja protestu.
– No i coście narobili – powiedziała z wyrzutem niedoszła klientka. – Przecież wiecie jakie są fryzjerki!
– Teraz już wiemy – rzekł posępnie Gruby Maciek.
Pierwsza pani fryzjerka, krzyczała przez otwarte drzwi, że są więzione, a druga, wołając „mordercy” kaleczyła swoją rękę nożyczkami.
– Może już pójdziemy? – zaproponował nieśmiało Łukaszek.
– Nikt stąd nie wyjdzie – powiedziała pierwsza fryzjerka a druga zasłoniła mu usta.
– No ładnie – westchnął okularnik. – A ojciec się ze śmiał i mówił: czego się boisz, bądź mężczyzną, no co się może stać u fryzjera, najwyżej ci krzywo zetną grzywkę…
– Policję trzeba wezwać – gorączkował się okularnik.
– Jak? Wyjmiesz komórkę to ci zabiorą – Łukaszek wskazał oczami obie fryzjerki.
– To ja biorę na siebie – niespodziewanie odszepnęła pani klientka. – Pozostaje pytanie co powiedzieć policji?
– To proste – wzruszył ramionami okularnik. – Do pojedynczego sprawcy się nie będą fatygować. To musi być cały gang!
– Ale bardzo ważne kto jest w tym gangu – wtrącił Gruby Maciek. – To musi być ktoś, kogo policja się nie boi. Kibice odpadają. Może studenci? Albo nie, mam lepszy pomysł. Babcie handlujące nielegalnie pietruszką.
– Ważne jest aby powiedzieć co się dzieje, i nie może to być nic poważnego, o nie – podkreślił Łukaszek. – Jak powiemy co się dzieje, to przyjadą po kilku godzinach, żeby się sytuacja wyklarowała. To musi być naprawdę błahe. Coś jakby batonik. Mam. Patyczki do uszu.
– Gang babć handlujących nielegalnie pietruszką kradnie patyczki do uszu? – upewniała się klientka.
– Co oni tam knują? – zorientowała się druga fryzjerka. – To może być podstęp!
– Żaden podstęp – klientka wystąpiła naprzód. – Po prostu ja muszę do toalety.
– Mowy nie ma! – pierwsza fryzjerka zabrała drugiej nożyczki i pogroziła nimi obecnym.
– Zachowują się panie jak marszałek Sejmu. Ja muszę skorzystać. Naprawdę muszę. Czy panie wiecie jak to jest kiedy się żyje z nieregularnym wypróżnianiem?
Obie fryzjerki spojrzały na siebie zaskoczone i powiedziały, że nie, nie wiedzą.
– No właśnie, a ja tak żyłam, mówię paniom, to było straszne.
– No dobrze, a co ma to za związek z…
– Bo ja już tak nie żyję.
– Gratulujemy, ale co nam to…
– Biorę lekarstwa i teraz się wypróżniam regularnie.
– Acha.
– Bardzo regularnie.
– Tak.
– Bardzo bardzo regularnie – rzekła pani klientka z mocą i spojrzała na zegarek. – Zostało nam czterdzieści dwie sekundy.
– To aż tak regularnie?
– Czterdzieści jeden.
– Pani udaje.
– Za czterdzieści sekund będzie tu wyglądać gorzej niż w Motławie. Albo londyńskim autobusie. Trzydzieści osiem.
– Dobrze, dobrze, niech pani idzie! – poddała się pierwsza fryzjerka i klientka bez przeszkód mogła udać się do toalety.
Wróciła stamtąd pięć minut później i mrugnęła porozumiewawczo do chłopaków.
Szturm nastąpił dziesięć minut później. Akurat panie fryzjerki kłóciły się która ma zadzwonić do zaprzyjaźnionej reporterki obiektywnej telewizji. Wpadła policja i zaczęła krzyczeć „rzuć nożyczki”. Ale pani fryzjerka nie chciała rzucić.
Zrobiło się niezręcznie.
– Niech ktoś skoczy po kwiaty – rozkazał dowódca policji. – Może jak ją poprosimy z kwiatami to nam odda?
Na szczęście nie trzeba było uciekać się do tak drastycznych środków. Bowiem zapukał ktoś i do drzwi i do zakładu wszedł listonosz.
– Dobrze, że panią zastałem – powiedział do pierwszej fryzjerki. – Gratuluję! Została pani posłanką!
– Jak to?! Przecież nie było wyborów?
– Właśnie aresztowali kolejnego posła. No i pani wskakuje na jego miejsce. Który miała pani wynik?
– Siedemnasty. Dostałam osiem głosów.
– Głęboko orzą – rzekł dowódca policjantów i się zadumał. – A za co aresztowali?
– Miał w swoim mieszkaniu nielegalną wytwórnię medycznej amfetaminy.
I tu nagle rozległ się wściekły pisk pierwszej fryzjerki, bowiem kilku policjantów skorzystało z tego, że wszyscy się zagapili, obezwładnili pierwszą fryzjerkę i zabrali jej nożyczki. Drugą też trzeba było unieruchomić.
– Uff – dowódca otarł pot z czoła. – Było naprawdę niebezpiecznie. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Już wcześniej mieliśmy skargi na tą panią. Ale teraz kiedy została posłanką wszystko będzie dobrze. Nie skrzywdzi już nikogo.

Najdłuższy protest nowoczesnej Europy

Do bloku, w którym mieszkali Hiobowscy, wprowadziło się młode małżeństwo. Nie dość, że pochodzili z maleńkiej wioski, to na dodatek ta wioska była koło Pawełkowic. Te oto podwójne kompleksy były zapewne przyczyną tego, że młoda małżonka bardzo szybko chciała zostać osobą miastową. Przypadkiem spotkała mamę Wiktymiusza, zwierzyła jej się ze swojego problemu. A mama Wiktymiusza namówiła ją aby się zapisała do kierowanego przez siebie koła Komitetu Obrony Dewiacji. W kole tym była już mama Łukaszka, która zaprosiła swoją szefową i neofitkę na sojową latte i kanapkę z salcesonem z promocji.
– I co będziemy robić – zapytał różowy ze szczęścia nowy nabytek koła. Mama Łukaszka już chciała zaproponować aby pooglądały telewizję, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. I bardzo dobrze, bo mama Wiktymiusza miała o wiele lepszy pomysł.
– Pojedziemy do Warszawy. Zobaczy pani miasto, naprawdę duże miasto. No i pójdziemy na protest.
– Na który? – zainteresowała się mama Łukaszka.
– Wesprzemy mamy osób niepełnosprawnych – uśmiechnęła się mama Wiktymiusza.
– Łaaaa – szepnęła nabożnie młoda mężatka. – Jeszcze nigdy nie byłam w Sejmie.
– I nie będzie pani – mama Łukaszka brutalnie sprowadziła ją na ziemię.
– Jak to? Nie słyszałam, żeby protest się przeniósł…
– Sejm się przeniósł. Po tym jak do budynku wtargnęła szesnasta grupa protestujących Parlament zmienił miejsce obrad, a z Sejmu uczyniono Dom Protestu.
– Protest matek osób niepełnosprawnych jest najdłuższym strajkiem okupacyjnym w Domu Protestów – pouczyła neofitkę mama Wiktymiusza. – To matka wszystkich protestów. Trwa już ponad pięć lat. Ci dzielni ludzie tam mieszkają, śpią, żyją, jedzą, czytają, pracują, a nawet się rodzą. W zeszłym roku jedna z matek urodziła synka. A w tym roku dwie kolejne są już też w ciąży. Ostatnio wysunęły postulat o meldunek w Domu Protestu, ale władze złośliwie im to utrudniają…
– Chcecie jechać do Warszawy na strajk matek osób niepełnosprawnych? – spytał Łukaszek niespodziewanie stając w drzwiach. – Już za późno.
– Jak to: za późno? – panie okropnie zbladły, a mama drżącym głosem zapytała:
– Zastrzelili ich wszystkich, tak?
– Nie – odparł spokojnie Łukaszek. – Protest się zakończył. Spełniono wszystkie postulaty.
– Jak to tak? – głos nowoprzyjętej brzmiał żałośnie. – Jak oni mogli? Co za chamstwo!
– Zaraz, przecież one przez pięć lat żądały żywej gotówki! – zakrzyknęła mama Łukaszka. – I przez lat była odpowiedź, że tych pieniędzy nie ma i nie będzie! A tu nagle taka volta? Co się stało?
– Znaleziono nowe źródło finansowania – brzmiała pokrętna odpowiedź Łukaszka, ale mama Wiktymiusza zrozumiała o co chodzi i przetłumaczyła:
– Będzie nowy podatek.
– Ech… – machnęła ręką mama Łukaszka. – Co tym razem? Paliwo? Alkohol? Papierosy?
– Nie. Zupełnie coś nowego. Otóż podatkiem na rzecz osób niepełnosprawnych zostaną objęte… Kobiety. Ale tylko te, które są powyżej dwudziestego piątego roku życia, są bezdzietne i niezamężne.
– Coś takiego! – mama Łukaszka była niezwykle wzburzona.
– Nie pojedziemy – neofitka była smutna.
– Wręcz przeciwnie! – mama Wiktymiusza pałała zapałem. – Pojedziemy! Ten protest się skończył ale na pewno zaraz pojawią się inne! Miliony ruszą na ulicę aby zaprotestować przeciwko rabunkowej polityce rządu, który gnębi naród nową daniną… E… On ma jakąś nazwę?
– Tak – potwierdził Łukaszek. – Jałówkowe.

Trzy wizyty jednej pani, czyli praca leczy

Był pogodny wieczór. Tata Łukaszka długo jeździł po osiedlu i nie mógł znaleźć wolnego miejsca do parkowania. Wreszcie wypatrzył jedno wolno koło osiedlowego domu. Tam też podjechał i zatrzymał auto, prostopadle do chodnika.
Pojazd dotknął kołami krawężnika, a przód wysunął się na chodnik. Traf chciał, że akurat chodnikiem szła pewna pani. Pani na widok parkującego pojazdu pisnęła, uskoczyła do tyłu i krzyknęła:
– Uważaj pan z tym swoim penisem!
– Przepraszam, z czym?
– Z penisem! Każdy samochód to przedłużenie męski czyli penis! Autobus to penis zbiorowy, Shinkansen to superpenis, a metro to seks analny!
– Niech już pani idzie – tata Łukaszka machnął zrezygnowany ręką. Pani weszła do domu kultury, a po chwili wyszła licząc pieniądze.
– Skąd to siano? – nie wytrzymał tata Łukaszka.
– Płacą mi. Zajmuję się wykładami na temat odpenisowania przestrzeni publicznej. Chodzę, opowiadam, i mi za to płacą.
Tata Łukaszka nie zdzierżył i zadzwonił to osiedlowego radnego.
– Nie miałem pojęcia, że ona jest na liście płac sumitował się radny. – Zajmę się tym. nie będziemy przecież wydawać osiedlowych pieniędzy na coś takiego.
I faktycznie, dwa dni później tata Łukaszka spotkał ponownie tę samą panią w tym samym miejscu. Tym razem pani siedziała na schodkach osiedlowego domu kultury i płakała rzewnie.
– Co się stało?
– Okradli mnie! – pani zaczęła szlochać jeszcze bardziej.
– Jak? Kiedy?
– Teraz. Tu, w domu kultury. nie chcą mi już dawać pieniędzy. A ja mogę dalej dawać te wykłady, mogę dawać mnóstwo, jeszcze więcej wykładów!
– Hm… A może te wykłady nie są potrzebne?
– No co też pan? – pani wytarła nos i spojrzała na tatę Łukaszka jak na idiotę. – Oczywiście, że są potrzebne. Nawet sobie nie zdajemy sprawy jak zapenisowany jest ten świat. A warto o niego walczyć, warto za niego ginąć. Jak na przykład mój mąż. Już trzy razy zginął.
– Hm, tak – bąknął tata Łukaszka.
Zrobiło się romantycznie. Powiał ciepły wietrzyk. Na drzewku obok ślimaki żarły liście.
– No i co dalej? – tata Łukaszka pierwszy przerwał milczenie.
– Nie wiem – wyszeptała pani bezradnie. – Chyba jakiś protest zrobię. A może akcję crowdfundingową w internecie? Stypendium antypenisowe?
– A może do pracy? – poddał niewinnie tata Łukaszka. Pani ponownie spojrzała na niego jak na idiotę.
– Proszę pana, dla mnie praca to są wykłady, to jest metafizyka, spotkanie z Najwyższym. Gdzie ja go spotkam? Na kasie w markecie? No co też pan. Ble.
– A w magazynie? – zapytał tata Łukaszka patrząc ponad jej głową na ścianę urzędu. Wisiała tam gablota, a w niej między innymi ogłoszenia o pracę. Największe z nich miało tytuł „praca w magazynie”. Niżej był dopisek „Pięćdziesiąt euro każdemu, kto przyprowadzi pracownika!”.
– Nie myślałam o magazynie.
– A widzi pani, trzeba spróbować. Zaprowadzę panią.
Trzeci raz tata Łukaszka zobaczył panią, kiedy po kilku dniach podjechał do magazynu odebrać swoje pięćdziesiąt euro.
– I jak się pani pracuje?
– Całkiem całkiem. Jeżdżę wózkiem widłowym. Taki wózek, a na dole, z przodu ma takie dwa twarde, stalowe penisy… Oj, muszę już kończyć! Zaraz koniec przerwy! Do widzenia!

Pan dyrektor vs pan dziennikarz i pan komentator

W obowiązkach dyrektora szkoły znajduje się mnóstwo różnych dziwnych rzeczy. nie tylko zajmowanie się uczniami czy samą szkołą. W grę wchodzi wiele innych zadań, na przykład zorganizowanie konferencji prasowej z okazji otwarcia nowej przyszkolnej sali gimnastycznej.
– Może nikt nie przyjdzie – pocieszała pana dyrektora pani wicedyrektor.
Niestety, przyszło wielu lokalnych dziennikarzy. Co gorsza, pojawił się też znany komentator z prasy krajowej. A co najgorsze na sali zasiadł też dziennikarz Najlepszej Telewizji.
– O matko, co on tu robi – szeptała przerażona pani pedagog. – Przecież on zajmuje się najpoważniejszymi politycznymi zleceniami! Co on tu robi?
– Susza – westchnął pan dyrektor. – W polityce nic się dzieje. Cisza, spokój, nuda, dobrobyt…
– Co pan gada! – oburzyła się pani wicedyrektor. – Nie widzi pan co się dzieje?! Ten kraj stoi na krawędzi przepaści do której zmierza!
Pan dyrektor przetarł twarz i desperackim krokiem wszedł na scenę jak człowiek skaczący do zimnej wody. Rozpoczął konferencję i z początku odpowiadał na piekielnie konkretne pytania lokalnych dziennikarzy. Pytano o kwestie techniczne, budżetowe i tak dalej. A potem o mikrofon poprosił dziennikarz z Najlepszej Telewizji.
„Ten to mi dopiero dołoży” pomyślał pan dyrektor i miło się rozczarował. Bowiem pan dziennikarz zapytał:
– Co pan sądzi o tym, że rząd nadal nie chce dać żywej gotówki osobom niepełnoprawnym, które bez tych pieniędzy umrą w straszliwych męczarniach?
Powiało grozą i mydłem marsylskim.
– Hm… – pan dyrektor próbował grać na czas. – Ale to pytanie nie jest związane z tematem dzisiejszej konferencji.
– Jest pan funkcjonariuszem publicznym i ma pan odpowiadać na moje pytania – pan dziennikarz gra ł twardo. Więc dla odmiany pan dyrektor zaczął grać miękko.
– Och jejku, no wie pan, ja dopiero debiutuję w świecie mediów…
– Widać.
– Gdyby był pan łaskaw udzielić mi kilku wskazówek… – pan dyrektor kontynuował atak po linii pychy. Pan dziennikarz dał się złapać, kiwnął łaskawie głową i rzekł:
– Słucham.
– Jest pan dziennikarzem, prawda?
– Owszem, jestem – potwierdził rozbawiony dziennikarz, któremu jakoś słowo „prawda” nie chciało przejść przez gardło. – Mam legitymację.
– Mój Boże, Bułhakowem zapachniało! – zawołał podekscytowany pan dyrektor. – Wie pan, że za tym też idą pewne obowiązki? Rzetelność, etyka, i tak dalej…
– Nie będziemy chyba teraz debatować o etyce dziennikarskiej – rzekł zimno pan dziennikarz. – Moje pytanie…
– O tak, zaraz odpowiem na pana pytanie. Ale najpierw: niech mi pan łaskawie świat mediów. Kiedyś był pan łaskaw telewizję publiczną nierzetelną. Dotyczyło to sytuacji kiedy to telewizja publiczna nie informowała o wycince w Puszczy Białowieskiej… Pana zdaniem te słowa były uzasadnione?
– Tak, ale nie widzę związku…
– Zaraz pan zobaczy. Informowanie o katastrofie ekologicznej na poziomie ogólnokrajowym należy do obowiązków rzetelnego programu informacyjnego?
– Moim zdaniem tak.
– Jak wobec tego pan skomentuje to, że kiedy rok później, czyli pięć lat temu, doszło do gigantycznego skażenia Zatoki Gdańskiej ściekami właśnie z Gdańska, pana program informacyjny milczał? Nie podaliście państwo żadnej informacji w tej sprawie.
– Doprawdy, proszę pana, co pan za historie tu teraz wywleka…
– Jeśli chce pan abym odpowiedział na pana pytanie…
– No dobrze, odpowiem panu. To w Gdańsku to nie była katastrofa na poziomie ogólnokrajowym.
– Żartuje pan? Oczywiście, że była. O puszczy wszyscy zapomnieli, natomiast skutki zatrucia Zatoki są odczuwalne do dziś. Zatem wracając do pana słów: stacja, która nie informuje o czymś takim jest stacją nierzetelną. Co więcej wie pan o tym, prawda? I co, przychodzi pan teraz tu do mnie z mikrofonem, żebym udzielił wywiadu nierzetelnej stacji? I na dodatek pan, mając świadomość tego, że pana stacja jest nierzetelna, pracuje pan dla niej. Jak to określić pana zdaniem? Czy to licuje z rzetelnością i etyką dziennikarską? Co pan na to?
= To są Żuławy manipulacji – oświadczył z godnością dziennikarz i wyszedł.
– Bardzo ładnie pan to zrobił, bardzo ładnie – komentator bił brawo panu dyrektorowi ocierającemu pot z czoła. – Zazwyczaj ten dziennikarz zjada takich jak pan na śniadanie, a tu, proszę, taka niespodzianka! Nie myśli pan o tym, aby pójść w stronę polityki?
– Nie – burknął pan dyrektor, ale pan komentator puścił jego wypowiedź mimo uszu i kontynuował:
– Zapewne pana mentorem mógłby stać się Tunald-Dosk, największy polityk wolnej Polski, który osiągnął wiele w polityce krajowej jak i na polu europejskim…
– Pan daruje, ale on akurat nie jest moim wzorem – skrzywił się pan dyrektor, co pana komentatora niezwykle oburzyło.
– Chyba nie zaprzeczy pan, że Tunald-Dosk otrzymał wysokie stanowisko w hierarchii unijnej…
– Nie, nie zaprzeczę. On faktycznie je otrzymał. Natomiast pojawia się pytanie co z tego wyniknęło dla Polski? – zapytał pan dyrektor. – Niewiele dobrego. Przecież on Polskę w kółko krytykował.
– A nie przyszło panu do głowy, że Polska taka jest i tego potrzebuje? – zauważył ze złośliwym uśmiechem komentator. – Od dawna tłumaczę w telewizji publicznej, że jest źle.
– Czyli jest dobrze.
Pan komentator osłupiał i poprosił o wyjaśnienie.
– Proszę pana – powiedział pan dyrektor. – Jeśli w telewizji publicznej mówi pan, że jest źle, to znaczy, że jest dobrze. Jeśli byłoby źle, to mówiłby pan w telewizji publicznej, że jest dobrze. albo wcale by pana nie było.

Jak pokonać miłość szejka

Łukaszek mył samochód swojego taty.
– Kapitalizm – uśmiechnął się zwycięsko tata patrząc z okna mieszkania na parking.
– Co za wyzysk człowieka przez człowieka, patrzeć na to nie mogę, on powinien dostawać jakąś rentę socjalną a nie pracować! – pałała oburzeniem mama Łukaszka.
– To zapłać mu ze swoich – zaproponował tata.
– Co za chamstwo! – krzyknęła urażona mama i nie wracała już do tego tematu.
Łukaszek mył dalej samochód swojego taty. I kiedy tak mył, to zauważył, że z jednej strony idzie do niego kolega z klasy – Gruby Maciek, a z drugiej strony idzie jego drugi kolega z klasy – okularnik z trzeciej ławki.
No i się spotkali.
– Ty tutaj? – zakpił z Grubego Maćka okularnik. – Myślałem, że jesteś ze swoją starą na proteście matek dzieci niepełnosprawnych!
– Ty tutaj? – zrewanżował się Gruby Maciek. – Zdążyłeś już odprowadzić swoją starą na samolot do Dubaju?
I się pobili.
Łukaszek dalej mył samochód swojego taty. I nagle Gruby Maciek i okularnik przestali się bić. Bo ktoś na nich wpadł. Ten ktoś – to była kobieta. Młoda i zapewne ładna, choć wgląd temu przeczył. Była bardzo brudna, rozczochrana, obdarta, a woń jaką wydzielała lepiej nie opisywać.
– Co się stało? Napadli panią? – zapytał wystraszony okularnik.
Kobieta potrząsnęła głową a potem słabym głosem zapytała w którą stronę do największego polskiego miasta nad Bałtykiem.
– W tamtą – Łukasze pokazał kierunek gąbką. Pani kulejąc oddaliła się mamrocząc coś o autostopie.
– Wątpię żeby ktoś ją podwiózł – skrzywił się Gruby Maciek. Ten zapach…
– Dziwne – powiedział w zamyśleniu Łukaszek.
– Chłopaki! Ale fura! – krzyknął w podnieceniu okularnik.
Podjechała do nich olbrzymia, czarna limuzyna. Wysiadło z niej dwóch panów. Jeden starszy, niższy, grubszy i bardziej ciemny, drugi młodszy, wyższy, chudszy i mniej ciemny. Pierwszy krzyczał coś po angielsku.
– Można w czymś pomóc? – spytał okularnik patrząc nadal na samochód.
– Tak. Szejkowi uciekła modelka. Nie widzieliście jej? – chciał wiedzieć drugi pan.
– A jak wyglądała?
– Brudno.
– Tak… Była tu taka. Poszła łapać stopa nad Bałtyk. Chciała jechać do największego polskiego miasta nad Bałtykiem.
Drugi pan zbladł jeszcze bardziej i zaczął coś tłumaczyć pierwszemu panu. Pierwszy pan zaczął strasznie krzyczeć straszną polszczyzną.
– Trzecia modelka w ten miesiąc! One znowu ode mnie uciec! I znowu do tego miasto! Co to za mężczyzna rządzić ten miasto? On być lepszy ode mnie? Płacić więcej?
– Płacić za co? – spytał Gruby Maciek, którego mocną stroną nie było myślenie.
– Pan Szejk ma bardzo wygórowane życzenia seksualne. Ale oczywiście wszystko jest legalne – zastrzegł pospiesznie drugi pan. – On po prostu płacił, tyle ile modelki chciały, a one się zgadzały. I tyle prosty układ.
– Za co płacił? – napierał Gruby Maciek.
Okularnik westchnął i wytłumaczył mu za co.
– Ble – wstrząsnął się Gruby Maciek.
– Na początek one też ble – powiedział szejk. – Ale potem się do tego przyzwyczaiły. a nawet one chyba to lubić. Więc ja teraz nie rozumieć czemu one uciekać do tamten władca miasta nad Bałtyk. Co on, bogatszy? Wątpię. Lepszy? W czym? Ma więcej… Hm… Tego…
– Ma! – zakrzyknął Łukaszek któremu wpadło coś do głowy. – Oczywiście, że ma! Zagadka jest bardzo prosta! Pięć lat temu było poważne zatrucie rzeki i zatoki! Fekaliami! Do dzisiaj się z tego nie podnieśli! Niech pan sobie tylko to wyobrazi – zwrócił się do szejka. – Całą rzeka! I cała zatoka! Tego pan już chyba nie przeskoczy! Nie ma pan z nim najmniejszych szans!
– Ja być szejk! Ja mieć wszystko! Dam radę! – zakrzyknął szejk i palnął pięścią w dłoń. – Zrobię u siebie na pustyni własną rzekę i własną zatokę! I wpuszczę tam co trzeba! Modelki znowu wrócić do mnie! Tylko zabraknie mi tego co trzeba wpuścić.
I zapytał się gdzie takie coś można – nomen omen – kupić.
————-
marcinbrixen.pl
http://www.wydawnictwo-lena.pl/brixen3.html – blog w formie książki
https://pl-pl.facebook.com/marcin.brixen

Pieniądze i prawda

– Słyszała pani? – zaświszczała podnieconym szeptem dozorczyni pani Sitko. Zaświszczała prosto w ucho babcia Łukaszka. Jechały obie windą w dół. Pani Sitko zamiatała, a babcia kaszlała i kichała.
– Mogłaby pani nie sprzątać, kiedy osoby postronne jadą windą! – nie wytrzymała babcia.
– Co by pani chciała, żebym nie sprzątała w ogóle?! – zaperzyła się dozorczyni. – Akurat po pani się tego nie spodziewałam!
– Czego?
– Że lubi pani życie w brudzie. Tak, tak, w blokach to mieszka sama patologia! Wszystkim to opowiadam i się potem wstydzę za nich!
– Chyba za siebie – zauważyła złośliwie babcia Łukaszka. – No bo jak wszyscy to patologia to pani też. A pani mąż…
– Niech pani zostawi mojego męża w spokoju! – zakrzyknęła pani Sitko. – To spokojny, porządny człowiek! Co z tego, że zarabia poniżej średniej krajowej, a pije powyżej średniej krajowej! Przynajmniej nie ucieka…
– Trudno, żeby uciekał po pijaku.
– Nie dokończyłam zdania! Przynajmniej nie ucieka się do przemocy domowej!
– A kto się niby ucieka, co?! – zapytała ostro babcia Łukaszka.
Pani Sitko zaszemrała:
– Sąsiad z ósmego…
– Który???
– No to, z żoną i dójką dzieci. Niedawno się wprowadzili.
– Ten??? Co też pani opowiada! Młody, spokojny wesoły człowiek, często go widzę z rodziną, wyglądają na szczęśliwych…
– A widzi pani, a widzi pani, jak ten wygląd jednak myli!
– A kto mówi, że on stosuje przemoc domową?
– Wszyscy!
Winda się zatrzymała na parterze.
– O, przepraszam – babcia powiedziała stanowczo do pani Sitko. – Na coś takiego to trzeba mieć dowody!
– Proszę pani, są książki, filmy, wywiady, artykuły, relacje świadków!
Drzwi się uchyliły i do windy zajrzała jakaś pani.
– Czy panie wysiadają? – zapytała.
– Tak – odparła babcia.
– Nie – odparła pani Sitko machając szczotką.
Pani wywróciła oczami i poprosiła:
– Może się panie zdecydują?
– A pani dokąd? – odbiła piłeczkę dozorczyni.
– Na ósme.
Babcia i pani Sitko wymieniły czujne spojrzenia.
– A może do tego pana…
– Tak, a skąd panie wiedzą?
– Zgadłyśmy. A nie boi się pani? Przecież to podobno straszny człowiek. Żonę bije i tak dalej – pani Sitko zachłystywała się powietrzem.
– Co za bzdury – wzruszyła ramionami babcia Łukaszka. – Skąd ludzie biorą te ploty, to ja nie wiem.
– To nie są ploty, to poważne badania naukowe – pani poprawiła okulary. – Tak się składa, że akurat ja je prowadzę. Jestem profesor Bobara Bargelking-Enni. Właśnie jadę do obiektu moich badań.
– To my z panią! – zadecydowała pani Sitko i wcisnęła guzik z cyfrą 8.
Pojechały windą, podeszły pod drzwi mieszkania i pani profesor zadzwoniła. Otworzył pan będący przedmiotem badań. Na widok pani profesor trochę się stropił i bąknął:
– O, to znowu pani. dzień dobry.
– Jest pan mordercą, pedofilem, kretynem, bandytą, sodomitą, złodziejem, śmierdzi pan i bije pan żonę – wyrecytowała pani profesor i strzeliła pana w twarz.
– No co też pani, to niemożliwe – zaprotestowała babcia Łukaszka.
– Jeśli to kłamstwo to niech mnie poda do sądu i udowodni, że się mylę. Nie podaje? Tak myślałam – wzruszyła ramionami pani profesor.
Pan lokator zrobił coś zaskakującego. sięgnął do kieszeni i wyjął portfel, po czym wyjął z niego pieniądze i wręczył pani profesor.
– Sto euro – poinformował.
– Tylko tyle? – skrzywiła się pani profesor.
– W zeszłym tygodniu płaciłem pani za paliwo, jesteśmy biedną rodziną…
– Dlaczego pan jej płaci?! – wykrzyknął z rozpaczą babcia Łukaszka.
– Może coś w tym jest co ona mówi? Interesuje mnie dotarcie do prawdy – rzekł z dumą pan lokator. – Tylko prawda jest ciekawa! Niech pani dalej prowadzi swoje badania. Bardzo mi zależy na konsensusie.
Pani profesor poszła w stronę widny, a drzwiach stanęła żona pana lokatora.
– Znowu jej płaciłeś? – nachmurzyła się. – Mówiłeś, że jak się przeprowadzimy, że jak będziemy tu siebie, to zmieni się na lepiej.
– Masło ci wreszcie wczoraj kupiłem. To nie wystarczy?

Eurowizja i australijski obóz zagłady w Auschwitz

– Można się w tym wszystkim pogubić – westchnął tata Łukaszka.
– To znaczy? – zapytała siostra Łukaszka śledząc pilnie na ekranie rozgrywający się właśnie finał Eurowizji.
Tata upił łyk herbaty.
– Chodzi mi o to, że wizja się nie zgadza z tym co piszą. Na te przykład teraz. Murzyn śpiewa po angielsku. Jaki to kraj?
– Szwecja! – zawołała babcia Łukaszka.
– A nie Francja? – zdziwił się dziadek.
– Murzyn śpiewałby po francusku – uśmiechnęła się zwycięsko mama Łukaszka.
– To jest Austria! – odezwała się siostra Łukaszka.
– Zgadłaś! – zdumiał się tata. – Skąd wiedziałaś?
– Poznałam po wyglądzie, a co?
Kiedy tata płakał załamany, polski spiker przypomniał historię polskich eliminacji. Była bowiem wyjątkowa. Otóż podczas preselekcji łeb w łeb szły dwie propozycje muzyczne. Amber Gold Choir z utworem „I Don’t Rememeber” i Victims of CBA z piosenką „6 A.M.”. Rzutem na taśmę wygrali Victims of CBA, ale już następnego dnia ich wokalistka została aresztowana pod zarzutem wyłudzeń VAT w służbie zdrowia. Ostatecznie więc zwycięstwo przypadło Amber Gold Choir. Grupa wydała właśnie album „Pulling The Plane” i była u szczytu popularności w kraju, była nawet na piątym miejscu Trójkowego Topu Wszechczasów (miejsce pierwsze: Dire Straits „Brothers In Arms”, miejsca dwa do cztery: Sting).
– Co innego jest bardzo mylące – stwierdził Łukaszek. – Te tytuły… Nie macie wrażenia, że już je słyszeliście?
I rzeczywiście, wyglądało na to, że większość wykonawców wzięło sobie do serca zasadę inżyniera Mamonia. Tytuł był często znany, ale firmował on jednak zupełnie nową piosenkę. I tak oto Szwecja śpiewała „Smoke On The Water” (pożar w ośrodku dla uchodźców), Francja „Milord” (jaki to Allach jest dobry”, Ukraina „Killing In The Name Of” (wiadomo o czym), a Izrael „Our House” (też wiadomo o czym). Powszechne oburzenie budziły Węgry, które śmiały wysłać na festiwal dobroci i miłości ksenofobiczny utwór „Another Brick In The Wall”, o odgradzaniu się od uchodźców.
Mimo, że zazwyczaj było wiadomo kto jak głosuje, zaskoczenie było duże – murowany faworyt z Izraela nie wygrał! Wygrał Laos z piosenką „Kaos”!
Nocna sensacja następnego dnia była już tylko egzotyczną ciekawostką. Cały świat medialny pochylał się nad tematem australijskiego obozu zagłady w Auschwitz. Jak wszyscy wiedzieli, obóz zbudowali Niemcy, a w obozie Żydzi ukrywali się przed krwiożerczymi Polakami. I wszyscy Żydzi zginęli. Sześćdziesiąt pięć milionów. A kto był temu winien?
– Australia!!! – grzmiały wszystkie dziennik od „Hawaii Daily” po „Nippon Hentai Herald”, od „Alaskan Underwater Fishing Review” po „Chile Guardian For Kids”.
– Dlaczego Australia? – dziadek Łukaszka nie mógł w to uwierzyć.
– Bo… – mama Łukaszka zaczęła zaginać na palcach. – Po pierwsze niczego nie zrobili aby uratować kogokolwiek z Holokaustu.
– Przecież Australia jest daleko! – tata Łukaszka wytrzeszczył oczy. – Co oni mieli niby zrobić?
– Cokolwiek. Nie zrobili nic. Po drugie nie rozwiązali problemu z bezspadkowymi kamienicami…
– Jeśli by je ktokolwiek miał dostać to chyba Maorysi.
– Kamienice? Nie żartujcie. A po trzecie… Jako jedyni nie dali wczoraj Izraelowi dwunastu punktów!!!
Zapadła cisza.
– A więc to dlatego Izrael przegrał – rzekał powoli babcia z jakimś takim skrytym uśmiechem.
– Tak. Już szykują pozew. Australia musi zapłacić za ten bezprecedensowy akt antysemityzmu wobec kraju który poniósł taką tragedię!!!
– A pamiętacie tą piosenkę z Izraela? I kto ją wykonywał? – spytał Łukaszek.
Nie pamiętali.
– Czy to ważne? – machnęła ręką mama Łukaszka. – Co innego się liczy. Przecież to Eurowizja!

Jak Egipt nie zapłacił

Trwała skoordynowana, międzynarodowa akcja medialna wymierzona w Egipt.
– To oczywiście nieprawda – zaprotestowała mama Łukaszka. – Po prostu u nich więcej antysemitów niż ziarenek piasku!
– A co się właściwie stało? – zainteresował się dziadek Łukaszka.
Okazało się, że środowiska żydowskie zażądały jako rekompensaty za mienie bezspadkowe od Egiptu. A Egipt odmówił.
– Nie dziwię się – mruknęła babcia Łukaszka zawzięcie skrobiąc ziemniaki. – A skąd pomysł tych środowisk… tych tam, że im się cokolwiek z Egiptu należy?
– No przecież ich wypędzono – przypomniała mama. – Nie czytaliście w Biblii?
Zapadła cisza jeśli nie liczyć skrobania ziemniaków.
– Grubo poszli – skomentował tata Łukaszka i upił łyk herbaty. – Jak to udowodnią?
– Przecież jest w Biblii! – zawołała mama Łukaszka. – Zresztą to Egipt powinien udowodnić, że nie wypędził, prawda?
– Jak można udowodnić, że ktoś czegoś nie zrobił? Przecież to absurd – wzruszył ramionami Łukaszek.
– Bardzo prosto – zaśmiała się z zadowoleniem siostra Łukaszka. – Czy jest w lodówce ser? Nie? Bo to dowód, że nie kupiłam sera! Ha! Widzicie! Nie zrobiłam czegoś i mogę to udowodnić!
– Ja też nie kupiłem sera – przerwał jej Łukaszek. – I co teraz?
Siostra zamilkła wpół słowa i marszcząc śliczne czółko rozmyślała intensywnie nad jakąś odpowiedzią.
– A czego chcą? – babcia Łukaszka skończyła skrobać ziemniaki. Mama Łukaszka poinformowała skwapliwie:
– Sześćdziesięciu pięciu miliardów dolarów i piramid w Gizie. Urządzą tam Muzeum Wypędzenia z Ziemi Egipskiej. No i chcą jeszcze kamieni… kurortów w Hurghadzie i Sharm El Sheikh. Bo tam się rozstąpiło Morze Czerwone.
– Nie wiem czy wiecie, ale Stany Zjednoczone przyjęły uchwałę wzywające Egipt do zwrotu mienia – odezwała się babcia.
Zasępili się Hiobowscy, ale akurat z telewizora rozległ się sygnał wiadomości.
– A teraz najważniejsza informacja we Wszechświecie! – poinformowała z pełną powagą prezenterka. – Jeden polityk partii rządzącej macał bułki w sklepie gołą ręką!!! Wszyscy umrą!!! A potem mniej ważne wiadomości ze świata. Godni potępienia antysemici z Egiptu nadal odmawiają oddania zrabowanych Izraelowi lasów.
– Włączmy jakieś normalne wiadomości – poprosił tata Łukaszka, co bardzo zdenerwowało mamę Łukaszka, która krzyczała, że to właśnie są normalne wiadomości.
– Prezydent Egiptu!!! – wrzasnął Łukaszek.
Wszyscy się uspokoili. Na ekranie pojawił się prezydent Egiptu, który oświadczył na konferencji prasowej, że Egipt nie zapłaci.- Co za chamstwo! Co za antysemityzm! Skandal! – oburzali się bezstronni dziennikarze. – Dlaczego?
– Bo to nie Egipcjanie ich wypędzili.
– Jak to nie? A kto?
– Faraoniści!

31 kwietnia

Pierwszego maja wszyscy mieli wolne. Wszyscy z wyjątkiem polityków. Bowiem tego dnia szykowało się niezwykle ważne wydarzenie.
– Bzdura totalna – utrzymywał dziadek Łukaszka.
– Dlaczego totalna? – zainteresowała się babcia.
– Bo wszyscy powariowali na tym punkcie!
– Jest to bardzo ważna i ciekawa inicjatywa, która wreszcie połączyłaby wszystkich ludzi – rzekła mama z emfazą.
– A co to za inicjatywa? – tata Łukaszka tego nie zaglądał jeszcze do mediów. Mama go poinformowała:
– Unia Europejska chce wprowadzić dzień trzydziestego pierwszego kwietnia.
Siostra Łukaszka zaczęła się bardzo śmiać, tak bardzo, że nie szło jej wyrzucić za drzwi, bo leciała przez ręce.
– To chyba jakiś żart? – spytał ostrożnie tata Łukaszka. – Przecież koszty byłyby kosmicznie wielkie! Kalendarze! Układy elektroniczne z wbudowanymi datami! Brak słów, myśli, żeby to wymyślić! Kto to zgłosił?
– Francja – odparł Łukaszek.
– No tak. Oni już kiedyś dłubali przy kalendarzu.
– Francja miała też inną propozycję. Żeby zmienić nazwę kwietnia.
– To też już przerabiali… A czemu im kwiecień nie pasował?
– Zbyt biały.
– A jak miałby się nazywać?
– Aborteur – powiedział Łukaszek. Tata Łukaszka się zadumał.
– Ale to nie przeszło – pospieszyła z informacją mama Łukaszka. – Unia Europejska się na to nie zgodziła.
– Niemcy – poprawiła jadowicie babcia Łukaszka.
– Na jedno wychodzi – mama wzruszyła ramionami. – Ktoś w tych krytycznych czasach musi wziąć na swoje barki ciężar kierowania tym kontynentem.
– Tylko czemu znowu Niemcy? – pokiwała głową babcia. – Jak oni się biorą za kierowanie kontynentem to zawsze kończy się to masową eksterminacją.
– Zaraz, Niemcy się nie zgodziły na zmianę miesiąca?! A co z datą?! – zorientował się dziadek. – Wprowadzą ten idiotyzm?!
– Głosowanie ma być dziś – rzekła mama Łukaszka. – Wątpię, żeby przeszło. Wszystkie państwa muszą się zgodzić. A Polska na pewno będzie przeciw. Zresztą, zobaczcie sami.
Najpierw nadano orędzie prezydenta. Prezydent długo i żarliwie namawiał, żeby poprzeć inicjatywę Francji. I kiedy tak przemawiał nagle ktoś wcisnął mu do ręki kartkę.
– Polska poprze – przeczytał odruchowo i został z niedokończonym orędziem jak Himilsbach z angielskim.
Potem pokazano premiera. Przemawiał z Sejmu. To znaczy: miał przemawiać. Bo oto za jego plecy wypadłą jakaś grupa kobiet i rozłożyła się na podłodze. Jedna z nich, pani blond z wytrzeszczem oczu zaczęła krzyczeć:
– My, matki dzieci niepełnosprawnych, żądamy trzydziestego pierwszego kwietnia!
– To się bardzo dobrze składa – odparł spokojnie premier. – Bo Polska poprze tę inicjatywę.
– Jak to? – spytała pani blond z wytrzeszczem oczu.
– Tak to. Polska nie może być ciągle przeciw w Unii Europejskiej. Więc niech im będzie. Zgadzamy się. Protest niepotrzebny. Możecie iść do domu.
– To podstęp! Tylko tak mówicie, a wcale nie poprzecie! – krzyczały matki. – Nawet nie zdążyłyśmy transparentów wyjąć, a wy już się zgadzacie! Tak się nie robi! To świństwo! To antysemityzm!
– Żądamy aby trzydziesty pierwszy kwietnia był w żywej gotówce! – darła się pani blond z wytrzeszczem oczu.
Ale premier już poszedł.
– No dobrze, a co będzie jak Unia Europejska to przegłosuje? – spytała siostra Łukaszka.
– Wtedy będzie to zwycięstwo człowieka nad prawami natury – odparła mama Łukaszka z namaszczeniem. – I będziemy mieć trzydziestego pierwszego kwietnia!
– A inni? – drążyła siostra.
– Co: inni?
– Inni też będą mieć? USA? Albo Rosja?
– O rany! – zakrzyknął tata Łukaszka. – Czy ktoś o tym pomyślał? Będą różnice w datach!
– Będą musieli się dostosować – rzekła twardo mama.
– Mało to problemów, to kolejne sztuczne konflikty… – zaczął dziadek. Ale nie dokończył. Bo oto spiker z telewizora przerwał mu i zachłystując się gwałtownie raportował, że właśnie zakończyło się głosowanie. Wniosek przepadł. Jeden kraj był przeciw.
– Polska! – mama Łukaszka załamała ręce. – Co za ciemnogród! Wstyd!
Ale się okazało, że to nie była Polska. To była Wielka Brytania.
– Co oni jeszcze robią w Unii? – dąsała się mama. – Przecież mieli zrobić Brexit.
– Robią go cały czas – tłumaczył tata.
– A kiedy go kończą?
– Trzydziestego drugiego maja.