Bohaterka akustyczna

Na mrozie stało jakieś dziecko z transparentem „Stop globalnemu ociepleniu”.
– Kto to? – babcia Łukaszka wyjrzała oknem. – Stoi tak już dobrą godzinę pod naszym blokiem.
Podszedł dziadek Łukaszka.
– Ja ją kojarzę… Mieszka tu gdzieś na naszym osiedlu. Zadzwoń do Łukasza, powinien niedługo wracać z zakupów, to mógłby ją odprowadzić do domu. Też pomysł! Wysyłać dzieci na dwór w taki mróz!
Na te słowa weszła mama Łukaszka z gorącym apelem, aby oboje seniorzy odczepili się od Orzego-Jewsiaka. Dziadek sięgnął po telefon, a babcia po ostre słownictwo. Kiedy już wyjaśnili jej o chodzi, mama Łukaszka wyjrzała przez okno i oznajmiła, że ona tę dziewczynkę zna.
– …może sobie stać – mama Łukaszka wyjrzała jeszcze raz i nagle zmieniła zdanie. Musi iść ratować dziewczynkę,
– Przed zimnem? – spytał domyślnie dziadek Łukaszka.
– Nie! Przed Łukaszem! On do niej idzie!
I mama runęła do korytarza aby się ubrać. I jak na złość szalik się splątał… I buty jakoś się poplątały, prawy na lewą nogę… I tak dalej… I na windę trzeba było czekać… I zanim dobiegła do tej dziewczynki już przy niej stał Łukaszek.
Dziewczynka jednak broniła się twardo przed jakimikolwiek argumentami odnośnie stania na mrozie i w kółko powtarzała, że nie będzie rozmawiać z nieznajomymi.
– To jak chcesz przekonać kogoś do swoich poglądów? – zdążył jeszcze spytać Łukaszek i mama wpadła pomiędzy nich.
– Dziecko drogie! – zakrzyknęła radośnie mama Łukaszka. – Takie zimno a ty tutaj! Ciebie trzeba koniecznie odprowadzić do domu! Słuchaj dziewczyno…
– Nie zapytała mnie pani o zaimki – przerwała jej zimno dziewczynka.
– E… No właśnie…
– Jak cię adresować osobo z macicą? – zapytał Łukaszek.
– Skąd wiesz, że mam macicę? – replikowała dziewczynka.
– Jak cię adresować osobo bez macicy? – spróbowała mama.
Dziewczynka westchnęła głęboko i powiedziała:
– She, her.
– No i bardzo dobrze – zatarła ręce mama Łukaszka. – Chodź, odprowadzimy cię do domu.
– Nie chodzę z nieznajomymi – odparła dumnie dziewczynka.
– Jacy nieznajomi, przecież ja znam twoją mamę! Należymy do grupy internetowej „Słabi Osobno”!
I poszli. Po drodze Łukaszek próbował wyciągnąć jakieś informacji o mamie dziewczynki.
– O, moja mam jest prawdziwą bohaterką – uśmiechnęła się dziewczynka. – Niedawno uratowała całe osiedle.
– Coś takiego! Nie zauważyliśmy!
– Właśnie to jest dowodem na uratowanie.
Doszli do długiego, niskiego bloku. Dotarli do mieszkania, a w mieszkaniu byli już rodzice dziewczynki. Mama Łukaszka tym razem przytomnie najpierw spytała o zaimki.
– She, her – powiedziała mama dziewczynki.
– He, his – powiedział tata dziewczynki.
Obie mamy serdecznie się przywitały i zaczęły wspominać dawne, kombatanckie dzieje. Łukaszkowi jakoś udało się przebić z pytaniem o to bohaterstwo.
– Ech, to nic takiego – mama dziewczynki niedbałym ruchem poprawiła krótką, zębatą grzywkę w kolorze turkusowym. – Przemocowa organizacja pod nazwą Kościół Katolicki terroryzowała przestrzeń publiczną akustycznie.
– To znaczy?
– Biciem w dzwony. Ale ja znalazłam sposób. Napisałam…
– Donos!
– …napisałam zawiadomienie! Do Inspektoratu Ochrony Środowiska. Przyjechali, pomierzyli i faktycznie, miałam rację! Dzwony biły za głośno! I musieli je wyłączyć! I tak oto świeckie państwo zatriumfowało nad sektą, a na osiedlu cisza!
Mama dziewczynki rozłożyła ręce i w tym momencie rozległ się dzwonek.
Łukaszkowi minęła podejrzana wesołość kiedy tata dziewczynki wprowadził gości. Pan i pani.
– Jesteśmy z Inspektoratu Ochrony Środowiska – powiedziała pani. – Przyszliśmy to w związku ze skargą.
– Ale po co? – mama dziewczynki była niezadowolona. – Wszyscy mają się dowiedzieć, że to ja pisałam tą skargę?
– Pani się nie podpisała? – chciał wiedzieć Łukaszek.
– Podpisałam się: parafianie – mama dziewczynki zaśmiała się i znów zwróciła w stronę gości. – Nie rozumiem. Skarga załatwiona, mandat wystawiony, dzwony wyłączone. O co więc chodzi?
– O drugą skargę.
– Ja pisałam tylko jedną!
– Tą drugą napisał kto inny.
– To co ja mam z tym wspólnego?
– Jest na was.
Zapadła straszna cisza.
– Na nas? – upewniał się tata dziewczynki.
– No, na to mieszkanie. Że straszne hałasy, krzyki, jęki, głosy i tak dalej.
– A kto to napisał?
– Podpisano: parafianie.
Mama szturchnęła Łukaszka, żeby się nie śmiał zbyt widocznie. Ale mama dziewczynki nie zwracała na niego uwagi. Była pochłonięta swoim gniewem i milczącą dzwonnicą kościelną za oknem.
– To na pewno napisał proboszcz! Co za pedofil! Ale dobrze, niech będzie! Możecie państwo mierzyć!
– Wszystko już dawno zmierzone – pan wyjął z teczki kilka kartek papieru. – Skarga dotyczyła godzin przedpołudniowych…
– Przecież przed południem jesteśmy w pracy a dziecko w szkole!
– …w zeszłym tygodniu.
– A nie, czekaj – mama dziewczynki spojrzała na tatę dziewczynki. – Ty wtedy chodziłeś na popołudnie do pracy.
– Zatem tu jest protokół… – odezwał się pan. – Tak jak mówiłem. Najgłośniej było słychać jęki i krzyki. A tu jest mandat.
Mama dziewczynki sięgnęła po mandat, spojrzała na kwotę, zzieleniała i zwróciła się do pobladłego nagle taty dziewczynki:
– Może mi wyjaśnisz czyje to żeńskie głosy było słychać w naszym mieszkaniu kiedy ja byłam w pracy?
– Przepraszam – wtrącił się pan. – W protokole nie ma słowa, że były żeńskie.

Skandaliczna sprawa sklepu skarpetek

Hiobowscy wybrali się do centrum handlowego na zakupy. Zajrzeli tu, zajrzeli tam i na końcu weszli do sklepu ze skarpetkami.
– Po co? – protestowała babcia Łukaszka.
– Muszę złożyć reklamację – świszczała przez zęby mama Łukaszka.
– Przecież nie kupowaliśmy ostatnio skarpetek – zastanawiał się tata Łukaszka, ale było już za późno. Mama Łukaszka była bardzo zorientowana na cel a celem tym było wejście do sklepiku.
– Nie tyle osób naraz! – piszczała pani w drzwiach.
– Ja w sprawie reklamacji – upierała się mama Łukaszka napierając biodrem.
– A inni?
– Będziemy was bronić – rzekł dziadek Łukaszka.
– Że co? O co tu chodzi?
– Sprawa życia i śmierci! – mama dalej napierała biodrem.
– Śmierdzi? Co śmierdzi? Skarpetki? To trzeba wyprać, a nie reklamować!
– Śmierć – odezwała się z boku siostra Łukaszka. – No wie pani, że ludzie umierają.
Pani przy drzwiach uciekła z krzykiem.
– No! – w głosie mamy Łukaszka brzmiała satysfakcja. – Możemy wejść!
I weszli.
Sklepik był niewielki, a za kontuarem stała jeszcze jedna sprzedawczyni, która zaniepokoiła się przybyciem takiej ilości klientów.
– Nie jesteśmy klientami – wyprowadziła ją z błędu mama Łukaszka. – Przyszłam z reklamacją!
– O, a co się stało? Coś się rozpruło? Farbuje? Nie jestem producentem, ale…
– To on! – i mama wskazała kompletnie osłupiałego Łukaszka.
– Ale ja niczego nie reklamuję!
– No właśnie! – mama przyklasnęła. – Sam widzisz, że nic nie widzisz! Ty patrzysz, ale już nie dostrzegasz! Dla ciebie to norma!
– A konkretnie?
– Podciągnij no spodnie i pokaż skarpetki – zakomenderowała mama, a gdy Łukaszek to zrobił, zawołała:
– No popatrz! Jedna szara, jedna niebieska! Nie do pary!
– Jak mogą być nie do pary, skoro mam jeszcze jedną taką parę – próbował ripostować Łukaszek.
– Przepraszam… – wtrąciła się pani sprzedawczyni. – Ale co ja mam z tym wspólnego? Mnie państwa problemy daltonistyczne nie interesują. Takie rzeczy powinniście załatwiać u siebie w domu.
– Bo to pani wina! – zaatakowała mama Łukaszka. – Nawet pani sobie nie wyobraża jaki on ma bałagan w szufladzie ze skarpetkami!
– Jak to: moja wina?! – żachnęła się pani sprzedawczyni.
– Przecież to pani wprowadza skarpetki do obrotu!
– Tak, ale ja je dostarczam i przekazuję! Na tym moja rola się kończy! Za organizację skarpetek w szufladzie odpowiada właściciel szuflady!
– Głupstwa pani gada! – rozzłościła się mama Łukaszka. Ale pani sprzedawczyni wyprowadziła trzy nokautujące ciosy, jeden po drugim:
– Trzeba być debilem, żeby tego nie rozumieć!
– Wszyscy to wiedzą!
– Na zachodzie Europy jest to standardem!
Mama Łukaszka była prawie powalona, ale prawie robi dużą różnicę. Sięgnęła do torebki i wyjęła książeczkę wydaną przez „Wiodący Tytuł Prasowy” pod tytułem „Ćwierćporadnik ćwierćinteligenta”.
– Jeśli tak jest jak pani mówi… – głos mamy Łukaszka był słaby, ale palce szybko wertowały książkę – jeśli tak jest jak pani mówi, to co pani powie na to?!
I podała książeczkę.
Pani sprzedawczyni wzięła i przeczytała:
– Szpitale muszą szczepić znane osobistości poza kolejnością bo inaczej szczepionki by się zmarnowały i trzeba byłoby je wylać. Nikt po prostu nie chce się szczepić, bo nikt w szpitalach nie wie, że są szczepionki. Propaganda jakoby było inaczej to szyta grubymi nićmi prowokacja. Nie można jednak wykluczyć koronkowej intrygi tego rządu nieudaczników, którzy za co się wezmą to zepsują. Jedno jest pewne – za bałagan w rządzonych przez samorządy szpitalach odpowiada partia rządząca jako ten, kto odpowiada za dystrybucję szczepionek!
Pani sprzedająca pobladła.
– A… No tak… Hm… Cóż… Skoro tak… Dobrze, oczywiście, przyjdę posprzątać…

Strzykawka sama zaszczepiła znienacka aktorów

Hiobowscy siedzieli sobie w domu i mieli ogromną radość z reakcji niemieckich mediów na wygraną polskich skoczków narciarskich.
– Ja nie mam ogromnej radości – odcięła się mama Łukaszka.
– Smuci ci przegrana niemieckich skoczków? – spytała lodowatym tonem babcia Łukaszka.
– Ależ skąd. Po prostu uważam, że nie ma czegoś takiego jak niemieckie media, bo kapitał nie ma narodowości. I wyłączcie tą polską rządową propagandę bo mi działa na nerwy.
Dalszą wymianę zdań przerwał dzwonek drzwi. Siostra Łukaszka poszła do drzwi i po chwili wróciła.
– No i kto tam był? – spytał tata Łukaszka.
– A, jakiś polski film – siostra machnęła śliczną rączką.
– Jak film może dzwonić do drzwi??? – zdumiał się Łukaszek.
– No zobacz sam, są aktorzy z telewizora.
Hiobowscy spojrzeli po sobie w osłupieniu i runęli ku drzwiom. Na korytarzu stała para nestorów polskiego kina i telewizji: Jantyna-Krysda i Zbotor-Wikrowski.
– Państwo do nas? – spytał zaskoczony dziadek. – My… E… Myśmy nikogo nei zamawiali.
Prośba aktorów była bardziej zaskakująca niż ich obecność.
– Czy mogliby nas państwo ukryć?
Pierwsza się odnalazła mama Łukaszka.
– Ależ tak, oczywiście! – zawołała radośnie wciągając oboje aktorów do wnętrza. – Rozumiem, że państwo uciekają przed siepaczami Niskiego z Żoliborza…
– Niezupełnie. Ukrywamy się przed MFZ-em…
Słowa Jantyny-Krysdy wprawiły Hiobowskich w spore zaskoczenie. Babcia Łukaszka zapytała:
– A co się właściwie stało?
– Zaszczepili nas – wyznał Zbotor-Wikrowski.
– Przecież teraz mają szczepić lekarzy – obruszył się dziadek.
– To Karosław-Jaczyński – sapnęła mama. – Wykorzystał naiwność personelu aktorskiego…
– Chyba pani wie czy jest pani lekarką czy nie – siostra Łukaszka zwróciła się do Jantyny-Krysdy.
– Co?
– Kim pani jest?
– Aktorką, dziecko każdy mnie zna z telewizji i…
– A czy jest pani lekarką?
Jantyna-Krysda nerwowo przygryzła paznokieć i spojrzała na Zbotora-Wikrowskiego.
– Na mnie nie patrz, ja nic nie wiem, to reżysera trzeba spytać. Ze mną była inna, zupełnie inna historia. Siedziałem sobie spokojnie w domu, gdy nagle, wieczorem, niespodzianie, przyszła do mnie…
– Pracownica NFZ?
– Nie! Wiadomość. Że są szczepienia. Poszedłem do szpitala. Wezwano mnie…
– Pielęgniarka wezwała?
– Nie! Przecież mówię, że wezwano. Tam nikogo nie było. Pusto. Wchodzę do gabinetu a tam…
– Lekarz?
– Nie! Strzykawka. Tylko. No i się zaszczepiłem.
– Ale kto pana zaszczepił? – niczego nie zrozumiała siostra Łukaszka.
– Strzykawka, mówię przecież!
– Ale kto trzymał te strzykawkę? Pan?
– Nie napieraj – upomniał ją delikatnie dziadek. – Widzisz chyba, że u nas robi się tak jak w Niemczech. Tam ciężarówki wjeżdżają w tłum, same. Tam pistolety strzelają do tłumu, też same. No i noże, mamy ofiary noży. samych noży. Tak jest teraz u Niemców i wygląda…
– Nie wolno mówić: Niemcy – siostra łagodnie upomniała dziadka. – Mówi się: naziści.
I siostrę Łukaszka wyrzucono za drzwi. Na schody. I to był błąd. Bo dwie panie, które akurat przechodziły korytarzem skorzystały i weszły do mieszkania.
– A tu się gołąbeczki schowały – powiedziała jedna. Jantyna-Krysda i Zbotor-Wikrowski pobledli i wstali.
– Macie natychmiast oddać te szczepionki! – zakrzyknęła gromko druga.
– Jak można oddać szczepionkę, niech pani nie będzie śmieszna – wyszeptała Jantyna-Krysda zbielałymi ustami.
Druga pani wyjęła kartkę i przeczytała:
– Instrukcja numer jeden. Jak odebrać szczepionkę od zaszczepionej. Należy wykonać niewielką dziurkę w szyi, a następnie wyssać krew i wtentegować ją do ampułki.
– A co ze mną? – przełknął ślinę Zbotor-Wikrowski.
Pierwsza pani wyjęła kartkę.
– Instrukcja numer dwa. Jak odebrać szczepionkę od zaszczepionego. Należy… O nie, ja takich świństw robić nie będę!
– Dobra dobra – mruknęła druga pani. – A wczoraj z kierownikiem to jakoś nie było świństwo?
– No wiesz co?!
– Przepraszam bardzo – siostra zajrzała z korytarza. – A co z pozostałymi pięćdziesięcioma czterema płciami?
I siostrę znowu wyrzucono za drzwi. Przy okazji Hiobowscy zorientowali się, że nie ma Łukaszka.
– Telewizję ogląda – zdenerwowała się mama. – Tutaj demokrację niszczą, a on ma to wszystko gdzieś! Już ja mu powiem!
I wszyscy poszli do pokoju. A tam pokazano, że aresztowano Udę-Magmer. Zapłakana mówiła do kamery:
– Nie wiedziałam, że okradamy jubilera… Sądziłam, że biorę udział w szlachetnej akcji i zostanę ambasadorką Apartu albo Yes… Mam nadzieję, że nie zrobiłam nic złego… A… Ten zegarek… No… Myślałam, że to z puli ekstra dla artystów…

Nie aresztuje się tańczących włamywaczy

Czas między Świętami Bożego Narodzenia a Sylwestrem jest pełen złudnego rozprężenia. Część społeczeństwa rozleniwiona zdobyczą socjalną w postaci urlopu nie zdaje sobie sprawy, że ludzie w tym czasie pracują – do momentu ujrzenia ich przy pracy.
Tak też się stało z dozorczynią bloku, w którym mieszkali Hiobowscy, panią Sitko. W senne grudniowe przedpołudnie zeszła do piwnicy i ujrzała trzech mężczyzn podczas pracy.
Pracowali nad kłódką do drzwi jednej z piwnic.
Pani Sitko zachowała się bardzo przytomnie. Nie krzyczała bezsensownie, nie próbowała wymierzać sprawiedliwości na własną rękę, tylko wycofała się przed blok. Tam sięgnęła przed telefon i połączyła się z policją. Nie opowiadała oczywiście o włamaniu do piwnicy, bo wtedy nikt by nie przyjechał na interwencję. W zamian opowiedziała, że widziała w piwnicy grupę mężczyzn bez maseczek na twarzy.
Patrol był po ośmiu minutach. Mieszany. Oczywiście pan policjant i pani policjantka nie kryli irytacji, że groźni antymaseczkowcy okazali się banalnymi złodziejami. Ale prawo jest prawem i musieli ich aresztować. Sytuacja zaczęła się przeciągać, zeszli się ludzie, w tym i Hiobowscy.
– Nie możecie! – krzyknął pierwszy włamywacz. – A Konstytucja? W Konstytucji nie ma nic o piwnicach!
Drugi złodziej zażądał aby policjanci podali mu wszystkie swoje dane identyfikacyjne.
A trzeci złodziej odstawił worek z łupem, wyjął telefon komórkowy i włączył na nim jakąś skoczną muzyczkę. I wszyscy trzej włamywacze zaczęli pląsać.
Policjanci, zrezygnowani, zawrócili do radiowozu.
– O co chodzi? – zapytał tata Łukaszka.
– No jak możemy aresztować kogoś tańczącego? – spytał z irytacją policjant. – Taniec to radość, ruch, życie, wyrażanie siebie, wolność, kreacja. Osoba, która tańczy, jest dobra, jest miła, walczy z systemem, czy ja komuś takiemu mogę założyć kajdanki?
– Ja chyba śnię – wyjąkała pani Sitko. – Wiele rzeczy już widziałam, i chyba nie może być już gorzej.
– Może – odparł uprzejmie Łukaszek, i wskazał panią policjantkę, która kiwała butem i klaskała tańczącym do taktu.

To uczucie ulgi

Łukaszek wraz z tatą wracali z kolejnych ostatnich zakupów przedświątecznych. Szli pieszo. Nie wzięli samochodu nie z obawy przed coraz bardziej agresywnymi bojówkami cyklistów, którzy z zemsty za to, że nigdy nie będzie ich stać na auto niszczyli cudze pojazdy. Prawa była o wiele bardziej prozaiczna. Samochodów było tak dużo, że nie było gdzie zaparkować.
Szli zatem z autobusu wraz z grupą ludzi, przez osiedle i kiedy dotarli pod swój blok ujrzeli przedziwną scenę.
Oto ich dozorczyni, pani Sitko, wraz ze swoim mężem wynosili do śmietnika jakieś krwawe resztki. Tak przy tym rozmawiali:
– …cieszę się, że się wreszcie zdecydowałaś.
– Decyzja była nasza wspólna.
– No tak, ale wiesz, trudno było się przełamać, bo to jednak… No wiesz…
– Wiem. Krew i to wszystko…
– Bałem się, że się załamiesz po pierwszym ciosie.
– Daj spokój, wszyscy to robią, jak sobie wyobrażałeś dalsze życie z nim pod jednym dachem?
– Dobrze, że już po wszystkim.
– Tak, tego uczucia ulgi nie da po prostu opisać.
– Brawo! – mama Wiktymiusza wyprzedziła Łukaszka i jego tatę, po czym poklepała panią Sitko po ramieniu. – Cieszy mnie, że zdecydowała się pani na aborcję!
Pani Sitko osłupiała.
– Jaką aborcję???
– No tą tutaj, co pani za szczątki tu wynosi? Nie płód aby? Spokojnie, ja nikomu nie powiem – uśmiechnęła się mama Wiktymiusza i gestem zachęciła wszystkich by podeszli bliżej. – Patrzcie ! ta oto dzielna kobieta w tym opresyjnym państwie usunęła płód…
– To nie jest płód – wyjąkał przerażony pani Sitko.
– A co, może dziecko? – rzucił jakiś zirytowany młody człowiek. – Nauka, słyszy pan, nauka niezmienna od tysięcy lat stwierdziła niedawno, że człowiekiem się jest od dwunastu tygodni po urodzeniu. Chyba nie będzie pan podważał nauki?
– Dziecko to też nie jest – powiedziała słabo pani Sitko.
– A co?
– Karp.
Wybuchła potworna awantura.
– Potwory! Mordercy! Polak musi, no po prostu musi dręczyć zwierzęta! Skopać chomika! Powiesić kota! Trzymać psa na krótkim łańcuchu! Trzymać norki w obozach! Bo zwierzę nie ma żadnych praw! Można je męczyć, torturować, zabić! Tylko Polak czerpie z tego radość i satysfakcję! – darła się jakaś pani z opakowaniem foie gras w siatce.
– To wszystko wina kościoła katolickiego – utrzymywał jakiś poważny pan. – Mamy tu modelowy przykład krwawego, ludycznego podejścia do wiary. Taka kombinacja polskiej duszy, watykańskiej narracji i pogańskiego zabobonu. Bóg się rodzi, więc jak Polak musi uczcić to wydarzenie? Krwawym zmasakrowaniem żywego stworzenia. I pomyśleć, że mamy Europę i dwudziesty pierwszy wiek! We Francji, proszę państwa, cywilizowani ludzie jedzą homary. A my nie.
– Przecież to żywa istota – zalała się łzami mama Wiktymiusza. – Dlaczego państwo to zrobili?
Pan Sitko podrapał się po brodzie i odparł prostodusznie:
– Chcieliśmy odzyskać miejsce w wannie.

Wszyscy wyhotdożeni

– Wszyscy wyhotdożeni – powiedziała siostra Łukaszka. Hiobowscy odwrócili się powoli w jej stronę. Siostra stała w drzwiach, rozczochrana, w pomiętym ubraniu. W ręku trzymała siatkę na zakupy, w których właśnie wróciła. Siatka była pusta.
– Chyba: wychędożeni – poprawił odruchowo dziadek.
Siostra Łukaszka zaczęła płakać i wyciągnęła przed siebie siatkę mówiąc:
– Nic nie mogłam zrobić!
– Napadli ją – babcia Łukaszka pobladła i wstała przewracając krzesło.
– Ależ skąd! – wzruszyła ślicznymi ramionkami siostra. Ale oto stanęła przed nią mama Łukaszka i zapytała:
– A zrobiłaś tak?
I zaczęła kolebać biodrami klepiąc się po udach i ramionach.
– Trą, trą, misia bela, misia kasia kąfacela… – zawtórował Łukaszek.
Mama Łukaszka wyrzuciła go za drzwi.
– Za co? – darł się wyrzucony. – Myślałem, że gramy w wyliczanki!
– Ja pokazuję specjalny taniec mający dać do zrozumienia napastnikowi, że ofiara nie chce być napadnięta! Siostrę ci napadli a ty sobie żarty stroisz! – oburzyła się mama.
– Nikt mnie nie napadł!
– To o co chodzi? – spytał tata Łukaszka. Siostra wzruszyła ramionami.
– Wszystko jest takie, no… Zahotdożone.
– Tak się nie dowiemy – dziadek Łukaszek podniósł siatkę na zakupy. – Nic nie kupiła trzeba iść jeszcze raz. Gdzie jest Łukasz?
– Za drzwiami.
– Dajcie go tu z powrotem.
– Zdecydujcie się! – złościł się Łukaszek. – Raz wyrzucacie, raz wrzucacie… Bo zadzwonię po moderatorkę Strajku Kobiet!
– Nie strasz, nie strasz. Idź po zakupy i zobacz o co chodzi!
Poszedł więc.
Niedaleko był kiosk. Kiedyś należał do sieci RUCH, po kupieniu sieci przez państwowy koncern paliwowy teraz był to kiosk RORLEN. Przed kioskiem był tłum. W kiosku można było dostać gazety, lekki alkohol i oczywiście hot dogi.
W sąsiednim bloku było solarium. Obecnie należało do sieci stworzonej przez państwowy koncern paliwowy o nazwie SOLORLEN. Właśnie wychodziła jakaś pani jedząc hot doga.
Obok był pawilon drogerii państwowej sieci DRORLEN. Łukaszek zajrzał tam na chwilę. Pani przy kasie prosiła o sos tysiąca wysp.
Zajrzał też na pocztę, która po przejęciu przez państwowy koncern paliwowy nosiła nazwę PORLEN. Wewnątrz był dziki tłum.
– Jeden z parówką, jeden z kabanosem…
Wracając zajrzał do budki z hot-dogami sieci HORLEN.
– Nie, hot-dogoów nie mamy – oświadczyła pan iw białym kitelku. – Ale można u mnie kupić znaczki lub doładować telefon.
Łukaszek wrócił do domu i oznajmił:
– Wszyscy wyhotdożeni.

***** pomidory

Hiobowscy, a także wszyscy inni mieszkańcy ich bloku, od dawna już zastanawiali się co też trzyma przy mamie Wiktymiusza jej męża. Bowiem mama Wiktymiusza była feministką, aktywistką, aborcjonistką, a tata Wiktymiusza był normalny. Zagadka po trosze się wyjaśniła pewnego listopadowego wieczoru.
Tego wieczoru bowiem Hiobowskich zaintrygowały dziwne odgłosy niosące się blokowym korytarzem.
– Mordują kogoś – oświadczyła ze spokojem babcia Łukaszka i ze spokojem powróciła do lektury ksiązki autorstwa Jerzego Edigeya.
– Krowa – powiedział dziadek.
– Mechaniczne coś – był przekonany tata Łukaszka.
Mama Łukaszka słuchała tego z pobladłą twarzą i rozszerzonymi ze strachu oczami. Wreszcie wyjąkała:
– Przemoc domowa!
I chociaż wszyscy ją uspokajali i dowodzili, że czego jak czego, ale w rodzinie Wiktymiusza na pewno nie może być mowy przemocy, mama Łukaszka była nadal niespokojna.
– Powinniśmy tam pójść i zobaczyć – upierała się.
Po długich przepychankach słownych reszta rodziny widząc, że mama Łukaszka nie ustąpi, wypracowała kompromis w stylu Unii Europejskiej. To znaczy wszyscy zgodzili się na to, czego chciała mama Łukaszka.
Zakradli się zatem pod drzwi mieszkania Wiktymiusza. Tu odgłosy były o wiele wyraźniejsze. Nie ulegało wątpliwości kilka rzeczy. Po pierwsze, odgłosy te dochodziły spoza tych właśnie drzwi. Po drugie, źródłem ich była bez wątpienia mama Wiktymiusza. Dało się rozpoznać jej głos, a nawet poszczególne słowa. Był to tylko i wyłącznie przekleństwa.
– Bije ją! – zakrzyknęła mama Łukaszka.
– Raczej ona jego – zauważył Łukaszek.
Tata Łukaszek zacisnął usta, odetchnął i nacisnął klamkę. Drzwi otwarły się szeroko. W korytarzu mieszkania stał Wiktymiusz. Miał na sobie sukienkę i płakał.
– Mama… – chlipał. – Ona…
Hiobowscy odsunęli go i ruszyli dalej. Z kuchni wyszedł ku nim tata Wiktymiusza. Spostrzegł ich i zaskoczony uniósł brwi.
– Co państwo tu…?
– Usłyszeliśmy krzyki – wyjaśnił tata Łukaszka.
– Ach…
– Bije pan żonę! – natarła mama Łukaszka.
– Ależ skąd.
– Przecież ona krzyczy!
– Ale nie dlatego, że ją biję.
– To dlaczego?
– Pani wybaczy, ale to nasza prywatna sprawa dlaczego moja żona krzyczy.
– Jeśli krzyki nie wychodzą poza mieszkanie, to nie problem – wtrącił się Łukaszek. – Ale nadmierna emisja hałasu, inwazyjnie atakująca inne lokale mieszkalne, jest nie do zaakceptowania. To faszyzm akustyczny – rzekł Łukaszek i dodał:
– W Holandii już byśmy państwa zgłosili do eutanazji.
– K***a! Pie***lę! – dobiegało z kuchni.
– Niech państwo wejdą i sami zobaczą – zrezygnowany tata Wiktymiusza usunął się na bok i przepuścił nieproszonych gości przodem.
W kuchni miała miejsce niecodzienna scena. Na kuchence stał garnek z zupą, a koło niego rzucała się mama Wiktymiusza miotając najbardziej wulgarne przekleństwa.
– Co pani robi? – spytała babcia Łukaszka.
Mama Wiktymiusza odwróciła się. Miała na sobie czarny t-shirt z czerwonym pomidorem. Pod spodem był napis „***** pomidory”.
– Co pani robi? – powtórzyła babcia Łukaszka.
– Pomidorową – wychrypiała mama Wiktymiusza.
Siostra Łukaszka podeszła bliżej, zajrzała do garnka i oznajmiła:
– Rosół.
– Ale będzie pomidorowa! – ryknęła mama Wiktymiusza. I znowu zaczęła skakać wokół kuchenki, pokazywać garnkowi środkowi palec i śpiewać:

Jestem kobietą, nie potworem
I nie przegram z pomidorem!

– ***** pomidory! Mam prawo do pomidorowej! – wrzeszczała mama Wiktymiusza. – Mam głębokie gardło ale rosołu nie przełknę!
– Współczuję panu – powiedział dziadek Łukaszka.
– Zazdroszczę panu – powiedział jednocześnie tata Łukaszka.
Tata Wiktymiusza siedział przy stole z apatyczną miną.
Babcia Łukaszka westchnęła głęboko i powiedziała:
– Łatwo można zrobić rosół z pomidorowej. Wystarczy dodać…
– Niczego nie będą dodawać! – histerycznie zakrzyknęła mama Wiktymiusza. – Moja zupa, moja sprawa!
– Współczuję panu – powiedziała babcia Łukaszka.
Tata Wiktymusza zakrył sobie twarz.
– Trzeba było mnie nie wnerwiać! – wrzeszczała na garnek mama Wiktymiusza. – Poczujesz teraz mój gniew! K***a! Wy*****alaj! Zaraz cię wyskrobię! Konstytucja! Pomidorowa! Kobiety górą!
– Współczuję panu – powiedział tata Łukaszka.
– Jest pani walnięta – oświadczyła siostra Łukaszka. – Niech się pani nie powołuje na kobiety, bo ja na przykład się nie zgadzam. Może kiepsko gotuję… – tu Hiobowscy westchnęli, przypomnieli bowiem sobie, że ostatnia zupa siostry, niejadalna jak zwykle, wypaliła dziurę w garnku, na płytce kuchennej podłogi, a nawet w muszli sedesowej dokąd ostatecznie trafiła – może kiepsko gotuję, ale jakieś pojęcie mam. Krzykiem niczego pani nie zdziała.
– Jeszcze zobaczymy! – warknęła mam Wiktymiusza. Spojrzała groźnie na garnek i powiedziała:
– Daję ci ultimatum. Za dziesięć minut ma być pomidorowa. A sama zrobię sobie coming out na balkon, żeby trochę odetchnąć.
I wyszła.
– My chyba tez pójdziemy – zreflektował się dziadek Łukaszka. – Wpadliśmy tak do sąsiadów bez zapowiedzi, co to nas…
Tata Wiktymiusza zrobił coś, o co nikt by nigdy nie posądził. Odjął dłonie od twarzy, wstał i przekradł się do okna. Wyjrzał w stronę balkonu i upewniwszy się, że jego małżonka tam jest, runął do lodówki. Wyjął przecier pomidorowy, wrzucił pewną jego ilość do zupy, szybko rozmieszał, odstawił wszystko na miejsce i wrócił na swoje miejsce.
Hiobowscy osłupieli.
Dokładnie dwie minuty później do kuchni weszła mama Wiktymiusza. Jeden rzut oka jej wystarczył by zidentyfikować to, co jest w garnku.
– Cha cha! – triumfowała. – I co? I co niedowiarki! Tylko tak można walczyć o swoje prawa! Tylko tak można coś osiągnąć.
Łukaszek podszedł do mamy Wiktymiusza i powiedział cicho:
– Współczuję pani.

Jak zostać lekarzem w USA

Do Hiobowskich przyszedł sąsiad. Zazwyczaj mijali się z daleka mówiąc sobie tylko „Dzień dobry”. Sąsiad nie był z ich kręgu kulturowego, uważał na przykład, że w SB pracowali sami bibliotekarze.
Tak więc fakt, że sąsiad wprosił się z wizytą oznaczał, że ma do powiedzenia coś ważnego. Na razie jednak siedział w fotelu, podobny do zarośniętego bobra i zaciskał dłonie.
– Syn – wykrztusił wreszcie.
Hiobowscy wstali i zaczęli gratulować.
– Nie, nie o to chodzi – speszony sąsiad zamachał rękami. – Chodzi mi o tego, co już mam, tego dorosłego.
– Tego, co rok temu wyjechał do Stanów? – zapytała babcia Łukaszka dyskretnie sięgając do szafy. W zgrabnej skrzyneczce trzymała informacje zbierane o lokatorach.
– Tak, tego. Otóż, proszę państwa… Syn właśnie został lekarzem!
Zapadła cisza. Sąsiad nieufnie spoglądał na Hiobowskich.
– Nie zrozumieli państwo? Ja chętnie powtórzę.
– Zrozumieliśmy, tylko trudno nam uwierzyć – tata Łukaszka uśmiechnął się przepraszająco. – Studia medyczne w USA kosztują krocie i trwają kilka lat… A on przecież pojechał tam rok temu.
– I tu też przecież nie studiował medycy – wtrącił dziadek Łukaszka.
– W ogóle nie studiował – uzupełnił Łukaszek.
Sąsiad machnął ręką.
– Ja nie słyszę niczego nowego. Państwo jesteście siódmym mieszkaniem, które odwiedzam. Ja wszędzie słyszę to samo. Ja te państwa wątpliwości na pamięć znam. Ja je rozwieję w proch i groch i tak powiem: on wcale nie studiował medycyny!
Hiobowscy spojrzeli po sobie zaskoczeni.
– To jak on został tym lekarzem…? – wyszeptała mama Łukaszka.
– Ogłosili to w kablówce – rzekł z rozbrajającą szczerością sąsiad i sięgnął po telefon. – O, tu mam nagranie. Widzicie? To jest mój syn. „Doktor” go podpisali. Całe miasto widziało!
– Przecież lekarz to musi się uczyć, jakiś egzamin zdać… – bąkali Hiobowscy. – Bo tak to nie lekarz…
Sąsiad dostał syndromu Strajku Kobiet.
– Co wy za głupoty gadacie! – krzyczał. – Jakie studia?! Przecież w telewizji ogłosili! Co, nie wierzycie? Telewizja to za mało dla was?! Kolega Chińczyk do niego zadzwonił! I mu pogratulował przez telefon! Razem pracowali w warzywniaku! Taki kolega! Pamięta! A wiecie wy chociaż ile on ma już tych telefonicznych gratulacji! Sto siedemdziesiąt dwie! A wy w kółko „nie lekarz i nie lekarz”. Jakby był nie lekarz to by ludzie nie dzwonili! A do niego dzwonią! O! – sąsiad zachłystując się powietrzem pokazywał na telefonie zdjęcie za zdjęciem. – Miał już szesnaście telefonów z prośbą o poradę lekarską! Ale wy w kółko „nie lekarz”. Stronę na Fejsbuku ma! Jako doktor! I nie zablokowali mu jej, znaczy, że to prawda!
– Czego pan od nas oczekuje? – tata Łukaszka upił łyk herbaty. – Przecież nie umówimy się do niego na wizytę.
– Jakbyście weszli na jego stronę i dali lajka… Tam teraz straszna walka o pacjenta jest. W tych Stanach to co drugi to lekarz.
– A co pierwszy? – zapytała siostra Łukaszka.
– Prawnik.

Aborcja i basen

Łukaszek siedział sam spokojnie w mieszkaniu, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzył. Stała za nimi mama Wiktymiusza ze swoim synem.
– My po ulotki.
– Właśnie skończyłem drukować – i Łukaszek wpuścił ich do środka. Wskazał na startę kartek z zaprojektowanym przez mamę Łukaszka ozdobnym napisem „Żądamy wznowienia akcji T-4”. Mama Wiktymiusza skinęła na swojego syna a ten ze stęknięciem uniósł stertę papieru.
– Co miało znacyzć to stęknięcie? – mama Wiktymiusza była poirytowana. – Dziecko, ty w ogóle kondycji nie masz! Co ty robisz całymi dniami?
– Ćwiczę – bąknął Wiktymiusz.
– To dlaczego nie masz siły? Co zrobisz gdy cię napadnie bojówka ministrantów i cię będą chcieli zaciągnąć do piwnic pałacu biskupa?
– Pójdę do lasu i powieszę się na sznurówkach? – spytał z niepokojem Wiktymiusz szukając na twarzy swojej rodzicielki oznak akceptacji.
– Co ty właściwie ćwiczysz? – wtrącił się Łukaszek.
– Makijaż – wyjaśnił Wiktymiusz i dodał pośpiesznie:
– Trzy osoby obserwują moje filmiki, które wrzucam do…
– Zaczniesz uprawiać jakieś sporty – i mama Wiktymiusza zwróciła się do Łukaszka:
– A ty coś uprawiasz?
– Chodzę na basen.
– To Wiktymiusz też będzie. Jedziemy jeszcze dziś! A ty Łukasz pojedziesz z nami. Pokażesz mi co i jak.
I pojechali autem mamy Wiktymiusza. Zaparkowali pod pływalnią, weszli i mama Wiktymiusza zapytała dokąd dalej.
– Nie wiem.
– Przecież mówiłeś, że pływasz na basenie – mamie Wiktymiusza zaczęła skakać powieka.
– Niczego takiego nie mówiłem.
– Jak to?! Przecież…
– Mówiłem, że chodzę na basen.
– Przecież to to samo!
– Nie. Przychodzę tu, siadam w poczekalni, spotykam się z kolegami, korzystamy z hotspotu i walczymy w social mediach.
Mama Wiktymiusza spojrzała na niego złym wzrokiem, rozejrzała się i poszła stronę drzwi z napisem „Ratownik”.
– Tak, oczywiście, przyjmujemy zapisy – pan ratownik zatarł dłonie.
– Basen działa? Przecież jesteśmy w strefie ecru – zdziwił się Łukaszek.
– W strefie ecru od dzisiaj mogą korzystać z basenu osoby o numerze buta mniejszym niż czterdzieści dwa – wyjaśnił pan ratownik. – Ponoć tak wynika ze statystyk chorobowych. No to co, kto się zapisuje?
– On – i mama Wiktumiusza wypchnęła syna naprzód. – Nauczy się pływać?
– Oczywiście!
– A jeśli nie, to będę mogła go utopić?
Panu ratownikowi opadła szczęka.
– U… Topić?
– Oczywiście. Mam chyba prawo by szczęśliwą matką pływającego dziecka?
– Ale żeby zaraz topić? To nieludzkie!
– Nie będziesz mi pan mówił co ludzkie a co nieludzkie! Najpierw niech pan sam urodzi dziecko a potem pogadamy!
– To skandal, tak nie można!
– Dwudziesty pierwszy wiek, środek Europy – mama Wiktymiusza załamała ręce. – I nie można dziecka na basen zapisać!
– Ale nie żeby topić! Nigdzie tak ni ma!
– Jest, na przykład w Holandii matka może utopić swoje dziecko, jeśli ma za małe alimenty – upierała się mama Wiktymiusza. – Ojciec dziecka tylko zapłodni, potem ucieka, a katotalibowie zmuszają kobietę do niewolniczego harowania na takiego dzieciaka! To są tortury! Mam dość! Jestem wkurzona!
Pan ratownik odetchnął kilka razy głęboko i powiedział:
– W Polsce nie wolno topić dzieci.
– Świetnie! – wykrzyknęła mama Wiktymiusza. – Więc wyjadę na Słowację i tam go utopię!

Dzieci i kury

Hiobowscy jechali do zaprzyjaźnionych rolników na obiad – i co tu dużo mówić – po wałówkę.
– Nie myślałem, że doczekam znów tych czasów – i dziadek Łukaszka zaczął wspominać kartki na mięso.
– Ale za to jedzenie było lepsze- odgryzła się babcia Łukaszka.
Jechali w coraz mniej cywilizowane tereny. Aut było coraz mniej, coraz mniej i coraz mniej, aż w końcu byli tylko oni i szosa. Tata Łukaszka odprężył się i w tym momencie rozległ się w tyłu dźwięk syreny i pojawiły niebieskie błyski.
– Co do… – tata Łukaszka zwolnił i zjechał na pobocze.
– Jechałeś za szybko – stwierdziła z ponurą satysfakcją mama Łukaszka. Bowiem mama Łukaszka złamała się i też pojechała z nimi. Nie potrafiła przejść całkowicie na wegetarianizm.
Ku ich zdumieniu radiowóz wyprzedził ich i błyskając pojechał dalej. Za nim jechał jeszcze jeden samochód oklejony logo Grune Wehrmacht PL.
– Chyba nie jadą do naszych rolników? – zaniepokoił się Łukaszek.
Niestety, okazało się, że oba auta przyjechały do ich rolników. Hiobowscy zatrzymali się obok i ujrzeli scysję przy radiowozie. Z samochodu Grune Wehrmacht PL wysiedli pan i pani i krzyczeli na policjanta.
– Musi pan natychmiast przestawić wóz! – krzyczała pani. – Jedna opona stoi na ślimaczku!
– Nie widzę – powiedział zmęczonym głosem pan policjant.
– Bo jest pod oponą!
– Skąd pani to wie?
– Pan ekolog to widział!
– To dlaczego sam mi tego nie powie?
– Bo mówi tylko po niemiecku!
– Pani też jest ekologiem?
– Nie, aktywistką aborcyjną! Przestaw pan ten samochód ale już! Ślimaczek cierpi!
Policjant posłusznie zaczął przeparkowywać pojazd, a Hiobowscy skorzystali z okazję i zadzwonili do bramy. Wyjrzał pan rolnik i się zaniepokoił.
– Policja? Do mnie?
– Jechał pan za szybko – wyjaśniła z uśmiechem siostra Łukaszka i tata Łukaszka wyrzucił ją za bramę. Po czy zreflektował się i wciągnął ją z powrotem na posesję.
– To przedstawiciele organizacji pozarządowych – powiedziała zasmucona pani rolnik. – W asyście policji mogą wejść na nasz teren nawet wbrew naszemu sprzeciwowi. I mogą wszystko. Niedawno sołtysowi zabrali wszystkie konie. Miał stajnię. Teraz już nie ma nic.
– Chcą nam zabrać wszystkie kury – wtrącił pan rolnik. – By ocalić je przed śmiercią. I bardzo nalegają na zonę by przeprowadzić aborcję.
– Pani jest w ciąży?
– Nie. Chodzi o aborcję postnatalną.
– Coś takiego – Hiobowscy byli zaskoczeni, ale nie Łukaszek. Zaproponował od ręki rozwiązanie problemu. Rolnicy po wysłuchaniu chętnie się zgodzili.
Kiedy pan policjant przestawił wreszcie auto wraz z dwójką aktywistów zapukał do bramy. Pan rolnik wpuścił ich na teren.
– Nie może pan zabijać kur – pani aktywistka tłumaczyła słowa pana ekologa. – Proszę nam pokazać wszystkie kury. Chcemy je przeliczyć.
Pan rolnik zawołał i zza węgła wyszła pani rolnik. Prowadziła za sobą trójkę dzieci, potwornie brudnych i oklejonych kurzymi piórami. Wszyscy osłupieli.
– To są nasze kury – oświadczył z dumą pan rolnik.
– A gdzie są wasze dzieci? – wyjąkał policjant.
– Tutaj – pani rolnik wskazała za siatkę. Po wybiegu chodziły kury ubrane w czapki, szaliki i t-shirty.
– To są kury – upierała się oszołomiona pani aktywistka.
– Dla nas są jak dzieci – poświadczył pan rolnik. – Zresztą, identyfikują się jako dzieci. No to zgodnie z pani żądaniem robimy aborcję prenatalną. Komu? Kamilek? Dawidek?
– Wszystko jedno komu – pani rolnik ruszyła z siatkę z siekierą w ręku. Złapała kurę i położyła je łeb na pieńku. Ostrze siekiery zamigotało wzniesione w słońcu i opadło w dół.
Pani aktywista zemdlała wymiotując co wyglądało niezwykle spektakularnie.
– Nazi polnische farmer!!! – pieklił się pan ekolog.
– Nie reaguje pan? – oburzył się tata Łukaszka.
– Nie – westchnął pan rolnik. – Sołtys zareagował jak mu te konie zabierali i powiedział Niemcowi „chyba ty”. Wczoraj miał wyrok. Dostał dziesięć tysięcy euro kary za obrazę Niemca. Tak że tego…
Krzyki pana ekologa zagłuszył warkot silnika. Wszyscy się obrócili i ujrzeli jak auto z napisem Grune Wehrmacht PL powoli odjeżdża.
– Ukradli mu auto – jęknęła siostra Łukaszka.
– Alles kaputt! – pan ekolog złapał się za głowę i pomknął za samochodem.
– Nie ściga pan złodziei? – Łukaszek zapytał pan policjanta.
– Zapamiętaj sobie chłopcze, że nie wolno nazywać kogoś złodziejem bez prawomocnego wyroku sądowego. To po pierwsze. A po drugie, nie mam czasu. Zaraz muszę jechać na fermę norek asystować przy uboju.
– Zaraz – wtrąciła się mama Łukaszka. – Myślałam, że ubój norek został już zakazany!
– Teoretycznie tak proszę pani. Ale jeśli robi to ginekolog i to szczypczykami, to wtedy jest to aborcja na żądanie.