Autorytety w szkole, część 3

Pani pedagog nie informowała klasy z kim będzie spotkanie, więc kiedy do klasy wkroczył pan w koszulce z napisem „Lake manager”, to uczniowie poczuli się zmyleni.
– Pan ratownik znad jeziora! – zawołała dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza.
– Pewno litery „rs” się sprały, był pan menedżerem drużyny koszykarskiej w USA? – zapytał z szacunkiem w głosie Gruby Maciek.
– Ani to, ani to – zaszczebiotała radośnie pani pedagog. – Pan jest dziennikarzem.
– Przecież miał przyjść autorytet – zdziwił się Łukaszek.
Pan dziennikarz straszliwie się spienił i zażądał danych osobowych Łukaszka.
– Są w dzienniku – odparł z flegmą Łukaszek.
– Ale ja chcę wiedzieć jak się nazywasz!
– To też jest w dzienniku.
Pan dziennikarz nalegał, że potrzebuje to do pozwu sądowego.
– Ale czy ja chcę wiedzieć jak się pan nazywa – westchnął Łukaszek.
– A właśnie, nie przedstawiłam – zreflektowała się pani pedagog. – To pan Wakasz-Łurzecha!
– I na czym pan się zna? – zaciekawił się okularnik z trzeciej ławki.
Pan dziennikarz nie zrozumiał pytania.
– No, chodzi mi o to z czego pan jest autorytetem.
– A, o to. Jestem dziennikarzem, znam się na wszystkim.
– Nie można znać się na wszystkim – tłumaczył cierpliwie okularnik. – Można być dobrym z matmy, a kiepskim z polaka. można być dobrym z polaka, a kiepskim z niemca. Można być…
– Można być kiepskim ze wszystkiego – wtrąciła złośliwie pani pedagog patrząc na okularnika.
– Też można – potwierdziła złośliwie okularnik patrząc na pana dziennikarza.
– Pani sugeruje, że ja niczego nie umiem? – obraził się pan dziennikarz. – Pani dane osobowe poproszę! Do pozwu! Ja, proszę pani, piszę! I to gdzie ja piszę! Ja piszę w tygodnikach opinii! I to w jakich! Ja piszę w „Od prawej”, w „Od lewej” i „Okrakiem”!
– Ale o czym? – dopytywał się zrozpaczony okularnik.
– Przecież mówię, że o wszystkim! Dla mnie to nic trudnego. Zawsze wszystkiego szybko się uczyłem. Gdybym chciał, mógłbym pilotować Boeinga. Natomiast dzisiaj chcę wam powiedzieć o czymś bardzo ważnym. O czymś, czego, widzę, potrzebujecie. O czymś, co dzieje się cały czas. Nawet tu, nawet teraz. O czymś, czego bardzo potrzebujecie.
I pan dziennikarz napisał kredą na tablicy: Jak odnosić się do dziennikarza w internecie.
– Uczniowie! Dziennikarza możecie w internecie spotkać wszędzie. Najczęściej na Tweeterze. I co wtedy robimy? Zagadujemy go uprzejmie. Żadnego pouczania! Żadnego wymądrzania się! Żadnego udowadniania, że dziennikarz nie ma racji! Tak nie można! Tak nie wolno! Nie po to wprowadzono w tym kraju demokrację, żeby każdy mógł pisać sobie do dziennikarza co chce! Samo pomyślenie, że dziennikarz się myli jest zbrodnią! Pisząc tweety do dziennikarza należy dokładać szczególnej uwagi, aby te tweety były liche i durnowate!
– Ale można napisać, że się coś bardzo podobało? – spytał uczeń na wózku, Sajmon.
– A konkretnie? – pan dziennikarz był nieufny.
– Bardzo mi się podoba cykl pana felietonów pod tytułem „Jest strasznie”! Jak to pan spaceruje po różnych miejscach Polski i opisuje różne straszne historie. Na przykład kiedyś szedł pan koło takiego wykopu i zauważył pan pękniętą rurę, z której wypływało mnóstwo wody i…
– I co? – zainteresowali się uczniowie.
– I napisał pan, że to straszne, że ktoś powinien się tym zająć.
– To wszystko? – zdumiał się Gruby Maciek. – Nie zadzwonił pan do wodociągów?
– Oczywiście, że nie! Czy ja jestem pogotowie wodociągowe? Nie znam się na tych ich wszystkich procedurach. Moją rolą jest opisywanie rzeczywistości w gazetach, co też uczyniłem. Ale, ale… Skąd wy o tym wiecie?
– No jak to skąd? – Sajmon był kompletnie zaskoczony. – To pan nie wie?
– Nie zagaduj mnie chłopcze. Pytam cię o źródło skąd pozyskałeś nielegalnie te informacje.
– Jakie nielegalne???
– Mam ci zacytować ustawę kto ponosi odpowiedzialność za naruszenie praw autorskich?
– Jakie naruszenie??? Jakich praw??? Pan to sam udostępnił!
– To nie ma znaczenia, jeśli materiał został pozyskany z naruszeniem prawa autorskiego.
– Ale pan to sam opublikował w gazecie!
– Tak to sobie tłumacz, i tak spotkamy się w sądzie. I przestań mnie pouczać, bo spotkamy się w sądzie!

Siostry

– Chciałabym być waszą przyjaciółką. Naprawdę.
– Każda tak mówi.
– Co ty Iza gadasz, właśnie, że nikt tak nie mówi. Bo widzi pani…
– Mówcie mi Martyna, w końcu jesteście siostrami Mariana.
– Ale młodszymi.
– Nie szkodzi.
– To super. Co to ja… Acha. No więc Marian nie ma dziewczyn.
– Andżelika, nie mów tak! Ma! Miał! Jedną miał dwa lata temu, nie pamiętasz?
– Noo… Coś tam było. Ale krótko. A z panią… To znaczy z tobą, Martyna… Może byłaby szansa na dłużej. Bo ja sobie myślę, że Marian nieśmiały do dziewczyn jest. I to dlatego. A ty jesteś seksuolog. I mu…
– I mu pomożesz.
– No bo lekarz powinien pomagać ludziom, co nie?
– Bardzo to ładnie sobie dziewczyny obmyśliłyście i chętnie pomogę waszemu bratu, ale on musi chcieć.
– Co by nie chciał, każdy facet chce, co nie, Iza? Jak tam ten twój?
– Odwal się Andżelika i mówię ci, jak jeszcze raz będziesz nas podglądać to…
– Nie będę. Nudy takie, że… Nawet się całować nie umiecie.
– A ty niby taka co umie wszystko!
– Nie, ale myślę, że Martyna umie wszystko.
– Martyna umiesz wszystko?!
– Co wszystko, jakie wszystko?
– No… Wszystko co to z chłopakami robić.
Zapadła cisza. Martyna powiedział cicho niskim tonem:
– Umiem wszystko.
– O ja cię…
– I mogę was nauczyć.
Dziewczynom zaświeciły się oczy,

Opowieść o amerykańskich żołnierzach

Polska kinematografia niezwykle mocno rozwinęła się przez ostatnie kilka lat. Produkowano wiele filmów.
– Takie tam filmy – kręcił nosem tata Łukaszka.
Początkowa moda na filmy o żołnierzach wyklętych ustąpiła miejsca koniunkturalizmowi. Kręcono filmy o USA.
– Ale jakie filmy! – dodawała zachwycona babcia Łukaszka.
Filmy przedstawiały czarne dni i białe plamy Ameryki. Rzezie podczas wojny secesyjnej. Niewolnictwo. Rasizm. Ku-klux-klan. Dziki kapitalizm. Mafia. Walki z Meksykiem. Guantanamo. Misje zbrojne w innych krajach.
I co najciekawsze amerykanie kupowali tych filmów na tony. Za ciężkie pieniądze. Podobno na osobiste polecenie swojego prezydenta.
– Co Donald to lepszy – skwitował dziadek Łukaszka.
Ale mama Łukaszka powiedziała, że się nie znają, bo w USA jest bardzo prężna i opiniotwórcza gazeta „Choise Sheet” i ona nawołuje aby śmiało rozdrapywać rany, aby kupować jeszcze więcej takich filmów, aby się wstydzić i aby zapłacić Polakom.
Rzecz jasna ta produkcja była też pokazywana w telewizji.
Nic więc dziwnego, że kiedy w powodzi krajowej oferty pojawił się jakiś amerykański film wszyscy byli podekscytowani.
– Nie ma czym – studził nastroje Łukaszek. – To film dokumentalny. O amerykańskich żołnierzach. Którzy wrócili z misji zagranicznych i cierpią na ten zespół traumy powyjazdowej czy jakoś tak. Smutne to i nie wiem czy wam się spodoba…
Ale pozostali  Hiobowscy chcieli oglądać.
Wieczorem zasiedli przed odbiornikiem.
Reporterzy stacji ABCDEFGHIJKLMNOPQRSTUVWXYZ udali się do tajnego wojskowego centrum leczenia stresu imienia Leona Eisenberga.
Ich pierwszym rozmówcą był żołnierz, który wrócił z Afganistanu. Siedział cicho w kucki na parkowej alejce i kreślił palcem w piasku buzie i słoneczka.
– To było straszne… Śmierć, cierpienie, nienawiść…
Następnym rozmówcą był żołnierz, który wrócił z Iraku. Nie chciał wyjść z pokoju.
– To było straszne… Ja jeden ocalałem… Do dziś się boję…
Jeśli chodzi o trzeciego rozmówcę, sprawa zaczęła się komplikować.
– Nie wiem, czy mogę się zgodzić na rozmowę z nim – zafrasował się lekarz. – On jest w strasznym stanie. Wiecie państwo skąd on wrócił?
– Tak, ale to przecież było dawno…
– Mamy takie powiedzenie, że czas leczy wszelkie rany, ale czasami tego czasu trzeba dużo, bardzo dużo. No dobrze, możecie z nim porozmawiać, ale delikatnie.
Ekipa filmowa podążała przez różne zakamarki szpitala. Zeszli do ciemnych piwnic, gdzie żaden dźwięk nie mącił grobowej ciszy. Szli i szli i szli, aż wreszcie stanęli przed jakimiś drzwiami.
– To tu – szepnął lekarz i przyłożył kciuk do czytnika. Drzwi rozsunęły się bezszelestnie i smuga światła z korytarza wpadła do ciemnego pokoju. Potworny krzyk przeszył powietrze.
– Jimmy, chłopcze, spokojnie, to tylko ja! – lekarz zapalił światło w pokoju i wbiegł do środka. Ciekawskie oko kamery podążyło za nim.
Pokój wyglądał czysto i schludnie. Skąpo umeblowany. Łóżko, szafa, biurko. Żadnego telewizora czy komputera, czy chociażby radia. W rogu drzwi do toalety. No i nie było okien.
Na tapczanie siedział młody człowiek ubrany w piżamę.
– Jimmy, spokojnie, państwo są z telewizji, chcieliby żebyś im opowiedział jak wyglądało tam…
– Tam? – żołnierz zagryzł kciuk i zaczął szlochać. – Tam?
– Proszę pana – reporterka odezwała się cichym głosem. – Trudno nam uwierzyć w to, co widzimy. A my jesteśmy tu, na miejscu. Cóż więc powiedzieć o naszych widzach…
– Już od dawna krążyły o tym opowieści – wtrącił się drugi reporter. – Ale były tak fantastyczne, że nikt nie chciał w nie wierzyć. Niezwykle trudno jest dotrzeć do naocznych świadków. Pan jest pierwszym z którym udało się nam skontaktować. Niech pan powie prawdę. Jak tam jest?
– Pytaliście pewno moich kolegów jak było na innych misjach – żołnierz otarł łzy. – I co, pewno mówili wam, że było strasznie.
– Tak…
– Co wy wiecie o straszności! Tam to jest dopiero strasznie! Taki Irak czy Afganistan to nic!
– Ale proszę pana, trudno w to uwierzyć, to cywilizowany kraj, leży w Europie i na dodatek jest w strukturach NATO…
– Nam też tak mówiono przed wyjazdem. Proszę mi uwierzyć, Polska wygląda zupełnie inaczej!
– Niech pan opowiada.
– Tego się nie da opowiedzieć. Nikt w to nie uwierzy. To trzeba zobaczyć. Ci ludzie… Oni… Oni sami sobie robią jedzenie! Tak! Nie kupują gotowego w sklepie! Poza tym tam są same lasy i nie ma MacDonaldsa! Oni wszystko robią swoje! Nawet swoje części do naszych czołgów! I te ich części są lepsze! Robią też swoją muzykę! To straszne, oni nawet mają swoje rege! Oni chodzą masowo do kościoła! Ich wódka zabija! Ich dziewczyny umieją się bić! Ja…
Ukrył twarz w dłoniach. Lekarz dyskretnie sięgnął do kieszeni fartucha i wyjął pudełko tabletek. Podał jedną żołnierzowi, a ten posłusznie połknął. Odetchnął i po dłuższej chwili mógł kontynuować.
– Najgorsze są ich drogi. Czegoś takiego nie widziałem ani w Iraku ani w Afganistanie. Praktycznie cała załoga czołgu nic nie robi tylko prowadzi obserwację.
– A co tam jest takiego? – chciała wiedzieć reporterka. Żołnierz spojrzał na nią jak na idiotkę.
– Jak to co? Zasadzki.
– A jakie?
Żołnierz spojrzał niepewnie na lekarza.
– Nie wiem czy mogę mówić… To może być tajne…
Lekarz lekko kiwnął głową.
– A więc dobrze, powiem wam… Tam jest niewyobrażalna wręcz ilość zasadzek. Pierwszy typ to dziury w jezdni.
– Przecież pan jeździł czołgiem – zauważył reporter.
– Nie widział pan tych dziur! Zresztą, elektronika w czołgu jest bardzo czuła. Poza tym te drogi są bardzo wąskie, bardzo kręte… No i jak ci Polacy jeżdżą! Maj gad! Jedzie kobieta z dziećmi do przedszkola i pcha się prosto pod lufę! Wszędzie jakieś słupki, znaki, murki! Więcej czołg stał w naprawie niż jeździł! A najgorsza ta ich policja drogowa! Pokaż OC, chuchnij, dlaczego nie ma tablic rejestracyjnych, czy wiem, że jechałem za szybko! – zapalał się żołnierz.
– Jak już jesteśmy przy tej tematyce… – wtrącił lekarz. – Wiecie państwo, że Jimmy nie odbył pełnej tury. Wrócił z misji wcześniej, bo miał wypadek. Jimmy… Opowiedz państwu.
Jimmy potarł czoło.
– To już było pod sam koniec mojego pobytu w Polsce. Już żartowaliśmy, że nawet dość dobrze poznaliśmy ten kraj i być może nawet bylibyśmy w stanie przeżyć dobę poza bazą. I wtedy to się stało… Wiecie, w Iraku od razu potrafiliśmy rozpoznać zamachowca. Dobry samochód, elegancko ubrany kierowca. Tutaj do końca byliśmy nieświadomi. W ostatniej chwili zdaliśmy sobie sprawę, że oni jadą prosto na nas.
– Oni?
– Pięciu ich było.
– A czym jechali?
– Jakimś okropnie starym BMW. Pruli prosto na nas! O maj gad…
I żołnierz znowu zaczął płakać.
– Wszyscy zginęli? – szepnęła domyślnie reporterka.
– Co też pani? – wzruszył ramionami żołnierz. – Widziała pani kiedyś Polaka za kółkiem? Zepchnęli nas z szosy. Czołg oczywiście zaraz zakopał się w błocie. Ale nie to było najgorsze. Najgorsze było to, że Mike wystawił rękę przez właz i pokazał im środkowy palec… Bo oni nas minęli i pojechali dalej bez zatrzymywania się. Ale jak to zauważyli to się cofnęli i…
Żołnierz podciągnął kolana pod brodę, zaczął się kiwać i powtarzać słowo „wpierdol”.
– Jak się skończyła ta historia? – reporter zapytał na boku lekarza.
– Niczym – westchnął lekarz. – Samochód prowadził syn sędziego. Przedstawili dokument biegłego lekarza, że kierowca zostawił mózg w domu wsiadając do auta i nie mógł odpowiadać za swoje czyny. Sprawę umorzono.
Reporterka delikatnie dotknęła ramienia żołnierza.
– I co, kiedy pan wyjdzie do domu?
– Nie chcę do domu!
– A… Dokąd?
– Do Iraku! Afganistanu! Byle nie do Polski!

Jak naprawdę powstają ustawy

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Wchodzi Andrzej.
– O! – woła na widok Antoniego. – Dobrze, że go u pana widzę. Czy pan wie co on znowu wyczynia w wojsku! to ja, jego zwierzchnik sił…
– Szsz! – uciszam go. – Sprawdziłeś to, o co cię prosiłem?
– Owszem – Andrzej bez pytania się o pozwolenie przysuwa sobie krzesło i siada, po czym nalewa wody. Antoni patrzy na mnie z uniesionymi brwiami, no ale nie będę Andrzeja obsztorcowywał przy wszystkich.
– Owszem – powtarza Andrzej odstawiając szklankę. – Sadzą. W całej Warszawie.
– No i widzisz Antoni – mówię z satysfakcją. – Znowu przegrałeś.
Antoni załamany wbija sobie pięści w oczy.
– Co się stało? – pyta zaciekawiony Andrzej.
– Założyliśmy się i przegrał. Znowu – podkreślam z satysfakcją. – O co się założyliśmy?
– Że cała Platforma będzie sadzić drzewa – cedzi Antoni. – Jedną ustawą.
– Ale przecież… – zacina się Andrzej. –  Chodzi o ustawę Janka, tak? Ale tam jest mowa o wycince drzew a nie o ich sadzeniu…
– A tam, ustawa Janka – macham ręką. – Janek ją tylko podpisał. Sam mu ją dyktowałem jak napisać, żeby ludzie drzewa mogli wyciąć, a Platforma je sadzić. O co się ostatnio zakładaliśmy, Antoni?
– Że zatrudnię w ministerstwie aptekarza.
– No, to tym razem… Założysz viatoll w czołgach!
Widzę, że to dla Antoniego solidny cios, ale Antoni to twardy zawodnik. Nie poddał się w latach siedemdziesiątych, nie załamali go w latach osiemdziesiątych, teraz też nie odpuszcza.
– Żądam rewanżu – rzuca twardo.
– Proszę bardzo – mówię spokojnie i głaszczę kota. – Co tym razem?
– Niech Ewa i Grzegorz ubijają kapustę w beczkach! Gołymi stopami! Przy wszystkich!
– Nie ma sprawy. Jak przegrasz, to… Hm… – patrzę na Andrzeja – Andrzej ma jakąś sprawę do ciebie.
– Tak, bo ja…
Uciszam Andrzeja dłonią.
– Jak przegrasz to zrobisz to co chce Andrzej.
– Dobrze – rzuca ostro Antoni.
– Nawet nie spytacie o co mi chodzi? – Andrzej jest zrozpaczony.
– Nie – Antoni mówi do Andrzeja ale patrzy na mnie. – Nie ma interesuje mnie to, bo nie ma takiej możliwości, żebym przegrał.
– Za każdym razem tak mówisz – macham ręką. – To co, zakład stoi?
– Stoi!
– To idź już Antoni i poproś tu Mateusza.
Mateusz po pięciu minutach siada obok Andrzeja.
– Założysz się Mateusz? – próbuję.
– Nie zakładam się.
– Ale na pewno wygrasz.
– Hm… A niby o co miałbym się założyć?
– Antoni założy viatoll w czołgach.
Mateusz chwilę walczy ze sobą, wreszcie zaczyna się cicho śmiać.
– Niemożliwe.
– No to się załóż.
– Ale ja się nie zakładam.
– Przecież sam mówisz, że to niemożliwe. Wygraną masz jak w banku.
Na ostatnie słowa Mateusz dziwnie się ożywia i się zgadza. Jest jednak ostrożny.
– A co jeśli przegram?
– Wprowadzisz mi pewną ustawę. Będzie to zakaz kiszenia kapusty w beczkach i ubijania jej gołymi stopami.
– Jak to zakazać?
– Normalnie, ja ci wszystko napiszę, ty to tylko wprowadzisz.
– Ale co ja powiem ludziom?
– Że to zobowiązania poprzedniej ekipy i że Unia wymaga. I już.
Mateusz wychodzi kręcąc głową.
– No i co? – mówię do Andrzeja. – Chciałeś mnie o coś spytać?
– Nie.
– Ja też myślę, że nie.
Siedzę sobie i głaszczę kota.  Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.

Sklep z marzannami

Babcia Łukaszka zmywała akurat naczynia w kuchni, kiedy to osiedlowe powietrze przeciął dziwny, wibrujący dźwięk. Przypominał melodię dzwonka do drzwi puszczoną od tyłu. Babcia wyprostowała się niczym rażona elektrycznym prądem i krzyknęła:
– Sklep!
Po czym sięgnęła po torbę i ruszyła w stronę windy z prędkością, która wprowadziłaby w podziw niejednego lekarza orzecznika w ZUS. Póki babcia podążała osiedlowymi korytarzami pionowymi i poziomymi warto było zastanowić się chwilę nad jej okrzykiem. Był to bowiem jeden z tak zwanych okrzyków Schroedingera. Babcia bowiem miała rację i była w błędzie jednocześnie.
Była w błędzie, bowiem to nie był sklep. Była to niewielka ciężarówka w kolorze jaskrawej żółci. A miała rację o tyle, że tego typu pojazdy pełniły rolę sklepów, w mniejszych miejscowościach, albo na osiedlach właśnie. W weekendy czy po godzinach, albo też w wolne dni pojawiała się taka ciężaróweczka z idiotycznym sygnałem. I można było kupić u kierowcy ciasto albo pieczywo. Albo jeszcze co innego.
Babcię, która już docierała do auta, czekała podwójna niespodzianka.
– Co ty tu robisz? – babcia była kompletnie zaskoczona widokiem Łukaszka. – Nie powinieneś być w szkole?
– E… No… Tego… Ja… – bąkał równie zaskoczony Łukaszek. – A babcia co tu robi?
– Chciałam kupić chleb czy ciasto, co on tam ma na tej ciężarówce…
– No to nic babcia nie kupi.
– Jak to, pusty przyjechał?
– Żadne pusty, proszę pani, żadne pusty! – pojawił się kierowca i otworzył przymknięte wrota.
Babcia zdziwiła się po raz wtóry. Bo w środku były ni mniej ni więcej tylko…
– Marzanny! – zakrzyknął wesoło kierowca i zatarł ręce. – Do wyboru, do koloru! Jakie kto chce! Dla miłośników opozycji mam marzannę w kształcie Karosława-Jaczyńskiego. Dla zwolenników partii rządzącej mam marzannę w kształcie Tunalda-Doska. W ogóle mam wielu polityków. Dla feministek mam marzannę męską. Dla nacjonalistów mam marzannę w kształcie syryjskiego uchodźcy. Są marzanny tęczowe i marzanny wyklęte.
– A to… – babcia przełknęła ślinę. – Co to jest?
– To dla miłośniczek zachowywania kontroli nad własnym ciałem. Marzanna aborcyjna! W brzuchu ma drugą, maleńką marzannę i…
– Po ile to? – spytała babcia.
– Tanio! Promocja! Kupisz pięć, szósta gratis! I jeszcze pluszaka dodam!
– Nie kupujemy – wtrącił się niespodziewanie Łukaszek, chwycił babcię za łokieć i odciągnął w stronę ich bloku.
– Dlaczego??? – opierała się babcia.
– A co babcia chce zrobić z tą marzanną?
– Jak to co? Oczywiście wrzucić do rzeki.
– Nie da się – rzekł lakonicznie Łukaszek.
– Jak to się nie da? Rzeka zniknęła?
– Tak jakby.
– Co ty mi tu opowiadasz! Znowu jakieś głupoty z internetu!
– Sam widziałem.
– Sam? Jak? Kiedy? Przecież powinieneś być w szkole!
– Chodźmy do domu, telewizja też tam była, może w wiadomościach lokalnych coś pokażą…
Pokazali.
Rzeką płynęła takie ilości marzanny, że miejscami nie było widać wody. Co ciekawe, część marzannujących uważała, że to skandal, i że odpowiedzialny jest za to minister żeglugi śródlądowej.

Ocieplanie wizerunku Janka

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Rozglądam się po gabinecie, nieufnie, bo kilka dni mnie nie było. I podejrzewam, że mi poprzestawiali coś tu i tam. Na ten przykład na biurku leżą suszarka i żelazko.
Wołam Mariusza.
– Co tu się działo? – pytam.
Mariusz rozkłada ręce i gęsto się tłumaczy.
– Coraz lepiej ci idzie w polityce Mariusz – mówię – wyrabiasz się. Dziesięć minut mówisz i nie jestem w stanie zrozumieć o co ci chodzi. Powiedz ty mi lepiej co to za żelazko? Spodnie prasowałeś na moim biurku?
– A, to – macha ręką Mariusz. – To nie ja. To Beata.
– Garsonkę sobie prasowała?
– Nie, zajmowała się Jankiem.
Kot aż miauknął, bo odruchowo dłoń zacisnąłem przy głaskaniu.
– Chyba mi nie powiesz, że Beata prasowała Jankowi spodnie! Chociaż… Przydałoby się…
– Nie, nie – Mariusz macha rękami. – Beata ocieplała Jankowi wizerunek!
– Zostawić was samych na chwilę – wzdycham. – Wołaj ich.
Pół godzina mija, Beata i Janek zasiadają przed moim biurkiem.
– Moi drodzy – mówię. – Tak się tego nie robi. Mamy dwudziesty pierwszy wiek, a wy tu jakieś suszarki, żelazka.
– Ale co ja mam zrobić? – załamuje ręce Beata. – Janek ma fatalne notowania! Co wytną jakieś drzewo, to zaraz wszyscy trąbią, że jego wina! Niektórzy już twierdzą, że to on jest winny tego, że ludzie koszą trawę w ogródkach! Muszę jakoś ocieplić jego wizerunek! Ale… – Beata wzdycha i spogląda na Janka. – Ale nie bardzo się da…
Janek milczy i wyskubuje sobie trociny z pulowera.
– Polityka to nie tylko polityka, czasami to chemia a czasem fizyka – mówię. – Zastosujemy teorię względności i zasadę akcji i reakcji. Jeżeli chcemy, żeby Janek wypadał cieplej, to musimy schłodzić wszystko inne. I już. Dlatego Beata zaraz ogłosisz, że Janek poleciał rano do Izraela. Tylko nieoficjalnymi kanałami.
Beata patrzy na mnie i nic nie rozumie.
– Do Yad Vashem – dodaję.
Oczy Beaty robią się duże jak broszki.
– Jezu! Przecież zaraz będzie, że on tam te drzewka powycina! Jak się media dowiedzą…
– O to chodzi, niech się dowiedzą. Daj znać, tylko jeszcze raz mówię, że nieoficjalnie, że Janek jest w Izraelu. A jak tylko pojawią się pierwsze posty i twitty, że Janek wycina drzewka w Yad Vashem…
– I co dalej? – pyta nerwowo Janek.
– I wtedy wychodzisz ty… Cały na biało… I informujesz, że cały dzień jesteś w kraju.
– Ale mediom to nie przeszkadza – wtrąca się zdenerwowany Mariusz. – Będą grzać cały dzień i całą noc, że Janek i tak jest w Yad Vashem i wycina drzewka. Oficjalne dementi nic im nie przeszkadza.
– Miała być jeszcze akcja i reakcja – przypomina czujnie Beata.
– I teraz widzicie dlaczego ona jest premierem a nie wy, bo ona pamięta o wszystkim. Tak, Beata, jeśli po naszym dementi pojawią się fałszywe informacje w mediach, to to będzie ta akcja, A my podejmiemy reakcję. Od jutra rozpoczynamy pracę nad nową ustawą medialną. Za fałszywe informacje będzie kara milion euro.
– No dobrze, a co będzie, jak się pomyli jakiś tygodnik myśliwski? – Janek widzę ma nadal obiekcje.
– Och jej, no to dodamy zapis, że dotyczy to tylko mediów z przewagą zagranicznego kapitału.
– Niemcy się zdenerwują – kręci głową Beata.
– To jak zadzwoni Angela to jej powiedz, że jeszcze jeden taki telefon i podciągniemy gazetki z dyskontów do definicji gazety. Z redaktorami, prawem prasowym, odszkodowaniami. Też będą objętą karą miliona euro za nieprawdziwe informacje.
Siedzę sobie i głaszczę kota.  Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.

Śląsk i patologia

Siedzę sobie i głaszczę kota.
Janek otwiera drzwi i wchodzi, ale nie ten, kogo się spodziewałem, tylko ten drugi,
– O – mówię zdumiony. – A gdzie Mateusz?
– Tłumaczy – wyjaśnia tamten i siada.
– Wziął się za pracę??? – Janek jest kompletnie zaskoczony.
– Się tłumaczy. Z faktur – wyjaśnia tamten. – Ja za niego. Kojarzy mnie pan chyba?
– Nie – mówię i głaszczę kota.
Tamten jest speszony.
– Radomir jestem.
– Trudne imię – wzdycham. – Minister mi się skarży – wskazuję głową Janka – że niszczycie środowisko.
– On! – Radomir krzyczy w uniesieniu. – To ja się powinienem na niego skarżyć! Morderca przyrody! Wy wszyscy tacy sami! Miała być dobra zmiana! A wy co? Tak, jak poprzednicy, konsumujecie żubry! Sam widziałem jego wczoraj w restauracji sejmowej jak zamawiał!
– Co zamawiał? – pytam.
– Dwa żubry zamówił i skonsumował!
– Widziałeś pan kiedyś żubra? – wtrąca się Janek. – W życiu jednego bym nie zjadł, nie mówiąc o dwóch!
– Ale zamawiał pan!
– Zamawiałem! Ale nie carpaccio tylko piwo!
Zasłaniam się kotem, żeby nie było widać, że się śmieję.
– No dobrze – mówię wreszcie. – Zaprosiłem tu pana, choć właściwie Janek powinien z panem porozmawiać. Jak można być tak nieekologicznym?
– Że co? – Radomir zdziwiony.
Janek się rozpala. Mówi o pozyskiwaniu drewna, produkcji papieru…
– Do rzeczy – irytuję się, bo kot zaczyna mi się wyrywać.
– …a wy to wszystko od razu buch do śmietnika! – konkluduje Janek. – Zero szacunku do matki natury!
– A, to o to chodzi – Radomir kiwa głową. – Cieszę się, że panowie to zauważyli9. To pokazuje, że nasza akcja ma sens.
– Tylko co chcieliście przez to pokazać? – pyta Janek.
– Chcieliśmy pokazać wasz agresywny język. Jego miejsce jest na śmietniku. To tam powinny trafić takie sformułowania jak… – i tu Radomir patrzy na mnie – …jak „na Śląsku jest najwięcej patologii”. To powiedział pan, panie prezesie.
Głaszczę kota.
– No tak, ale wyrwał pan moje słowa z kontekstu. A był to kontekst niezwykle ważny. Ja to mówiłem w Sosnowcu.
– Przecież to właśnie Śląsk!
– I widzisz Janek, z geografii też są kiepscy – sięgam po kartkę. – Ale niech będzie. Przekonał mnie pan. Cofnę swoje słowa. Za drzwiami są dziennikarze. Niech im pan to odczyta z łaski swojej.
Radomir czyta kartkę. Czekam czy się zorientuje. Nie. Wstaje, otwiera drzwi, błyskają flesze. Czyta głośno.
– …po długich i usilnych namowach przychylam się do zdania pana Radomira… Nie można mówić, że na Śląsku jest największa patologia. Ona jest największa wszędzie!
Oklaski.
Radomir zamyka drzwi.
– No i widzi pan? – mówię. – To nie było takie trudne, prawda? Dziękuję panu. tobie, Janek, też. Weź mi tu przyślij ministra rolnictwa. Muszę z nim pomówić o żywcu.
– Ohoho! – ożywia się Radomir. – Znowu o piwie?
– Nie, proszę pana, o wieprzowinie.
Janek wychodzi i zabiera tamtego ze sobą.
Siedzę sobie i głaszczę kota.  Nie wiem, dlaczego ludzie nie lubią polityki.

5 stycznia 2017, czwartek

Nowy Rok, zima jest, kamień leży aż go kiedyś będę siłę wtoczyć miał
Może wtedy uda się
A teraz tchu mi brak
Pustki – Tchu mi brak

Anka nawet nie zauważyła kiedy przyjechali. A przecież okno jej maleńkiego gabinetu wychodziło prosto na ulicę. Siedziała przy komputerze i dobierała jakieś materiały na blaty wokół umywalek gdy nagle stuknęły drzwi i usłyszała, że ktoś wszedł do domu. W pierwszej chwili nawet się wystraszyła, ale zraz pomyślała, że to musi być ktoś, kto ma klucze, a gdy spojrzała na chodnik przed domem i zobaczyła stojące tam srebrne polo, wiedziała już kto przyjechał.
Alicja, jej młodsza siostra.
I jej chłopak, ten Krzysztof.
Nie lubiła go, i to nie tylko dlatego, że woził Alę samochodem swoich rodziców. wiadomo, student. I nawet nie do końca chodziło o niego, bo Anka nie zaakceptowałaby żadnego chłopaka. To była wina Ali. Jaka ta dziewucha głupia! Wie co przeżyła matka, wie co ją, Ankę, spotkało, a mimo to sama teraz brnie w tę samą ślepą uliczkę! Głupia, głupia!
Zacisnęła dłonie w pięści. Spokojnie, co to ją obchodzi. Ale soją drogą… Co tą Alicję napadło? Zawsze taka spokojna, taka posłuszna, a teraz nagle – bach. Jakby nie wiedziała, że wszystkie kobiety w tej rodzinie są przeklęte. Ona kiedyś, tak jak Ala, nie dowierzała. I związała się. Ba, wzięła nawet ślub. I jak to się skończyło? O, teraz będzie mądra i już nigdy, nigdy przenigdy nie zwiąże się. Z nikim. Szkoda, że nie była taka mądra wcześniej, przykład matki do niej nie docierał. Może tak samo jest a Alą. Też musi sama się sparzyć, żeby coś do niej dotarło.
Rozległo się stukanie i do jej gabinetu zajrzała Alicja. Szczupła, wiotka, w czarne krótkie włosy. Tak niepodobna do niej i do matki. Urodę ma za ojcem, za swoim ojcem. Innym niż ojciec Anki.
– Cześć Aniu – powiedziała tym swoim delikatnym głosem. – Mam sprawę do ciebie…
– Nie tu – przerwała jej szorstko. – Chodź do salonu.
Szumnie nazwała pokój salonem, ale było to po prostu największe pomieszczenie w tej starej chałupie, odremontowane jako tako. Coś tam na szybko urządziła, żeby klienci się nie wystraszyli. Ambitne plany dekoracyjne odsuwała ciągle na później, wiadomo, szewc bez butów chodzi…
A w salonie czekała na nich niespodzianka w postaci Krzysztofa. Młody, chudy, wysoki, brunecik z delikatnym wąsem.
– Co ty tu robisz?! – zasyczała Anka. – Zakazałam ci wchodzić do tego domu!
Brunecik zafalował i niezgrabnie się odsunął. Jakże inaczej ruszała się Alicja! Z taką jakąś gracją, lekkością, której Anka jej zawsze zazdrościła. Tak się starała pamiętać o tych wszystkich stopach, kolanach i łokciach, i chodzeniu, a ex mąż i tak powiedział jej, że rusza się jak hokeistka…
Usiadła na kanapie ale nie poprosiła swoich gości by też usiedli.
– Tym razem sprawa jest poważna – odezwała się cicho Alicja. – Jedziemy prosto z Poznania. Słyszałaś już? Sąsiedzi dzwonili do ciebie?
– O niczym nie wiem – odparła energicznie Anka , ale poczuła jakiś wewnętrzny niepokój. – Może mi łaskawie powiesz co się stało? Znowu narozrabiałaś? A może twój Krzysio znowu rozbił samochód rodziców?
– Nie znowu, tylko… – nie wytrzymał Krzysztof, ale Alicja uciszyła go wzrokiem. Spojrzała na Ankę i powiedziała cicho:
– Mama znowu pije.
Anka poczuła się jak Syzyf, kiedy po raz kolejny głaz runął w dół.
– Co ty opowiadasz! Jak to? Znowu? Przecież przestała!
– Naprawdę. Sama widziałam.
– Wyjdź – poleciła Krzysztofowi Anka. – Nie będziemy omawiać takich rzeczy przy obcych.
– Krzysztof nie jest obcy – głos Alicji był spokojny. – Poza tym on przyszedł ze mną i widział wszystko. Co więcej, mama go uderzyła.
Anka błyskawicznie spojrzała na twarz chłopaka. Faktycznie, pod jego lewym okiem coś się zaczynało dziać.
– Co się właściwie stało?
– Kiedy byłam na uczelni, do mamy przyszła pani Kasia… Dużo wypiły, hałasowały. Przyszli sąsiedzi na skargę, to mama zrobiła straszną awanturę. Potem… A, szkoda mówić. Krzysiek akurat mnie odprowadził i zobaczył, że… Mama go uderzyła, kiedy ją myliśmy. Teraz śpi, sąsiadka ją pilnuje.
– Po co przyjechałaś? – Anka zmrużyła oczy. – Przecież mogłabyś mi opowiedzieć to przez telefon.
– Nie, bo ty się zaraz denerwujesz i się rozłączasz. A trzeba coś z mamą zrobić. Ja z nią tam nie wytrzymam. Boję się. Poza tym kto ją będzie pilnował kiedy ja będę na uczelni.
– No to co proponujesz? – Anka zadała to pytanie bardziej gwoli formalności, bo spodziewała się odpowiedzi. Ale Alicja jednak ją zaskoczyła.
– Żebyś przeprowadziła się do Poznania.
– Chyba oszalałaś! A co z tym domem? Mam go zostawić pusty? Przecież ktoś może się tu włamać. Przecież nie będzie tu grzania, wszystko mi pozamarza! I gdzie ja będę pracować?!
– Chyba, żebyś… Chyba żebyś… – zająknęła się Alicja. – Żebyś wzięła mamę tu do siebie.
– A ty?
– No… Ja…
– Już kręcisz.
– Nie kręcę. Po prostu… Ja studiuję w Poznaniu.
– Tak, i potrzebujesz mieszkania w Poznaniu – stwierdziła jadowicie Anka. – Matka ci zawadza to ją wypchniesz do mnie, a sama będziesz mieć cała chatę dla siebie i będziesz sobie mogła sprowadzać tego swojego…
– Niech pani tak nie mówi – obruszył się milczący do tej pory Krzysztof.
– To jest mój dom, i ja w nim będę mówić co ja chcę, chłopcze.
– Mama jest także twoja – strzeliła celnie Ala.
Anka dłuższą chwilę się namyślała.
– Muszę pojechać i sama to zobaczyć – stwierdziła wreszcie.
– Nie wierzysz mu! – zakrzyknęła boleśnie Alicja.
– Nie wierzę – Ala kiwnęła głową. – I co dalej zrobisz?
– Co ty zrobisz?
– Tak jak mówiłam. Przyjadę do was to obejrzeć. I być może zabiorę matkę tu dso siebie. Ale pod jednym warunkiem.
– Jakim?
– Ty też tu zamieszkasz. Na stałe. Bez niego – Anka wskazała brodą chłopaka.
– Ale…
– Jeździ stąd pociąg do Poznania. Bardzo często. Mnóstwo ludzi nim jeździ, więc będziesz mogła jeździć i ty.
– Dom nie może stać pusty, a mieszkanie ma stać puste?
– Sąsiadki się zajmą. No, idź, namyśl się.
– A ty?
– A ja przyjadę jutro i zobaczę to wszystko. No, idźcie już! Mam masę roboty!
Kiedy tylko wyszli przypadła do okna i zza firanki obserwowała jak pojechali.
Zasiadła za biurkiem, ale nie była już w stanie pracować. Była cała rozbita myślami.
Trzeba będzie pojechać do Poznania i zobaczyć co się stało z mamą.
A tak już było dobrze, a tu kamień znów zsunął się na dół.
Poczuła złość i czucie, że ktoś przepycha ją na siłę przez drzwi, przez które sama, z własnej woli, nie chciała przejść.

Nauka koziego

Tata Łukaszka przeżył już wiele dziwnych inicjatyw, podejmowanych głównie przez jego żonę. Dla mamy Łukaszka jej ukochany „Wiodący Tytuł Prasowy” był źródłem nieustającym inspiracji do zmieniania świata. Tata Łukaszka uważał się za człowieka, którego już nic nie zaskoczy.
Mylił się.
Tego dnia wieczorem był sam w mieszkaniu. Dziadek poszedł na gorzkie żale, babcia po zakupy, mama na demonstrację, Łukaszek do kolegi, a siostra Łukaszka na randkę.
W domu było cicho i spokojnie. Tata Łukaszka siedział sobie w fotelu, pił herbatę i czytał ulotkę. Byli politycy założyli szkołę coachingu. „Odkryj w sobie lenia i idiotę!” zachęcała ulotka. „Odkryj w sobie pociąg do korupcji!”.
Dalej nie doczytał bo rozległ się dzwonek do drzwi.
Tata Łukaszka otworzył drzwi. Na klatce schodowej stały dwie panie, o umalowanych na czarno ustach. Patrzyły wściekle spode łba jakby tata Łukaszka zajął im ostatnie miejsce do parkowania.
– Ech, ech… – westchnął tata Łukaszka i zamierzał zamknąć drzwi. Ale jedna z pań błyskawicznie wsadziła stopę za próg i zamknąć się nie udało.
– Dlaczego pan to robi? – spytała druga pani.
– Mam prawo zamknąć drzwi i nie słuchać – odparł tata z godnością.
– Nie, nie ma pan! – rzuciła wściekle pierwsza pani.
– Moje drzwi!
– Moja stopa!
– Z nogą w drzwiach do niczego nie dojdziemy – łagodziła druga pani. – Nawet nie słyszał pan z czym przychodzimy.
– Nie interesuje mnie to!
– Nie ma pan prawa odmówić jak już pan otworzył drzwi – upierała się pierwsza pani, ta ze stopą za progiem. – A przychodzimy z bardzo ważną inicjatywą. Słyszał pan zapewne jak imigranci traktują kobiety.
– Owszem. Biją i gwałcą.
– To nieprawda! – uniosła się druga pani. – Owszem, może zdarzy się tu i ówdzie, że lekko niezrównoważony rdzenny tubylec, który przypłynął pontonem z rok czy dwa lata wcześniej, poczuje się nieswojo i zachowa się nerwowo. Ale to tylko margines! Wynika to tylko z tego, że istnieje pewna bariera językowa. Oni po prostu nie rozumieją, kiedy kobieta mówi nie.
– Nie wiem czy pan, ale niektórzy z tych mężczyzn… Hm… – zaczerwieniła się pierwsza pani. – Oni… Z kozami…
– Ci zakorzenieni od zawsze tubylcy? – spytał tata Łukaszka. – Tak, słyszałem. Ciekawe jaka ku temu przyczyna.
– Co innego jest ciekawe, proszę pana – machnęła ręką druga pani. – Przecież oni… Nie zawsze… Tego. Więc jak koza im to komunikuje? No?
– Nie wiem – przyznał tata Łukaszka.
– A to takie proste! Oni rozumieją kozi!
Tata zaniemówił.
– W związku z tym otrzymaliśmy zylion euro z funduszy unijnych na szkolenia z języka koziego. To działa, naprawdę. Niech pan posłucha: „meee-meee” oznacza „bierz mnie, jestem twoja”, a „meee meee me-me-me meeee” oznacza „nie dziś, bolą mnie kopytka”.
Tata Łukaszka musiał się oprzeć o framugę.
– No i co pan na to? Czy jest w domu ktoś płci żeńskiej kto chciałby uczęszczać na taki kurs? – panie bombardowały go pytaniami. – Aby uniknąć oskarżeń o seksizm pan też może przyjść!
Tata Łukaszka zebrał resztki sił. Wyprostował się, pokazał paniom środkowy palec lewej dłoni i wychrypiał:
– Beee beee beee.
– Co za cham! – krzyknęła pierwsza pani i cofnęła stopę.
Tata Łukaszka wykorzystał to i szybko zamknął drzwi.

Gardło

– No, Marianku, piękną dziewczynę wybrałeś.
– Ależ mamo, przecież jej jeszcze nie wybrałem.
– Cicho, Marianek. Tak żeś się porządził, że inni mają trzy kandydatki do wyboru a ty masz tylko jedną. Od dziecka byłeś gapa.
– Mama, to w telewizji idzie.
– A niech ludzie widzą jakiego mam syna. Wszyscy mają trzy kandydatki, a ty jedną. Ale za to jaką! Doktor w rodzinie zawsze się przyda. Mnie na ten przykład gardło ciągle boli…
– Ale proszę pani, ja owszem, jestem doktorem. Ale seksuologii…
– Jezus, Maria! To od czego ty jesteś lekarzem?
– No… Od tych spraw.
– Od tych?!
– Właśnie.
– A… Acha… To z gardłem masz chyba niewiele wspólnego…
– Czasami mam.