Ja jestem kobieta doradzająca

Łokieć. Zaczęło się wszystko od łokcia. Łokieć należał do Kubiaka. Kubiak zleciał z drabinki w archiwum i boleśnie się w niego uderzył.
– Urazy łokcia są bardzo niebezpieczne – stwierdził szef i kazał tacie Łukaszka zawieźć Kubiaka do szpitala.
Było banalnie.
Pojechali samochodem. Nie było miejsca pod szpitalem żeby zaparkować bezpłatnie, wszystkie parkingi były płatne… Banał. Zaparkowali gdzieś dalej, podeszli pieszo. Rejestracja, izba przyjęć, godzinka tu, godzinka tam…
Było banalnie.
Trafili wreszcie przed oblicze lekarza, który znudzony zabrał się za studiowanie zdjęcia rentgenowskiego łokcia Kubiaka. Kubiak siedział na taborecie i płakał. Tata Łukaszka siedział na leżance i ziewał. Lekarz sięgnął po telefon i gdzieś zadzwonił.
I od tego momentu przestało być banalnie.
– Tak? Co? Co pani powie? – lekarz, nagle czegoś przestraszony, zaczął ocierać pot z czoła i patrzeć niespokojnie na Kubiaka. – Oczywiście. Oczywiście. Już wydaję dyspozycje!
Tata Łukaszka nastawił uszu. Lekarz, który interesuje się pacjentem, to zaczynało być niebezpieczne.
– Tak! – lekarz odłożył telefon. – Natychmiast każę szykować salę operacyjną. A pan niech przejdzie do innego pomieszczenia, tam przygotują pana do operacji!
– Ale… Ale… – jąkał się pobladły Kubiak, który momentalnie przestał płakać.
Lecz lekarz uniósł palec w górę i rzekł z namaszczeniem:
– Urazy łokcia są bardzo niebezpieczne!
Kubiak zatem pojechał na salę operacyjną, a tata Łukaszka pełen złych myśli krążył pod jej drzwiami.
No i stało się! Zza drzwi rozległy się straszne wrzaski!
Po chwili drzwi uchyliły się i wyjrzał zakłopotany lekarz.
– Pacjent nie chce się uspokoić… Wejdzie pan?
– To tak można? – w tacie Łukaszka odezwał się legalista. – Nie jestem rodziną…
– Pacjent powiedział, że jest pan jego chłopakiem…
– Tylko kolegą! Kolegą z pracy!!
– Jak zwał, tak zwał. Chodź pan.
Tata Łukaszka wkroczył do środka. A tam działy się sceny rodem z polskiej sceny teatralnej.
– Co tu się dzieje?
– Jak to co?! – Kubiak ryczał przerażony. – Golą mnie!
– Też mi powód! – tacie Łukaszka opadły ręce. – Całą służba zdrowia na tym się opiera! Niedostateczne finansowanie z budżetu skutkuje przerzuceniem płatności na pacjenta i…
– Ale ty zobacz gdzie mnie golą!
Tata Łukaszka spojrzał i zakrył oczy z przerażenia. Bowiem Kubiaka golono w miejscu chętnie pokazywanym publicznie przez feministki.
– Czemu… Czemu? – wychrypiał tata Łukaszka.
– Przed operacją wyrostka trzeba ogolić… Tam – wyjaśnił lekarz.
– Co to ma wspólnego z łokciem?! – zawył Kubiak.
– O to trzeba zapytać naszego eksperta – i lekarz zastukał do sąsiednich drzwi. Wyszła stamtąd sympatyczna starsza pani.
– Rofia-Zomaszewska!!! – wykrzyknął tata Łukaszka. – Pani tutaj?! Myślałem, że doradza pani prezydentowi?!
– Ja jestem kobieta doradzająca, żadnego doradzania się nie boję. Ostatnio doradzałam dyrekcji autostrady, że w godzinach kiedy jest najmniejszy ruch można zrobić maraton!
– Ale po co mi operujecie wyrostek?! – wykrzyknął Kubiak.
– Wyrostek, zwłaszcza zaniedbany, może być śmiertelnie groźny – powiedziała z sympatią starsza pani. – Trzeba działać póki czas! Jak będzie za późno, to można nawet umrzeć! A chyba nie chce pan umrzeć, prawda?
Kubiak ochoczo się zgodził.
– Więc sam pan widzi, że trzeba operować!
– Boże, co za bzdury… – zaczął tata Łukaszka, ale lekarz mu przerwał:
– Proszę pana, zanim pan cokolwiek powie, chciałem zwrócić panu uwagę na kilka rzeczy. Po pierwsze ta pani to autorytet. Po drugie, ta pani to legenda. Po trzecie, ma piękne zasługi z czasów opozycji PRL. Więc sam pan widzi, że ma pełne podstawy by doradzać w kwestii operacji medycznych. Proszę pana, jej głos w opozycyjnym radiu dawał nadzieję milionom Polaków!
– Mi odbiera! – zakrzyknął hardo Kubiak. I nagle zrobił coś, czego się nikt nie spodziewał: zerwał się i uciekł z sali!
– Nie pilnowaliście go??? – zdumienie taty Łukaszka było ogromne.
– Nie. Nie spodziewaliśmy, że ucieknie bez spodni.
Kubiak wypadł na korytarz. Hurra! Nie gonili go! Ale dokąd miał dalej uciekać? Z jednej strony korytarzyk przed salą przechodził w kolejny korytarz. Widać było tam w oddali kręcących się pacjentów. Z drugiego końca korytarza widać było jakieś drzwi… I Kubiak postanowił z nich skorzystać. Dopadł do nich, szarpnął za klamkę…
Otworzyły się…
Stanęła w nich pielęgniarka. I spojrzała na spodnie Kubiaka, gdyby Kubiak je miał na sobie.
– E… Tego… Musiałem stanąć… – plątał się skonfundowany Kubiaka. – Ścigają mnie! Muszę się ukryć! Czy można…?
Pielęgniarka odparła podejrzanie cicho:
– Niech pan wchodzi śmiało.
Kiedy tata Łukaszka wyszedł z sali, po Kubiaku zaginął już wszelki ślad. Było za późno by wracać do pracy, pojechał więc do domu. Cały czas próbował dodzwonić się do Kubiaka. Nie odbierał.
Pełen najgorszych przeczuć pojechał następnego dnia do pracy i ku swej radości spotkał tam Kubiaka.
– Ty żyjesz!
– Ano żyję.
– Uciekłeś im!
– Ano uciekłem – i Kubiak pokrótce streścił fragment swoich dalszych przygód.
– To czemu nie odbierasz telefonu?
– Bo boję się, że to znowu Bożena – rzekł Kubiak i doprecyzował widząc zaskoczenie taty Łukaszka:
– Ta pielęgniarka. Ciągle chce się ze mną spotkać.
Ostatnie słowo należało do szefa.
– A mówiłem, że urazy łokcia są bardzo niebezpieczne.

Unijne Prawo Integrujące Europejski Ruch Drogowy

Łukaszek wraz ze swoim tatą pojechali autem po coś do centrum miasta. Jechali tak i jechali aż tu nagle wybiegł na ulicę pan policjant i zaczął machać wielokolorową latarką. Zatrzymali się.
– Co to za sygnały świetlne? – spytał tata Łukaszka. – Od kiedy to policja zatrzymuje tęczową latarką?
– Od wczoraj – burknął pierwszy policjant. – Dokumenty poproszę.
– Musimy pokazywać, że jesteśmy tolerancyjni – pospieszył z wyjaśnieniami drugi policjant. – Niech no pan dmuchnie w to urządzenie.
– Sprawdzacie trzeźwość? – tata Łukaszka dmuchnął w urządzenie, w którym zaświeciła się zielona dioda.
– Akcja Znicz – mruknął pierwszy policjant.
– Przecież do pierwszego listopada jeszcze daleko – zauważył Łukaszek.
– Według religii katolickiej – uśmiechnął się drugi policjant. – Ale trzeba być tolerancyjnym. Znicze pojawiają się też w innych religiach. Na przykład w gomoryźmie.
– Czym???
– to od Sodomy i Gomory. gomoryści mają dzisiaj rocznicę końca świata.
– Końca świata jeszcze nie było! – zawołał Łukaszek.
– Ale będzie. Dzisiaj. To znaczy, za ileś tam lat, ale tego dnia i tego miesiąca. Tak oni wierzą i stawiają znicze, więc my dzisiaj akcję znicz…
Tata Łukaszka spojrzał na pierwszego policjanta.
– No co, takiego mam partnera, trzeba być tolerancyjnym – burknął pierwszy policjant. – Teraz już się nie liczy sprawność, broń, i tak dalej. Teraz przepisy, paragrafy, prawo…
– Zaraz będzie bum – przerwał mu Łukaszek.
– Nie zaraz, za klika lat – poprawił go łagodnie drugi policjant. – Mówiłem przecież, że…
BUM!
Zapadła cisza przerwana histerycznym piskiem drugiego policjanta:
– Koniec świata!!!
– Nie robią wam jakichś psychotestów jak przyjmują do policji? – spytał tata Łukaszka.
– Robią – mruknął pierwszy policjant. – Ale od zeszłego roku zmienili kryteria i punktację.
– Ale się trzasnęli – skomentował Łukaszek i pokazał palcem. Wszyscy spojrzeli i zrozumieli skąd wzięło owo „bum”.
Na rondzie zderzyły się tramwaj, samochód osobowy i rower.
Policjanci powiedzieli tacie Łukaszka, że będzie świadkiem.
– Ale ja nic nie widziałem!
– To jeszcze lepiej, przynajmniej nie będzie pan zmieniał zeznań.
I wszyscy czterej poszli zobaczyć wypadek.
Wyglądało to dosyć szpetnie, pojazdy były dosyć mocno uszkodzone. Jednak kierującym chyba nic się nie stało, bo stali na środku ulicy kłócąc się zawzięcie. Tęga pani kierująca tramwajem, młody chłopak w rurkach kierujący samochodem osobowym i młoda dziewczyna w dużych okularach kierująca rowerem zrzucali winę jedno na drugiego.
– Jak my dojdziemy kto, co, kiedy i jak? – zmartwił się drugi policjant.
– Bardzo prosto – burknął pierwszy policjant i oznajmił, że wszyscy są współwinni.
– Jak to?! – zakrzyknęli sprawcy i zaczęli składnie opowiadać kto, co, kiedy i jak.
– No i sprawa jest bardzo prosta, według polskich przepisów kolejność przejazdu powinna być…
– Nie nie nie nie nie – śpiewnie przewał pierwszemu policjantowi drugi policjant. Założył ręce do tyłu i uniósł się na obcasach. Mylisz się. Upierd.
Pierwszy policjant straszliwie się zaczerwienił i zacisnął pięści. Okładka gazety „To, Co Jest” pod tytułem „policjant pobił policjanta” wisiała w powietrzu.
– Powtórz to – syknął pierwszy policjant.
– Upierd to skrót – wyjaśnił uprzejmie drugi policjant. – Unijne Prawo Integrujące Europejski Ruch Drogowy. To zestaw przepisów wspólnych dla wszystkich krajów Unii…
– Bogu dzięki za Brexit – wtrącił tata Łukaszka.
– …i przypominam, że prawo unijne jest nadrzędne nad prawem lokalnym. Cóż nam mówi Upierd w tej konkretnej sytuacji? Otóż mówi nam oto, że pierwsza powinna przejechać pani w tramwaju.
– Dlaczego? – zdumiał się pierwszy policjant.
– Bo jest size plus.
Pani motorniczy uśmiechnęła się i zafalowała bioderkami. Zrobił się wiatr.
– No to co?! – wykrzyknęła rowerzystka.
– Osoby size plus mają pierwszeństwo na skrzyżowaniu nawet jeśli inni mają zielone.
Tata Łukaszka otworzył usta i powiększył kubaturę kosmosu.
– Ale ja prowadzę bloga o modzie, jestem szafiarką!
– No to pani na rowerze jednak miała pierwszeństwo – zdecydował drugi policjant.
Pani motorniczy zmrużyła oczy, spojrzała na rowerzystkę i już chciała coś powiedzieć, ale wtrącił się kierujący samochodem i powiedział łamiącym się głosem:
– Sorki, soreczki… Nie wiem czy panowie zauważyli… Ale ja jechałem gejpasem…
– Czym??? – nie wytrzymał Łukaszek. Kierowca pokazał na jezdnię. Jego auta stało na pasie ruchu, na którym wymalowane był napisy „BUS”, „TAXI” i „LGBT”.
– O ja cię – stęknął Łukaszek. – Kiedy to…
– Od zeszłego tygodnia – rzekł młodzian w rurkach. – Decyzją prezydenta miasta… W końcu gej czy lesbijka to człowiek jak każdy inny.
– Jazda buspasem to przywilej – warknął tata Łukaszka. – Inni stoją w korkach a wy…
– Hejt stop – rzekł z wyższością młodzian.
– A mój tata umarł na raka – rzuciła pani motorniczy.
– O, grubo – rzekł z uznaniem drugi policjant i poniewczasie się zrefletował patrząc na tuszę swojej interlokutorki. – A więc…
– A mój tata był uchodźcą – zareplikowała rowerzystka.
– A nie wygląda pani. Na pewno tata był czarny?
– Nie wiem, nigdy go nie widziałam. Jak tylko dowiedział się, że mama jest w ciąży, to zaraz uszedł. Stąd uchodźca.
– Prześladowali mnie w szkole z powodu mojej orientacji seksualnej! – nie poddawał się kierowca osobówki.
– Na mnie wołali „locha” – szlochała pani motorniczy.
– Wczoraj ptak naszczał mi na włosy!
– Jestem szykanowany przez kościół, na moim osiedlu głośno biją kościelne dzwony i mogę spać w niedzielę o jedenastej w rano!
– A ja jestem weganką!
– Miałam dwie depresje i trzy kurzajki!
– W dzieciństwie molestował mnie ksiądz!
I tak to trwało. Łukaszek, jego tata i pierwszy policjant patrzyli tylko jak drugi policjant coraz to innej osobie przyznaje pierwszeństwo przejazdu. Wreszcie pierwszy policjant nie wytrzymał i zapalił papierosa. Kątem oka zauważył to drugi policjant.
– Nie wolno palić w przestrzeni publicznej!
– Mój tata zmarł na raka – wycedził pierwszy policjant.
– A, to co innego. Wolno palić.
————–
marcinbrixen.pl
http://www.wydawnictwo-lena.pl/brixen3.html – blog w formie książki
https://pl-pl.facebook.com/marcin.brixen

Nikt nie spodziewa się feministek wnoszących lodówkę!!!

Tata Łukaszka twierdził później, że wszystkiemu winny był Kubiak, a Kubiak z kolei twierdził, że wszystkiemu winny był smalec.
Kiedy w pracy u taty Łukaszka nastała pora przerwy śniadaniowej, wszyscy byli w ciężkim szoku. Otóż poprzedniego dnia w firmie była pani dietetyk. Czasami firmy mają takie pomysły, aby pracownicy lepiej pracowali. Pani dietetyk jednych pochwaliła, innych zganiła, a najgorzej wyrażała się o Kubiaku.
Kubiak, mówiąc w skrócie, był antywegetarianinem i miał menu jaskiniowca.
– A więc to stąd ta pana niska wydajność w pracy – zatarł ręce uradowany szef i nakazał Kubiakowi pilne stosowanie się do wskazówek pani dietetyk. Wszyscy raczej spodziewali się, że Kubiak to zignoruje. Wszyscy byli więc mocno zaskoczenie, kiedy ujrzeli co Kubiak wyjmuje z pudełka.
– Kazała mi jeść dietetyczne pieczywo chrupkie typu eko-slim-bio – westchnął Kubiak, lecz po chwili rozpogodził się i zawołał zwycięsko:
– Lecz nie powiedziała z czym! – i zaczął smarować deseczki chleba smalcem. Nałożył sobie tego jedzenia na talerz i był już prawie przy swoim biurku gdy zadzwonił telefon. Głośno. Kubiak wystraszył się i zawartość talerza wylądowała na jakichś strasznie ważnych papierach.
Szef sę wściekł i kazał Kubiakowi odtworzyć popaćkane smalcem papiery.
– To pana wina, kto to widział by dawać mu jakiekolwiek papiery – zauważył tata Łukaszka.
I w ten oto sposób tata Łukaszka dołączył do Kubiaka. Kubiak był z tego ogromnie zadowolony. Co działo się dalej było łatwe do przewidzenia. Główny ciężar pracy spadł na tatę Łukaszka. Kubiak głównie pętał się, trochę pomagał i opowiadał nieśmieszne dowcipy.
Czas płynął bardzo szybko. Nie zdążyli odtworzyć wszystkich papierów do końca dnia.
– Nic mnie to nie obchodzi, rano mają być – burknął szef.
Wszyscy inni też wyszli, a oni pracowali i pracowali, aż w końcu przyszła ochrona i kazała im wyjść.
– Pracujemy – uniósł się Kubiak. – Ej, a znacie taki dowcip: co powinni zrobić wszyscy antyszczepionkowcy? Przejść Odrę!
Ochroniarze nie znali, ale jakoś ich nie rozbawił i kazali im się wynosić.
– Musimy dokończyć te papiery w domu – zadecydował Kubiak i dodał:
– U mnie nie.
– Czemu nie? – spytał zmęczonym głosem tata Łukaszka.
Kubiak zaczął sobie wyłamywać palce, aż w końcu bąknął, że mama sprząta mu mieszkanie.
Tata Łukaszka zaklął w myślach i powiedział, że dobrze, dokończą te papiery u niego w domu.
Pojechali do mieszkania Hiobowskich. Tata Łukaszka prowadził, a Kubiak siedział wygodnie rozparty i opowiadał kolejne kawały. Na przykład: jak Burys-Bodka kupuje ser żółty, w plasterkach czy w kręgach? ani w tym ani w tym! W gomółkach!
Wbrew obawom taty Łukaszka mieszkanie było puste. Zasiedli do roboty. Nawet im to składnie szło, aż do momentu gdy odezwał się dzwonek do drzwi.
– Pewno ktoś zapomniał kluczy – mruknął tata Łukaszka i poszedł do drzwi. Odruchowo je otworzył i zdumiał się. Na progu stała bowiem jakaś zupełnie obca kobieta.
– Ha! – wykrzyknęła. – Nie spodziewał się pan!
– Ano nie.
Zwabiony krzykami przyszedł Kubiak.
– I lodówki też się pan nie spodziewał, prawda?
– Lodówki??? Jakiej lodówki???
– Jak to, to pan nie wie? Co z pana za facet! Inny facet parę lat temu powiedział, że feminizm kończy się kiedy trzeba wnieść lodówkę na któreś tam piętro. I co! Widzi pan?! Wcale się nie skończył!
– Ale ja nie chcę lodówki, już jedną mamy!
– Niech pan zamilczy! To nie jest zwykła lodówka! My nią udowodniamy, że feminizm nigdy się nie skończy!
– A gdzie ta lodówka? – spytał przytomnie Kubiak.
– Y… – pani obejrzała się przez ramię. – Zaraz wniesiemy! Momencik!
I zniknęła na schodach.
– E tam – machnął ręką tata Łukaszka. Zamknął drzwi i wrócili do swoich zajęć. Tata Łukaszka do pracy, a Kubiak do opowiadania suchych dowcipów. Dlaczego Wach-Lełęsa obalił komunę? Bo wygrał to w totka!
Ledwie Kubiak skończył się śmiać ze swojego żartu gdy ponownie zadzwonił dzwonek u drzwi.
Tata Łukaszka westchnął ciężko i poszedł otworzyć.
Tym razem lodówka już była, a z nią cztery panie.
– No i co? – pierwsza pani, z którą rozmawiali poprzednio triumfowała. – No i co? Niedowiarki!
Tata Łukaszka spojrzał na panie, które nie były przesadnie zmęczone, obliczył coś w pamięci i oznajmił:
– Nie liczy się. Nie wniosłyście tej lodówki. Wyście ją wwiozły windą.
Panie, które były zajęte robieniem selfie, poczuły się urażone.
– No to co?! – zakrzyknęła druga pani. – Faceci też by na pewno wwieźli windą! Nie możemy być gorsze! Bo jesteśmy lepsze!
– A co mnie to… – tata Łukaszka chciał zamknąć, ale pierwsza pani je przytrzymała i podsunęła mu dłoń pod nos.
– A pieniądze?
– Jakie pieniądze?
– No, za wniesienie lodówki. Niech pan nie udaje idioty! Mamy dwudziesty pierwszy wiek, nie może być tak, że jakaś praca pozostaje bez zapłaty!
– To będzie razem dwadzieścia euro, czyli po pięć euro na osobę – błysnął zdolnościami matematycznymi Kubiak.
Panie się zagotowały.
– Jakie pięć euro?! Faceci za tą samą pracę dostają dychę!! Nie może tak być, że kobieta za tą samą pracę dostaje połowę tego co mężczyzna!!!
– Ale oni wnoszą we dwóch – próbował argumentować tata Łukaszka.
– I co z tego?! – krzyczała trzecia pani. – Niech też wnoszą we czterech!
– Mam pomysł! – zawołał Kubiak. – Jutro skrzykniemy ludzi z biura i to my im wniesiemy tę lodówkę. W ośmiu. Ale będziemy z forsą do przodu, niech no policzę… Ale niech panie nie uciekają! Adres potrzebny!
– Lodówkę zostawiły – wyjąkał zdumiony tata Łukaszka. – No nic, wracamy do pracy.
– Zaraz, chwileczkę, chyba nie chcesz tego tu tak zostawić – Kubiak tego wieczoru myślał wyjątkowo szybko. – Trzeba ją znieść na dół przed blok!
– Co? Po co? A niech sobie tu stoi…
– To ciekawe co powiesz żonie kiedy wróci, że cztery feministki przyniosły tutaj lodówkę, same, po czym ją porzuciły i uciekły, a ty…
Tata Łukaszka przerwał mu deklarując, że on może iść tyłem.
Wytargali lodówkę przed blok, a nawet załadowali ją do samochodu pań feministek. Bo one nie zdążyły jeszcze odjechać.
Nie umiały wyjechać tyłem z zatoczki.

Opowieść o uzależnionej

Cała ta historia o uzależnieniach i matematyce zaczęła się pewnego słonecznego wrześniowego poranka. Dozorczyni bloku, w którym mieszkali Hiobowscy, pani Sitko czyniła zadość swoim obowiązkom. Uwijając się pilnie na trawniku zezowała poirytowana na balkon mieszkania na parterze. Było to jej mieszkanie, a na balkonie siedział jej mąż. Pan Sitko rozłożył się na leżaku w jeszcze ciepłych promieniach słońca i sączył coś ze szklanki z błogą miną. I nie wiadomo co bardziej zirytowało panią Sitko: to, że ona pracuje a on nie, czy też właśnie owa błogość. W każdym razie zaprzestała pracy, wyprostowała się i zakrzyknęła ze złością w głosie:
– Co ty tam znowu pijesz?!
– Whisky, moja żono – odparł radośnie jej małżonek.
– Dżem! – wrzasnął ktoś wychodzący z bloku.
Pani Sitko się wystraszyła, a jej mąż… Jeszcze gorzej. Podskoczył na leżaku, który się pod nim złożył, upadł boleśnie na posadzkę balkonu, a szklanka upadła koło niego. Stłuc się nie stłukła, ale zawartość się wylała.
– Jaki dżem?! – pan Sitko ryczał wystraszony. Podniósł szklankę i zajrzał do niej. – Gdzie tu jest dżem?!
– Zespół taki – odezwała się ta osoba co ostatnio. Pan i pani Sitko spojrzeli i rozpoznali Łukaszka.
– Zespół taki – powtórzył ten ostatni. – Nagrali właśnie taką piosenkę.
– Nie wierzę! O nim??? – pani Sitko spojrzała na balkon i odjęło jej mowę. Pan Sitko bowiem usiłował zlizać rozlany płyn z balkonowych płytek.
– Whisky jest droga – usprawiedliwiał się. – Plastikowa butelka litrowa kosztuje w dyskoncie Stonka aż osiem euro!
Gniew pani Sitko był ogromny.
– Jesteś alkoholikiem – wycedziła zimno. – Jesteś uzależniony!
– Nie jestem!
– Jesteś!
– Nie jestem!
I nie wiadomo jak to długo by trwało gdyby nie pojawienie się kolejnych kilku osób. Konkretnie trzech. młoda kobieta, młody mężczyzna i starszy mężczyzna.
Młoda kobieta wyglądałaby tak jak wszyscy, gdyby nie jeden szczegół: miała makijaż na odwrót. Zamiast czarnych włosów i czerwonych ust miała czerwone włosy i czarne usta.
Młody mężczyzna wyglądałby tak jak wszyscy, gdyby nie jeden szczegół: kolor jego skóry oscylował gdzieś w rejonie RAL 1011,
Starszy mężczyzna wyglądał tak jak wszyscy.
I młoda kobieta odezwała się:
– Z uzależnionymi to już jest tak, że żaden się nie przyzna. Choćby był uzależniony to i tak powie, że nie jest.
Pan Sitko zamknął usta i zaczął intensywnie myśleć nad jakąś ripostą, a pani Sitko wzięła się pod boki.
– A pani co do tego?
– A czy to jest adres… – i tu młoda kobieta podała ich adres.
– Tak, a bo co?
– Jestem z organizacji feministycznej Czarne Jajniki – odparła uprzejmie młoda pani. – Poza tym reprezentuję czasopismo lewicowe Korniki Polityczne. Przyszliśmy tu do państwa w sprawie uchodźców. A konkretnie tego jednego – i pokazała na stojącego za nią młodego mężczyznę.
– Przecież rząd nie zgadza się na przyjęcie imigrantów – zauważył Łukaszek.
– To trzeba zmienić! – zakrzyknęła pani zaciskając pięści. – Taki rząd to nam niepotrzebny! Ominiemy go! Zastukamy do serc mieszkańców tego kraju. Niech oni przyjmą uchodźców do swych domów. Każdy jednego. Ile by się tu ich pomieściło!
– I co, i tego jednego my… – zaczęła się jąkać pani Sitko.
– Do naszej redakcji napisała mieszkanka tego domu – kontynuowała pani. – Jest bardzo za przyjęciem uchodźców na najniższym poziomie społecznym. Nie rząd, nie samorząd, nie organizacje, ale poszczególni mieszkańcy. Niestety, się nie podpisała.
– Ja go nie przyjmę! – krzyknął pan Sitko. – Gdzie on by spał, co? poza tym, jak z nim w ogóle gadać? Umie coś po polsku?
– Gvautu. Rimini – powiedział wolno młody mężczyzna.
– Rimini to nie po polsku – stwierdził Łukaszek.
– W związku z tym pytam panią, czy może pani zidentyfikować tę osobę…
Pani Sitko przeklęła w myślach mamę Łukaszka, a potem spojrzała na niego i wycedziła:
– No, nie wiem czy mogę…
– A ten trzeci pan to co? – odezwał się z balkonu pan Sitko, który miał lepszy prospekt.
– Trzeci? – młoda pani odwróciła się zaskoczona. – Myślałam, że jesteśmy we dwoje. A pan to kto?
– Jestem z ministerstwa – odparł starszy pan. – Monitorujemy ruch migrantów na poziomie rodzin. Sprawa tego pana jest już zamknięta.
– To uchodźca, a nie migrant! Ucieka przed wojną!
– Przecież przyjechał tutaj z Włoch. Tam nie ma wojny.
– Ale chcieli mu zrobić krzywdę!
– Jaką?
– Miał iść do więzienia.
– Tak? To chyba on komuś zrobił krzywdę – i starszy mężczyzna zwrócił się do młodego:
– Za co miał pan siedzieć?
– Gvautu. Rimini.
– No i sama pani widzi – triumfował starszy mężczyzna. – Ale niech się pani nie martwi. Ten pan, jak się on nazywa…
– Gvautu. Rimini.
– Tak, pan Gvautu Rimini dostał już azyl w Polsce.
– Co pan?! Naprawdę?! – nie dowierzała młoda kobieta.
– Tak. Nawet dostał już przydział meldunkowy.
– Jak to? Skąd wiecie w którym mieszkaniu mieszka ta pani, która do nas pisała?
Starszy pan uśmiechnął się lekko i wyjaśnił, że pan Gvautu Rimini nie będzie mieszkał w tym bloku.
– Ach tak? To gdzie?
Pan sięgnął po kartkę i odczytał:
– Siedziba redakcji czasopisma lewicowego Korniki Polityczne.
Pani opadła szczęka.
– Że co? Że jak?
– No przecież wy go wwieźliście do Polski, prawda?
– Tak, ale… On miał mieszkać gdzie indziej!
– Według najnowszej ustawy imigrant ma mieszkać u wwożącego go do Polski.
– Tak ginie demokracja deptana kaczymi łapami w brudnych butach! – zawyła młoda kobieta. – Niech pan mi powie chociaż, idą w ślad za nim jakieś fundusze? Granty? Dotacje? Nic? Zupełnie nic? No trudno, jakoś sobie poradzimy, dobre chociaż i to, ze pieniędzy będziemy dostawać tyle samo.
– Nieprawda! – zawołał Łukaszek. – Mniej! Przecież trzeba je rozdzielić na jedną osobę więcej!
Młoda kobieta wykonała kilka działań matematycznych na smartfonie i w jej oczach zapłonął ogień.
– Mniej! – wrzasnęła.
– Tyle samo – starszy mężczyzna wzruszył ramionami.
– Mniej!!!
– Tyle samo!
Młoda kobieta znów chciała krzyknąć, ale zamiast tego złapała się za gardło i zaczęła charczeć. Padła na chodnik wypięta w stronę migranta tym, o co najbardziej dbają lewicowi dziennikarze.
Młody mężczyzna oblizał się, szepnął:
– Gvautu. Rimini – i zaczął się rozbierać. Zdążył rozpiąć dwa guziki od koszuli, kiedy to pani Sitko trafiła go niechcący kijem od szczotki w okolice, z których słynie Rimini. Młody mężczyzna wydał z siebie zduszony kwik, po czym padł na trawnik. Padając uderzył głową w tabliczkę „zakaz wyprowadzania psów” i tak pozostał.
– Zobaczcie, ona chyba zasłabła – przejęła się pani Sitko. – Dzwońcie po karetkę!
Karetka przyjechała szybko. Wysiadł z niej lekarz i zaczął badać młodą panią. Młoda kobieta tarzała się po ulicy, wyła i wierzgała kończynami.
– Typowe – mruczał. – Narkomanka po odstawieniu używek. Co ona brała? Znowu dopalacze?
– Nic – odpowiedział Łukaszek. – To nie jest narkomanka. To lewicowa dziennikarka, która właśnie się dowiedziała, że będzie dostawać mniej pieniędzy.
– Wypraszam sobie, tyle samo – wtrącił starszy mężczyzna i pokrótce streścił problem. Załoga karetki się podzieliła. Lekarz uważał, że pani dostanie tyle samo pieniędzy. Kierowca, że mniej.
– Panowie! – huknęła pani Sitko. – Ta kobieta umiera! Może byście się nią zajęli!
– Co…? A! Tak – zreflektował się lekarz. – Zaraz jej podam dożylnie roztwór dwóch miligramów funduszy europejskich, Bierzemy ją do karetki gdzie dostanie kroplówkę z dotacją.
Zrobił jej zastrzyk i młoda kobieta z wolna zaczęła się uspokajać.
– Będzie dobrze, będzie dobrze – lekarz klepał ją delikatnie po dłoni. – W ośrodku się panią zajmą. Dostanie pani znieczulenie na wszystko, chirurg zrobi pani delikatne cięcie kosztów…
– A dokąd ją zabierzecie? – pan Sitko był ciekawy.
– Do ośrodka leczenia uzależnienia od państwowej gotówki.
I wszyscy zaczęli się rozchodzić. Załoga karetki zapakowała młodą panią na nosze, następnie do pojazdu i odjechała. Starszy mężczyzna pomógł wstać młodemu i zaprowadził go w stronę pętli tramwajowej, mieli jechać do siedziby redakcji. Nawet Łukaszek gdzieś poszedł.
Pan Sitko stał tak jeszcze na balkonie gdy uczuł, że ktoś trąca go w ramię. Obok na balkonie stała jego żona i podawała mu szklankę whisky.
– To dla mnie??? – pan Sitko był bardzo zaskoczony. – Podobno jestem uzależniony od alkoholu…
– Jaki tam z ciebie uzależniony – rzekła serdecznie pani Sitko. – No, masz, pij póki zimne.

Smoleńsk a WTC

Tak to już jest, że co innego rzeczywistość telewizyjna, a co innego ta prawdziwa. Ot, na ten przykład zombie. Opanowały media i kulturę masową. Coraz więcej było zombie w telewizji. Gotuj z zombie, podróżuj z zombie, taniec z zombie, nawet zombie plus size. I ludzie się przyzwyczaili, nikt bowiem nie myślał, że kiedykolwiek, gdziekolwiek takie zombie spotka.
Tak też myśleli Hiobowscy aż do wtorkowego popołudnia. Wtedy to bowiem przerażenie i terror opanowały ich mieszkanie. Bowiem to tata Łukaszka miałby podobno stać się zombie.
– E tam, wcale nie wygląda jak zombie – stwierdził Łukaszek.
– Ale się tak zachowuje – upierała się siostra Łukaszka. – Zobaczcie zresztą sami!
Hiobowscy spojrzeli i powoli zaczęli się uspokajać. Tata Łukaszka, owszem, zachowywał się dziwnie. Ale na pewno nie jak zombie. Snuł się po mieszkaniu z gazetą w ręku, zaglądał czasem do niej, patrzył niewidzącym wzrokiem, odbijał się od ścian i mebli, a także mamrotał do siebie coś niezrozumiałego.
– Co on właściwie czyta? – zainteresowała się siostra i zajrzała mu przez ramię. – O! World Trade Center! Ale to już przecież było i to ze dwadzieścia lat temu. Co, teraz się dowiedział?
Tata Łukaszka gwałtownie oprzytomniał i wyrzucił siostrę za drzwi.
Rodzina zażądała wyjaśnień.
Tata już sprawiał wrażenie bardziej przytomnego, aczkolwiek nadal było widać po nim ślady przebytego wstrząsu psychicznego. Był blady, trzęsły mu się ręce, mylił słowa. Zasiadł za stołem, rozłożył nad nim gazetę i oparł czoło na dłoniach.
– Katastrofa – wzdychał. – Kompletna katastrofa.
– O tak – mama Łukaszka czule przytuliła się do jego pleców. – Wreszcie. No wreszcie zobaczyłeś jak wygląda wymiar sprawiedliwości pod rządami obecnie rządzących.
– Chodzi mi o to, co będzie – sprostował słaby głosem tata.
– A, to chodzi ci o szykowane reformy?
– Nie, chodzi o World Trade Center – i tata dodał po chwili:
– I o Smoleńsk.
– Co ma wspólnego jedno z drugim? – prychnął dziadek Łukaszka.
– Ano ma. Jak zapewne wiecie Amerykanie wcale nie są tacy fajni…
– Wiemy – powiedziała z dziwną zaciętością w głosie babcia Łukaszka.
– …i nie cofną się przed niczym aby zdobyć wiedzę, zwłaszcza militarną.
– A jak, zabrali dokumentację pseudomedycznych eksperymentów z obozów, podbój kosmosu rakietami szykował im von Braun…
– Wiecie też zapewne, że jakiś czas temu Polska wystąpiła do Ameryki z prośbą o pomoc w śledztwie smoleńskim.
Hiobowscy to też wiedzieli każdy skomentował to po swojemu.
– Polska przesłała wszystkie dokumenty, między innymi raport Lacieja-Maska – kontynuował tata. – I stała się rzecz straszna.
– Jednak zamach! – dziadek klasnął w dłonie. – Doszli do tego, że tam w Smoleńsku był zamach!
– Nie. Znacznie gorzej. Uznali, że raport Lacieja-Maska jest prawdziwy.
– Co? – zdumiał się Łukaszek. – Przecież nawet u nas mało kto wierzy…
– Bo to nie jest do wierzenia! – zakrzyknęła triumfująco mama Łukaszka. – To czysty kondensat nauki! Cha cha!
– Ale pewno nie wiecie, że Amerykanie zamierzają postawić dwie nowe wieże – tata westchnął ciężko. – Jeszcze większe.
– Jeszcze większe? – głos babci był pełen ironii. – Ciekawe jak je tym razem zabezpieczą przed samolotami. Zaraz… Raport Lacieja-Maska… Nie… Chyba nie chcesz powiedzieć, że… To byłoby niemożliwe…
– Wybudują je w technologii szkieletu drewnianego – zachrypiał tata, przełknął ślinę i dokończył:
– Z brzozy.

Autorytety w szkole, część 4

Klasa Łukaszka siedziała pilnie w swoich ławkach ku irytacji i pisała ku irytacji pani od geografii.
– Może byście się zainteresowali tym, co mówię? – nie wytrzymała w końcu.
– Pani daruje, ale to co pani mówi niewiele ma wspólnego z geografią – odpowiedziała dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza.
– Jak to nie? Geografia to nie tylko góry i morza. To też środowisko, a zamieszkuje je ludzie, a ludzie to też ruchy ludnościowe, migracja…
– No właśnie. Większych głupot dawno nie słyszałam.
– Głupot?! – pani zawrzała gniewem. – Nazywasz głupotą to, uchodźcy z Afryki usiłują się dostać do Polski?
– Oczywiście, to imigranci zarobkowi, którzy chcą się dostać do Niemiec, a Niemcy nie wiedzą co z nimi robić i chcą ich wepchnąć do Polski.
– Wiedzą ci z nimi zrobić, ale im nie wolno – zadudnił nad kartką papieru Gruby Maciek, po czym dostał naganę za sianie mowy nienawiści.
– Zapamiętajcie sobie raz jeszcze! – pani od geografii stukała palcem w mapę. – Do Polski usiłują się dostać uchodźcy z Afryki Północnej! Na przykład z Maroka! Uciekają przed wojną!
– Z Maroka? Przed wojną? Pontonem? Niemożliwe – dziewczynka pokręciła głową. – Nawet Heyerdahl by czegoś takiego nie dokonał.
– Dlaczego? – pani od geografii zaczęła wodzić palcem po mapie. – Tędy uciekają… Tu się wodują… Morze Śródziemne… Atlantyk… Mały Bełt…
– Co to jest Mały Bełt? – zapytał zaciekawiony okularnik z trzeciej ławki.
– Takie wino, dozorca mojego bloku uwielbia – wtrącił się Łukaszek.
– To wino, to cieśnina! – pisnęła oburzona pani.
– A nie, sorry, on pija Wielki Bełt.
Pani od geografii jęknęła głucho i kontynuowała wędrówkę.
– …Mały Bełt… Bałtyk… Kołobrzeg
– To niemożliwe – kręciła głową dziewczynka.
– Dlaczego?
– Bo w Maroku nie na wojny!
Kiedy pani kończyła wpisywać uwagę do dzienniczka dziewczynki otworzyły się drzwi. Weszli pan dyrektor, pani wicedyrektor i jeszcze jakaś pani. Ta trzecia osoba była brzydko ubrana i brzydko umalowana. Rozmawiali.
– …nie, na chwilkę tylko, co, zły pomysł? – mówił pan dyrektor. – Dzień dobry, dzieci.
– Dzień… Do… Bry…
– Przedstawiam wam gościa, światowy autorytet o lokalnym zasięgu. Pani wpadła do nas porozmawiać o organizowanym przez siebie marszu aktywistek pod nazwą Parada Pasztetów. Proszę bardzo. Są pani.
– Witajcie dzieci – odezwała się ciepło pani aktywistka. – Jestem wegecyklofemizołzą. A wy?
– A my jesteśmy normalni – odparła uprzejmie przewodnicząca klasy Melissa i przekonała się, że uprzejmość nie popłaca, bo dostała naganę.
Pani aktywistka zaczęła im opowiadać o tym jak pięknie jest walczyć o prawa kobiet. Zwłaszcza o prawo do aborcji. Uczniowie nie wykazywali specjalnego zainteresowania, woleli ślęczeć nad swoimi kartkami.
– Jesteście niegrzeczni – zwróciła im uwagę pani wicedyrektor. – Pani wam swoje życie opowiada, a wy macie je brzydko mówiąc w dupie.
– Jej macica, jej sprawa – odparł Gruby Maciek kreśląc coś zawzięcie.
– Hiobowski, może ty byś z panią pogadał? – zapytał podejrzanie słodko pan dyrektor.
– Nie mogę, zajęty jestem.
– Lekcje – usiłowała ratować sytuację pani od geografii.
– Zresztą, lepiej będzie dla tej pani jeśli z nią nie porozmawiam.
– A to dlaczego? – zaciekawiła się pani aktywistka.
– Bo to skończy się dla pani traumą i bólem.
– Uderzysz mnie? No, no, typowe polsko-katolickie podejście do kobiet. Pewno wyniesione z domu.
– Skądże znowu, użyję czegoś gorszego, użyję argumentów i logiki, to nie pozostawia śladów na ciele, ale na duszy i umyśle. Pozostaje długo i boli straszliwie.
– Ból! – zaśmiała się pani. – Chłopcze, co ty wiesz o bólu?
– Wszystko. Jestem uczniem polskiej szkoły.
– Prawdziwy ból, to ból porodowy. Dwa razy rodziłam, to wiem. Nie rodziłeś to nie wiesz, to się nie wypowiadaj w tym temacie.
Cisza.
– Dlaczego milczysz? – spytał pan dyrektor.
– Pani sama chce żebym się nie wypowiadał, więc… – Łukaszek nawet nie podniósł głowy znad swojej kartki
Pani wicedyrektor się zagotowała.
– Co to za zachowanie?! Co za skrobiecie po tych kartkach! Może podnieś głowę jeden z drugim, jak rozmawiamy? Nad czym wy tak ślęczycie?
– Ja nad religią – westchnął Łukaszek.
Pani aktywistka wybuchnęła szyderczym śmiechem i zaczęła krytykować religię.
– Pani jest wierząca?
– Oczywiście, że nie!
– Więc nie wolno pani krytykować. Tylko osoby, które wierzą mogą krytycznie oceniać religię.
– Robicie religię na geografii? – zdumiała się pani wicedyrektor.
– Nie wszyscy, tylko ja. Maciej na ten przykład robi matmę…
– Plan lekcji piszemy – wyjaśnił wreszcie okularnik.
– Dlaczego wy??? Przecież już jest??? – zdumiała się pani wicedyrektor.
– Ten co jest co jest taki, że chyba gorszy być nie może. Więc podzieliliśmy się tak, że każdy ma jeden przedmiot i piszemy go na nowo.
– Dacie radę? Przecież to strasznie skomplikowane. Tym powinien się zająć program komputerowy…
– Plan lekcji był robiony w programie komputerowym – odparł z godnością pan dyrektor.
– Tak, Excel też program…
– W profesjonalnym programie komputerowym.
– Chyba profesjonalnie ściągniętym z jakiejś strony z demami – skomentował Łukaszek. – Przecież widać, że…
– Aborcja! – zawołał pan dyrektor. – Mówiliśmy o aborcji!
Pani aktywistka wróciła do tematu i zaczęła dyskutować z klasą. Ze strony uczniów padały standardowe argumenty. Że dziecko zabito.
– To nie jest dziecko!
Że ból.
– Nic mnie nie bolało!
Że trauma dla matki.
– W życiu lepiej się nie czułam!
Klasa popadła w apatię. Pani triumfowała.
– No i co? No i co? Nic mi nie zrobicie! Niczym mnie nie przekonacie! Mam rację! Jestem bohaterką! Jestem zwycięska! A ty – pani aktywistka zwróciła się do Łukaszka. – Nic nie powiesz?
– Naprawdę mam pani coś powiedzieć? – Łukaszek odłożył swoją kartkę i sięgnął po kolejną, pustą oraz po kalkulator. – no dobrze, sama pani tego chciała. Mówiła pani, że ma dwójkę dzieci, tak? A kiedy pani zrobiła tą aborcję? Acha.
Łukaszek wykonał kilka działań na kalkulatorze, po czym napisał coś na kartce. Podszedł do pani aktywistki i podstawił jej kartkę pod nos.
– Co to jest? – wystraszyła się pani. – Co to za cyfra?
– Po pierwsze, to nie cyfra tylko liczba. A po drugie, to są pieniądze.
– Co, mam to zapłacić?
– Nie, tyle pieniędzy pani dostanie.
Pani aktywistka się uśmiechnęła.
– To znaczy: dostałaby pani z programu pięćset plus. Ale ich pani nie dostanie.
Uśmiech zniknął niczym starty gąbką.
– Nie dostanę? Dlaczego?
– No bo dokonała pani aborcji. Nie jest pani żadną bohaterką. Większego frajerstwa w życiu nie widziałem. Nie, nie zabrali pani tych pieniędzy. sama je pani sobie zabrała. A to były pieniądze… – Łukaszek nachylił się do ucha zmartwiałej i bladej pani aktywistki – …państwowe.
Trzy minuty później pan od matematyki i pan woźny wywlekali panią aktywistkę z klasy. Pani wyła, płakała i krzyczała. Że ból zabranych jej przez państwo państwowych pieniędzy pali jej macicę żywym ogniem i ten ból jest nie do zniesienia.
– Tego sposobu nie znałem, muszę zapamiętać – rzekł z uznaniem pan dyrektor po czym spojrzał na zegarek. – Dwanaście minut. Wygrałem. Stówa moja.
Pani wicedyrektor zgrzytnęła zębami, po czym sięgnęła do kieszeni po portmonetkę.
– Założył się pan??? – pani od geografii była osłupiała.
– Tak, że Hiobowski ją zniszczy w kwadrans – pan dyrektor wziął od pani wicedyrektor pieniądze i wyszedł.
Pani od geografii zrobiło się słabo i musiała usiąść.
– Boże, żeby założyć się o coś takiego to chyba tylko faceci potrafią. Tylko facet może być taką świnią.
– No no – odezwał się Łukaszek. – Mogę udowodnić, że jest inaczej.
– Ty milcz! akurat byś potrafił! – ekslopodowała gniewem pani od geografii.
Wzrok pani wicedyrektor zrobił się jakiś taki chytry. Przysunęła się do pani od geografii i szepnęła:
– A nie chce się pani założyć? O stówę.

Mama Wiktymiusza w Paryżu

Wszyscy w bloku zaniemówili i popatrzyli na mamę Wiktymiusza. Jedni z szacunkiem, inni z zazdrością, jeszcze inni z przerażeniem.
– Może pani powtórzyć? – poprosiła pani Sitko.
– Lecę do Paryża – powtórzyła z dumą lekko drżącym głosem mama Wiktymiusza.
– Teraz??? – spytał z niedowierzaniem pan Sitko.
– No, nie teraz. Za dwa dni.
– To szaleństwo – pokręcił głową tata Łukaszka. – Nie słyszała pani co się tam dzieje?
– Niech ich pani nie słucha – wtrąciła się mama Łukaszka. – Zazdroszczą pani i tyle! Niech pani jedzie. Ach, jak pani zazdroszczę! Francja, duże, europejskie, nowoczesne państwo. Paryż, zabytki, zobaczy pani wieżę Eiffla…
– Nie zobaczy – poinformował Łukaszek. – Wiosną skończyli budowę muru. Wejść można tylko za specjalnym zezwoleniem.
– Ja nie będę zwiedzać – oznajmiła mama Wiktymiusza. – Lecę do znajomej, mamy się tam spotkać z kilkoma ciekawymi osobami. Państwo wybaczą, ale idę pakować walizkę!
– Wybaczamy!

…biegły. Biegły tak długo i tak szybko aż już naprawdę nie mogły. Padły na chodnik pod ścianą jakiegoś budynku i łapczywie wciągały przez otwarte usta nocne powietrze.
– Moja walizka! – łkała mama Wiktymiusza. – Wszystko tam miałam! Jak ja teraz będę…
– Cicho! – syknęła znajoma. – Bo nas usłyszą i znajdą! Przestań ryczeć, masz dokumenty i telefon w płaszczu, jak ci kazałam, tak?
– Tak.
– No i bardzo dobrze. A walizką się nie przejmuj. Trzeba było im coś rzucić, żeby opóźnić pościg. Życie ważniejsze.
– Mogłaś mnie uprzedzić! – mama Wiktymiusza nie dawała za wygraną.
– Jeszcze czego! nic by się nie stało, gdybyś stosowała się do moich wskazówek!
– Stosowałam się!
– To gdzie masz hidżab?
– Myślałam, że to tylko taka sugestia…
– Sugestia! Miałaś czelność chodzić po lotnisku z odsłoniętymi włosami!
– Przecież Francja to wolny kraj!
– Wolny, ale nie wolno denerwować większości muzułmańskiej! Chodź, idziemy!
– Do metra?
– Nie, już po dwudziestej. Policja już poszła, w metrze teraz gwałcą. Idziemy pieszo.
Skradały się ostrożnie pustymi, wymarłymi, ciemnymi ulicami. Nad dachami mrok nocy rozjaśniała łuna płonących domów na sąsiedniej ulicy. Nikt nie gasił.
Skręciły w lewo, w główną ulicę. Uszły kawałek, gdy za nimi rozbłysły mocne światła i rozległ się warkot motoru.
– Ciężarówka!!! – znajoma obejrzała się i błyskawicznie pociągnęła mamę Wiktymiusza w bok. Przykucnęły za olbrzymim betonowym blokiem, jakich stało mnóstwo na ulicach. Potężny pojazd z ogłuszającym hałasem przejechał obok nich.
– Uff… – znajoma wstała. – Na szczęście nie zauważył nas i nie zawrócił.
– Nie przesadzasz aby? – mama Wiktymiusza wzruszyła ramionami.
Znajoma spojrzała krzywo i pociągnęła ją za sobą.
Kluczyły tak po ulicach jeszcze dobry kwadrans. Wreszcie weszły do jakiegoś domu, wspięły się po schodach. Znajoma zastukała do drzwi w umówiony sposób.
– Hasło – rozległo się zza drzwi.
– Che Guevara wiecznie żywy – rzekła cicho acz wyraźnie znajoma.
Drzwi uchyliły się i weszły do środka.
W elegancko urządzonym mieszkaniu była już grupa ludzi. Mężczyźni wszyscy bez wyjątku brodaci i w okularach. Kobiety brzydko wymalowane i w okropnych strojach.
– witam koleżankę z Polski – do mamy Wiktymiusza podszedł gospodarz. – I jak się pani skomentuje ten terror.
– Straszne, coś okropnego – wybąkała mama Wiktymiusza myśląc o Paryżu.
– Ma pani absolutną rację – zgodził się gospodarz myśląc o Polsce. – Czy wszyscy już są?
– Pierre nie dotrze – odezwała się jakaś pani odkładając telefon. – Kiedy szedł tutaj trafił na grupę muzułmanów wychodzących z meczetu przy Rue Merde. Ale spokojnie, będzie żył. Pozostanie mu tylko blizna na gardle. Więc nie histeryzujmy.
– Zaśpiewajmy więc nasz hymn – zaproponował uroczyście gospodarz.
Wszyscy stanęli w koło i chwycili się za ręce. Po chwili zaczęli coś myczeć. Po dobrej minucie mama Wiktymiusza skojarzyła – to było Imagine.
– Dlaczego tak cicho? – spytała znajomą gdy skończyli śpiewać.
– Sąsiedzi to uchodźcy. Głośny śpiew mógłby ich urazić.
– Jest wśród nas nowa osoba – oznajmił wszystkim gospodarz. – Przyjechała z Polski. Wszyscy wiemy jak tam jest. Spójrzcie tylko na nią jaka przerażona. Niech pani się odpręży, moja droga, jest pani w wolnym kraju. Tutaj nic nie grozi za szerzenie idei skrajnie lewicowych. Niech nam pani opowie jak się żyje w tej pozbawionej demokracji i wolności słowa faszystowskiej Polsce.

Sprawcy z Rimini

Hiobowscy patrzyli w kompletnym osłupieniu na to, co wyprawia mama Łukaszka. A wyprawiała ona rzeczy straszne. Mięła w rękach „Wiodący Tytuł Prasowy”.
– Straszne rzeczy to wyprawia ten kraj na odcinku tak zwanej sprawiedliwości! – eksplodowała mama Łukaszka, kiedy zwrócili jej uwagę. – Zabili więźnia!
Hiobowscy zażądali wyjaśnień.
– Tu, o tu – mama machała pomiętą gazetą. – Jeden ze sprawców gwałtu i napaści w Rimini zmarł niedawno w polskim więzieniu!
– Jaki gwałt w Rimini? – spytał dziadek.
– No jak to jaki, sprzed pięciu lat, cała Polska tym żyła!
– A czemu żyje tym teraz?
– Bo ci sprawcy trafili do tego kraju, tu zostali osądzeni i osadzeni – przypominała mama Łukaszka. – I w związku z tym, że minęło okrągłe pięć lat, organizacja feministyczna „Chcę Być Zgwałcona” postanowiła to uczcić…
– Upamiętnić – podpowiedziała lodowatym tonem babcia Łukaszka.
– …upamiętnić te wydarzenia. Chciano też sprawdzić czy sprawcy się zresocjalizowali. Członkinie organizacji chciały zabrać chłopców do Rimini na plażę. Tam odbyłby się piękny happening polegający na malowaniu kredkami przeciwko gwałtom, a potem w planach był romantyczny wspólny długi spacer około pierwszej w nocy.
– Nie da się malować kredkami po plaży – zauważył Łukaszek.
– I to mówi mój własny syn! – mama załamała ręce. – Mówisz jak faszysta! We wszystkim tylko wynajdujesz problemy! Byłeś na plaży w Rimini?
– Nie.
– Więc się nie wypowiadaj! A może się da? Tylko ci co byli na plaży w Rimini mają prawo krytykować!
– A co z tym sprawcę? – przypomniała wystraszona siostra Łukaszka. – Czy ten zmarły naprawdę nie żyje?
– No chyba – burknęła mama. – Zobaczycie co się będzie działo! Już Unia Europejska raz interweniowała w ich sprawie! I to jak! chodziło o tortury! Wiceminister sam osobiście je wybrał i nakazał!
– Jakie tortury?! – tata Łukaszka zaczął się śmiać.
– Płyta z kolędami nagrana przez organistę z Pawełkowic!
Tacie śmiech zamarł na ustach.
– Słyszałem kiedyś kawałek „Lulajże Jezuniu” z tej płyty – dziadek Łukaszka pobladł i wytarł spocone czoło. – Znajomy ją stosuje w pracy. Zajmuje się deratyzacją. Szczury rzucają się z okien, nawet mrówki uciekają. Podobno muzułmanie wolą zjeść wieprzowinę niż słuchać jej drugi raz.
– To jak oni mają tak dobrze, że nawet unia wstawia się za nimi, to skąd ten raban? – mruknęła babcia Łukaszka.
– Bo go zabili! Jednego ze sprawców! Cały czas wam o tym mówię! Wiceminister osobiście go wykończył!
– O, na to trzeba mieć dowody – wtrącił poważnie tata Łukaszka.
– Dowody są! Tu! – mama potrząsnęła gazetę, która obecnie przypominała już szmatę. – Anonimowy świadek słyszał jak inny anonimowy świadek widział, jak wiceminister mu coś czytał!!
– Eee… – wzruszyli ramionami Hiobowscy. – Czytał a zabił…
– Ale wy nie wiecie co on mu czytał! – krzyczała podekscytowana mama Łukaszka.
– Wiemy. Jest już w internecie – Łukaszek sięgnął po telefon. – Wiceminister poszedł do jednego ze sprawców, który szczególnie nie okazał skruchy. Po czym powiedział mu, że nawet jak Unia doprowadzi do jego przedterminowego zwolnienia, to nie ma u nas czego szukać. Mężczyźni w Polsce niczego się nie boją. I na dowód tego przeczytał mu wpisy z forum wegańskiego. „Och jejq, do wegańskich klopsików w restauracji nie dają już wegańskiego sosiq!”. No i jak mu to przeczytał to ten gościu umarł.
– Umarł?
– Tak, ze śmiechu.

Program piłka nożna plus

Dziadek, tata i Łukaszek patrzyli w skupieniu na ekran telewizora. Babcia patrzyła z niedowierzaniem, mama z ironią. Siostry nie było.
Trwały ostatnie sekundy meczu piłki nożnej Polska – Dania. Arbiter spojrzał na zegarek i…
– Jest! Koniec! – wrzeszczał dziadek Łukaszka.
– Wygraliśmy! – wtórował mu tata Łukaszka.
– Cztery do zera – Łukaszek uśmiechnął się szeroko. – Kolejny mecz bez porażki. Moja metoda działa.
– Jaka twoja metoda? – pytała czujnie babcia.
– No, moja metoda na wygrywanie meczy. Napisałem do Prezydenta…
– Jak to do Prezydenta? Którego?
– No, do Dudrzeja-Andy. I widocznie mu się spodobał mój list, bo wdrożył wszystkie detale w nim zawarte w życie…
– Co ty za bzdury opowiadasz! – zirytowała się mama Łukaszka. – Jest wiele rzeczy, które zniosę pod własnym dachem, zniosę to, że obcuję z katolikami, którzy mogą mnie zgwałcić, że sypiam z faszystą, który neguje winę Polski w rozpętaniu drugiej wojny światowej, że jadam przy jednym stole z komunistami, którzy podważają rolę Kisława-Czeszczaka w pokojowych przekształceniach w tym kraju, że mój syn jest nacjonalistą, który woli Polskę niż Unię Europejską, do której już Mieszko Pierwszy pierwszy dążył, ale kłamstwa pod moim dachem nie zniosę!
– To nie jest twój dach – odparła babcia lodowato. – Tylko mój i dziadka. Jak to było…? Kłamstwa nie zniosę…?
– Łukasz, dla świętego spokoju przyznaj, że żartowałeś z tym listem – poprosił tata, ale nagle w telewizji zapowiedziano pomeczowy wywiad z trenerem kadry.
– Już do nas idzie – relacjonował podniecony do granic reporter. – Wszyscy go poklepują, wszyscy mu gratulują… A oto i on! Proszę państwa, moim rozmówcą jest komandor rewident Nadam-Awałka!!
– Witam pana, witam państwa.
– Panie trenerze, wspaniały mecz, wspaniała gra i co najważniejsze wspaniały wynik! A przypomnijmy, że jest kolejny mecz wygrany z rzędu!
– Tak. Dziękuję, cóż, gra się ułożyła po naszej myśli.
– Jak pan to robi? Jak wy to robicie? Że cały czas wygrywacie i wygrywacie?
– Cóż, to efekt programu piłka nożna plus wdrożonego przez rząd na początku tego roku…
– Mówi pan o ustawie dotyczącej reprezentacji, przez którą mamy tyle problemów z Komisją Europejską?
– Ustawa też, ale ten program to coś więcej. Zaczęło się od tego, że reprezentację Polski w piłce nożnej przejęły Ministerstwo Obrony i Ministerstwo Finansów. Trenera wybierał Prezydenta spośród trzech kandydatów zaproponowanych przez Trybunał Konstytucyjny…
– I wybrał pana.
– Tak, ale musiałem zrobić kurs księgowości i kurs wojskowości.
– A dlaczego akurat marynarka wojenna?
– Bo dobry trener powinien być dobrym sternikiem.
– Patrząc po wynikach jest pan bardzo dobrym sternikiem, ale krążą plotki, że sternikiem bardzo niekonwencjonalnym.
– Powiem tak: moim zwierzchnikiem jest Prezydent RP, który przekazał mi swoje wytyczne. Otrzymał je w pewnym liście…
– Ach, ten tajemniczy list… Czy on istnieje?
– Tak, panie redaktorze. Mogę potwierdzić. Powiem więcej, ja go czytałem w obecności pana Prezydenta.
– Kto jest jego autorem???
– Tego nie mogę zdradzić. Wiem jedynie, że kibic. I w tym liście była zawarta uwaga, żeby…
– …żeby…
– …żeby nie stosować żadnej strategii i żadnej taktyki. Po prostu improwizujemy. Dopasowujemy się do przeciwnika. Mamy przećwiczone wszystkie warianty i po prostu podążamy na nimi.
– Ma to sens???
– Patrząc po wynikach ma. Poza tym przeciwnikowi odpada bardzo ważny element zaskoczenia. No i nieważne ile razy będą zmieniać ustawienie w trakcie spotkania, my i tak się dopasujemy.
– Podobno w tym tajemniczym liście było o wiele więcej uwag co do prowadzenia kadry.
– Tak, i stosujemy się do wszystkich. Ja wiem że to może śmiesznie brzmi i z początku myślałem, że to bardzo nieprofesjonalne. Że jakiś dyletant, kibic, co to piłkę tylko oglądał na ekranie albo na stadionie, ma nam mówić co zrobić. Ale te uwagi nie są nawet związane z piłką. Bardziej z zarządzaniem ludźmi. I niech pan sobie, panie redaktorze wyobrazi, to wszystko świetnie działa.
– Może powie pan coś więcej o tych zasadach, może uda się je wprowadzić w innych dziedzinach sportu…
– O, wszyscy chyba już je znają. Ale mogę ja pokrótce przypomnieć. Po pierwsze, co prawda piłkarze nie są zmobilizowani, ale nie mogą odmówić przyjęcia biletu do kadry. Wręcza go Żandarmeria Wojskowa. Przed meczem wszyscy piłkarze wpłacają pieniądze na specjalne konta.
– W jakich kwotach?
– To są ich wszystkie zarobki od czasu ostatniego meczu kadry.
– Wpłacają i…?
– I grają. Jeśli zremisują, to te pieniądze dostają z powrotem.
– Zaczynam rozumieć. Jeśli przegrają to je tracą?
– Tak. Idą na fundusz socjalny PZPN.
– Za to jesli wygrają…
– Dostają podwójną kwotę.
– Mamy na to pieniądz???
– Mamy.
– Skąd???
– Od kibiców. Zdziwiłby się pan ilu ludzi wpłaca i jakie kwoty!
– Wie pan, ale są piłkarze, którzy tyle zarabiają, chociażby z reklam, że dla nich te kwoty, które mogą stracić nie działają…
– I na to mamy sposób. Jakiekolwiek sesje reklamowe piłkarzy odbywają się wyłącznie w dzień po meczu kadry.
– Sesje trenera też, słyszałem.
– He he he, no trenera niestety też.
– I taka motywacja finansowa zawsze działa?
– Nie zawsze, to prawda. W takim przypadku stosujemy jeszcze dwa rozwiązania. Na zgrupowania kadry sprowadzamy babcie, teściowe i sąsiadki piłkarzy. Bardzo to motywuje szczególnie podczas treningów, które są prowadzone wyłącznie w gronie kadrowiczów. Niektórzy to wręcz nie schodzą z boiska.
– A to drugie rozwiązanie?
– W przypadku przegranej aż do następnego meczu blokowane są wszystkie konta społecznościowe żon i partnerek piłkarzy. Facebook, Twitter, Snapchat, Instagram…
– Jak to zrobiliście??? Nawet Chiny tego nie mają!
– Poprosiliśmy administratorów.
– I się zgodzili???
– Tak.
– Ale co pan opowiada, tak bez niczego się zgodzili?
– Wystarczyło zapłacić.
– Mamy na to pieniądze?
– Mamy.
– Niech zgadnę: kibice?
– Żony kibiców…
– No tak, ale to właśnie blokowanie Komisja Europejska uznała za naruszenie praworządności i grozi Polsce sankcjami. Europosłowie z Podestu Oligarchów wręcz o to zabiegają.
– Cóż panie redaktorze, w takim momencie widać komu leży na sercu dobro polskiej piłki a komu nie.
– Bochał-Mini zaproponował wczoraj przyłączenie polskiej ligi do Bundesligi.
– Pomijając fakt, że zaproponował to pierwszego września, pozwolę sobie zauważyć, że nie ma to większego sensu. Bundesliga pikuje. Kiedyś to była liga, ale obecnie… Proszę pana, jeżeli w zeszłym sezonie król strzelców Bundesligi, Abdullah von Krankenhaus potrzebował zaledwie pięciu goli, żeby otrzymać ten tytuł, to o czym my mówimy?
– Dziękuję bardzo za rozmowę panie trenerze.
– Panie redaktorze, momencik, pozwolę sobie jeszcze podziękować owemu kibicowi, który nam tak świetnie doradził.
I trener powiedział prosto do kamery:
– Dzięki, Łukasz!!
Hiobowscy w osłupieniu odwrócili się i spojrzeli na Łukaszka.
Ale Łukaszek wcale nie wyglądał na dumnego czy zadowolonego. Wyglądał tak jak reszta rodziny. Miał otwarte usta i wytrzeczone oczy. Tylko, że patrzył w drugą stronę, na odbiornik.
– Patrzcie – jęknął. – Tam…
Na ekranie była siostra Łukaszka. Roześmiana, błyszcząca, w rozwianych włosach, emanująca wewnętrzną radością i zewnętrznym pięknem. Odziana była skąpo i seksownie, a jej śliczne ciałko tu i ówdzie było udekorowane barwami narodowymi. Na dole ekranu śmigały paski z esemesami.
– Co ona tam robi?! – wykrzyknęła mama Łukaszka.
Do siostry podszedł reporter.
– Podobał się pani mecz?
– Tak! – odparła z entuzjazmem siostra.
– Gratuluję pani, bowiem w esemesowej sondzie naszych widzów została pani wybrana Miss Meczu!
– Yay! Dzięki! Kisolki!
– Bardzo się pani cieszy.
– O tak, bardzo! A najbardziej z tego, że nasze reprezentacja kolejny raz z rzędu wygrała!
– Nie wiedziałem, że z pani taki kibic.
– To też, ale mój chłopak obiecał mi, że jak Polska wygra to spełni każde moje życzenie!
– Ho ho, pewno jakiś milioner! Czego pani zażąda? Stroju? Wycieczki? Samochodu?
– Żaden tam milioner, nieśmiały na dodatek. Więc wymyśliłam sobie, że zażądam…
Siostra zawahała się po czym zaczęła opowiadać reporterowi na ucho. Mówiąc stukała palcem jednej dłoni o drugą dłoń. Reporter się zaczerwienił i aż mu mikrofon w ręce urósł.
– Niestety, proszę państwa, jest jeszcze przed dwudziestą trzecią, więc nie możemy państwu opowiedzieć o tym życzeniu. A jest ono takie, że… Że aż mu zazdroszczę. A proszę pani, jest to w ogóle możliwe?
– Koleżanki pomogą! – wypaliła siostra radośnie.
– A… Khm… Tego… Ma pani może numer do którejś z koleżanek? Prywatnie pytam…
Ekran zamigotał i wszystkie paski z esemesami zmieniły się na „dajcie numery do koleżanek”.

Tak, to byli Niemcy

– Tak, to byli Niemcy.
Głos wybrzmiał niezwykle głośno, z lekkim echem, jak to przez głośniki. A potem zapadła cisza. I jak Polska długa i szeroka przez kraj przetoczyła się fala stukotu. Opadały sztućce, jeśli ktoś akurat jadł. Opadały szczęki, jeśli ktoś miał. Opadały wreszcie ręce, jeśli nie zostało już nic innego. Tu i ówdzie w polskim oddziale niemieckiego medium rozlegało się upiorne wycie.
U Hiobowskich opadła jedna szczęka (babcia), łyżeczka do herbaty (tata Łukaszka) i trzy pary rąk (mama Łukaszka, siostra Łukaszka i sam Łukaszek).
A dziadek Łukaszka?
Dziadek siedział na kanapie za skrzyżowanymi na piersi rękami i patrzył spode łba na telewizor.
– Ja tam im nie ufam – powtarzał w kółko. – To Niemcy.
– Przecież sam słyszysz, mówią to na Westerplatte – powtarzała w kółko zachwycona babcia.
…na Westerplatte łopotały flagi. Mnóstwo ważnych gości, telewizje. Przemówienia. Akurat trwało jedno z nich.
– Tak, to byli Niemcy – powtórzył przedstawiciel zachodniego sąsiada Polski. – To Niemcy zaatakowali Polskę. To niemieckie były obozy. To Niemcy zabijali Żydów. Trzecia Rzesza była państwem niemieckim. To Niemcy powinni zapłacić reparacje wojenne Polsce. – O Jezu – jęknęła mama Łukaszka.
– Skończmy z tymi bzdurami o Nazistach. Ich nie ma i nie było. To było państwo niemieckie. Nazistów wymyślono tylko po to, by oderwać winę od Niemców i skierować ją na kogokolwiek bądź. Nawet na Polaków.
Flagi pięknie w słońcu łopotały. Jakiś reporter z Najlepszej Telewizji notował pilnie: „To byli naziści!!!”.
– Niemniej jednak muszę zaprotestować przeciwko łączeniu naszego państwa z tymi zbrodniami przed lat. Tak, to prawda, że dopuścili się ich Niemcy, lecz obecnie w Niemczech już prawie ich nie ma. Trudno przecież za rzeź Woli obwiniać kogoś, kto urodził się po wojnie, całe życie mieszkał w Syrii i dopiero kilka lat temu przyjechał do Niemiec. My, ludzie mieszkający w Niemczech, nie mamy z tym nic wspólnego. To nie my. To Niemcy. Tak, słyszę opinie, że przecież ciągłość państwa… Ale nasze państwo powstało dopiero rok temu! Chciałbym też przy okazji zapewnić, że nie zamierzamy w żaden sposób rewidować granic Polski. Nas to nie interesuje. Nas interesuje cały kontynent. Nas interesuje Europa jako jedność. Europa taka jak my. Dlatego też z niepokojem przyglądamy się Polsce i temu jak ona niszczy w sobie demokrację i praworządność. Byliśmy cierpliwi, ale nie możemy cały czas trzymać jatagana w pochwie. To straszne jaki terror tu panuje. Osobiście, muszę powiedzieć, mnie to dotyka. Wszystkie moje cztery żony nie mogą spać, bo wieczorami leżą i myślą co się dzieje w tym kraju. I potem rano ich nie można dobudzić, żeby poszły do przedszkola. Tak więc tutaj, teraz, Polska powinna podjąć jakieś zobowiązania, że będzie przestrzegać prawa. Najlepiej prawa szariatu!
Pan palnął pięścią w pulpit i zszedł z mównicy.
– Przemawiał kanclerz Kalifatu Niemieckiego, ajatollah von Schmidt… – poinformował drewnianym głosem spiker.
Dziadek Łukaszka wcisnął się głębiej w kanapę i oświadczył rodzinie:
– Wyglądacie jak idioci. Mówiłem wam. Nieważny jest kolor skóry. Niemiec zawsze pozostanie Niemcem.