Uciekający celebryci

Tata Łukaszka pożegnał stary rok wzmożonym wysiłkiem fizycznym. Poszedł wynieść śmieci.
Pod śmietnikiem stał mąż dozorczyni, pan Sitko i chuchał w dłonie tak, że aż szła potężna ilość pary wodnej.
Tata Łukaszka wyrzucił śmieci, ale widok pana Sitko nie dawał mu spokoju. Podszedł do sąsiada i krzyknął:
– Pan pali!
Pan Sitko aż się wzdrygnął, w dłoniach miał ukrytego papierosa i to z niego leciał ów podejrzany dym.
– Ale mnie pan wystraszył! Chciałem sobie w spokoju zapalić, a tu się nie da. Wszędzie zakaz. Na chodniku nie wolno, na balkonie nie wolno, wszędzie nie wolno. Gorzej jak za komuny. Wtedy chociaż palić było wolno.
– Ale nie było papierosów – przypomniał tata Łukaszka. – A dlaczego w domu pan nie pali?
– Też nie wolno.
– Nie ma przecież żadnego przepisu…
– Żona nie każe. Więc przychodzę tutaj…
– Właśnie! – zreflektował się tata Łukaszka. – Przecież tu też nie wolno palić! I co gorsza, tu jest monitoring!
– Nie wiedziałem – rzekł pan Sitko przygnębiony.
– Zostanie pan ukarany!
– E tam, żona jako dozorczyni ma wgląd w osiedlowy monitoring, zagada z kim trzeba i skasują. Ale… Nie ma co prowokować losu.
I pan Sitko fachowo strzelił niedopałkiem w krzaki. Ułamek sekundy później rozległ się potworny wrzask. Z krzaków wypadł jakiś starszy, grubszy facet trzymając się za oko. Za nim z krzaków wypadli: nieco młodszy facet oraz dwie panie w wieku średnim.
– Moje oko! – darł się facet trzymając za lewy oczodół. – Oparzył mnie pan papierosem!
– Na paczce papierosów jest napisane, że są groźne dla zdrowia – bronił się pan Sitko przypatrując się uważnie przybyłym. – Ale zaraz… Ja znam pana głos… Już wiem! Datek-Lunielak! To pan! To pan go grał!
– Cicho – zachrypiał młodszy facet. – Tu podobno też jest monitoring.
– Ale ten z papierosem powiedział, że można zrobić director’s cut – odezwała się jedna z pań.
Pan Sitko rozanielony wodził wzrokiem po tłumie i tylko wskazywał palcem:
– Piosenkarz Malej-Macieńczuk… Reżyser Hognieszka-Alland… Była premier Kowa-Epacz… No i ten, którego na początku trafiłem papierosem w oko. Aktor Sturzy-Jehr! Co za zaszczyt dla mnie!
– Skąd pan ich tak wszystkich zna? – szepnął zaskoczony tata Łukaszka.
– Żona kupuje „To, Co Jest” i „Egzystencja Na Ciepło”, w kółko o nich czytamy… Co państwo tu robią?
– Uciekamy – oświadczyła z godnością Hognieszka-Alland.
Tata Łukaszka i pan Sitko zawołali jednocześnie: tata „Wreszcie!”, a pan Sitko „Jeszcze?”, po czym obaj spojrzeli na siebie. Tata Łukaszka zażądał wyjaśnień.
– Oni już tak kilka lat uciekają. Co jakiś czas udzielają wywiadów, że duszno, że faszyzm, że nie wytrzymają więcej w tym kraju i muszą wyjechać. No i jakoś tak… Nadal tu są… – pan Sitko wskazał ręką grupkę czterech osób.
– Nie lepiej wynająć tabor a la cyganie zamiast siedzieć po krzakach? – rzucił pytanie tata Łukaszka.
– Rasizm przez pana przemawia, co panu cyganie inni? – fuknęła reżyserka.
– Chcieliśmy dziennikarzowi lokalnego oddziału „Wiodącego Tytułu Prasowego” opowiedzieć jak nam się żyje pod tym terrorem w tym kraju! – zakrzyknęła Kowa-Epacz. – I tu się umówiliśmy, bo taka to dziennikarska tradycja. Przecież to straszne! Monitoring śmietników!
– Żeby ludzie nie podrzucali śmieci – tłumaczył pan Sitko.
– I wy wmawiacie ludziom, że jest kryzys! Gdyby był kryzys to by ludzie kradli ze śmietników a nie podrzucali!
– Jest kryzys, owszem, ale demokracji – wtrącił z godnością Sturzy-Jehr trąc zaczerwienione oko. – Monitoring śmietników został założony wyłącznie w celu zwalczania wymiany niezależnej myśli dziennikarskiej! Polacy są jacy są, a są straszni. Jeszcze niedawno wstydziłem się mówić za granicą po polsku, żeby mnie nie wzięli za Polaka. Teraz wstydzę się nawet mówić po polsku w Polsce!
– To po jakiemu pan mówi? – zainteresował się pan Sitko.
– Tydzień temu w Pawełkowicach spróbowałem po arabsku. Zdążyłem powiedzieć tylko Allah akbar i zaraz mnie pobili! Zgroza! Terror! Polak Polakowi nazistą! W związku z tym oświadczam, że przestaję się czuć Polakiem i zaraz wyjeżdżam z tego kraju!
– Właśnie! – wychrypiał Malej-Macieńczuk. – Ja też stąd wyjeżdżam! Muszę wyjechać! Mija ostatnia nocka w moim kraju! Tu jest duszno, strasznie duszno! Wszędzie czai się morda faszyzmu, więc wolę wyjechać do Niemiec! Kraju wolnego od…
– Zabawne – chrząknął tata Łukaszka. – A dokąd konkretnie się pan wybiera?
– Tam! – i piosenkarz pokazał gdzieś w stronę Kaukazu.
– No właściwie też dobrze, dojdzie pan do tych Niemiec, tylko trochę czasu panu zejdzie.
– To może skorzystacie z mojej drogi? – zaproponowała Kowa-Epacz. – U nas w ogródku córka kopie tunel do Kanady.
– Dużo już wykopała? – zainteresował się Malej-Macieńczuk.
– Metr wgłąb.
– A ile wszerz? – wyskoczył z dowcipem pan Sitko.
– Bardzo śmieszne!
– Bo rok temu udzieliła pani wywiadu i wtedy też był ten jeden metr! Czy ta pani córka na pewno chce wyjechać?
– Odczep się pan od mojej córki! Bo spytam co robi pana córka!
– No to niech pani spyta! – odszczeknął bojowo pan Sitko.
– Co robi pana córka?
– Nie mam córki! – pan Sitko spojrzał triumfująco, a Kowa-Epacz opadła bezradnie na chodnik.
– Dajcie spokój – podniosła dłoń Hognieszka-Alland. – Ja muszę uciec jeszcze dalej. Bo aż do USA.
– A gotowa już pani? – głos pana Sitko był zabarwiony ironią. – Bo kilka lat pakowała pani walizki…
– Właśnie, i wreszcie je spakowałam. Mam je tu ze sobą… – Hognieszka-Alland rozejrzała się wokół i krzyknęła strasznym głosem:
– Walizki! Moje walizki! Nie ma moich walizek! Szukajcie ich!
I czwórka celebrytów rozbiegła się po okolicy.
Tata Łukaszka i pan Sitko wrócili pod blok. Pożyczyli sobie wszystkiego dobrego i wrócili do swoich mieszkań, do swoich telewizorów. Tata Łukaszka przed północą zdołał nawet trafić na jakiś program publicystyczny. Nie był nawet specjalnie zaskoczony gdy wśród zaproszonych gości ujrzał czwórkę osób spotkanych pod śmietnikiem.
Mówili, że w Polsce nie da się żyć i trzeba zaraz wyjechać.

Wigilia z ateistą

Wolno się snuł świąteczny czas. Hiobowscy oglądali najnowszą polską produkcję opartą na prozie Henryka Sienkiewicza „Uchodźcy”.
– Zaraz – zreflektował się dziadek Łukaszka. – Sienkiewicz nic takiego nie napisał!
Okazało się, że to oparcie zostało dokonane przez potomka Sienkiewicza, również Sienkiewicza, i było oparciem bardzo luźnym.
– W Święta zawsze Potop dawali… – przypomniała sobie babcia Łukaszka.
…grupa uchodźców ze Szwecji przedostała się do Polski. W Wielkopolsce doznali ciepłego przyjęcia, zwłaszcza w Ujściu, wędrowali zatem dalej aż dotarli do klasztorze na górze. Tam jednak katoliccy zakonnicy odmówili im wstępu czyniąc tym samym sromotę na całą Europę. Szczęściem jednak interweniowała Europa czyniąc bombardowania artykułem numer siedem…
Zadzwonił dzwonek do drzwi. Przyszła dozorczyni, pani Sitko, ze swoim mężem, wymienić się opłatkiem, dobrym słowem i potrawą wigilijną.
– Co to? – zainteresowała się mama Łukaszka.
– Sushi – odparła dumna pani Sitko prezentując zawartość talerza.
– A nie wygląda.
– Bo to ze śledzia. Był przepis w czasopiśmie „Egzystencja na ciepło”…
– A tu coś na trawienie – pan Sitko pomachał butelką.
– Co to? – zainteresował się tata Łukaszka.
– Wódka! – odparł z dumą pan Sitko i wtedy ponownie rozbrzmiał dzwonek. Łukaszek poszedł otworzyć i wrócił z taką miną, że wszyscy ucichli. Za nim wsunęła się do pokoju mama Wiktymiusza, a za nią jeszcze jakiś pan.
– Co się stało? – spytała wystraszona siostra Łukaszka.
– A nic… Tak wpadliśmy… – bąknęła mama Wiktymiusza.
– Ten pan… to z CBA? – wykrztusiła babcia Łukaszka.
– Ależ skąd! – mama Wiktymiusza roześmiała się serdecznie. – Ten pan to ateista. Zaprosiłam go, bo chciałam, żeby zobaczył jak my, katolicy, świętujemy Gwiazdkę.
– Co, przepraszam? – nastawił ucha tata Łukaszka.
– Gwiazdkę. A co pan myśli, że teraz jest Wielkanoc? – i mama Wiktymiusza wraz z panem zaczęli się śmiać.
– I jak się panu podobają Święta? – spytała babcia.
– Super. Ładne, estetyczne. Tylko za dużo symboli religijnych. Weźmy na przykład taką wigilię. Piękne święto, nastrój, dekoracje, ale czy trzeba wszędzie pchać ten kościół?
– Jest to Wigilia Bożego Narodzenia – poinformował tata Łukaszka.
– Nie przesadzajmy – skrzywił się ateista. – Jeszcze nikt tego Boga nie udowodnił. Nie psujmy nastroju kłócąc się o sprawy drugorzędne. Trzeba umieć pójść na kompromis.
Tata Łukaszka machnął ręką, siadł w fotelu i zaczął czytać książkę.
– Ustaliliśmy, że dziś jest Wigilia i tylko Wigilia – pospieszyła z zapewnieniem mama Wiktymiusza. – Zdjęłam też z choinki wszelkie ozdoby religijne. Nie mamy szopki. Nie śpiewamy kolęd tylko Fasolki.
– Czyli kompromis polega na tym, że pani robi wszystko to, co on chce? – spytał osłupiały dziadek. – Panie, a pan w ogóle ustąpił kawałek?
– Oczywiście. Przecież przyszedłem na uroczystość religijną!
– No a Jezus, Maryja, te sprawy i tak dalej? – zadała niewygodne pytanie siostra Łukaszka. Zapanowało niezręczne milczenie.
– To są jeszcze święta Bożego Narodzenia? – zapytał Łukaszek.
– Oczywiście! – zapewniła gorąco mama Wiktymiusza. – Święta jak najbardziej. Odsuwamy jedynie na bok ten religijny aspekt dzielący Polaków i skupiamy się na samym świętowaniu.
– Jak tu świętować bez kolęd, modlitwy? – wzruszył ramionami dziadek Łukaszka.
– Można jeść – podpowiedziała szeptem pani Sitko i podsunęła swój talerz panu ateiście.
– Ryby, ble, fuj! – skrzywił się pan. – Jestem weganem!
– Poza tym, ile można jeść – próbowała ratować sytuację mama Wiktymiusza.
– Słusznie, trzeba też coś popić, żeby się lepiej trawiło – zauważył pan Sitko i wyciągnął butelkę zachęcającym gestem. Ale ateista i tego odmówił.
– Jak to??? – zdumienie pana Sitko nie miało granic. – Czy jest coś bardziej wegańskiego od wódki???
– Jak można pić na pusty żołądek – wykręcała się mama Wiktymiusza. – Zresztą, my już musimy iść.
– No to może pożyczmy coś, życzenia zawsze można złożyć – powiedziała mama Łukaszka. – Życzymy państwu zdrowych, radosnych Świąt Boże…
– Świąt i wystarczy – przerwał jej z uśmiechem pan ateista.
Wszyscy zaczęli składać sobie życzenia oprócz taty Łukaszka. Siedział z boku w fotelu zagłębiony w lekturze.
– Ty nie życzysz? – odezwała się z potępieniem w głosie babcia Łukaszka.
– Nie. Jestem zajęty. Czytam przecież.
– A co takiego pan czyta? – zagadnął przyjaźnie ateista.
– Wstęp.
– Wstęp do czego?
– Do niczego. Sam wstęp.
– Ależ proszę pana, nie może być sam wstęp, wstęp jak sama nazwa wskazuje, odnosi się do czegoś…
– Wie pan, właściwie to się nawet z panem zgadzam – rzekł tata Łukaszka.
Mama Wiktymiusza pożegnała się spiesznie i wyszła pociągając ateistę za sobą. Babcia Łukaszka chciała coś powiedzieć, ale siostra poprosiła żeby się nie kłócić w Święta i żeby włączyć telewizor. Może zdążą na końcówkę filmu?
Ale w telewizji nie było już filmu. Pokazywano teraz występ Ludowego Chóru z Chin, który śpiewał piosenkę „Santa Claus is Kuomintang”.

Dlaczego media milczą o Powstaniu Wielkopolskim

W słoneczny grudniowy poranek lokatorzy bloku, w którym mieszkali Hiobowscy mogli ujrzeć niezwykły widok.
– Telewizja! – krzyknęła radośnie mama Łukaszka patrząc z okna.
Wszyscy runęli do przedpokoju po kurtki. W szaleńczym tempie władowali się do windy, zjechali na dół i wypadli przed blok. Mieli szczęście, zdążyli. Dwuosobowa ekipa telewizyjna właśnie się rozkładała i nie było jeszcze nikogo innego z mieszkańców. Pan rozstawiał kamerę, a pani reporterka rozmawiała przez telefon.
– O, rozmówcy! – ucieszyła się pani reporterka i zakończyła rozmowę. – Co państwo sądzą o…
– Demokracja umiera – przerwała jej posępnym tonem mama Łukaszka. – Margines elektoratu spycha Polskę coraz dalej od przepaści!
– Nie o to mi chodzi – zauważył kwaśno pani reporterka. – Robię materiał o Powstaniu Wielkopolskim i chciałabym porozmawiać o nim z… Z… Z panem!
I triumfalnie wskazała na dziadka Łukaszka. Dziadek, nieufny wobec środków masowego przekazu, szarpnął się w tył, ale było już za późno. Kamerzysta wycelował w niego obiektyw, reporterka wycelowała w niego mikrofon i zapytała słodko:
– Dziś rocznica wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Brał pan udział?
Dziadek osłupiał.
– E… A… Y…
– Więc pan z tych co to śpią z kotem do południa i przesypiają cały świat – zauważyła kąśliwie pani reporterka.
– Przecież Powstanie wybuchło po południu – odezwał się z tyłu Łukaszek.
– Spał pan do południa? – zdumienie reporterki nie miało granic.
– Co to ciągle „pan” i „pan”? – zirytowała się babcia Łukaszka. – Skończmy z tym patriarchatem!
– Brała pani udział w walkach?
– No nie, ale…
– No więc! – i pani reporterka triumfująco odrzuciła włosy za ramię. – A czy jest szansa, że zrobię wywiad z jakimś powstańcem.
I zanim ktokolwiek zdołał powstrzymać siostrę Łukaszka powiedziała:
– Ale oni wszyscy nie żyją!
– Ooo! – pani reporter zalśniły oczy. – Rzeź! Hekatomba!
– Co też pani! – wystraszył się tata Łukaszka. – Zginęło gdzieś może ze dwa tysiące osób!
– To czemu nie ma żadnego powstańca, co? Nabieracie mnie!
Dziadek Łukaszka westchnął głęboko i wytłumaczył pani redaktor, że po prostu minęło już tyle czasu, że żadnego z uczestników nie ma już na tym świecie z przyczyn naturalnych.
– Czułam, że mi jakieś świństwo robią – mikrofon w ręku pani reporterki skakał ze złości. – Mogłam zostać w Warszawie i robić materiał o człowieku, który ma trzecie jądro. Ale nie! Podobno to powstanie jest ważniejsze. ci co robili materiał na Powstanie Warszawskie mieli o wiele łatwiej. A co ja mam pokazać?
– Bloki – podpowiedział kamerzysta.
– Hm, no dobrze, niech będą bloki – pani reporterka zakręciła mikrofonem i nagle uderzyła w wysokie tony. – Proszę państwa! Te bloki! Są one niemymi świadkami historii, bo ich tu nie było, kiedy to się działo, więc gdy nawet mogły mówić to by nic nam nie powiedziały! I co, jak było?
– Gicio – odparł flegmatycznie kamerzysta. –
– Miasto, całe miasto – zapalała się znowu pani reporterka. – Całe miasto było jedną wielką dymiącą ruiną. skala zniszczeń była tak ogromna, że…
– Przepraszam bardzo – wtrącił się tata Łukaszka.
– Co znowu?!
– Nie było zniszczeń.
– Nie?
– No nie.
– Jaja chyba pan sobie robi, co to za powstanie bez zniszczeń?
– Ale naprawdę nie było zniszczeń, co ja pani na to poradzę…
– Uh! – pani reporterka tupnęła nogą. Nie, ale tym razem na pewno mnie nabieracie! Przecież tu wszystko nowe bloki, powojenne! Więc skąd się niby wzięły? Co tu stało wcześniej?
– Chaty – odparła babcia Łukaszka. – Tu była wieś.
– Jak wieś, jak jest miasto?!
– Teraz jest miasto. Wtedy była wieś – tłumaczyła cierpliwie babcia.
– Ja p****olę – skomentowała załamana pani reporter. – No to może reportaż o kimś znanym, kto zginął? Jakiś poeta? Pisarz? Grupa dzieci? Nie? Naprawdę nie? To może aktor jakiś? Kierowca rajdowy? Ewentualnie bloger? Nikt? Naprawdę?
– Nie załamuj się – pocieszył ją kamerzysta. – Weźmiesz ten piękny tekst o Powstaniu Warszawskim, zmienisz Warszawę na Poznań i będzie gicio.
– Tobie wszystko gicio – złościła się pani reporterka. – Ale w sumie pomysł nie jest taki zły. Gloria victis, czyli niech będzie chwałą pokonanym, co prawda przegraliśmy po raz kolejny, ale nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało…
– Przepraszam bardzo – odchrząknął tata Łukaszka.
– Co znowu?!!! – eksplodowała pani reporter. – Chyba mi pan nie powie, że Polacy wygrali?!!!
– No właśnie…
– Nie! – pani reporterka upuściła mikrofon i wbiła sobie pięści w oczy.
– Nie lubią cię w redakcji – zachichotał kamerzysta.
Paradoksalnie panią reporterkę to zmobilizowało.
– Zrobimy krótki reportaż o regionie – stwierdziła. – Nie tylko Poznań. Inne miejscowości też. Przecież gdzieś jeszcze muszą być ślady tych walk. Z jednej strony rodzące się właśnie państwo polskie, powstańcy do dziś zapomniani przez wszystkich, rzekłabym wyklęci, z drugiej strony hordy niszczącej wszystko Armii Czerwonej…
Urwała i spojrzała na tatę Łukaszka. Tata był bardzo rozbawiony ale zaciskał usta.
Cios nadszedł z innej strony.
– Co to miała niby znaczyć ta Armia Czerwona? – wycedziła babcia Łukaszka. – Jak coś złego to zaraz ZSRR? Ładnie tak sobie nim wycierać gębę, bo Związek już nie istnieje i nie może się bronić? To byli Niemcy proszę pani!
– A skąd pani wie, że Niemcy? – pani reporterka spojrzała na babcię ironicznie. – Jak taki jeden z drugim szarżował miał na czole napisane, że jest z Wiednia?
– Ja p****olę – nie wytrzymał tata Łukaszka. – Wiedeń jest w Austrii!
– Niech pan przestanie mącić! – wrzasnęła pani reporterka. – Byłam tam! W Wiedniu mówią po niemiecku! Nie wolno tak zwalać wszystkiego na jedno państwo! To byli naziści!
Babcia Łukaszka rzuciła mięsem.
– Wyłącz tę kamerę – poleciła pani reporterka. – Nic z tego nie będzie. Beznadziejne to powstanie. Nic się z niego nie da wycisnąć. Wracamy.
– Musisz przywieźć jakiś materiał – zaniepokoił się pan kamerzysta.
– Po drodze wstąpimy do Andrzeja z „Rolnik szuka męża”. Podobno zaręczył się ze Stefanem.
– Być może jednak coś się uda – odezwał się Łukaszek i pokazał grupę młodych mężczyzn idących pod polskimi flagami. Pani reporterka i pan kamerzysta ich zaczepili i zaczęli nagrywać.
Młodzi mężczyźni byli na wielkiej paradzie, która zresztą odbywała się co roku w rocznicę wybuchu powstania…
– Nic o tym nie wiedziałam… – bąknęła pani reporterka.
– A bo telewizje nie pokazują…
I opowiadali, jak to Polska walczyła z Niemcami i wygrała. I że dzisiaj Polska, polskie, polskim, polskiemu i tak dalej. Na koniec zaśpiewano rotę, ale śpiewający jakoś tak nerwowo zerkali na zegarki.
– Coś się stało? – zaniepokoił się pan kamerzysta.
– Nie, tylko, że zaraz przyjedzie po nas autobus firmowy. Jedziemy do roboty na popołudniową zmianę do Volkswagena.

Rolnik szuka żony seria 4 odcinek świąteczny

Zaproszono rolników z czwartej edycji oraz – jeśli mieli – ich wybrańców. Mieliśmy zatem trzy pary: Małgosia i Paweł, Piotr i Kasia, Karol i Jagoda, samotnie siedzącego Zbyszka, oraz Mikołaja z… O tym za chwilę. Nie było innych osób występujących w edycji, a więc nie obejrzeliśmy Emilii, Justyny czy Sary. Było zatem sennie i spokojnie. Gościnnie za to pojawili się Zbigniew z pierwszej edycji i Zbigniew „No wiesz” z trzeciej edycji. Dodatkowo w trakcie programu pojawili się Grzegorz i Ania oraz Robert i Agnieszka z drugiej edycji a także Urszula. Nie, nie ta z pierwszej edycji. Ta piosenkarka.
Program rozpoczął się miłą informacją, że „poboczna” para z trzeciej edycji, czyli Kasia i Dawid, którzy niedawno wzięli ślub, spodziewają się dziecka. I jest to dowód na to, że program działa, aczkolwiek nie w taki sposób, jak to jest zaplanowane – bo czyż można zaplanować życie? 🙂
Grzegorz i Ania oraz Robert i Agnieszka powspominali swój udział w programie, pochwalili się dziećmi i udzielili kilku komentarzy.
Cóż jeszcze mieliśmy w programie? Mieliśmy rozmowy z uczestnikami, filmy wspominkowe. Mieliśmy też pokazy świątecznego gotowania. W pierwszej grupie trzech Zbigniewów gotowało pierogi. Zbyszek Nowiesz uratował sytuację i pierogi w zasadzie zrobił on sam jeden. Zbyszek jeden dolał trochę mleka i czytał przepis, a Zbyszek cztery stał i udawał tło. Może jego kandydatki miały trochę racji, że trzeba mieć choć zielone pojęcie o kucharzeniu? Drugą gotującą parą byli Małgosia i Paweł, którzy robili ciasto. Małgosia prowadzi blog kulinarny, więc musiało się wszystko udać pomimo paru kiksów Pawła. No, ale to w końcu tylko facet. Plus za to, że chce pomagać w kuchni. Co będzie za dziesięć, dwadzieścia pięć lat? zastanawiał się Paweł. Raczej nie będzie pomagać w kuchni. Wszyscy faceci tak mają. Następną parą byli Kasia i Piotr. Tutaj, jak w życiu, widać, że głównym motorem i siła sprawczą jest Kasia. I na koniec Jagoda i Karol, którzy nadal się sobą cieszą i przeżywają wzajemną fascynację.
Następnie mieliśmy kolędę w wykonaniu Urszuli i ponownie rozmowy i filmy. Było też trochę tradycyjnego odporu dla hejterów i ignorantów, którzy w internecie wypisują bzdury, że krowy w oborze powinny być czyste. Później przenieśliśmy się na lodowisko, gdzie uczestnicy trochę sobie poszaleli. Kolejna piosenka Urszuli i koniec. A tymczasem…

Zbyszek z pierwszej edycji. Pojawia się przy prawie każdej okazji rozmowy o tym programie i nadal jest sam. To znaczy, że nadal szuka. Widać, że w porównaniu do czasu, kiedy występował w programie zrobił duże postępy. Poprawił swój wygląd, zyskał na pewności siebie. Jednak pomimo zainwestowania w siebie nie stworzył związku. Być może nadal mieszka tak jak wtedy – na pokoju w rodzinnym domie na gospodarstwie. To myślę skutecznie hamuje zapędy jakiejkolwiek kandydatki. Ale możliwe, że w tej kwestii coś się zmieniło. Zbigniewowi zatem życzymy szczęścia i odmiany losu – na lepsze.

Zbigniew z trzeciej edycji jest dokładnie taki sam jak był, jednak jest odbierany inaczej – ot, takie żywe wcielenie teorii względności. Za swoich czasów uchodził za osobę, która stosuje wobec pań niewyszukane i namolne metody podrywu, tzw. końskie. Obecnie jednak, w porównaniu z Mikołajem, jawi się jako sympatyczny, nieco rubaszny dżentelmen. Nadal jest sam i aby to zmienić zamierza zastosować metody Mikołaja. Bo Mikołaj – uwaga! – nie jest już sam.

Mikołaj, który był polskim odpowiednikiem Johnny’ego Bravo, skończył program bez żadnej kandydatki. Na własne zresztą życzenie, po dość kuriozalnym splocie wypadków. Plotki głosiły, że ma kogoś, typowo nawet jedną z kandydatek Zbyszka nr 4. Okazało się to częściowo prawdą. Mikołaj, owszem, ma kogoś, ale nie jest to Ewa. Pani ma imię Marta i… jest jego sąsiadką. Mikołaj znał ją wcześniej, ale nie śmiał ją zaczepiać. Tak. Hm. W każdym razie po programie jakoś śmiałości nabrał, ona do niego zagadała i tak się zgadali, że w święta zamierzają się zaręczyć. Wybranka jest oczywiście młodsza, o wiele, i spełnia jego oczekiwania. A Mikołaj oczekiwania miał… Hm. Tak. Nie pierwszy to przypadek, gdy cała olbrzymia machina telewizyjna sprowadza się do tego, że po programie rolnik czy rolniczka wiąże się ze znaną sobie wcześniej osobą z sąsiedztwa. Ciekawe jak się czują ludzie, którzy biorą udział w programie. No, ale jednak wygląda na to, że Mikołaj dostał to, co chciał.

„Na święta zamierzamy się zaręczyć” powiedział Mikołaj, co sugeruje, że program nagrano jakiś czas temu wcześniej. Wskazuje na to też wątek Zbigniewa z czwartej edycji. Był sam, pokazywano zdjęcia z jego udziału w raczej minorowej tonacji z komentarzem „ale nadzieja jeszcze nie umarła”. Nadzieja bowiem nie umarła, ma się całkiem dobrze i przybrała postać dobrze nam znanej florystki. Tak, Zbyszek jakiś czas temu oświadczył w internecie, że spotyka się z Justyną od Karola. Program nagrano zatem wcześniej, bo o tym nie było ani słowa. A tymczasem Zbigniew i Justyna spotykają się (ona przylatuje do niego z Anglii) i panują nawet wspólnego sylwestra. Któż to wie jak to się dalej potoczy.

O Karolu i Jagodzie nie ma co się rozpisywać – są w tym samym miejscu, w którym ich poprzednio zostawiliśmy. Związek trwa.

To samo można wspomnieć o Piotrze i Kasi, z tym, że oni spodziewają się dziecka. Piotr cieszy się jak zwykle, a Kasia – nie wiem czy to wina osoby dobierającej ujęcia – robi wrażenie bardzo smutnej. Wypada zatem życzyć dużo szczęścia.

No i na koniec Małgosia i Paweł. Chyba faktycznie wyszło tak jak miało wyjść – poznali się w programie, są razem, snują dalsze plany. W związku chyba też się bardziej dotarło między nimi: Małgosia pozwala Pawłowi mówić pierwszemu. To dobry znak.

Prowadząca promieniała – na pięć osób startujących ma cztery związki, najlepszy wynik w historii programu, skuteczność 80%, prawie jak sprawdzalność prognozy pogody – jak tu się nie cieszyć?

Tylko czekać na piątą edycję.

Świateczny protest w obronie karpia

Mama Łukaszka i mama Wiktymiusza stały pod osiedlowym marketem z transparentem „Adoptuj karpia”. Transparent jakoś nie wzbudzał entuzjazmu wśród kupujących.
– To straszne – skomentowała mama Łukaszka.
– Sprzedali demokrację za zgrzewkę majonezu – sarkała mama Wiktymiusza.
– To nie potrwa długo, zobaczy pani – pocieszała ją mama Łukaszka. – Myślę, że w końcu ludzie zobaczą, jak w tym kraju jest źle.
Patrzyły na tłumy zadowolonych ludzi niosących mnóstwo siatek z zakupami.
– Tak, w końcu musi do nich dotrzeć, że w tym kraju jest duszno, jest terror i nie można swobodnie wyrażać swoich opinii!
Mijały ich tłumy ludzi wyrażających swobodnie swoje opinie.
– Nikt do nas nie podchodzi, dziwne – stwierdziła mama Łukaszka.
– Może stoimy w złym miejscu? – przypuściła mama Wiktymiusza.
I w tym momencie ktoś do nich podszedł. Przykro to mówić, ale była to osoba, na której najmniej im zależało. Czyli mąż dozorczyni, pan Sitko.
– Nie mam na wino – uprzedziła mama Łukaszka.
– Ale ja nie o to – rzekł zgnębionym głosem pan Sitko. – I tak nie mógłbym pić.
Obie mamy były w szoku.
– Duszno mi – wyjaśnił pan Sitko. – Żyję w takiej atmosferze, że szkoda gadać…
Obie panie spojrzały na siebie uradowane.
– Lepsze to niż nic – mruknęła mama Wiktymiusza. – A więc i pan też to czuje?
– Co mam nie czuć. Dziwię się, że i panie też.
– O, proszę pana, my od lat w tym żyjemy…
Pan Sitko był tak wstrząśnięty, że aż z kieszeni wypadł mu otwieracz do butelek.
– Może pan coś powie dokładniej… – zachęcała mama Łukaszka.
– A co tu dokładniej… – westchnął pan Sitko. – Żyję w dusznej atmosferze. Czuję się jakby cały czas ktoś celował do mnie z karabinu.
Panie kiwały aprobująco głowami.
– Jakby mnie coś popychało w kierunku emigracji, ale dokąd ja wyjadę? – pan Sitko patrzył w grudniowe niebo. – Wyć się chce z bezsilności. Sytuacja jest tak napięta, że tylko patrzeć jak coś trzaśnie.
– O to to – kiwała głową mama Wiktymiusza. – Nie wiedziałam, że pan się tak przejmuje demokracją…
– Mam gdzieś demokrację – pan Sitko spojrzał na nie smutnym, załzawionym wzrokiem i oparł się o latarnię. – Wczoraj zapomniałem ugotować pyry na obiad i żona się na mnie obraziła. Atmosfera w domu jest nie do zniesienia.
– To pan o tym… – powiedziała z wolna mama Łukaszka i zaczął ogarniać ją gniew. Ale nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo ze sklepu wyłoniła się pani Sitko. Objuczona siatkami zmierzała w ich stronę..
– Co pani tam ma? – spytała podejrzliwie mama Łukaszka.
– Karpia, a bo co? – odparła pani Sitko.
Mama Łukaszka się zagotowała. Mama Wiktymiusza spojrzała na kurtkę pani Sitko i się też zagotowała.
– Co ja widzę?! – krzyczała strasznym głosem. – Pani ma wpiętą w klapę kurtki broszkę Honorowego Rybołówcy!
– Ale korespondencyjną! – broniła się pani Sitko. – Tak! Nie wstydzę się tego!
– Przecież pani nie jeździ na ryby – mama Łukaszka była zdumiona.
– Ale za to kupuję je regularnie.
– Więc może pani adoptować karpia – podsunęła pomysł mama Wiktymiusza.
– E nie, mam za małe mieszkanie. Zrobię to, co ostatnio.
– Czyli?
– Skorzystałam z usług sąsiada, który jest w stowarzyszeniu Planowane Rybołówstwo. Rok temu przyszedł, zabił karpia i oprawił.
– To straszne – wybełkotała mama Łukaszka.
– Żadne tam straszne. Jedna decyzja, pięć minut i można odzyskać swoją wannę z powrotem. Jaka ulga, mówię paniom! Tygodnik Świadomy Rybołówca nadał mi tytuł bohaterki roku!
– Co z pani za bohaterka?! Zamordowała pani rybę! – krzyknęła mama Wiktymiusza.
– Co pani, nie ja tylko sąsiad.
– Co z tego, ma pani krew tej ryby na swoich rękach!
– Niech się pani uspokoi, to tylko ryba, ona nic nie czuje!
– I tu się pani myli! Czuje! Powinna pani…
– O przepraszam bardzo – przerwała pani Sitko. – Ale nie będą mi panie mówić co ja mam robić z własną rybą we własnym mieszkaniu.
Mama Wiktymiusza i mama Łukaszka próbowały kolejnych argumentów, ale pani Sitko miała Odpowiedź Ostateczną.
– Mój karp, moja sprawa!

Śmigłowce i kara

Wszyscy bardzo się zdziwili, kiedy to szkoła popadła w poważny konflikt z instytucjami Unii Europejskiej z powodu pana od zetpetów.
– To jeszcze są zetpety? – zdziwił się tata Łukaszka. – I czego wy się tam uczycie? Jak naprawić kran?
– Jak przez mobilną aplikację wezwać hydraulika – sprostował Łukaszek i dodał prędko:
– Żartowałem, żartowałem!
Bowiem pan od zetpetów podczas zajęć nie tylko przybliżał tematykę tej prozaicznej, przyziemnej techniki, ale i omawiał technikę światową.
I na pewnej lekcji, kiedy akurat klasa Łukaszka siadała w ławkach, otworzyły się drzwi i weszło dwóch panów oraz pan dyrektor.
Jeden z panów podszedł do pana od zetpetów jak do starego znajomego, przywitał się z nim serdecznie buziakiem w policzek, po czym zasiadł w pierwszej ławce i przysnął. Drugi z panów spojrzał na osłupiałego pana od zetpetów, wyciągnął jakieś papiery i spytał:
– Czy to pan dwa dni temu o ósmej miał lekcję zetpetów?
– Ja – wybąkał nauczyciel.
– I czy to pan na owej lekcji natrząsał się z wyposażenia francuskiej armii?
– Że co???
– Robił pan sobie dowcipy i uszczypliwe uwagi na temat helikopterów. Niech nie zaprzecza, mamy zeznania świadków! Przyznaje się pan? – napierał pan.
– To nie moja ręka – odparł dumnie pan od zetpetów.
– Jaka ręka? – pogubił się pan z papierami. Pan od zetpetów zyskał w ten sposób sześć minut. W tym czasie zapytał pana dyrektora co to za jedni.
– Ważni zagraniczni urzędnicy Unii Europejskiej – szepnął pan dyrektor. – Grożą naszej szkole sankcjami.
– Jakimi sankcjami? Za co?
– Podobno przez pana. Podczas lekcji bezprawnie natrząsał się pan z francuskich śmigłowców…
– Ach, to o to chodzi? – przypomniał sobie nauczyciel. – No… coś tam może wspomniałem… Prywatna taka opinia…
– Naruszył pan artykuł siedemdziesiąty siódmy traktatu o dobrym imieniu armii francuskiej – oznajmił pan. – Będą sankcje.
– Jak to: sankcje?! – zdenerwował się pan od zetpetów. – Przecież to gówno nie lata!
– Grabi pan sobie…
– No to niech mi pan powie jakie zastosowanie na polu walki ma helikopter, który nie lata?
– O, bardzo dużo – rzekł pan i poprawił okulary. – Może pełnić rolę szatni, biura, salki konferencyjnej, można schronić się przed deszczem. Ale nie tylko. Otóż Francuzi gruntownie przebudowali swoje maszyny i teraz są to przyczepy bojowe.
– Oooo! – ożywiła się męska cześć klasy. – Zdjęli wirniki i…
– O przepraszam, niczego takiego nie mówiłem! Łopaty śmigieł zostały!
– Po co?
– Świetnie się na nich wywiesza białe flagi.
– No więc sam pan widzi, czy te pudła mają jakąkolwiek wartość bojową?! – wykrzyknął pan od zetpetów rozkładając ręce. ale pan z Unii był nieustępliwy.
– Ani pan ani ja nie jesteśmy ekspertami w tej dziedzinie. Ale tak się składa, że mam przy sobie opinię komisji Żnińskiej. Raport jednoznacznie stwierdza, że naruszył pan artykuł siedemdziesiąty siódmy. W związku z tym wszczynamy procedurę…
– Stop! – zawołał pan dyrektor tak głośno, że pan śpiący w ławce się obudził. – A jeśli wymienimy nauczyciela?
– Nie – odparł pan z papierami.
– Niech będzie tak wymiana, czemu nie – rzekł pan siedzący w ławce. Pan z papierami spojrzał na niego złym okiem, ale nic nie powiedział. Weszła pani od niemieckiego. Pan poderwał się z ławki i ją obcałował. Pani podeszła do biurka i odezwała się:
– Witam. Zaczynam lekcję niemieckiego. Guten Tag. Nie wiem, czy wiecie, ale żadna z niemieckich łodzi podwodnych nie nadaje się do użytku…
– Dość – przerwał kwaśno pan z papierami. – Zmiana nauczyciela nic nie dała. Będziemy wnioskować o sankcje.
I obaj panowie wyszli. Ten co siedział w ławce chciał się całować na do wiedzenia, ale tamten go wyciągnął za marynarkę.
– I co teraz będzie? – pan od zetpetów był zmartwiony.
– Atomowy cios! Pogrzebali nas – stwierdziła pani od niemieckiego.
– Pogrzebać to oni mogą sobie…- nie dokończył pan dyrektor. – Uruchomią procedurę. Ale żeby nałożyć sankcje potrzebna jest zgoda wszystkich dyrektorów szkół w mieście. Tak się składa, że dyrektorem jednej z nich jest mój bratanek, więc…

Bereza Kar Tuska

Kiedy w domu Hiobowskich przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia szły pełną parą, mama Łukaszka położyła na stole „Wiodący Tytuł Prasowy”, który krzyczał z pierwszej strony tytułem, że w tym kraju ponownie powstają polskie obozy.
– No i cała świąteczna atmosfera w… – rzekła z kwaśną miną babcia Łukaszka. – Mówcie, co chcecie, ale komuna umiała uszanować święta.
– Czy ja wiem – zastanowił się dziadek. – Ludzie w Gdyni mogą mieć na ten temat odmienne zdanie.
Zanim babcia zdążyła replikować tata Łukaszka spytał czy „Wiodący Tytuł Prasowy” przerzucił się na science-fiction.
– Bo w jednym zdaniu tyle bzdur…
– Jakich bzdur? – zirytowała się mama Łukaszka.
– Jak to jakich, a były wcześniej polskie obozy?
– Oczywiście, że były! Za Polski sanacyjnej na ten przykład!
– Hm, no, ten tego… – tata Łukaszka zmienił zgrabnie wątek. – A co oni piszą, że niby „powstają”? Powstał jakiś?
– Tak! – oznajmiła mama. – Powstał nowy ośrodek odosobnienia! Nawet nazwę ma taką, że jednoznacznie wskazuje czego to kontynuacja i kto tam będzie zamknięty!
I mama Łukaszka z mocą rzuciła:
– Bereza Kar Tuska!
Babcia i dziadek zaczęli się zgodnie śmiać.
– Dziwi mnie wasza postawa, szczególnie w obliczu młodzieży – powiedziała głucho mama. – Nie widzicie, że pełzający faszyzm podnosi łeb? Ale nic straconego. Możemy sami pojechać i to zobaczyć na własne oczy. Tą Berezę pełną kar dla…
– Byłoby ciężko – dodał dziadek ocierając załzawione od śmiechu oczy. – Bereza jest obecnie na Białorusi.
– Polska miała obóz na Białorusi? – zdumiała się siostra Łukaszka. – W takim razie jest to białoruski obóz a nie polski!
Mama wyrzuciła siostrę za drzwi.
– Za co? – zdumiał się Łukaszek. – Za to, że myśli tak jak Niemcy?
Mama wyrzuciła Łukaszka za drzwi.
– Poza tym tamta Bereza była Kartuska, a nie Kar Tuska – zauważyła kąśliwie babcia.
– Gdzie są Kartuzy? – chciała wiedzieć mama Łukaszka. – Chyba gdzieś na Śląsku?
– Pomorskie – tata Łukaszka zrobił facepalma.
– No to niewiele się pomyliłam. Pojedziemy zobaczyć?
– A gdzie to właściwie jest? W samych Kartuzach?
– W Pawełkowicach… – przeczytała mama z gazety.
– To w Kartuzach czy w Pawełkowicach? – zirytowała się babcia. – Dokąd w końcu jedziemy?
– Donikąd – oznajmił tata. – Po co? Co tam jest?
– Ośrodek odosobnienia działaczy lewicowych.
– Dziwne – rzekła babcia Łukaszka. – Nic nie słyszałam żeby powstał taki ośrodek.
– Bo tylko „Wiodący Tytuł Prasowy” o tym pisze.
– Jeśli jedna gazeta o czymś pisze, a tysiące innych nie, to o czym to świadczy? – rzucił pytanie w powietrze tata Łukaszka i doczekał się dwóch odpowiedzi: „że kłamią” i „o odwadze”.
– Zobaczę lewaków za kratami! – dziadek zerwał się na równe nogi. – Jedziemy! Już!
– Może najpierw obiad… – zasugerowała babcia.
– Wy tu obiad, a tam ludzi torturują! – zaperzyła się mama Łukaszka.
– Możesz nie jeść – rzekła słodko babcia Łukaszka.
Pojechali po obiedzie. Wyjechali z problemami, bo najpierw tata Łukaszka zażądał pieniędzy na paliwo.
– Jak to? – piszczała oburzona mama.
– To jedź pociągiem. To twoja wycieczka, więc ty fundujesz.
– Co za seksizm – mama Łukaszka zgrzytała zębami. – Patriarchalna władza nad kierownicą…
– Możesz nie płacić. Wystarczy tylko… – rzekł z dziwnym błyskiem w oku tata Łukaszka i dalej szeptał coś mamie do ucha. Mama spojrzała na niego, zrobiła okrągłe oczy, wyprostowała się, zarumieniła, po czym bez słowa sięgnęła po torebkę i podała mu pieniądze.
– Nie, to nie – burknął tata.
Zatankowali i ruszyli wreszcie. Jechali powoli, bo mama Łukaszka miała chorobę lokomocyjną.
– Było nie jeść dokładki deseru – burczała babcia.
Dojechali wreszcie.
Piękny, nowy, okazały budynek był otoczony wielkim parkingiem zatłoczonym samochodami.
– Na to pieniądze mają – syknęła babcia.
– Na wszystko mają – poprawił z zadumą tata. – Jak to możliwe?
– W życiu nie widziałem lepiej wydanych pieniędzy! – dziadek Łukaszka zacierał ręce, aczkolwiek jego zadowolenie mącił fakt, że w oknach nie było krat.
Mama niemile się zdziwiła, że wstęp jest płatny.
– Jak to? – sarkała sięgając do torebki, bo tata Łukaszka znowu wyskoczył z tekstem, że to „jej” wycieczka
– Za coś trzeba im kupować jedzenie – westchnęła pani w okienku wydając elektroniczne identyfikatory.
– Myślałam, że w tego typu ośrodkach jedzenie jest za darmo…
– O, proszę pani, dla tych co myślą, że jedzenie jest za darmo mamy całe drugie piętro i kawałek trzeciego…
Zakupili bilety i weszli. Skierowali się do wielkiej sali, gdzie co pół godziny rozpoczynało się zwiedzanie z przewodnikiem.
– Spójrzcie tylko na te tłumy – mama rozglądała się po sali. – Ile na nich ten zakład pieniędzy zarabia! I to na czym? Na pokazywaniu ludzi w klatkach. Co za czasy, do czego to doszło, czego doczekaliśmy, faszyzm…
Na salę wszedł lekarz w białym kitlu. Przywitał wszystkich, a potem światła przygasły i na ekranie pojawiły się slajdy. Lekarz pokrótce opowiedział historię ośrodka. Zakład powstał niedawno, wybudowano go za pieniądze zaoszczędzone na zamknięciu sklepu z alkoholem w Sejmie. Budynek ogólnie mówiąc był super. Miał piękną architekturę, był niezwykle funkcjonalny i przede wszystkim był naszpikowany elektroniką.
– Czyli gdy ktoś z nas zgubi przepustkę… – zaczął ktoś ze zwiedzających blednąc gwałtownie.
– Nie, nie – uspokoił go ze śmiechem lekarz. – System jest tak skonfigurowany, że zawsze można wyjść. Zapraszam na zwiedzanie!
Poszli zwiedzać. Widzieli wieloosobowe widne pokoje, pełne działaczy. Jedni stali, inni siedzieli, wszyscy rozmawiali i pisali artykuły jak ten świat uczynić bardziej lewicowym.
– Terror jak w Arłamowie w osiemdziesiątym drugim – skomentowała babcia Łukaszka.
Mamę Łukaszka najbardziej poruszył widok działaczy piszących na laptopach i tabletach.
– Co oni robią?
– Redagują lewicową gazetę – odparł uprzejmie lekarz.
– To straszne – mama Łukaszka rozszerzonymi oczami wpatrywała się w grupę spokojnie pracujących ludzi w schludnie umeblowanym pokoju przywodzącym na myśl średniej klasy hotel. – To straszne. Zamknęliście ich tu, a w nich duch nie upadł. Oni piszą gazetę! Tyle, że nikt tego nie czyta…
Lekarz sprostował ironicznie:
– Tu akurat nic się nie zmieniło. Na wolności też redagowali gazetę i też nikt jej nie czytał…
– No to z czego żyli? – zdumiała się babcia Łukaszka.
– A z czego może żyć lewicowiec? Z państwowych pieniędzy – wyjaśnił dziadek a lekarz pokiwał tylko głową.
Zwiedzali dalej obiekt przypominający sanatorium. Osadzeni zachowywali się spokojnie, wyglądali normalnie. Żadnych śladów bicia czy tortur. Nawet ubrania mieli czyste. Lekarz, który ich oprowadzał, opowiadał jak osadzeni mają tu dobrze. tu mają spokój, tu mają swój dom, tu mają wyżywienie, tu mają wszelką opiekę…
– Na wolności takich luksusów nie ma – nie wytrzymała w końcu babcia Łukaszka.
Wtórowała jej mama Łukaszka:
– A propos wolności, tak pan opowiada jak to tutaj pięknie i ładnie. Że ci ludzie wszystko mają, ale nie mają, proszę pana wolności! Tak, proszę pana, niech się pan nie śmieje, wolność jest człowiekowi potrzebna jak chleb, jak powietrze, jak wi-fi!
– O, a tam inna wycieczka wchodzi do celi! – zawołał Łukaszek. Lekarz zaprotestował przeciwko określeniu „cela”. Mama Łukaszka gorączkowo zapragnęła zwiedzić jedno z takich pomieszczeń, spotkać się z osadzonymi, porozmawiać z nimi…
– No, nie wiem… – wahał się lekarz. – Dobrze… Niech będzie…
Podszedł do jednych drzwi, przy których znajdowało się jakieś skomplikowane urządzenie. Pokazał oko, przyłożył palec, powiedział coś, następnie wypisał długi kod na klawiaturze i drzwi otworzyły się.
– Mamy wielostopniowy system zabezpieczeń – oznajmił skromnie lekarz.
– Ale forteca – rzekł z zazdrością Łukaszek.
– Na lewaków tylko takie coś – dodał dziadek.
Do środka weszli tylko mama i lekarz, który starannie zatrzasnął za sobą drzwi. Tata i babcia nie ufali elektronice, dziadek i Łukaszek nie ufali osadzonym, a siostra była zajęta robieniem selfie.
Pokój był czteroosobowy, przyjemny, przytulny wręcz, z własną łazienką i aneksem kuchennym. Telewizor nastawiony na Najlepszą Telewizję 24, wi-fi, laptopy, gazety, książki, muzyka, słuchawki, tapczany, stoły, i tak dalej…
Mama porozmawiała z osadzonymi, którzy przejawiali łagodną rezygnację. Żaden nie myślał oczywiście o ucieczce.
– To przez pana obecność – czyniła wyrzuty mama Łukaszka lekarzowi.
– Przykro mi, ale nie mogę zostawić pani samej z nimi. Do pokoi można wchodzić wyłącznie w towarzystwie personelu.
– Ach, tak! – uniosła się mama. – W takim razie wychodzę!
Lekarz próbował ją powstrzymać, ale mama pchnęła drzwi i przeszła przez nie na korytarz.
– Jak ty to zrobiłaś??? – spytał kompletnie osłupiały Łukaszek.
– Jak zrobiłam co?
– No, jak wyszłaś???
– Ja? – mama zastanowiła się przez chwilę. Zrobiła to odruchowo, pchnęła drzwi i…
– To te drzwi nie są zamknięte???! – zawołał Łukaszek.
Lekarz, który również do nich dołączył, uśmiechał się niezręcznie. Osadzeni gorączkowo udawali, że coś robią.
– Jak to, przecież jest taka skomplikowana procedura, żeby tam wejść! – przypomniał tata Łukaszka.
– No jest – przyznał lekarz.
– A nie są zamknięte od wewnątrz?!
Lekarz kluczył, unikał odpowiedzi, aż wreszcie przyznał, że nie są.
– Błagam państwa, proszę nikomu tego nie zdradzać. Jakby co, ja się wszystkiego wyprę. Tak, to prawda, oni w każdej chwili mogą wyjść.
– To po co te kosmiczne zabezpieczenia??? – nie mógł uwierzyć Łukaszek.
– Żeby nie mogli wrócić. Kiedy ktoś stąd wyjdzie musi pozostać w realnym świecie i radzić sobie samemu. Żadnych dotacji, brak państwowych pieniędzy, życie tak jak wszyscy, a nawet pójście do normalnej pracy. Dla niektórych ludzi lewicy są to trudności nie do udźwignięcia. Skończył się już czas, kiedy to udawali, że pisują do gazet, a ludzie udawali, że to czytają, zaś rząd kupował wszystko, żeby piszący mieli za co żyć. Jedynym wyjściem dla niech jest życie w tym ośrodku. Tak państwo na nas naskakujecie, że terror, że faszyzm, gdy tymczasem my ratujemy im życie.
– No dobrze, panie, ale przecież oni mogą uciec – gorączkował się dziadek Łukaszka.
– Oni o tym wiedzą – lekarz tylko uśmiechnął się pod nosem. – Wiedzą jak to działa. Wiedzą, że gdy stąd wyjdą, to już tu nie wrócą. Koniec z pasożytniczym życiem zatroskanego o plebs burżuja, będzie trzeba zarabiać na siebie.
Zapadła cisza.
– Czy… – zachrypiała mama i odkaszlnęła. – Czy… Ktoś z nich… W ogóle… Kiedykolwiek… Próbował… Wyjść?
– Nikt.

Flatersi RP

No i stało się, mama Wiktymiusza straciła stanowisko szefowej w osiedlowym oddziale feministek. Zdarzyło się to na skutek bardzo dziwnego łańcucha przypadków – wskutek demonstracji, w której nie uczestniczyła! Trudno wskazać początek owego łańcucha, ale zacząć chyba trzeba od kupowania jajek.
Babcia Łukaszka robiła akurat wraz z wnukiem zakupy w osiedlowym sklepie spożywczym. I w kolejce przed nimi stanęła pewna pani, która kupowała mnóstwo jajek.
– Wojna? – zaniepokoiła się babcia.
– Demonstracja – odparła zwięźle pani.
Kiedy pani z jajkami doszła do kasy rozegrała się zdumiewająca scena. Kasjerka wyskoczyła ze swojego miejsca, pobiegła wgłąb sklep, po czym wróciła z kolejnym jajkiem. Skasowała je osobno, po czym włożyła do koszyka klienta i szepnęła konfidencjonalnie:
– Kochana, niech pani i ode mnie dołoży jedno.
Kiedy kasjerka kasowała zakupy babci, Łukaszek zapytał:
– Skąd pani wie przeciw komu ona demonstruje?
– Dlaczego zakładasz, że przeciw a nie za? – wtrąciła się babcia.
– Bo w Polsce prawie wszystkie demonstracje są przeciw, więc statystycznie…
– Masz rację chłopcze, ta demonstracja też będzie przeciw – przerwała mu kasjerka, bo ludzie w kolejce zaczynali już psykać i szumieć. – Ja tą panią znam! Ona należy do formacji Wulgarni Nienormalni!
Kolejka zafalowała, ludzie jęknęli. Wulgarnych Nienormalnych znano w całym kraju. Organizowali protesty, na których lżyli wulgarnie, lecz na tyle nienormalnie, że nikt nie brał ich na poważnie, zwłaszcza sądy. Na przykład pewnego starszemu wiekiem politykowi życzyli, żeby umarł młodo. To taki żart, tłumaczyli sędziowie umarzając postępowania.
– A przeciw komu mają protestować? – Łukaszek był czujny.
– Przeciwko takiej jednej nauczycielce geografii ze szkoły…
– A ta demonstracja to kiedy?
– Teraz, zaraz, a bo co?
– Babciu, ja muszę lecieć!
– Też na demonstrację?
– W pewnym sensie.
Babcia przyjrzała mu się uważnie i od razu zrozumiała wszystko.
– Najpierw odniesiesz mi zakupy. Sama nie dam rady.
– Ale…
– Bez gadania. Najpierw trzeba donieść prowiant do domu. Później zdążysz ją uratować. Chociaż wątpię czy będzie trzeba…
No i Łukaszek musiał odprowadzić babcię dźwigając siatki a sporo ich było. Z domu też nie wyszedł od razu – oczywiście wszyscy chcieli wiedzieć co się dzieje.
– To na pewno chodzi o naszą panią od geografii – wyjaśniał szybko Łukaszek stojąc w korytarzu w butach i kurtce. – Ludzie z Deklem nieraz jej grozili…
– Jacy ludzie? – spytała mama. – Czyżby chodziło ci o Flatersów RP?
– No tak, ale wszyscy mówią na nich Ludzie z Deklem, bo chodzą z tymi swoimi pokrywkami…
– Łukasz – powiedziała mama poważnym tonem. – Czy ty nie rozumiesz, że oni mają prawo chodzić z pokrywkami? Faszyzm przez ciebie przemawia. Wstyd mi.
– Co to są Flatersi? – zapytała siostra Łukaszka. – Po co im pokrywki?
– Flat, to po angielsku płaski. Oni uważają, że Ziemia jest płaska – wyjaśnił tata Łukaszka. – Pokrywki symbolizują płaskość.
Siostra wybuchnęła śmiechem.
– Proszę mi ich nie wykluczać ze społeczeństwa faszystowskim śmiechem! – ostrzegła mama Łukaszka i sięgnęła po telefon. Zadzwoniła do mamy Wiktymiusza, że Flatersi planują demonstrację pod osiedlową szkołą w towarzystwie bojówek Wulgarni i Nienormalni. W tym czasie siostra tłumaczyła, co ją tak rozbawiło.
– Jak można uważać, że Ziemia jest płaska! – siostra ocierała łzy płynące ze ślicznych oczek. – To oczywiste, że jest zagięta! Przecież gdyby Ziemia była płaska to z naszych okien byłoby widać morze!
– Mamy okna nie w tą stronę – rzekł ze smutkiem dziadek Łukaszka. – Zamiast morza widzielibyśmy Pawełkowice.
– Ja muszę iść – przypomniał Łukaszek.
– Idę z tobą – mama Łukaszka sięgnęła po czapkę.
I poszli. Spóźnili się. Pod szkołą stał w poprzek ulicy samochód pani od geografii. Cały przód miał upstrzony jajkami. Na chodniku było masę ludzi. Pani od geografii, pan dyrektor szkoły, inni nauczyciele. Trochę uczniów. Policja pakowała do aut bluzgających okropnie członków grupy Wulgarni i Nienormalni. Wśród nich była pani, która niedawno kupowała jajka. niedaleko stała mama Wiktymiusza.
– Spóźniliście się – rzekła z naganą w głosie.
– Syn się grzebał.
Łukaszek spojrzał na mamą, ale nic nie powiedział.
W tym czasie Flatersi powstrzymywani przez kordon policji wykrzykiwali swoje pretensje pod adresem pani od geografii.
– Hej ty, co uczysz, że Ziemia to kula! Spójrz tylko na jajka rozbite na twoim aucie! I co? Kule pękają! A Ziemia nie pęka! Ergo Ziemia nie może być kulą!
– Ziemia nie jest kulą – wychlipała nauczycielka. – Jest geoidą!
– A to dopiero ściema! Ziemia jest kształtu Ziemi! Tą historię wymyśliły wpływowe koła geografów, aby zamaskować niedociągłości kamuflażu! Bo ludzie widzą tu i ówdzie, że Zmienia jest płaska!
– Pierwotni Lechici w pierwszym wieku przed naszą erą instynktownie czuli, że ziemia jest płaska!
– Dla mnie przedstawicielka najstarszego zawodu świata ma więcej poważania niż pani od geografii! Bo ona bierze pieniądze za coś, a pani za kłamstwo!
– Faszystowskie służby w tym kraju zniewalają ludzi do chodzenia po kuli, przecież z kuli można spaść!
– Tu jest dowód, na to, że ziemia jest płaska, kałuża na chodniku, gdyby ziemia byłą kulista, to woda spłynęłaby na boki, widać, że woda stoi nieruchomo, ergo ziemia jest płaska!
Pani od geografii nie wytrzymała:
– A Magellan? Przecież on okrążył świat!
– Nie okrążył! Opłynął dookoła po rancie!
Jedna pani próbowała rzucać jajkami w samochód policyjny.
– Ratunku! Rzucili mnie na chodnik! Ale ten chodnik jest płaski!
– Wrócił stan wojenny! – łkała pani, która wcześniej kupowała jajka. – Znowu będzie więzienie, tortury i kapowanie!
Tu już mama Wiktymiusza nie wytrzymała:
– Przepraszam bardzo, co też pani opowiada? W stanie wojennym nikt nikogo nie bił! To było wydarzenie w dużej mierze kulturalne!
– Kto tak mówi?!
– Jeden z bijących!

Kiedy feministki tworzą hasztagi

Mama Łukaszka z dumą zaprezentowała rodzinie naszywkę na swojej kurtce. Widniał tam napis „Trzoda Okręgowa nr 377”.
– Co to ma być??? – tata Łukaszka był maksymalnie zaskoczony. – Zapisałaś się do hodowców świń???
– Wypraszam sobie!!! – piszczała oburzona mama. – To jest struktura terytorialna oddziałów feministycznych!!!
– Trzoda, tak? – dziadek był dziwnie rozbawiony.
– Tak, w okręgach są trzody, w miastach stada, w województwach watahy, a na terenie całego kraju jest ławica.
– Nie ma w tym logiki – zauważył tata.
– Co chcesz, to kobiety – machnął ręką dziadek.
Z kuchni wyjrzała babcia.
– Co chcesz, to feministki – poprawił się pospiesznie dziadek.
– Jeszcze słowo i sam sobie będziesz robił obiad – oznajmiła lodowatym tonem babcia i wróciła do kuchni.
Dziadek odetchnął z ulgą i wrócił do lektury książki „Zachód Słońca Peru”.
– A redyka nie ma? – spytał Łukaszek.
– Nie ma, bo redyk jest rodzaju męskiego – mama uniosła palec. – Nie musi być logika, musi być niemęsko!
– O czym wy mówicie? – spytała z rozpaczą siostra Łukaszka, która kompletnie się pogubiła. – Nic nie rozumiem!
– To bardzo dobrze – mama ujęła jej dłonie w swoje dłonie. – Chodź ze mną, na zebranie feministek, a wszystko zrozumiesz!
Siostra jednak wystraszyła się ogromem potencjalnej wiedzy i nie chciała iść. Mama Łukaszka poszła zatem sama.
Może i dobrze, że tak się stało, bo spotkanie miało przebieg nerwowy i dramatyczny. Spotkanie miał uświetnić swoją obecnością znany działacz społeczny, wolnościowy i demokratyczny.
– Guru w kwestii alimentów – zapewniała z zapałem szefowa lokalnego oddziału feministek, którą była mama Wiktymiusza. Mama Wiktymiusza była straszną szefową. Gnębiła swoje podwładne, trzymała je krótko i zmuszała do bezwzględnego posłuszeństwa tak, jak to niektóre kobiety potrafią robić innymi kobietom.
Zadzwonił telefon.
– Guru nie dojedzie – poinformowała wściekła mama Wiktymiusza.
– Znowu nie ma na bilet? – spytał ktoś z sali zmęczonym głosem. – Ostatnio, gdy zebrałyśmy sto euro to dojechał tylko do KFC.
– O tym się nie mówi, ale ostatnio reżim znacznie podniósł ceny biletów.
– Nic o tym nie słyszałam – zdumiała się mama Łukaszka.
– No bo o tym się nie mówi – przypomniała mama Wiktymiusza. – To wszystko wina patriarchatu. Kiedy, my, kobiety obejmiemy władzę w komunikacjach miejskich, to przejazdy będą darmowe dla wszystkich!
Wybuchł aplauz, ale ktoś zapytał:
– Ale z czego kupimy paliwo do autobusów?
– Niech faceci płacą! – zakrzyknęła mama Łukaszka i spojrzała wyzywająco na mamę Wiktymiusza. Mama Wiktymiusza zmrużyła oczy i była zła.
– Ale faceci nie jeżdżą komunikacją miejską, tylko samochodami – rzucił ktoś z sali.
– Niech płacą i tak! – zakrzyknęła mama Wiktymiusza i spojrzała z triumfem na mamę Łukaszka.
Ktoś poddał pomysł zby rozejść się do domów.
– Jeszcze czego! – prychnęła mama Wiktymiusza. – Mowy nie ma!
– To co będziemy robić?
– Wymyślimy swoją akcję! Coś, co pokaże naszą kobiecość całemu światu!
I mama Wiktymiusza zaczęła się znęcać nad zebranymi feministkami każąc im myśleć.
Po pół godzinie nieprawdopodobnych wygibasów intelektualnych panie wymyśliły coś. Coś takiego, że przejmą jakieś typowo męskie zajęcie i wykonają je same. Lepiej i szybciej.
– Tylko co? – spytała mama Wiktymiusza pocierając bolące czoło.
I wtedy na mamę Łukaszka spłynęło Olśnienie. Wstała i zaproponowała co należy zrobić. Widziała zachwyt w oczach koleżanek i zazdrość w spojrzeniu mamy Wiktymiusza.
Trzy minuty później Łukaszek wypadł ze swojego pokoju krzycząc, żeby się wszyscy ogarnęli, bo mama zaraz wraca.
– Skąd wiesz? – chciał wiedzieć tata Łukaszka.
– Bo wrzuciła na Twittera, że zebranie właśnie się skończyło. Tylko…
– Tylko co?
– Opatrzyła to jakimś dziwnym hasztagiem…
Kiedy siostra Łukaszka błyskawicznie objaśniła dziadkowi co to jest hasztag i że nie ma to nic wspólnego z narkotykami, Hiobowscy pochylili się nad ekranem telefonu Łukaszka.
– Faktycznie, dziwny hasztag – przyznał podejrzanie rozbawiony tata Łukaszka.
#womendishwashing

Pięćset plus i Podest Oligarchów

Po osiedlu gruchnęła wieść, że główna partia opozycyjna, Podest Oligarchów, ma sposób, aby pokonać partię rządzącą w sondażach. Informacja ta płynęła z ust do ust, ze smartfona do smartfona, z tableta do tableta, z komputera do komputera.
– E tam – rzekł dziadek Łukaszka jedząc jajko po wiedeńsku. – Co oni mogą wymyślić? Program „kradzież plus”?
– Ale dzisiaj mieli konwencję – przypomniała mama Łukaszka wertując „Wiodący Tytuł Prasowy”. – Podobno przyszykowali prawdziwą bombę.
– Ile razy ja już to słyszałam… – rzuciła ironicznie babcia Łukaszka.
– Zaraz dziennik – zauważył tata Łukaszka i włączył telewizor. Babcia Łukaszka przerwała odkurzanie dywanu i wszyscy siedli przed odbiornikiem.
Zagrzmiały fanfary. Animacja komputerowa, jak co wieczór rozpoczęła lot znad tonącego Gdańska, przeleciała nad Łukiem Kurskim i zatrzymała się nad dumnymi wieżami Żoliborza.
Na ekranie pojawiła się Honuta-Dalecka. Była blada.
– Opo… Opozycja bezczelnie plagiatuje najlepsze pomysły rządu! – wychrypiała na powitanie.
Pod spodem pojawił się pasek „Pomysły opozycji grożą rozsadzeniem budżetu!”.
– Dziś miała miejsce konwencja Podestu Oligarchów – kontynuowała Honuta-Dalecka. – Jak to dobrze dla Polski, że oni nadal nie rządzą! Ich pomysły można określić jednym zdaniem: rozdawnictwo bez opamiętania!
Pokazano Schegorza-Grzetynę. Stał w otoczeniu zmęczonych, milczących, patrzących posępnie ludzi, a w tle było słychać wiwaty.
– Mamy pomysł, który pozwoli przekonać mieszkańców tego kraju do naszej partii! – przewodniczący Podestu Oligarchów starannie unikał słowa „Polska”, bo ktoś powiedział mu, że w jego ustach to brzmi nieszczerze. – A oto i nasz pomysł!
Wszyscy zamarli.
Schegorz-Grzetyna rozłożył szeroko ręce i wypalił:
– Pięćset plus na każdego gupika!!!
Dziadek Łukaszka zemdlał i zaczął się przewracać w przód. Babcia wykazała się kapitalnym refleksem i zdążyła odsunąć nogą odkurzacz. Odkurzacz był bardzo cenny, bowiem miał moc dwa tysiące wat. Takie odkurzacze były surowo zakazane przez Unię Europejską. Wszyscy takie mieli. Kupowało się je na czarnym rynku i były przemycane z Kosowa, które było europejskim centrum szmuglu odkurzaczy.
Dziadek zatem padł w przód i zaległ na dywanie.
– Co to są gupiki? – spytała ciekawie siostra Łukaszka.
– Takie rybki – wymamrotała babcia.
– E rybki…
Łukaszek sięgnął po tablet i zaczął na szybko rachować, ile w stulitrowym akwarium można mieć gupików, razy ilość narybku przez długość ciąży pomnożone przez pięćset plus…
Wkrótce skończył się wyświetlacz.
– Akwarium mogłoby stać u mnie – zaproponowała chytrze siostra.
Na ekranie pojawili się politycy, którzy zaczęli komentować pomysł przewodniczącego Podestu Oligarchów. Szef ugrupowania Tynisław-Staszka’20 oświadczył, że należy skończyć z gupikokracją, i to obywatele powinni wybrać jakie ryby chcą trzymać w swoich akwariach. Dlaczego nie ma pięćset plus na neonki? Aby rozwalić system oni proponują Jednogatunkowe Akwaria. Przewodniczący partii chłopskiej grzmiał, że dotacje na gupiki powinni otrzymywać tylko rolnicy. Po pierwsze, taka tradycja, że zawsze dopłaty otrzymywał rolnik, a tradycja dla chłopa to rzecz święta. A po drugie: rolnik to też rybak, tylko lądowy. Przedstawiciele Partii Modernistycznej zaproponowali, aby pięćset plus objęło też inne ryby i zaproponowali delfiny. Na końcu wypowiedział się przedstawiciel partii rządzącej. Moteusz-Marawiecki skrzywił usta i powiedział, że propozycja Podestu Oligarchów jest nierealna. On, owszem, byłby w stanie wprowadzić pięćset plus na gupiki, ale pod dwoma warunkami. Pięćset plus byłoby dopiero powyżej dziesiątego gupika w miocie. I trzeba by było uszczelnić ściągalność podatku za osobistą emisję CO2, zwanego potocznie „oddechowe”.
– Serca nie macie – rozpłakała się znana aktorka, miłośniczka aborcji. – Czy wy wiecie jak się poczują te gupiki, które nie dostaną pięćset plus? Co, będą musiały konsumować gorszy pokarm? Stop wykluczeniu! Pięćset plus powyżej piątego gupika!
Wybuchł w studio gwałtowny spór czy płacić powyżej piątego czy powyżej dziesiątego gupika.
– Ja chyba śnię – wyjęczał dziadek gramoląc się powoli z dywanu. – Boże, co za głupoty. Gdyby żył Marszałek, to jak nic dokonałby zamachu majowego w grudniu…
– Jajciech-Woruzelski dokonał i co? Nie doceniają go dzisiaj – westchnęła babcia Łukaszka.
– Ryby? Chodzi o ryby? – upewniała się siostra Łukaszka.
Tata Łukaszka patrzyła nieufnie na ekran i z wielkim wysiłkiem usiłował coś sobie przypomnieć.
– Dzieci i ryby głosu nie mają – zażartował Łukaszek.
– Głosy!!! – wrzasnął tata Łukaszka. Rzucił się do stołu i wyrwał Łukaszkowi tablet. Zepchnął go z krzesła i zaczął gorączkowo stukać po tablecie palcem. – Tak, oczywiście! Głosy! Wiedziałem, że gdzieś o tym czytałem! Jest, proszę!
I tata Łukaszka zaprezentował artykuł, który znalazł. „Komisja Europejska chwali polską opozycję za przywrócenie demokracji w Polskim Związku Akwarystów”.
– Że co? – spytał skołowany dziadek. – Co? Jak?
I tata czytał dalej: w głosowaniu wyłoniono nowy zarząd.
– Demokracja – rzekła z zadowoleniem mama Łukaszka.
– Ale do końca kadencji poprzedniego zarządu został jeszcze rok – czytał dalej tata.
– Wielkie mi halo, wybrali na zapas i tyle.
– Na sto osób w zarządzie dziewięćdziesiąt dziewięć jest z Podestu Oligarchów!
– Ale o co ci chodzi, co, nikt z Podestu Oligarchów nie może być akwarystą? Zakazać im tego?
– Przewodniczącą została Ganna Wronkiewicz-Haltz!
– Od zawsze interesowała się grubymi rybami!
– Ja jednej rzeczy nie rozumiem – wtrąciła babcia Łukaszka. – Dlaczego w ogóle wypłynęła ta sprawa rybek? Czemu Podest Oligarchów robi skok na jakieś niszowe stowarzyszenie? Czemu gupiki?
– Protestuję, to nie jest skok – piszczała oburzona mama Łukaszka.
– Już tyle lat żyjecie w tym kraju, to powinniście wiedzieć, że w polskiej polityce nie ma miejsce na żadne idiotyzmy, nie ma żadnych przypadków – rzekł twardo tata Łukaszka. – Oni wyciągnęli jakieś papiery przedwojennych akwarystów, ogłosili się ich następcami i ostro grają o odzyskanie zbiornika wodnego na cele statutowe.
– A konkretnie?
– Chcą sprywatyzowania Motławy.
————-
marcinbrixen.pl
http://www.wydawnictwo-lena.pl/brixen3.html – blog w formie książki
https://pl-pl.facebook.com/marcin.brixen