Jak zrobić sobie remont za cudze pieniądze

Pan dyrektor siedział sobie w swoim gabinecie i omawiał kwestie zakończenia roku szkolnego z panią wicedyrektor i panią pedagog. Rozległo się pukanie do drzwi i do środka zajrzał ksiądz katecheta.
– Pochwalony… Można? Ja przychodzę z taką jedną sprawą, czy będzie można w wakacje robić dodatkowe zajęcia z religii? Na auli?
– E… A… Po co? – spytał zaskoczony pan dyrektor. – Przecież niedawno ksiądz mówił, że młodzież nie bardzo chce chodzić na religię…
– Na taką będą chcieli chodzić – rzekł z dumą ksiądz i wyjaśnił, że wpadł na pomysł, aby zaprosić do prowadzenia tych spotkań internetowego księdza. To znaczy takiego księdza, który występuje w internecie i jest szalenie popularny.
– Jest świetny! Jaki on ma kontakt z młodzieżą! Jak oni go słuchają! On im opowiada dowcipy!
– O czym? – zainteresowała się pani wicedyrektor.
– Ostatnio o Łazarzu. Nie znacie go?
– Nie.
– Ale wiecie chyba kto był Łazarz? – zaniepokoił się ksiądz katecheta.
– Ten, co umarł – odparła pani pedagog po dużym wysiłku umysłowym.
– Wręcz przeciwnie, on nie umarł – poprawiła ją ze słodkim uśmiechem pani wicedyrektor.
– Ależ umarł – wtrącił się ksiądz.
– Jak, to przecież Jezus…
– Łazarz najpierw umarł…
– Czyli miałam rację! – ucieszyła się pani pedagog.
– …a potem Jezus go wskrzesił – dokończył ksiądz.
– Czyli żyje – odcięła się pani wicedyrektor.
– Nie żyje – westchnął ksiądz.
– Czyli miałam rację! – ucieszyła się pani pedagog.
Pan dyrektor zastukał ołówkiem w blat biurka.
– No i ten ksiądz z internetu opowiedział kawał, który brzmi tak – rzekł pospiesznie ksiądz katecheta. – Jakimi słowami Jezus wskrzesił Łazarza? Wstawaj, sędzia nie uznał faulu!
I ksiądz katecheta zawiesił głos i popatrzył na zebranych.
– Dobrze, to może jeszcze ten dowcip poprosimy – powiedział pan dyrektor.
– To był ten dowcip – zawołał zrozpaczony ksiądz.
– Żartowałem – mrugnął pan dyrektor. – Nawet dobre z tym Łazarzem. Wracając do sprawy zajęć w wakacje… W której klasie chciałby ksiądz je zrobić?
– Klasie? – oburzył się ksiądz katecheta. – Tam będą walić tłumy! Chodziło mi o aulę!
– Niestety – rzekła ze smutkiem pani wicedyrektor. – Planujemy remont auli. Trzeba wymienić parkiet… Będzie wyłączona z użytku przez co najmniej…
– Po wakacjach – przerwał jej pan dyrektor. – Po wakacjach aula będzie gotowa i będzie w niej można organizować uroczystości.
– Po wakacjach?!! – wykrzyknęła pani pedagog. – Przecież nie mamy żadnych funduszy!
– Fundusze będą – pan dyrektor wstał i podszedł do okna.
– Kto zapłaci???
– Rodzice.
Ksiądz katecheta zaczął się śmiać.
– Jeśli pan tak go tego podchodzi to chyba tylko cud panu pozwoli na realizację tego zamierzenia…
– Trochę więcej wiary w ludzi – mruknął pan dyrektor. I polecił pani wicedyrektor zwołać zebranie wszystkich rodziców w jak najszybszym terminie. A panią pedagog poprosił o przygotowanie tematów których ludzie się najbardziej boją.
Nadszedł czas zebrania. Pan dyrektor wszedł w towarzystwie pań wicedyrektor i pedagog na aulę pełną rodziców. I nie bawiąc się w żadne wstępy powiedział tak:
– Rząd chce nam odebrać aulę!
Zapadła straszna cisza. A pan dyrektor wbijał jeden po drugim krótkie, zwięzłe komunikaty. Jeden straszniejszy od drugiego.
– Rząd za pomocą ustawy przejmie kontrolę nad aulą, co jest oczywiście pogwałceniem demokracji, trójpodziału władzy i złamaniem ustawy zasadniczej. W konstytucji jest bowiem zapisane, że każda aula szkolna jest we władzy danej szkoły.
Rodzice zasyczeli ze złości.
– Nad drzwiami będzie wisiał krzyż!
Rodzice zawyli. Dalej było coraz gorzej.
– W tej sali będzie restauracja! Będzie serwowane mięso!
– Obsługa będzie chodzić w futrach!
– Będzie zakaz obsługi gejów i lesbijek!
– Będzie tylko męska toaleta, co nie tylko jest dyskryminacją wobec osób trans, ale i wobec kobiet!
Sala falowała w oburzeniu.
– I to wszystko – rzekł złamanym głosem pan dyrektor. – Odebrali nam wszystko. Trybunał. Sądy. Łapówki. A teraz nawet tę aulę.
Zebranie się skończyło.
– I co pan zamierza teraz zrobić? – pytały zżerane ciekawością panie wicedyrektor i pedagog.
– Nic – odparł swobodnie pan dyrektor i zaczął jeść jabłko.
W internecie zawrzało. Fejsbuk i Tweeter były rozgrzane do białości. Setki memów, filmików, nagrań, komentarzy. Rodzice pisali do posłów i ministrów z prośbą o pomoc. Posłowie i ministrowie oczywiście zaprzeczali, że nic takiego się nie dzieje, co jeszcze bardziej przekonywało rodziców, że pan dyrektor mówi prawdę. Rodzice zaczęli się organizować. Pojawiły się marsze, pikiety, opaski na rękawach, czarne stroje, nocne czuwania…
– No, wystarczy – uznał pan dyrektor i zwołał kolejne zebranie.
Tam, ze łzami w oczach wykrzyknął:
– Kochani! Jesteście wspaniali! Udało się!! Triumf!! Obroniliśmy naszą aulę!!!
Wybuchł szał radości.
– Ale coś jeszcze musimy zrobić – przerwał pan dyrektor. – Musimy coś zrobić, aby nam tej auli nie odebrano. Musimy pilnie wymienić parkiet. Inaczej… Inaczej będzie to, co wam mówiłem. Będziemy zaściankiem Europy. Pomyślcie tylko, co to za szkoła bez auli. Wstyd na całą Unię!!!
Rodzice kiwali głowami i powtarzali, że wstyd.
– Musimy zrobić ten remont. Nie mamy jednak pieniędzy… – pan dyrektor zawiesił głos.
– My damy! – zakrzyknął któryś z rodziców. – Damy, byle tylko zrobić ten remont i żeby nasza demokratyczna aula nie wpadła w brunatne łapy faszystowskiego reżimu!
I rodzice zaczęli organizować zbiórkę.
– Uff – westchnął pan dyrektor i powiedział do pań:
– Na szczęście obyło się bez niespodzianki.
Niespodzianka jednak była. Bo kilka dni później było uroczyste zakończenie roku szkolnego. Pan dyrektor prowadził uroczystość w auli, rozdawała świadectwa, a na koniec odczytał wynik zbiórki. Środki na koncie znacznie przewyższały potrzeby remontowe.
Niespodzianką zaś było to, że rodzice poprosili o głos.
– To dla pana – powiedziała jedna pani podając dyrektorowi papier. – To nasza uchwała, nas, rodziców. Uchwaliliśmy, że w uznaniu pana zasług ma być pan pośmiertnie dyrektorem tej szkoły!
– Pośmiertnie? – pan dyrektor zmarszczył brew.
– To znaczy, do śmierci i po śmierci też. Do dwa tysiące dwusetnego.
Pan dyrektor się rozpromienił, a rodzice znów eksplodowali entuzjazmem. Czuli się silni, zjednoczeni, myśleli, że wygrali z rządem i że coś od nich w tej szkole zależy.

Oświadczenie premierów RP i IZR w sprawie Pawełkowic

Przerwano. Wszystko w telewizji przerwano. Na jednym kanale mecz, na innym serial. Na jeszcze innym reportaż „Patologia” o rodzinie żyjącej bez telewizora.
– Nadamy teraz wspólne oświadczenie premierów Rzeczpospolitej Polski i Izraela – rzekła z namaszczeniem spikerka i dodała już mniej pewnym głosem:
– W sprawie Pawełkowic.
Tata Łukaszka upuścił kubek i rozlał herbatę na dywan. Ale reszta rodziny nawet się tym nie przejęła. Przejęła się za to tym co się działo na ekranie.
A na ekranie pojawili się obaj premierzy, którzy serdecznie się uścisnęli i do mównicy podszedł polski premier.
– Proszę państwa. Zapewne państwo zastanawiacie się dlaczego zajmujemy się akurat sprawą Pawełkowic. Ma to jednak pewien bardzo ścisły związek z dwoma naszymi bardzo ważnymi ustawami. Reprywatyzacyjną i tą o IPN. W związku z międzynarodowym aspektem całej tej sprawy będę mówił w językach międzynarodowych.
I premier odczytał krótkie oświadczenie po angielsku. Potem w jidysz, następnie po niemiecku, francusku, włosku, rosyjsku i hiszpańsku. Następnie przeszedł na gwarę kaszubską, śląską, wielkopolską oraz narzecze pawełkowickie używane w Pawełkowicach przez trzynaście osób. Wreszcie przemówił po polsku.
A oto tekst oświadczenia.

1. Premierzy obu rządów stwierdzają zgodną i przykładną współpracę obu państw, która liczy już sobie cztery tysiące lat i trwa bez większych zakłóceń, pomimo tego, że to Polacy zabili Jezusa no i zabijali Żydów w czasie drugiej wojny światowej.
2. Premierzy zgodnie potępiają antypawełkowicyzm, który pojawił się na arenie międzynarodowej.
3. Uważamy za krzywdzące i niesprawiedliwe nazywanie Pawełkowic „drugim Sosnowcem”. Odstępujemy od penalizacji osób używających tego określenia, bowiem po debacie na forum międzynarodowym sprawa stała się znana na tyle opinii publicznej, że nie będzie ona już się mylić w tak delikatnej kwestii. Zresztą zawsze pozostaje otwarta furtka do dochodzenia prawa i sprawiedliwości. Obywatel będzie mógł skorzystać w platformy obywatelskiej, jaką są wolne sądy i do nich to będzie mogła się zwrócić obrażona osoba z Pawełkowic. Albo Sosnowca.
4. Z radością i dumą ustalamy, że nie dotyczy to badań naukowych. Będzie można zatem nadal obrażać mieszkańców Pawełkowic, tyle, że w książkach. Takich naukowych. Albo Sosnowca.
– I to wszystko – odparł polski premier chowając kartki do kieszeni.
– Przepraszam bardzo! – zawołał jakiś dziennikarz. – Ale mówił pan, że ma to jakiś związek z ustawą reprywatyzacyjną…
– No tak – pokiwał głową premier. – Nie wiem, czy państwo pamiętacie, że komisja reprywatyzacyjna w zeszłym roku odzyskała kamienicę w Pawełkowicach. Szajka oszustów posługując się sfałszowanymi dokumentami przejęła budynek powołując się na pełnomocnictwo właściciela kamienicy z czasów drugiej wojny światowej. Otóż proszę państwa, ten człowiek musiałby mieć dzisiaj sto dwadzieścia osiem lat, co jest oczywiście bardzo, bardzo mało prawdopodobne. Już większe szanse są na wyjście z grupy na mundialu. Czy muszę dodawać że w wyniku bandyckiego traktowania lokatorzy musieli opuścić oddany budynek? Na szczęście udało się odzyskać ten budynek…
– …i lokatorzy do niego wrócą, brawo! – zakrzyknęła jakaś dziennikarka.
Premier Polski zrobił niewyraźną minę.
– No nie do końca tak. Bowiem komisja reprywatyzacyjna będzie musiała jednak tę kamienicę rereprywatyzować. Znalazł się bowiem przedwojenny właściciel, który obecnie mieszka w Izraelu…
– Dlaczego mnie to nie dziwi, że akurat tam – mruknął kolejny dziennikarz i zawołał:
– Hej, co to znaczy „żyje”? On żyje do dziś? To ile on ma lat Czy to możliwe?
Do mikrofonu podszedł premier Izraela i powiedział:
– Mosze Goldman kończy w tym roku sto pięćdziesiąt cztery lata. Dużo? Może. Dziwi to pana? Ma pan prawo. Ale my umiemy długo czekać.

Wreszcie mamy swojego uchodźcę

Pani Sitko, dozorczyni bloku, w którym mieszkali Hiobowscy, stała i patrzyła na skrzynki na listy w holu bloku. Mama Łukaszka właśnie naklejała coś na swoją skrzynkę.
– Co pani robi? – zagadnęła zrzędliwie pani Sitko. – Wandalizm?
– Żaden tam wandalizm.
– Niszczy pani skrzynki na listy.
– Nie niszczę tylko naklejam. Poza tym to moja skrzynka.
– A co pani nakleja?
– A to – i mama Łukaszka odsłoniła skrzynkę pocztową. Na ruchomej klatce zasłaniającej otwór wrzutowy widniała nalepka z napisem „Strefa Wolnej Polski”.
Pani Sitko przeczytała ten napis trzy razy. Dwa razy normalnie, i jeden raz wspak, tak na wszelki wypadek.
– Co to ma znaczyć? – spytała niepewnie.
Mama Łukaszka westchnęła.
– To znaczy proszę pani, że w mojej skrzynce na listy jest wolność. To jeden z ostatnich bastionów tego kraju, gdzie panuje praworządność. Tam, wewnątrz mojej skrzynki, są wolne sądy, trójpodział władzy, konstytucja nie jest łamana i Unia Europejska nie musi nakładać na nas sankcji. Dlatego nie życzę sobie, aby w tym ostatnim skrawku demokracji była gwałcona praworządność wrzucaniem nieodpowiednich ulotek. Nie życzę sobie żadnych ulotek partii rządzącej! Bo to są…
– Przepraszam – przerwał jakiś pan przechodzący obok. – To pani popiera opozycję?
– Tak – odparła dumnie mama Łukaszka.
– Uff! – odetchnął z ulgą pan. – To świetnie. Już nóg nie czuję! Kilka godzin chodzę już po tym osiedlu i nie mogę nikogo znaleźć…
– Ach, bo wie pan, teraz taki terror, że ludzie boją się publicznie przyznawać do swoich poglądów… Terror…
– Ale co też pani opowiada. Jaki terror? – zdumiał się pan.
– Przecież sam pan mówi, że nikogo pan nie znalazł, kto jest za przyjmowaniem uchodźców! – podniosła głos mama Łukaszka. – Jakaż więc może być przyczyna jeśli nie obawa…
– E nie, proszę pani, nie obawa. Widzi pani, znalazłem nawet ich dość dużo.
– No to o co chodzi?
– Chodzi o to, że oni potem rezygnują.
– Z czego?
– No, z przyjmowania uchodźców.
– Ale co też pan – zaśmiała się mama Łukaszka. – Dojrzali ludzie potrafią stać wiernie przy swoich poglądach…
– Dlaczego tamci rezygnują? – wtrąciła się czujnie pani Sitko. – Że niby „potem”? Kiedy? Po czym?
– Po tym, kiedy się okazuje, że trzeba się wyprowadzić – rzekł pan.
W mamę Łukaszka jakby piorun strzelił.
– Wyprowadzić? – spytała słabym głosem. – Dlaczego?
– Co to za pytanie, żeby zrobić miejsce dla uchodźcy, oczywiście! Mamy, wreszcie mamy pierwszego naszego uchodźcę!
– Nie słyszałam, żeby Polska przyjęła jakichś uchodźców… – zastanawiała się pani Sitko, podczas gdy mama Łukaszka rejterowała z godnością.
– Echeche… No tak… Wie pan… Ja oczywiście poglądów nie zmieniam, jestem jak najbardziej za, ale… Ale czy to musi być akurat u mnie? Widzi pan, ja nie mieszkam sama. Mieszkam z rodziną. Co to za rodzina, niech pan nawet nie pyta. Rasiści i faszyści. I antysemici. Więc ja nie mogę ot tak sobie podjąć decyzji dotyczącej mieszkania, w którym mieszkam nie tylko ja. Z olbrzymim żalem ale muszę odmówić…
– To uchodźca wojenny, proszę pani – rzekł pan cicho. – Przykre, że katolicy tak pojmują miłość bliźniego. Przecież temu człowiekowi trzeba dać mieszkanie, zasiłek, aby już nie musiał nigdy więcej pracować, telefon, aby mógł sobie przyjemnie spędzać czas…
– Nie mogę – mama Łukaszka rozłożyła z żalem ręce.
– Znowu się nie udało? – od wejścia do bloku dobiegł cichy głos. W drzwiach stał jakiś starszy facet o wyglądzie typowego krajowca spod sklepu.
– Ano znowu nie – westchnął pan. – Przedstawiam paniom naszego uchodźcę: pan Wacław.
Mamę Łukaszka ogarnął słuszny gniew.
– Co to jest?! Co to ma być?! To ma być uchodźca?! Panie, skąd pan jest?! Z Syrii?
– Nie. Z Pawełkowic.
– Więc to dlatego nie słyszałam nic o przyjmowaniu uchodźców – pokiwała głową pani Sitko. – Bo to uchodźca wewnątrzkrajowy!
– Tak – przyznał pan. – Ten najgorszy od czasów Władysława Hermana rząd zablokował przyjmowanie uchodźców. A Unia nalegała. I jak to wyglądało w świecie? Więc my, z fundacji Quislinga, wpadliśmy na pomysł, aby przyjąć uchodźców krajowych. Taki eksport wewnętrzny. Genialne, prawda?
– I oni tak sobie dostaną mieszkania, zasiłki i telefony? – oburzyła się pani Sitko.
– To uchodźca wojenny – przypomniał pan.
– Niech pan daruje, ale… – mama Łukaszka zwróciła się wprost do uchodźcy:
– Jaka to niby wojna panuje w Pawełkowicach?
Pan Wacław odchrząknął i rzekł z godnością:
– Niedawno żona przyłapała mnie jak w nocy, ukradkiem, wypijałem jej ajerkoniak z szafki w kuchni. Wiecie panie jaka potem była wojna?

Sportowy zawrót głowy

Mama Łukaszka spokojnie i bezpiecznie oglądała publicystyczny program pod tytułem „Nienawidzę Polski” nadawany cyklicznie w jednej z prywatnych stacji telewizyjnych. Gośćmi były panie feministka i aktorka. Obie zgodnie narzekały na Polskę.
– Tu jest strasznie – wzdychała aktorka. – Tu się nie da żyć. Duszno, potwornie duszno. Smród, zaduch.
– To wszystko przez mężczyzn – wtórowała jej feministka. – Wiadomo, że samiec śmierdzi bardziej od kobiety, a więc Polska jest samcem.
Pan prowadzący kiwał głową z entuzjazmem jakby sam nie był samcem.
– Ten kraj powinien się nazywać wstyd! – grzmiała pani aktorka. – Wstyd tu żyć! Wstyd tu mieszkać! Skandal, że mi zabrano moje państwowe pieniądze! Żebym ja nie miała z czego żyć! Wstyd! I jeszcze inni ludzie, Polacy, uważają, że to dobrze! Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia! Ach, nie da się żyć w tym kraju! Wszędzie ten groźny nacjonalizm, wszędzie to niewygodne słowo ojczyzna! Wyjeżdżam!
– Faceci niech wyjadą! – zakrzyknęła gromko pani feministka. – To oni są wszystkiemu winni! Patriarchalnie zmuszają kobiety aby na parkingu ustawiać auto dokładnie wzdłuż linii parkingowych! Są katokato! Czyli katolikami zajmujący się katowaniem! Jedzą mięso! I piją alkohol! Szczególnie kiedy jest mecz! A dzisiaj właśnie jest!
– Mecz! – skrzywiła się pani aktorka. – Znowu wybuch narodowego entuzjazmu! Znowu ta pompowana euforia! Patrzeć na to nie mogę! A najgorsze będzie jak Polska ten mecz wygra, wtedy Polacy będą się cieszyć bez opamiętania!
– Mecz! – wykrzyknął prowadzący program. W telewizji poleciała zajawka innych programów, a kiedy po dwóch minutach kamery znów pokazały studio…
Co prawda nadal był sam prowadzący i byli ci sami goście, ale studio wyglądało zupełnie, zupełnie inaczej! Wszędzie biało-czerwone flagi, husaria, Powstanie Warszawskie! I wielki napis: „Polska, moja kochana ojczyzna”.
– Zapraszamy na mecz – powiedział z dumą w głosie prowadzący. – Niech nasi wygrają! Bądźmy dumni z ich sukcesów, z sukcesu Polski!!!
Panie feministka i aktorka skrzywiły się, ale nie zdążyły nic powiedzieć, bo zaczął się mecz.
Mecz można w skrócie określić jako katastrofalny. Polacy mylili się cały czas, we wszystkich formacjach. Nic im nie wychodziło. Jedyny, który w coś trafił, to bramkarz. Trafił w słupek. Swojej bramki. Swoją głową.
Polska przegrała pięć do zera. Dwie bramki były samobójcze.
– Przynajmniej przełamaliśmy swoją strzelecką niemoc – trener starał się znaleźć coś optymistycznego.
Po meczu kamera znów przeniosła się do studia. Zniknęły flagi, husaria. Prowadzący grobowym głosem rzekł:
– Witamy po przerwie w programie „Nienawidzę Polski”.
I powiedział do pani aktorki, że on rozumie, że Polska przegrała, ale mogłaby już przestać cieszyć się bez opamiętania.

Dereżimizacja mediów

Jakie było zdziwienie taty Łukaszka, kiedy to mama Łukaszka chciała oglądać telewizję. Nie, samo to nie było w sobie niczym dziwnym. Nic dziwnego nie było też w uprzejmym pytaniu czy mama może już oglądać.
Dziwne bowiem było to, co się stało gdy chwyciła za pilota. Przełączyła bowiem telewizor na państwowy kanał.
– Ty oglądasz reżimową telewizję??? – zdumienie Hiobowskich nie miało granic.
– Nie oglądam – odparła stanowczo mama Łukaszka.
– Przecież widzę co jest włączone – rzekła zimno babcia Łukaszka. – Co oni nadają? Relację z kongresu aborcjonistek?
– Inne stacje, te prywatne, tego nie nadają? – rzucił dziadek Łukaszka.
– Nie – powiedział tata Łukaszka. – Odkąd mają odnawianie koncesji co rok bardzo spokornieli. A że koncesję odnawiają zaraz po wakacjach…
– I to jest dowód na istnienie faszyzmu w tym kraju! – eksplodowała mama Łukaszka. – Ale jak tylko odzyskamy władzę, odzyskamy ten kraj, odzyskamy demokrację, to media państwowe zostaną odreżimowane! Nie będzie miejsca w telewizji państwowej miejsca dla tak ordynarnej prorządowej propagandy!
Hiobowscy się podzielili. Jedni utrzymywali, że będzie, inni że będzie mniej ordynarna.
– No dobrze, ale mimo wszystko oglądasz teraz telewizję państwową – zauważył Łukaszek.
– A właśnie, że nie! – zakrzyknęła mama Łukaszka. I zrobiła coś, czego się nikt nie spodziewał: podeszła do telewizora i nakleiła na obudowę karteczkę tak, że zasłaniała logo telewizji państwowej. Na kartce było logo Najlepszej Telewizji.
Tata Łukaszka śmiał się tak głośno, że zagłuszył dzwonek wejściowy. Dopiero miarowe walenie w drzwi uświadomiło Hiobowskim, że ktoś się dobija do ich mieszkania. Była to mama Wiktymiusza. Miała bardzo nietypowe pytanie: czy może u nich w domu obejrzeć w telewizji relację z kongresu aborcjonistek.
– Bardzo proszę, akurat oglądam – powiedziała bardzo zadowolona mama Łukaszka, bowiem obie były z Komitecie Obrony Dewiacji, z tym, że mama Wiktymiusza była jej przełożoną.
– Telewizor się zepsuł? – spytała z niechęcią babcia Łukaszka.
– Nie, tylko mąż uparł się, żeby oglądać jakiś durny mecz – sarknęła mama Wiktymiusza. Nachyliła się aby zdjąć buty, włosy na głowie jej się rozsunęły i…
– Ojejku!!! – wykrzyknęła siostra Łukaszka. – Pani ma zaklejone plastrem jedno ucho!!!
– Owszem, mam. Słuchałam relacji w radiu. Niestety, nadają ją tylko stacje reżimowe. W radiu, jak sami państwo się domyślacie, nie da się zakleić logo. Ale jak my obejmiemy władzę, to tak urządzimy radio, że będzie można w nim zakleić logo. Więc chcąc odreżimować stację zakleiłam sobie ucho. Ale kiepsko tak słychać, no i nie widać, więc…
Mama Łukaszka zmęczonym głosem poprosiła tatę Łukaszka aby przestał rżeć, bo nic nie słychać. Tata Łukaszka przestał i akurat wtedy usłyszeli dzwonek u drzwi. Łukaszek poszedł otworzyć i przyprowadził sąsiada z dołu. Sąsiad miał gazetę pod pachą i pytanie:
– Czy można u państwa obejrzeć telewizję?
– Kolejny – mruknęła babcia. – Telewizor się popsuł?
– Nie, tylko żona ogląda kongres aborcjonistek, a jest mecz…
– Niestety, proszę pana! Niestety! – wykrzyknęły z satysfakcją mamy Łukaszka i Wiktymiusza. – My też tu oglądamy kongres? Może poogląda pan z nami?
– E tam, to już wolę poczytać gazetę – odparł sąsiad i zerknął na ekran. – Moment, ale przecież tu jest logo Najlepszej Telewizji! A Najlepsza Telewizja daje przecież teraz mecz! Za to kongres jest w telewizji państwowej… Nic z tego nie rozumiem…
Mama Łukaszka śmiejąc się objaśniła całą tę rzecz z zamianą logo. O dziwo sąsiad zrozumiał wszystko.
– Sam tak robię – wyznał. – Kupuję gazetę, której nienawidzę. Ale muszę. Bo tylko oni piszą dogłębnie o temacie, który mnie interesuje. Ale wstyd się komuś pokazać, że kupuję tą gazetę, więc zaklejam ich logo innym logo. 
I pokazał gazetę, którą trzymał w ręku. Na górze strony tytułowej widniało logo z rozebraną kobietą.
– „Wędkarstwo topless” – przeczytała mama Wiktymiusza i z wściekłością zdarła plaster z ucha. – Dość tego! Dość dyktatury kobiet! Dlaczego na tej naklejce jest goła kobieta?! A nie może być mężczyzna?! Mężczyzn jest za mało!
– Ale co też pani opowiada! – zaprotestował sąsiad z dołu. – Mężczyzn jest za dużo! W wędkarstwie dziewięćdziesiąt dziewięć procent to mężczyźni! Gdzie ten gender? Gdzie te parytety!
– E… Ym… A ta gazeta, która pan kupuje… Co to jest? – zmieniła sprytnie temat mama Łukaszka.
– Ach, taka tam gadzinówka zakłamująca rzeczywistość. To „Wiodący Tytuł Prasowy”.
Zapadła straszna cisza.
– Co pan powiedział? – spytała głuchym z gniewu głosem mama Wiktymiusza.
– Tak się panie przejmują jakby było czym – wzruszył ramionami sąsiad z dołu. – A to tylko trochę papieru! I trochę farby drukarskiej! Zlepek znaków, liter, nic więcej!
– O nie, to coś znacznie więcej! – głos mamy Łukaszka drżał z gniewu. – To coś więcej niż tylko gazeta! To jej czytelnicy, to styl życia, styl myślenia, to pewien kod kulturowy! Sam pan przyznał, że kupuje pan „Wiodący Tytuł Prasowy” bo jest tam coś wartościowego!
– Ale zaklejam logo, to tak jakbym czytał inną gazetę!
– Niech mnie pan nie rozśmiesza! – mama Wiktymiusza upozowała się na tle telewizora z zaklejonym logo. – Pan jest na samym końcu tego łańcuszka wytwarzania dzieła prasowego, po zakupieniu tytułu może pan z nim zrobić co chce, ale nie zmienia to faktu, że tak naprawdę kupuje pan „Wiodący Tytuł Prasowy” i potem próbuje pan sztucznie naginać rzeczywistość!
– Przepraszam bardzo – wtrącił się tata Łukaszka. – Ale ciekawi mnie niezmiernie co tam jest takiego, czego nie ma w innych gazetach?
Sąsiad westchnął ciężko.
– Tylko oni piszą o mojej akcji. W internecie rozwija się ona całkiem nieźle, ale na papierze piszą o niej tylko tam.
– A co to za akcja?
– Zaklejamy na sprzęcie medycznym naklejki Największej Kwesty naklejkami Caritasu.
I sąsiad usłyszał od obu mam, że jest idiotą i należy mu odebrać dzieci, majątek i prawa wyborcze. Natychmiast. I że gdy tylko wrócą demokracja i tolerancja to na pewno tacy jak on zostaną wykluczeni.

Konstytucyjne prawo do seksu

Nie da się uchronić przed nieszczęściem, może ono czyhać dosłownie wszędzie. Niedawno przekonał się o tym chłopak siostry Łukaszka.
Otóż udał się wraz z siostrą Łukaszka do pewnej jadłodajni fast food na sąsiednim osiedlu. Stali sobie w grupie osób w kolejce po paszę, a kiedy odebrali wreszcie swoje porcje i szukali wzrokiem miejsca żeby gdzieś usiąść, wydarzyło się coś dziwnego.
Otóż podeszła d nich jakaś młoda, dziewczyna w okularach, alternatywnie chuda. Filmując wszystko trzymaną w pulchnych dłoniach komórką zapytała cichym głosem chłopaka siostry:
– Proszę pana, dlaczego łamie pan konstytucję?
Zapadła cisza. Słychać było tylko jak bąbelkuje cola i jak kwiczy panierka na ruszcie w kuchni.
– Ja??? – spytał osłupiały chłopak.
– Tak, pan.
– Ale jaki artykuł, konkretnie?
– Konkretnie to łamie pan poprawkę do konstytucji, która była zadana jako pytanie numer trzysta osiemdziesiąt dwa w siedemnastym referendum – powiedziała pani.
I posypały się uwagi od osób postronnych.
– Nie siedemnaste referendum, tylko szesnaste.
– Racja, to było to, które dla obniżenia kosztów prezydent połączył z imieninami Zofii trzy lata temu.
– Ale to referendum nie było ważne. Głosowało dwadzieścia trzy procent.
– Było. Tuż przed glosowaniem Unia Europejska obniżyła poziom ważności.
– Co to znaczy: Unia Europejska obniżyła? W Polsce obowiązuje polskie prawo, a nie to co wymyśli Unia Europejska!
– Niestety, proszę pani, jest pani w mylnym błędzie.
– Ale proszę państwa, to nie Unia Europejska wymyśliła, tylko jeden urzędas brukselski tak kazał. Faszyzm.
– Co pan gada, unia to demokracja, najlepszy dowód, że tego jak pan mówi urzędasa, wybrał suweren.
– Koledzy go wybrali, a nie żaden suweren.
– Dobrze ta pani mówi, w Unii suweren to jego koledzy.
– A wiecie państwo co, ja słyszałem, że ten facet to straszny pijus i to czternaście procent to się wzięło stąd, że wino pił, spojrzał na etykietę…
– Dobrze, że piwa nie pił.
– Bezalkoholowego.
– Szkoda że wódki nie pił.
– Co ty Mieczysław gadasz, wódka niszczy ludziom życie!
– Może i pojedynczych ludzi niszczy, ale za to może uratować Polskę!
– Przepraszam bardzo – przerwał te dyskusje chłopak siostry – ale co to za poprawka? O co w niej chodzi?
– No wie pan! – oburzyła się młoda sprzedawczyni. – Przecież wszyscy Polacy znają konstytucję! Czytają ją przed snem, wożą wszędzie ze sobą, w Pawełkowicach nawet zastępuje bilet komunikacji miejskiej!
– Skąd to pani wie?
– Z „Wiodącego Tytułu Prasowego”.
– Pani to czyta i uważa się za Polkę?
– Nie. Ja z Ukrainy – odpowiedziała sprzedawczyni.
– I co jest w tej oprawce? – przypomniał chłopak.
– Ohoho! – zawołał ktoś kto miał przy sobie egzemplarz i zajrzał. – Nie wiem czy panu gratulować czy współczuć. Otóż jest to konstytucyjnie zagwarantowane prawo feministek do seksu. Raz na miesiąc.
– No dobrze, ale co ja mam z tym wspólnego? – pytał chłopak siostry.
– Jeszcze się pan pyta, przecież oprócz feministki jest potrzebna do tego jeszcze druga strona. No i tą drugą stroną jest pan.
– Pani jest feministką – zapytała siostra młodą dziewczynę w okularach.
– Jestem. I żądam aby przestrzegano konstytucji. Więc ja z tym oto panem teraz tutaj…
– Ale dlaczego ja? – dopytywał się chłopak siostry, który nadal nie mógł uwierzyć w ogrom szczęścia jakie go spotkało.
– Został mi pan przydzielony wyrokiem sądu – powiedziała młoda dziewczyna i pomachała kopertą. – Tu znajduje się wyrok.
– Nawet wiem kto wydał ten wyrok – zawołał ktoś. – Jedna taka pani sędzia, której córka jest razem z panią we władzach sześciu fundacji!
– No i co z tego, ktoś w fundacjach też musi pracować, a ona jest świetnym fachowcem! – odcięła się młoda dziewczyna w okularach.
– Ale ja nie chcę! – zawołał chłopak siostry.
Tego się młoda dziewczyna w okularach nie spodziewała. Zaczęła grozić:
– Jeżeli będzie pan łamać konstytucję to policja doprowadzi pana siłą!
– Dokąd?
– Na miejsce zbliżenia!
Chłopak nie zadawał już więcej pytań tylko zaczął dygotać ze strachu. Obecni w lokalu panowie zaczęli go pocieszać:
– Niech się pan tak nie przejmuje, ta poprawka jest nieważna jak i to całe referendum…
– A to dlaczego? – zaperzyła się młoda dziewczyna.
– No jak to dlaczego, toż to klasyczny przykład seksizmu. Te całe pytania to tylko w kółko „pan, pani, pan, pani”. A gdzie trzecia płeć ja się pytam? Ludzie trans nie mają prawa się wypowiedzieć?
– Mają swoją muzykę – zauważył ktoś.
– Ale mi chodzi o referendum!
Siostra wykorzystała to, że zamieszanie narastało i próbowała dyskretnie wyciągnąć swojego chłopaka z lokalu. Niestety, młoda dziewczyna to zauważyła.
– Proszę nie uciekać tylko odpowiedzieć na pytanie! Czy będzie pan dalej łamać konstytucję?
– Wie pani co – odezwała się siostra. – To, co pani mówi moim zdaniem ma mało wspólnego z konstytucją, za to dużo z czymś innym. Ja myślę, że pani po prostu nie potrafi się pogodzić z tym, że jest pani przegraną.
– No nie mogę.

Doktor Wieuring i pani Schelgus

Powiedzmy sobie szczerze: na takim blokowisku mieszka masę ludzi i trudno wsyzskich poznać. Ale nie jest tak źle. Większość ludzi zna się jednak z widzenia, więc każda nowa twarz rzuca się jednak w oczy.
Tak też było z dwiema kobietami, które zaczęły się pokazywać na osiedlu. Zajmowały się one problematyką osób niepełnosprawnych. Ale odmiennie.
Oto bowiem szczupła, skromna, sympatyczna blondynka o niemodnej fryzurze do ramion wspierała protesty osób niepełnosprawnych. Ponoć była lekarzem, w każdym razie matki, które odwiedzała, tytułowały ją doktorem. Doktor Wieuring. Pomagała, wzruszała, walczyła, cierpiała, jednym słowem było widać, że dobro osób niepełnosprawnych leżało jej naprawdę na sercu.
Zupełnie inną postawę prezentowała blond wamp kobieta o krótkich, zaczesanych w górę włosach i mocnym makijażu. Nazywała się Schelgus. Ostrym głosem namawiała odwiedzane przez siebie osoby, aby osoby niepełnosprawne mogły być zabijane już w łonie matki, bo dzięki temu matka mogłaby nie być matką, a wolną kobietą.
I tak te panie pojawiały się na osiedlu, aż wreszcie ktoś – oczywiście Łukaszek – postawił śmiałą teorię.
Tata Łukaszka zakrztusił się herbatą.
– Ty chyba zwariowałeś! – zawołała mama. – Ta światłą postępowa kobieta i ten zacofany moher?
– Ta sympatyczna kobieta i ta modliszka? – zawołał jednocześnie dziadek i oboje z mamą spojrzeli na siebie z urazą.
– Uważam, że to jedna i ta sama osoba – powtórzył Łukaszek.
– Dowody – powiedziała babcia tonem z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku.
– One zawsze pojawiają się osobno – rzekł Łukaszek. – Czy ktokolwiek z was widział je kiedyś razem?
– To żaden dowód – tata Łukaszka miał nieco charczący głos, ale słowa dało się już zrozumieć. – My, faktycznie, mogliśmy ich nie widzieć razem, bo żadna z nich nas nie odwiedzała. Nie mieliśmy z nimi bliskiego kontaktu. Ale inne osoby? Może pani Sitko? W końcu to dozorczyni, powinna wiedzieć coś więcej.
Hiobowscy postanowili udać się do mieszkania pani Sitko. Teraz.
Ledwo jednak otworzyli drzwi na klatkę schodową, z dołu napłynęły dziwne odgłosy, jakby płacz czy jęk.
– To Colin Craven – wyjąkała siostra Łukaszka, która niedawno czytała „Tajemniczy ogród”.
– Bzdura – oświadczyła twardo babcia Łukaszka. – Niemniej jednak coś tam się na dole dzieje. Łapcie windę!
Zjechali na dół. A tam ujrzeli przejmujący widok – właśnie pani Sitko podtrzymywała słaniającą się na nogach doktor Wieuring.
– Zasłabła! – krzyknęła dozorczyni. – Macie telefon? Dzwońcie po karetkę!
– Żadnej karetki… – szeptała słabym głosem pani doktor. – Dzieci… Ratujcie dzieci… One mają tak mało pieniędzy… Nie mają za co żyć… Nie mają co jeść… Nie mają za co jechać na wczasy do Chorwacji…
– Pani doktor!!! Niech pani nie odchodzi!!! – krzyczała pani Sitko.
– Lekarstwo… Mam… W torebce… Buteleczka…
Pani Sitko wyjęła z torebki pani doktor małą butelkę. Odkręciła nakrętkę i dała jej pić. Efekt przeszedł wszelkie oczekiwania. Włosy pani podniosły się do góry, sylwetka nabrała mocy i pani doktor wstała dźwigając ciało drapieżnym ruchem. Ale to już nie była pani doktor. Przed nimi stała pani Schelgus.
– Wszystkie chore dzieci powinny być usunięte z łona matek! – zakrzyknęła gromko. – Precz z dyktaturą kobiet!
Ale w trakcie tej metamorfozy Hiobowscy mogli ujrzeć jej prawdziwą twarz.
– Ależ pani poseł! – zakrzyknął tata Łukaszka. – Niech pani odstawi te dopalacze!