Święto Wyklętych w latach czterdziestych

Tak, naprawdę taki tytuł nosił film, który Najlepsza TV miała pokazać w paśmie największej oglądalności. Była to najnowsza produkcja studia Lewicowy Globalizm Będzie Triumfować.
– Wystąpiła w tym filmie maślanka najlepszych polskich aktorów – poinformowała siostra Łukaszka.
– Chyba: śmietanka – głos mamy drżał oburzeniem. – Oglądamy!
I na nic zdały się protesty, okrzyki oburzenia, odwoływania do wolności, woli większości, a nawet Konstytucji. Po prostu okazało się, że demokracja oprócz praw ma też swoje obowiązku i obejrzenie tego filmu było właśnie jednym z takich obowiązków.
No i obejrzeli.
…jednego dnia zdarzyło się coś niezwykłego. Do celi, w której przebywali oskarżeni, funkcjonariusze wnieśli stół i krzesła. Ale jak ci funkcjonariusze wyglądali! Każdy z nich miał podbite lewe oko. Jednak wprawny wzrok więźniów od razu dostrzegł, że – w przeciwieństwie do ich obrażeń – te są fałszywe.
Namalowane.
– Co ma znaczyć ta maskarada? – zapytał jeden z osadzonych.
Do celi sprężystym krokiem wszedł major w towarzystwie fotografa.
– Dzień dobry panom. Wszystkiego najlepszego. O, widzę zdumione miny. Ano, panowie nie wiecie, że dzisiaj jest Święto Wyklętych. I my solidaryzujemy się z wami w tym dniu tym oto makijażem. Siadajcie, proszę, a fotograf zrobi nam pamiątkowe zdjęcie.
Więźniowie milczeli, jeden z końcu przemówił:
– Jeśli to jakaś wasza nowa podłość…
– Żadna tam podłość. Po prostu w ten jeden dzień nie róbmy polityki i po prostu bądźmy razem.
W aresztowanych wtedy jakby coś pękło. To, czego nie potrafiły z nich wydobyć wielodniowe tortury, teraz wykrzykiwali na głos. Że nigdy nie będą razem. Że funkcjonariusze nie mają prawa nazywać się Polakami. O dziwo major, tak straszliwy podczas przesłuchań, teraz siedział na krześle i nie reagował. Tak, jakby to nie było do niego. Patrzył w zadumie gdzieś przed siebie i nawet jakby się lekko uśmiechał. Ocknął się dopiero wtedy, gdy jeden tak skatowany więzień, że leżał cały czas bo nie mógł wstać, zawołał, że kiedyś ich system upadnie a oni sami zostaną rozliczeni i ukarani.
– Nie – powiedział major i gwałtownie wstał. Momentalnie w celi zapadła cisza. – Nie. Do tego nigdy nie dojdzie.
– Komuna kiedyś upadnie – powtórzył z przekonaniem leżący.
– To możliwe. Ba, to nawet pewne! – rzekł major.
– Jak to? – zaszumieli skazani. – Wtedy wy traficie do więzienia…
Major zaczął się śmiać.
– Co? Jak? – krztusił się śmiejąc. – I wy naprawdę chcieliście odbić z naszych rąk Polskę? Kryjąc się z bronią po lasach? Naprawdę? Właściwie niepotrzebnie was łapaliśmy. Jeszcze parę lat i ludzie sami by was do nas przyprowadzili. Bo mieli by was już po prostu dosyć. Byście się im po prostu znudzili. Wojny się nie wygrywa bronią! – major zaczął krzyczeć po czym postukał się palcem w czoło. – Tym się wygrywa wojnę! Tak, powiedziałem, że komuna może kiedyś upadnie. Ale nam i tak włos z głowy nie spadnie. A wiecie dlaczego? Dlatego, że to my kreujemy wrogów z którymi walczymy. I już my się postaramy, aby ci nasi wrogowie byli nam też poddani. Bo wtedy nawet jeśli oni wygrają, to my nie przegramy. Jeszcze wasze wnuki będą mi płacić emeryturę!
I major zaczął się znowu hałaśliwie śmiać.
Jeden z więźniów nie wytrzymał, przypadł do stołu i zaczął szeptać gorączkowo:
– Panie majorze, błagam, wypuśćcie mnie, jestem niewinny, przysięgam na Boga, nie wiem dlaczego mnie oskarżacie o współpracę z Niemcami, ja z Niemcami walczyłem, całą wojnę, o Polskę, o Warszawę, o to miasto, żeby ludzie mogli tu mieszkać i pracować, żeby były ścieżki rowerowe, żeby dzieci w przedszkolu otrzymywały rzetelną edukację seksualną, ja walczyłem w Powstaniu po to, by osoby homoseksualne nie czuły się wyobcowane, naprawdę…
Major westchnął i wzniósł oczy ku sufitowi, gdzie przez maleńkie okienko wpadała odrobina światła.
– No i po co psuć taki piękny dzień polityką? Na politykę będzie czas jutro. I wtedy sobie pogadamy. Przesłuchania zaczniemy jak zwykle, z samego rana.

Zebranie wyborcze partii Przednówek

Łukaszek od początku przeczuwał, że coś tu nie gra. Niemniej jednak, kiedy mama usilnie prosiła go, aby poszedł z nią na zakupy, zgodził się. Nie doszli jednak do sklepu. Umiejętnie manewrując biodrem mama wepchnęła go do osiedlowego domu kultury.
– Wiedziałem! – jęknął Łukaszek i rozejrzał się po sali do której wmanewrowała go jego rodzicielka.
Znajdowało się tam kilkanaście osób siedzących przy długim stole.
– Witamy na zebraniu partii Przednówek – odezwał się jakiś starszy pan.
– Przecież byłaś w Komitecie Obrony Dewiacji? – zdumiał się Łukaszek.
– Jesteśmy jak te dinozaury, ewoluujemy – uśmiechnęła się zwycięsko mama. – Kiedyś byliśmy Komitetem Obrony Dewiacji, potem partią Modernistyczna, potem partią Nowa, a teraz Przednówek.
– Niestety, trapi nas brak młodzieży – westchnęła jakaś pani w wieku eutanazyjnym.
– Młodzież jest – odezwała się mama Łukaszka.
– Zwabiona podstępem, to się nie liczy – odciął się Łukaszek.
Ale okazało się, że młodzież faktycznie jest, sztuk jeden, płci męskiej.
– W zasadzie to jeszcze nie zdecydowałem czy jest cis-male czy dur-biseks – wyjaśnił Julian, bo tak młodzież miała na imię.
– Dzisiaj mamy zebranie przedwyborcze – wyjaśniła mama Łukaszka synowi. – Układamy listy, hasła wyborcze.
– Przecież macie tylko jedno hasło: odsunąć rządzących od władzy.
– O, nieprawda! – zaperzyli się zebrani. – Mamy jeszcze wiele innych haseł. Stop rządom tej partii, oni muszą odejść, i tak dalej.
Łukaszek westchnął.
– Nasze hasła sięgają o wiele dalej – ratowała sytuację mama. – Powrót do Europy! Jeżdżenie nago metrem! Tak! Nie ma się co wstydzić, to naturalne, występuje w przyrodzie i było w niejednym serialu!
– Likwidacja miejsc parkingowych na całym osiedlu! – rozkręcał się starszy pan. – Wyższe czynsze!
– To już chyba za wiele – zaoponował Łukaszek.
– Wcale, że nie! Ja, ja jestem gotowa płacić wyższy czynsz! – zadeklarowała mama Łukaszka. – Byleby odsunąć tamtych od władzy!
– Ale ty nie płacisz czynszu, tylko tata.
– To on zapłaci więc wyższy, a poza tym należy skończyć z szantażem ekonomicznym samców!
– Może Julian coś zaproponuje – wtrąciła pani w wieku eutanazyjnym.
Julian upił łyk wegańskiej maślanki z butelki, którą miał przy sobie, zmarszczył czoło i zawył:
– Śmierć konsumentom masła!
Zapadła niezręczna cisza.
– Margaryny? – próbował dalej Julian.
– M… no tak… Możemy jeszcze nad tym popracować – bąknął starszy pan. – Bo ty, Julianie, jak rozumiem, zostaniesz tutaj już z nami?
– Jestem gotów zostać… – rzekł uroczyście Julian.
– Hurra!
– …premierem.
Wybuch śmiechu nieudolnie usiłowano przekuć w odgłosy aplauzu.
– Przystąpmy do ustalanie miejsc na listach – oznajmił starszy pan. – Wiedzcie, że naszym głównym postulatem w wyborach będzie po równo pierwszych miejsc dla kobiet i dla mężczyzn!
Łukaszek spojrzał na mapę podziału kraju na okręgi i ogarnęła go niepohamowana wesołość. A tymczasem zebrani biedzili się i mozolili, aż wreszcie ułożyli listę.
– I jest po równo kobiet i mężczyzn na pierwszych miejscach? – rzucił bombę Łukaszek.
– Oczywiście – potwierdził z dumą starszy pan, przeliczył i ze zdumieniem skonstatował, że jest o jednego mężczyznę więcej.
– Wiedziałam! – zakrzyknęła pani w wieku eutanazyjnym. – Teraz ja układam!
Kiedy druga lista była już gotowa, Łukaszek powtórzył swoje pytanie. Pani przeliczyła i okazało się, że jest tym razem więcej o jedną kobietę.
– Podpowiem coś wam – Łukaszek ocierał łzy z oczu. – Nigdy nie podzielicie na równo. Liczba okręgów jest nieparzysta.
– Faktycznie – wszyscy załapali się za głowę. – Profesorską głowę ma ten pani syn. I co teraz?
Łukaszek wziął butelkę po wegańskiej maślance i zakręcił nią. Na wprost wylotu znalazł się…
– Julian – orzekł Łukaszek.-
– Tak?
– Będziesz transem.
Wszyscy ochoczo się przychylili do tego pomysłu. Wszyscy oprócz Juliana.
– Ale to jedyny sposób – nalegał starszy pan. – Będzie po równo kobiet i mężczyzn, oraz jeden trans.
I tu coś olśniło Juliana. Wstał i rzekł z mocą:
– Dlaczego tylko jeden trans? Powinno być po równo: kobiet, mężczyzn i transów!
I sięgnął po butelkę.
Kiedy po raz trzeci ułożono listę, znowu okazało się, że jednak nie wszystkich jest po równo. Łukaszek leżał na podłodze i wył ze śmiechu.
– Nie dzieli się też przez trzy… – szepnął zmartwiony starszy pan. – Trzeba zrezygnować z naszego postulatu. A taki piękny, taki europejski!
– Nigdy! – Pani w wieku eutanazyjnym sięgnęła po butelkę. – Zrobimy to, co pokazał nam ten chłopak! Wprowadzimy czwartą płeć!
Zebranych ogarnął entuzjazm, a Łukaszek podniósł się z podłogi mówiąc te słowa:
– Idę do domu. Powiem rodzinie, że wrócisz późno.
– Dlaczego? – zdumiała się mama. – Ależ my zaraz kończymy!
– Zaraz! – Łukaszek znowu zaczął się śmiać. – Przecież okręgów jest trzynaście!

Szabesgej

Bardzo dziwne rzeczy działy się z działką na skraju osiedla, na którym mieszkali Hiobowscy. Chciał ją kupić pewien deweloper i wybudować na niej hostel dla pracowników z Ukrainy. Ale właściciel działki, miasto, nie chciało jej sprzedać.
Argumentacja była różna, ale najczęściej padało, że okolica jest już i tak mocno zabudowana, więc nie ma mowy aby powstał tam kolejny dom.
Ale znalazł się nagle pewien pan gej, aktywista homoseksualny, Należał do stowarzyszenia „Ból Miłości” i chciał, aby w mieście powstał Dom Samotnego Geja.
– Proszę po czuć się jak gej – zachęcał. – Ten kraj niestety nie zabezpiecza prawnie w żaden sposób związku jednopłciowego. I tak oto jeden gej może po wielu latach współżycia brutalnie wyprosić partnera ze swojego mieszkania. Bo wymienia go, za przeproszeniem, na nowszy model. I teraz taki biedny gej nie ma nic i ni ma się gdzie podziać. Jest to oczywiście wina lidera partii rządzącej.
Aktywista rozpoczął aktywną działalność. Istniał w przestrzeni publicznej. W social mediach. Zaprosił nawet lidera jednego ze stowarzyszeń z Warszawy, ale ten gdy tylko dotarł zaczął samemu zbierać pieniądze na nowy telefon i na bilet powrotny na pociąg.
I tak długo ten aktywista moles… No, to może nie jest najlepsze słowo. Naciskał. Też nie. Tak długo dochodził… E… po jego wielu staraniach władze miasta wreszcie się zgodziły. I tak oto wiceprezydent miasta – prywatnie, zupełnie przypadkowo partner owego aktywisty – przekazał mu ową działkę na skraju osiedla.
Budowa Domu Samotnego Geja mogła ruszyć pełną parą. Nawet nikt specjalnie się nie dziwił, kiedy postawienia budynku podjął się pan deweloper. Zaprzyjaźnił się z panem aktywistą i razem publicznie na konferencjach prasowych snuli wizje co do wyposażenia, lokatorów i przyszłości Domu.
Sielanka skończyła się na etapie urządzania wnętrz. Pan gej przyjechał któregoś dnia i zauważył ze zdumieniem, że zmienił się napis nad wejściem. Zamiast „Hostel Równe Szanse” było tylko „Hostel Równe”. Pełen najgorszych przeczuć runął do środka. Z wizji i wizualizacji nie zostało nic. Tam, gdzie miał być Salon Swobodnej Masturbacji stały rzędy łóżek i szafek. W ogóle wszędzie stały same łóżka i to w ilościach hurtowych.
– Co to ma znaczyć? – zapytał wzburzonym głosem pana dewelopera.
Pan deweloper odwrócił się, spojrzał na niego nieprzyjaznym wzrokiem i huknął:
– Spadaj, pedale!
I tak powstał hostel dla ukraińskich pracowników.

Były prezydent vs obecny bloger

Dużo osób podnosi kwestie, że te dwa światy – realny i wirtualny – są od siebie mocno odseparowane. Żyją osoby w świecie social media nie wiedzą jak wygląda prawdziwe życie i vice versa. Czasami jednak oba te światy się zderzają i dochodzi z wielkim hukiem.
Do ostatniego takiego zderzenia doszło w zeszłym tygodniu, kiedy to był prezydent podał do sądu jednego blogera.
– A o co? – zapytała siostra Łukaszka.
– No jak to o co?! – zakrzyknęli Hiobowscy. I mama Łukaszka powiedziała jej, że za to, że został bezpodstawnie nazwany agentem, a reszta rodziny, że za to, że został nazwany agentem.
– Nic z tego nie rozumiem – poskarżyła się siostra.
– Nie martw się – pocieszyła ją mama. – Transmisja procesu będzie na kanale Kasta TV!
– To oni mają swój kanał?! – zaperzył się dziadek. – Jakim prawem?! Kto im przyznał koncesję?!
– Konstytucja! – odparła mama z dumą, ale zaraz się zdenerwowała, gdy usłyszała Łukaszka, że nie ma najmniejszego sensu oglądać transmisji procesu.
– Dlaczego???
– Bo z góry wiadomo jaki będzie wyrok.
– Jaki???
– Bloger przegra.
– To nieprawda!
– Częściowo nieprawda – odezwał się tata Łukaszka.
– Nie może coś być częściowo prawdą, a częściowo nie – zaoponowała babcia.
– W połowie masz rację – przyznał tata. – Rację ma też Łukasz, gdy mówi, że wiadomo jaki wyrok zapadnie. To prawda. Wiadomo, że bloger przegra. Ale nie ma racji twierdząc, że nie warto oglądać procesu. Otóż warto. Ale nie dla wyroku. Dla uzasadnienia!
Kiedy rozpoczęto transmisję cała rodzi zdecydowała się jednak oglądać.
– Dlaczego nazwał pan byłego prezydenta agentem? – zapytał sędzia blogera.
– E… No… Tego… Przecież wszyscy to wiedzą… Pisał donosy i w ogóle – dukał bloger.
– Czy dysponuje pan oryginałem takiego donosu? – i po tym pytaniu sędziego wszyscy już wiedzieli, że jedyne co może ich zaskoczyć to wysokość kary pieniężnej dla blogera. Internauta został uznany winnym.
– Cha cha cha! – triumfował były prezydent. – Nikt mnie słucha kiedy ja mówię i tak to się potem kończy.
– Czy bał się pan wyroku sądu – spytała go jakaś reporterka.
– Nie. Ja o wyrok byłem spokojny.
– Ach tak?
– Tak proszę pani, a jak sędzia spytał o oryginały donosów to już wiedziałem, że on przegra.
– Skąd?
– Bo wiedziałem, że ja wygram.
– A skąd pan wiedział, że pan wygra? – nie ustępowała reporterka.
– Bo on nie mógł mieć oryginałów donosów! – zakrzyknął były prezydent i zanim ktokolwiek zdołał go powstrzymać, wypalił:
– Oryginały mam ja!

Polacy marzą o wysokiej przestępczości

Faceci oczywiście tego nie zauważyli. Pierwsza spostrzegła to zatem babcia Łukaszka. Sprawa wyglądała dość poważnie: od jakiegoś czasu mama Łukaszka przychodziła do domu potargana, zmieszana, w pomiętym ubraniu.
– Ani chybi jest ofiarą przemocy – zawyrokowała babcia Łukaszka.
– To nie ja – zastrzegł się od razu tata Łukaszka. – Poza tym, gdyby ją ktoś napadł to chyba by powiedziała o tym?
– Chyba… – zamyślili się Hiobowscy.
I trwało ta jakiś czas jeszcze, aż wreszcie do wyjaśnienia zagadki przyczyniła się babcia Łukaszka.
Otóż któregoś wieczora rozległ się w mieszkaniu Hiobowskich dzwonek do drzwi. Kiedy dziadek otworzył okazało się, że za nimi stoi jakiś młody, wysoki, pryszczaty.
– Ja w sprawie gwałtów – wypalił młody zanim dziadek zdążył powiedzieć choć słowo. – To tu te gwałty? Tutaj?
Dziadek zamarł osłupiały, ręka mu się przekrzywiła i herbatniki „Jak za Wołodyjowskiego” wysypały mu się z talerza na podłogę.
– To do mnie – mama Łukaszka przecisnęła się do drzwi tanecznym krokiem uważając przy tym aby nie stąpnąć na krakersa. – Ty tutaj? Mówiłam… Później… U koleżanki… – nerwowo przegarniała włosy za uchem.
Tata Łukaszka patrzył w niemym osłupieniu i rozlał herbatę.
– To nie tak jak myślicie! – śmiała się nerwowo mama Łukaszka sięgając po płaszcz. – Ja… Tylko wychodzę na chwilę! Będę za godzinę!
Atmosfera zgęstniała. Babcia wzięła torbę i oświadczyła, że idzie po zakupy. Kiedy zmierzała w stronę windy usłyszała dziwne odgłosy zza zakrętu korytarza. I chociaż bardzo się bała, zajrzała tam. Obraz, który ujrzała, zaszokował ją.
Mama Łukaszka i mama Wiktymiusza przepychały się, szarpały, targały za włosy i biły po twarzy. Ale bardzo delikatnie. W sposób kontrolowany. Obok stał młody wysoki pryszczaty i patrzył wzrokiem psa, któremu ktoś właśnie zjada ostatnią kiełbasę.
– Co tu się dzieje? – spytała strasznym szeptem babcia Łukaszka.
– No właśnie nic – odezwał się zawiedzionym tonem młodzian. – Skandal! A miały być gwałty! Chrzanię to! Idę do ekolożek!
I poszedł.
– Zwierzę! – zawołała za nim mama Wiktymiusza.
– Do domu – powiedziała babcia Łukaszka resortowym tonem i obie mamy posłusznie udały się za nią.
– Ty do swojego – warknęła babcia pod drzwiami na mamę Wiktymiusza i wciągnęła mamę Łukaszka do mieszkania. Tam babcia zreferowała czego była świadkiem i wszyscy spojrzeli pytająco na mamę.
– To przez partię rządzącą – bąknęła mama wyłamując sobie palce.
– Nie wątpię – przytaknął tata przepuszczając Łukaszka z szufelką pokruszonych herbatników. – Ale może powiesz coś więcej.
– Jak wiecie partia rządząca rządzi nielegalnie dlatego, że głosowała na nich aktualna większość… – zaczęła mama Łukaszka i musiała chwilę poczekać aż wszyscy przestaną się śmiać. – Ich program polega na ordynarnym, chamskim, dławiącym konstytucję przekupstwie. Tak! Poprzednie rządy nie dawały Polakom nic, bo nic nie było, a ci przyszli na pełne spichrze i wydają! Zabierają państwowe pieniądze tak należne gejom czy innym aktorom i dają to niestety zwykłym ludziom! Skandal! A jednym z najbardziej chamskich zagrań jest tak zwana niska przestępczość!
– Jest niska i spada coraz bardziej, z tego co mówią… – przypomniał sobie dziadek.
– To nieprawda! – krzyknęła przenikliwie mama. – Pomyślcie sami, przecież przestępczość nie może być niska! Przecież przestępstwa nigdy nie znikną! Przestępczość jest po prostu sztucznie zaniżana! A ludzie się na to łapią i głosują! No jak to nazwać?! To łapówka wyborcza!! To obraża ludzi. Ludzie tego nie chcą.
– Czego? – spytał ostrożnie Łukaszek.
– Niskiej przestępczości, mówię przecież! Ludzie czują, że to oszustwo, odrzucają to, zrzekają się tego! Rozmawiałam z ludźmi to wiem!
– Z iloma ludźmi? – spytał tata Łukaszka.
– Czy jakaś tam cyfra zmieni sens tego o czym tutaj mówię? No weź się zastanów! – mama Łukaszka machała rękoma. – Są ważniejsze problemy! Na przykład dziedziczenie majątku gejów przez ich zwierzęta! A wracając do kwestii przestępczości: nie da się oszukiwać całego społeczeństwa cały czas. Przestępczość wzrośnie.
– Jak Platforma Oligarchów przejmie władzę to na bank wzrośnie – mruknęła babcia Łukaszka.
– Właśnie, że nie! – triumfowała mama. – Co, żeby wszyscy kojarzyli, żeby wszyscy myśleli, że Podest Oligarchów to jakaś bandycka mafia? O nie, przestępczość wzrośnie już teraz. I my właśnie nad tym pracujemy.
– Zaraz, zaraz – zaniepokoiła się siostra Łukaszka. – To ty i mama Wiktymiusza…
– Tak. Właśnie zwiększałyśmy przemoc. W zeszłym tygodniu okradałyśmy się nawzajem. W tym tygodniu się bijemy.

Jest półbezpiecznie!

Do dziwnego zdarzenia doszło w pewnej części miasta, w obecności taty Łukaszka i jego szefa. Pojechali załatwiać jakieś dokumenty z firmy i zaparkowali na jednej z ulic okolicy cieszącej się do niedawna bardzo złą renomą.
– To niebezpieczny rejon, tu kradną – ostrzegł tata Łukaszka.
– To prawda – pokiwał głową szef. – Nawet mnie tu parę lat temu napadli i okradli.
– I nie boi się tu pan parkować?
– Już nie. Bo nie wiem czy pan słyszał, ale ta okolica przeszła niedawno gruntowną metamorfozę – opowiadał szef. – Rozmawiałem niedawno z jednym tubylcem na Fejsbuku. Podobno jest teraz u nich bezpiecznie.
Wysiedli.
– Niech pan idzie załatwić co trzeba, a ja zostanę i popilnuję auta. Tak na wszelki wypadek – zarządził szef.
Tata Łukaszka zgodził się i poszedł. Kiedy wrócił, zauważył mrożącą krew w żyłach scenę. Jego szef leżał na chodniku koło auta, a nad nim stał jakiś facet i coś oglądał. Na widok taty Łukaszka rzucił to coś i uciekł.
Tata dopadł do swojego szefa i pomógł mu wstać. Wokół gromadzili się przechodnia.
– Napadł mnie… Uderzył… Przewrócił… – stękał szef. Okazało się, że ta ciśnięta rzecz leży obok niego to portfel.
– Okradł mnie – lamentował dalej szef. Zajrzał do portfela i zamilkł. Zajrzał jeszcze raz i powiedział:
– To dziwne.
– Co takiego? – spytał tata Łukaszka.
– Nie okradł mnie ze wszystkiego. Zabrał dokładnie połowę. Nawet swój bilon dołożył, żeby kwota się zgadzała.
– Bo u nas, panie, jest bezpiecznie – odezwał się jeden z przechodniów.
– Akurat! – złościł się szef. – Tamten przez Fejsbuka też mnie tak zapewniał. Bezpiecznie! Chyba: półbezpiecznie! Przecież mnie okradli!
– Kiedyś, proszę pana, to dopiero okradli – westchnęła jakaś pani. – Zabraliby panu wszystko. A dziś jest lepiej. Oby tamte czasy już nigdy nie wróciły!
– Tak tak – pokiwał głową jakiś emeryt. – Kiedyś naprawdę, tak kradli, a teraz jest lepiej. Kradną połowę! Naprawdę, zmieniło się na lepsze!
– Jeśli się panu nie podoba – wtrącił szybko kolejny przechodzień – to znaczy, że pan chce, żeby wróciły tamte czasy. Kiedy kradli wszystko na potęgę. Pan jesteś kanalia.
– Nie no, dajcie spokój, tak nie można, trzeba rozmawiać – odezwał się jakiś młody człowiek. I zapytał szefa:
– A co pan by chciał? Ile by musieli kraść, żeby pan uznał, że jest dobrze i nie kradną? Jedną trzecią? Jedną czwartą?

Pytania chorobotwórcze

Człowiek już przywykł, że w dzisiejszym świecie, nasączonym chemią, chorobę może wywoływać wiele czynników. Ale najnowsze ustalenia „Wiodącego Tytułu Prasowgo” wprawiły w osłupienie nawet wierne, z roku na rok topniejące, grono czytelników.
– Odkryto nowe czynniki chorobotwórcze – informowała mama Łukaszka rodzinę Hiobowskich czytając im najnowszy numer swojej ukochanej gazety.
– A kto konkretnie odkrył? – spytała babcia Łukaszka.
– Zarazki to pewno mikrobiolodzy – błysnął wiedzą Łukaszek.
– A wcale, że nie, bo dziennikarze – odparła mama.
– Jeśli chodzi o tych trzech na zdjęciu to nie są to dziennikarze – odezwał się tata Łukaszka.
– Jak to nie?! – oburzenie mamy nie miało granic. – Piszą w gazecie!
– A jak ja bym pisał to też byłbym dziennikarzem? Pierwszy z nich pisze a jest po socjologii, drugi po kosmetologii, a trzeci po tacie.
– Dziwne studia – zamyśliła się siostra Łukaszka.
– To nie studia. On naprawdę dostał tę robotę po swoim tacie.
– Choroba – przerwał im dziadek Łukaszka. – Co z tą chorobą?
– E… No… W papierowym wydaniu tego nie piszą… – bąknęła mama.
– To zobacz w internecie.
– Kiedy… Trzeba wykupić abonament…
– Przecież już masz kupiony abonament – zauważyła rodzina.
– Mama ma u nich sześć abonamentów – wsypał mamę Łukaszek. – Pierwszy na leady. Drugi na treść. Trzeci na obrazki. Czwarty na social media. Piąty na konstytucję. Szósty na komentowanie pod artykułami.
– To jest konferencja na żywo i na nią jest osobny abonament… – mama spuściła głowę.
– Nie dam – rzekł stanowczo tata Łukaszka. – Acha, i nie chcę słyszeć ani słowa o patriarchalnym terrorze ekonomicznym. Za to chętnie posłucham tekstów typu „moje konto moja sprawa” albo o równouprawnieniu.
– Ta konferencja będzie transmitowana w telewizji państwowej – poinformował Łukaszek i rodzina Hiobowskich zasiadła przed telewizorem.
– Szanowni państwo – powiedział jeden z pracowników „Wiodącego Tytułu Prasowego”. – Po długich rozmowach z naszymi czytelnikami, czytania ich listów i komentarzy na forum udało nam się dokonać epokowego odkrycia.
– Tak – dodał drugi. – Zawiadomiliśmy już WHO. Powinni dopisać nasze odkrycie do listy chorób cywilizacyjnych tego świata. Udało nam się ustalić, że nie tylko bakterie, zarazki, ślina, wirusy, kropelki i inne rzeczy wywołują choroby. Otóż wywołują je też pytania.
– I my – kontynuował trzeci – ułożyliśmy listę takich pytań. Pytań chorobotwórczych. Ich zadawanie powinno być zakazane przez prawo. A oto i one:

Kiedy wreszcie znajdziesz sobie jakąś normalną pracę?
Masz już wreszcie kogoś?
Kiedy ślub?
Kiedy dzieci, bo czekamy na wnuki?
To kiedy rezygnujecie z tego reżimowego pięćset plus?
Który konkretnie artykuł konstytucji jest łamany?
Córka już wyjechała do Kanady?
Pan nadal w tym kraju?
Chory jesteś, że nie jesz mięsa?
Jeszcze sobie samochodu nie kupiłeś?
Taki stary a nadal pogania rowerem?
I jak tym rowerem wannę przewieziesz?
Tata jaki miał pseudonim TW?
Dziadek w jakim departamencie pracował?
Dziadkowie jakie mieli nazwisko przed zmianą?

Po konferencji wybuchła gwałtowna dyskusja. Niewiele wniosła, ale jakiś owoc przyniosła.
Do listy dopisano „co u brata?”.
I na koniec, na sam koniec, jakiś rozsądny głos zapytał:
– Jak to niby pytania wywołują choroby?
Któryś z redaktorów odpowiedział:
– Doprowadzają pytanych do gorączki.polityka, rodzina Hiobowskich, Łukaszek,