Słodki półświatek

Tata Łukaszka szedł przez miasto. Obejrzał się jeszcze raz na samochód, czy prawidłowo zaparkował. Poprawił szal i ruszył jedną z głównych ulic miasta. Kiedyś, dawno, dawno temu, kiedy Polską rządziły człowieki horroru, w tym miejscu tak zwane koniki handlowały pokątnie dolarami.
Przystanął i popatrzył. Na ulicy była spora grupa ludzi, ale tak naprawdę przechodzili nią tylko nieliczni. Większość krążyła pozornie bez celu, zatrzymywała się, zawracała, cofała… Jakaś pani niby czekała na przystanku a przepuściła już trzeci autobus… Nagle z krzaków wylazł jakiś facet i rozpiął przed nią płaszcz. Lecz kobieta nie uciekła z krzykiem przerażenia, o nie. Rozłożyła ręce i krzyknęła z zachwytem:
– O tym właśnie marzyłam!
„Takie czasy” pomyślał gorzko tata Łukaszka.
Kobieta przełknęła ślinę i wpatrując się intensywnie w podpłaszcze mężczyzny dodała z zachwytem:
– Wielokwiatowy!
– Cicho! – syknął konik miodu, złapał kobietę i pociągnął ją w krzaki. Wszyscy, którzy do tej pory intensywnie się przypatrywali, gwałtownie odwrócili wzrok i intensywnie zaczęli interesować się czymś innym.
Tata Łukaszka wzruszył ramionami. Nie szukał miodu. Przypatrywał się pozostałym osobom. Niespodziewanie podszedł do niego jakiś młodzian w słuchawkach. Zdjął je, dobiegły z nich dźwięki najnowszego rapowego przeboju „Patocukiernictwo”.
– Pan czegoś szuka? – zapytał patrząc się bezczelnie.
„Zbyt ostentacyjny. Może być prowokator” pomyślał szybko tata Łukaszka i szepnął:
– Korepetycje… Fizyka…
Młodzian uciekał jak ekolog przed psem.
Za to tata podszedł do jakiegoś starszego pana podśpiewującego cicho „Sugar baby love”.
– Za ile? – spytał cicho tata Łukaszka.
– Zależy co – odparł pan.
– Jedną bombonierkę teściowej.
– Po jedną nie warto mi iść do samochodu – skrzywił się pan.
– To nie idź pan wcale – tata wzruszył ramionami i chciał odejść, ale facet złapał go za rękę.
– Coś pan taki handlowo usztywniony? Nawet o cenie nie pogadaliśmy. Coś opuszczę za drugie pudełko.
Poszeptali jeszcze chwilę po czym podeszli do niedaleko zaparkowanej Łady Megane. Facet uchylił klapę bagażnika, odgarnął koc i sięgnął po dwa pudełka. Tata Łukaszka podał mu banknoty i wsadził pudełka pod kurtkę rozglądając się płochliwie.
– Spokojnie… – powiedział facet.
– Parkuje pan towar tuż obok, nie boi się pan policji?
– Policjanci, panie, też jedzą cukier…
Kiedy tata Łukaszka zajechał pod blok było już późno i zapadła ciemność. Wysiadł z samochodu i szedł w kierunku bloku. I nagle aż mu serce stanęło z przestrachu. Pod wejście zajechał bus Służby Więziennej. „Aresztują mnie” w głowie taty Łukaszka pojawiła się paraliżująca myśl. Ale mózg pracował logicznie i zaraz doszedł do wniosku, że przecież na aresztowanie przyjechałaby policja. I miał rację. Służba odwiozła jakiegoś wynędzniałego mężczyznę, który teraz ze łzami w oczach wchodził do bloku całując poręcz na schodach. Tata z trudem rozpoznał w nim sąsiada. Skazano go tej wiosny za nielegalną uprawę trzciny cukrowej w korytku na balkonie. Sąsiad dostał przepustkę na Sylwestra. Po Nowym Roku mieli go zabrać z powrotem do Sztumu. Nie myślał nawet o ucieczce. Za sześć miesięcy miał wyjść za dobre sprawowanie.
Wszedł do mieszkania, rodzina oglądała serial paradokumentalny „Miododajni” o ekipie policjantów tropiącej nielegalne pasieki na Suwalszczyźnie. Wieczorem miał być najnowszy film znanej reżyserki oparty o książkę noblistki „Hoduj swoje buraki cukrowe na kościach umarłych”. Bez słowa podał babci Łukaszka dwa pudełka cukru w kostkach. Babcia płacząc z radości zaparzyła herbatę. Tata Łukaszka otworzył jedno pudełko i przeliczył. Były wszystkie kostki. Na uczciwego trafił – niektóre koniki potrafiły przed sprzedażą podebrać kilka kostek cukru z pudełka. Tata Łukaszka z pietyzmem wyjął jedną kostkę, położył na papierze śniadaniowym i ostrożnie przekroił nożem na pół. Jedną część odłożył do pudełka, drugą wziął do policzka i upił łyk gorzkiej herbaty. Smak dzieciństwa spowodował, że gdzieś spod powieki uciekła mu łza. Babcia Łukaszka wzięła ostrożnie papier w sterane życiem dłonie i strzepnęła okruchy do szklanki tatowej herbaty. Tata zaprotestował, przecież są dzieci…
– Należy ci się – powiedziała ciepło babcia. – W końcu ryzykowałeś dla nas wszystkich.
Zapadła gorzka cisza.
– Włączcie dziennik, możecie powiedzą coś dobrego – westchnął dziadek Łukaszka.
Trafili na końcówkę wydania. Prowadząca program z entuzjazmem zapowiedziała, że od nowego roku rząd podnosi akcyzę na sól. Bo sól jest ogólnodostępna, ludzie nią szastają dodając do zupy czy ziemniaków, a to przecież przyczyna nadciśnienia. Więc rząd podnosi salt tax z czterdzieści na pięćdziesiąt procent. Tak zrobili na Niue i pomogło. Dobra wiadomość – ta podwyżka tylko na dziesięć lat!
– A teraz gość dziennika…
Pojawiła się jakaś pani.
– Jaki jest pani sylwester marzeń? – zapytała prowadząca.
– Kiedyś powiedziałabym, że zjeść coś słodkiego – powiedziała z wahaniem pani gość. – Ale po dzisiejszej informacji rezygnuję z rozmowy.
– Jak to?
– Lecę do sklepu soli nakupić – powiedziała pani gość wstając i wyjmując słuchawkę z ucha. Wyszła, a pani prowadząca odwróciła się do kamery mówiąc:
– W takim razie nadamy teraz krótki wywiad, który prezes naszej telewizji, Marnon-Zetyniuk przeprowadził z gwiazdą tegorocznego Sylwestra Marzeń, Kuckiem-Jarskim!
Po czym prowadząca, myśląc, że już nie jest na wizji, sięgnęła po słuchawki pani gość mrucząc:
– Miodek, mmm…

Test na polskie obywatelstwo

Objedzeni Hiobowscy siedzieli przy stole i oglądali w telewizji jak Marnon-Zetyniuk śpiewająco prowadzi konkurs, w którym rolnicy skaczą na nartach.
– Zjedzcie wreszcie tego śledzia w śmietanie – nalegała babcia. – Wiem, że mi się nie udało, ale wyrzucić go to…
– …grzech – wtrącił dziadek.
– …marnotrawstwo. No jedzcie, bo jutro już będzie niedobry.
– Nie dziwię się, że pewna grupa społeczna nie ma dla siebie oferty na święta – pokręciła głową mama Łukaszka. – Boże Narodzenie w Polsce to tylko jedzenie, kościół i disco polo! A Ateistyczni weganie słuchający naszej Noblistki, Togi-Olkarczuk co mają dla siebie?
– Toga-Olkarczuk to pisarka a nie piosenkarka – zauważył tata Łukaszka.
– Tancerka! – wtrąciła siostra Łukaszka.
Już, już miała wybuchnąć awantura, gdy nagle rozpoczęła się przerwa w konkursie. Podano wyniki konkursu na najstraszniejsze słowa. W Stanach wygrało „white male”, w Wielkiej Brytanii „turn around”, w Szwecji „bo zawołam Gretę”, we Francji „Allach akbar”, w Niemczech „keine Sozialgeld”, a w Polsce „zjedz jeszcze kawałek”.
– I to mają być najstraszliwsze słowa? – oburzona mama Łukaszka machała numerem specjalnym „Wiodącego Tytułu Prasowego” wydanym z okazji czasu przednoworocznego. – Co by powiedział na przykład murzyn, gdyby…
– A właśnie! – zakrzyknął dziadek Łukaszka. – W Wigilię widziałem u nas murzyna na piętrze!
– Murzyn u nas! – jęknął boleśnie babcia Łukaszka. – I co się z nim stało?
Dziadek pokręcił przecząco głową na znak, że nie wie. Ale siostra Łukaszka odczytała to inaczej.
– Zjedli go – i zakryła śliczne usteczka ślicznymi dłońmi.
Zapadło niezręczne milczenie.
– Weź nie gadaj głupot – ofuknął ją Łukaszek. – Polacy to nie kanibale.
– Ale antysemici – ruszyła córce na pomoc mama Łukaszka.
– Przecież jedzą murzynka na święta – szepnęła siostra Łukaszka.
Zadzwonił dzwonek.
Tata Łukaszka poszedł otworzyć. Wrócił osłupiały.
– Murzyn się znalazł? – zażartował dziadek.
– Chińczyk – wyjąkał tata Łukaszka.
– Jaki chińczyk?!
Tata się odsunął. Za nim stał jakiś elegancko ubrany skośnooki pna, który odezwał się nienaganną staropolszczyzną:
– Pochwalony! Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj!
– No proszę – babcia rzekła z wyrzutem do dziadka. – Chińczyk, a wie jak się zachować. A ty co? Makowca musiałam robić sama. Nic nie pomogłeś.
– Azaliż został ja waćpana… – Chińczyk zerknął na smartfona. – Waka Jawaka?
– Ke? – spytał Łukaszek.
– Obywatela Waka Jawaka szukam.
– U nas go nie ma.
– Czy tu zamieszkują państwo… – Chińczyk zerknął znów na telefon. – Państwo Ży-ży-szy-szy?
– Kto???
Tata Łukaszka zerknął Chińczykowi przez ramię.
– Pomylił się pan. To nasi sąsiedzi. Mieszkają dwoje drzwi dalej.
– A… – nie wytrzymała babcia Łukaszka. – A co pan ma do nich za interes.
Odpowiedź Chińczyk zaskoczyła wszystkich.
– Do nich właściwie nic… Chodzi o murzyna.
– Wiedziałem! – triumfował dziadek.
– Zjedli go!!! – piszczała przeraźliwie siostra Łukaszka, aż szklane karpie dzwoniły w kredensie.
– Nie, nie – uspokoił ją Chińczyk. – Chodzi o test. Raz do roku odbywają się testy dla osób ubiegających się o polskie obywatelstwo. Pan Waka Jawaka przechodzi go właśnie u państwa sąsiadów.
– Na czym to polega? – zaciekawiła się mama Łukaszka. – Czytają razem ksiązki Togi-Olkarczuk?
– Nie. Są Trzy punkty. Do zrealizowania podczas świąt. Pierwszy. Zjedz tyle co Polak.
– To trudne – powiedziała babcia patrząc na dziadka.
– Drugi. Wypij tyle co Polak.
– To jeszcze trudniejsze – mama spojrzała na tatę.
– Trzecie. Wygraj dyskusję przy stole.
– To niemożliwe – siostra spojrzała na Łukaszka.
– To niemożliwe – poparł ją tata Łukaszka. – Jest przecież tyle tematów… Polityka. Służba zdrowia. Samochody. Prawo. Ekologia. Remont ronda w Pawełkowicach…
– To jest możliwe – uśmiechnął się Chińczyk. – Sam zdałem ten test rok temu.
– Wygrał pan dyskusję przy stole? – spytali wszyscy z niedowierzaniem.
Chińczyk bez słowa zasiadł za stołem. Nalał pół szklanki wódki. Wypił. Odkaszlnął, sięgnął po kiełbasę i przegryzł. Potem walnął szklanką w stół i gromko oświadczył:
– Żydzi i antysemici won!
Hiobowscy pokiwali głową, nieźle, nieźle…
– A co pan powie – zapytał Łukaszek. – O Putinie?
Oblicze Chińczyka ściągnęło się. Wyrzekł z wysiłkiem:
– To znakomity polityk. Byłby świetnym prezydentem Polski…
– Ty ruska onuco! – zakrzyknął dziadek i rzucił w Chińczyka śledziem w śmietanie.

Rolnik szuka żony, odcinek 13/6, świąteczny

No to po kolei.
1. Zwyczajowo świąteczny odcinek RSZ miał miejsce w drugi dzień Świąt. W tym roku emisja była w Boże Narodzenie. Bo drugiego dnia będzie benefis Zenka Martyniuka. No i piki nie mogą się nakładać. Ach, ta misja TVP.
2. Odcinek świąteczny musiał być – i był – na najwyższym poziomie. żadnych kłótni, awantur, czy nieprzyjemnych uwag.
3. Zaproszono tylko rolników. Nie było kandydatek, nie było więc też kolejnego starcia Marleny z Sewerynem.
4. Były cztery pary. Tak, cztery. A Waldemara nie było. Nie było też etatowego gościa z pierwszej edycji, czyli Zbyszka. On chyba też nikogo nie znalazł.
5. Kuba i Ania. Pokazano syna Ani. Mówią o sobie „rodzina”. Czyli powoli do przodu.
6. Adrian i Ilona. Są ze sobą, odwiedzają się, związek powolutku się rozwija.
8. Sławek (kuj-pom) i Ewelina (Toruń). Sławek ma nową dziewczynę, którą błyskawicznie poznał przez media społecznościowe. I jakoś tak blisko siebie mieszkają… Ponieważ było podejrzenie, że do Sławka wróciła była narzeczona, to kilkukrotnie podkreślono, że nie znali się wcześniej. W każdym razie jest jakoś tak, że związki powstałe w programie rozwijają się wolno, a te poza programem – szybko. W każdym razie Ewelina jeździ do Sławka i podoba jej się na gospodarstwie.
9. Seweryn (Chwalimie) i Magda (Debrzno). Miejscowości te dzieli 27 km. Poznali się… Tak, na mediach społecznościowych. Poza tym Seweryn jak zwykle powiedział o kilka słów za dużo. Jego aktualna wybranka mieszka tam, gdzie uczy się jego siostra. Poza tym „kojarzył twarz z widzenia” ale nie miał śmiałości „przełamać się i zagadać”. Marlena i Diana na pewno są szczęśliwe, że pomogły Sewerynowi się przełamać. Niemniej i Seweryn i Magda już po miesiącu myślą o zamieszkaniu razem i twierdzą, że to miłość. Takie to… Wiarygodne.
10. Pojawiło się też kilka par z poprzednich edycji, były dzieci… Warto zatrzymać się przy jednej osobie – Marek z trzeciej edycji (znany ze specyficznego podejścia do czystości). Ma dziecko i partnerkę. Poznał ją… przez media społecznościowe. Ona napisała komentarz, on jej odpisał, ona zaprosiła go na kawę, on przyjechał… I tak to się zaczęło.
11. Może warto zmienić formułę programu? Pokazać same wizytówki, a dalej niech się rolnicy umawiają i spotykają sami przez Facebooka? Co tydzień pięć wizytówek?
12. Rafał Brzozowski bardzo ładnie zaśpiewał kolędę „Lulajże Jezuniu” i brawurowo wykonał szanty „Przybieżeli do Betlejem pasterze”.
13. Dwa komentarze Kuby były warte oglądania całego odcinka.
14. Będzie siódma edycja programu. Ci, którzy „kojarzą twarz z widzenia” niech „przełamią się i zagadają” bez programu. Oby wystartowali ludzie, którzy naprawdę szukają miłości.

Lekarz na poczcie

Stało się: babcia Łukaszka zasłabła. I to tuż przed świętami Bożego Narodzenia.
– Boga nie ma – oponowała słabym głosem babcia leżąc na ławie w kuchni i wachlując się przepisem na karpia a la Hilary Minc.
– Już jej lepiej – odetchnął z ulgą dziadek Łukaszka, ale mimo to zadzwonił pod 112.
– Najbliższą wolną karetkę mam trzeciego stycznia o szesnastej – poinformował posępnie dyspozytor.
– Co? Halo? – telefon przejął tata Łukaszka. – A nie dało by się jakoś tak szybciej?
– Dałoby się. Już łączę.
Zagrała jakaś upiorna melodyjka, po czym coś szczęknęło i rozległ się głos:
– Poczta Polska, słucham.
Tatę Łukaszka zamurowało. Słuchawkę przejęła siostra Łukaszka.
– No hejka. Babcia mi zemdlała. Możecie coś z tym zrobić?
– Oczywiście. Proszę podać adres, zaraz przyjedzie kurier…
I faktycznie. Po kilkunastu minutach pod blok Hiobowskich zajechał z fantazją bus w barwach pocztowych.
– Co on przywiózł? Lekarstwa? – zainteresowała się babcia.
Okazało się, że kurier niczego nie przywiózł. Wręcz przeciwnie. Chciał zawieźć. Babcię.
– Czy wyście oszaleli? – oponowała babcia. – Furgonem mam jechać do szpitala?
– Do jakiego szpitala? – żachnął się kurier. – Szybciej, muszę paczki rozwozić!
Cała rodzina pomogła babcia zejść na dół. Kurier pomógł babci położyć się na przesyłkach, zatrzasnął drzwi i ruszył. A Hiobowscy w swoim samochodzie za nim.
Zgubił ich już na pierwszych światłach. Kiedy dojechali pod pocztę babcia już była w środku.
– …pani po odbiór awizo? – pytała pani w okienku, przed którym stało kilka osób.
– Pani po kopertę – wyjaśnił kurier.
– Jaką kopertę? – zdumiała się babcia Łukaszka. – Ja chora jestem.
– Kopertę do lekarza – uściślił kurier.
– To pani bez kolejki – zadecydowała pani w okienku.
– Ja też tylko po kopertę – odezwał się ktoś z kolejki.
– Trzeba było od razu tak mówić. Do jakiego lekarza?
– Do żadnego, na list.
– To pan czeka. A pani niech położy się tutaj – pani z hałasem podniosła roletę i babcia ułożyła się na wadze do przesyłek.
– Ma pani szczęście. Lekarz przyjmie panią od razu – pani z okienka pomogła babcia wstać i wskazała drogę na zaplecze.
Babcia podtrzymywana przez dziadka doszła do drzwi z napisem „lekarz”. Za nimi był gabinet, w którym urzędował pan w białym kitlu. Szybko babcię zbadał i zaproponował termin za pięć lat.
– My… Mamy kopertę… – babcia ją wyjęła, a dziadek sięgnął po portfel i zaczął przekładać do niej jakieś banknoty.
– Stop! Co pan robi?! To łapówka! – lekarz był bardzo niezadowolony.
– E… Tego… – plątał się dziadek. – A co mam zrobić z kopertą?
– Jak to co? Kupić do niej znaczek! Jaki państwo sobie życzą?
Babcia, która miała jako takie doświadczenia z korespondencją analogową przełknęła ślinę i poprosiła o znaczek „Polska B”.
– Polska B, skoro tak głosowała jak głosowała, niech się operuje sama – rzekł ze złością lekarz. Kucnął przy biurku i wyjął z niego klaser. – Państwu proponuję… Trójkątny Paragwaj z żaglowcem. Operacja jutro.
– A ile kosztuje ten znaczek? – spytał z niepokojem dziadek Łukaszka.
– W euro czy w dolarach?
Tata Łukaszka musiał jechać do bankomatu.
– Jutro – rzekł lekarz naklejając znaczek na kopertę. – Jutro się pani zgłosi z tym na oddział. I już.
– Czy coś płacę? – zapytała babcia Łukaszka.
– Ale co też pani?! Przecież leczenie w Polsce jest za darmo!

Jako mąż i nie mąż

Tata Łukaszka wolno jechał samochodem przez osiedle. Wolno z dwóch względów. Po pierwsze dlatego, że właśnie wyjechał z myjni i nie chciał ochlapać pojazdu przejeżdżając zbyt szybko przez jakąś kałuże. A po drugie musiał uważać na pieszych. Właśnie zmieniono przepisy i pieszy miał pierwszeństwo nad pojazdem już po opuszczeniu lokalu mieszkalnego. Niestety, ustawodawca jak zwykle czegoś nie przewidział – tym razem tego, że istnieje coś takiego jak blok. Pieszy miał zatem pierwszeństwo już na klatce schodowej. Właśnie dlatego tata Łukaszka jechał wolno i kręcił głową na obie strony. I wtedy zauważył pana Sitko.
Po prawdzie to trudno go było nie zauważyć. Niósł jakąś ogromną taflę opakowaną w szary papier. Tata Łukaszka zatrzymał się i zaproponował, że go podwiezie. Włożyli taflę do bagażnika, wsiedli i ruszyli dalej. Pan Sitko był spocony, speszony i podejrzanie ogolony.
– …jeszcze raz dziękuję – powtarzał pan Sitko. – Strasznie to ciężkie i niewygodne. Już rąk nie czuję. Idę od samego centrum budowlanego.
– Spory kawał. Dlaczego nie jechał pan tramwajem?
– Widać, że dawno nie jechał pan zbiorkomem – pan Sitko pokiwał głową. – Patrz pan.
Minął ich tramwaj. Pierwszy wagon, wymalowany w sześć kolorowych pasów, świecił pustką i neonem „Nur fur LGBT”. W drugim, pomalowanym w typowe barwy komunikacji miejskiej panował nieludzki tłok.
Tata Łukaszka o mało nie stracił panowania nad kierownicą.
– Od kiedy są te wagony?!
– A od jakiegoś tygodnia – objaśnił pan Sitko. – Pod wejściem do bloku niech pan parkuje, w końcu mam ciężar do przeniesienia.
– Tam jest zakaz – rzekł posępnie tata Łukaszka kierując auto na parking. – Jeszcze wpadnie ORMO…
– Myślałem, że ORMO już nie ma.
– To jest nowe ORMO. Oddział Rowerowych Mścicieli-Ochotników. Wypisują mandaty kierowcom samochodów. Nie ma co ryzykować.
– Ale ja sam tego nie doniosę!
– Pomogę panu – zaofiarował się tata Łukaszka.
Nieśli taflę we dwóch do bloku.
– Co to jest? Opłatek? – zażartował tata Łukaszka.
– Drzwi od prysznica.
– Tuż przed świętami? Remont?
– Nie, uszkodziły się nam… Właściwie… – zająknął się pan Sitko. – To długa i dziwna historia. Otóż zadzwonili do nas wczoraj z urzędu miasta. Wie pan, ślub zawieraliśmy za komuny. Okazuje się, że WRN, czyli Wojewódzka Rada Narodowa, była nielegalna. To było neoWRN. Co za tym idzie, urzędnik stanu cywilnego nie był pełnoprawnym urzędnikiem, tylko jego dublerem.
– O Boże – zaczął rozumieć powagę sytuacji tata Łukaszka. – Czyli wasz ślub…
– …był nieważny – dokończył pan Sitko. – Odłożyłem telefon, powiedziałem o wszystkim żonie, a ona teraz dla mnie z przeproszeniem obca kobieta jest.
– Coś takiego! I co pan zrobił?
– Mogłem zrobić tylko jedno. Przeprosiłem, wstałem, poszedłem do łazienki się ogolić. Wracam, a ona założyła lepszą bieliznę, tę wyjściową… Umalowała się. Przedstawiłem się, w rękę pocałowałem… No i co tu dalej robić, myślę…
– Do kina poszliście.
– A tam do kina. Żeby przełamać pierwsze lody, bo ja wie pan, nieśmiały jestem, to wódkę zaproponowałem. No i tak… Przy drugiej butelce… Straciliśmy… Khem… Kontrolę… Wie pan… Się romantycznie zrobiło i… Trochę nas poniosło…
– A zatem te drzwi od prysznica… – wyjąkał tata Łukaszka.
– No tak. To my. Na koniec.
– Na koniec?!
– Inne rzeczy już naprawiłem,
– Inne rzeczy?!
– Dwie złamane deski w tapczanie… Urwany kran w kuchni… Zerwany wieszak w przedpokoju… Pęknięta noga od stołu w pokoju… Odłamane haki na korytka na balkonie…
– Ho ho – tata Łukaszka silił się na spokój. – Ostro było…
– Być musiało, bo ta kobieta całkiem do rzeczy, powiem panu…
Dotarli do drzwi mieszkania. Pan Sitko zadzwonił. Drzwi otworzyła mu kobieta, która jeszcze do niedawna była jego żoną. Wyglądała tak jak zawsze. Nieumalowana, w fartuchu.
– Co się stało?! – przeraził się pan Sitko. Razem z tatą Łukaszka wnieśli drzwi i postawili je ostrożnie w korytarzu. Weszli w trójkę do kuchni
– Dzwonili z Unii Europejskiej – w głosie pani brzmiał hamowany płacz kiedy nakładała ziemniaki na talerz. – Ta WRN jednak była legalna.
– Nie…! – wykrzyknął pan Sitko i opadł ciężko na krzesło przy stole.
– Była legalna. I ten urzędnik też. I małżeństwo niestety też.
Rzuciła talerz na stół, aż się naczynie zakolebało.
– Żryj te pyry.

Ustawa dyscyplinująca kierowców autokarów

Łukaszek miał jechać na wycieczkę szkolną. Autokarem.
Tata zaprowadził go na miejsce zbiórki pod szkołę. Byli już tam i inni uczniowie i ich rodzice i kierowca i autokar i nawet policja sprawdzająca autokar. Brakowało tylko jednej rzeczy.
Drugiego kierowcy.
– Bez niego nie pozwolimy panu odjechać – powiedział pierwszy policjant. – W taką trasę musi być ich dwóch.
Wreszcie nadszedł drugi kierowca, spacerowym krokiem, tuż przed wyjazdem. W klapę kurtki miał wpięty znaczek

KOD
EKS
JAZ
DY

– No wreszcie pan jest! – krzyknął pierwszy kierowca. – Jedziemy!
– Jedziemy albo i nie – powiedział drugi kierowca i zadał dziwne pytanie:
– Czy należy pan do Stowarzyszenia Zawodowego Kierowców Autokarowych „Osinobus”.
– Nie – odparł zaskoczony kierowca. – A bo co?
– A czy ma pan w ogóle prawo jazdy?
Rodzice zaczęli się denerwować.
– Co to ma do rzeczy? – pierwszy kierowca zaczął się irytować. – Nie ma pan prawa mnie legitymować.
– Ale policja ma – wtrącił któryś ze zdenerwowanych rodziców i poprosił funkcjonariuszy o pomoc. Ci spełnili jego prośbę i poprosili pierwszego kierowcę o stosowne dokumenty.
– Widzi pan, wszystko jest – powiedział funkcjonariusz oglądając dokumenty. – Możecie jechać.
– O tym zadecyduję ja – odburknął drugi kierowca. – A kto wystawił prawo jazdy?
– Ośrodek Ruchu Drogowego w Pawełkowicach.
– Ojoj! Fatalnie! A kiedy?
– W zeszłym roku.
Drugi kierowca potrząsnął ze smutkiem głową i rzekł tak:
– Niedobrze. Bardzo niedobrze. Ma pan nielegalne prawo jazdy. Ci ludzie nie mieli prawa wydać panu takiego dokumentu. W Pawełkowicach nie ma już ORD-u. To co jest to jest jakiś neoORD. Dokumenty przez nich sygnowane nie mają żadnej mocy prawnej. Kierowcy przez nich wypuszczani to nie są żadni kierowcy. To dublerzy kierowców, zwykłe osoby siedzące bezprawnie za kierownicą pojazdu. Wy, jako policja, powinniście ich wyłapywać.
– Nie ma pan kompetencji, żeby oceniać czy dany organ wydał prawidłowo dokument czy nie – argumentował policjant.
– Proszę pana, proszę pana, co pan mi tu… Przecież wszyscy wiedzą jak jest. Niski z Żoliborza sam nie ma prawa jazdy, więc mści się na tych, co sami je mają. Najłatwiej oczywiście się zemścić na kierowcy autokaru. bo to wolne, nieruchawe, ciężkie, wielkie pojazdy. Ludzie Niskiego przejęli ORD w PAwełkowicach i kompletnie go upolitycznili. Naprawdę nie dbacie o to, że ci ludzie niszczą kulturę drogową? I to nie tylko w Polsce, ale i w Europie? Dzisiaj Klub Miłośników Wartburga z Hamburga napisał list do kierowników posterunków w całej Polsce. Przeczytano go panom, panowie policjanci? Nie? Nie dziwię się. Faszyzm podnosi łeb z popiołów w całej Polsce. A to wszystko dlatego, że Niski chce opanować całkowicie system szkoleniowy aby samemu zrobić prawo jazdy. Co ma zrobić patriota na widok tego co klika Niskiego robi z tym krajem? Nam, kierowcom, zostaje tylko ulica i suwnica, żeby zaprotestować przeciwko ustawie.
– Jakiej ustawie? – spytała jakaś pani.
– Ustawie dyscyplinującej kierowców autokarów – zapalał się drugi kierowca. – Zwanej też ustawą kneblującą. Konstytucja zapewnia każdemu wolność mowy. Tymczasem ta ustawa przewiduje kary za mówienie prawdy o roli neoORD w Pawełkowicach. Przykro mi bardzo ale w tej sytuacji nie mogę samemu jechać autokarem. Nie ma złamać przepisów i pojechać bez drugiego kierowcy.
– No tak, ma rację – powiedział jakiś zezowaty facet patrząc na wszystkich jednocześnie.
– Przecież ja jestem – zauważył ze złością pierwszy kierowca.
– Pan możesz być co najwyżej pasażerem. Gdyby miał pan odrobinę honoru, to by pan sam zrezygnował. Wycieczka nie odbędzie się. I już.
Większość rodziców, rozeźlona, o dziwo na drugiego kierowcę poszła z dziećmi do domów. Część osób jednak została. Razem z drugim kierowcą wznosiła okrzyki „Prawo jazdy! Prawo jazdy!” i snuła plany, że kiedy społeczeństwo się obudzi i odbije ORD w Pawełkowicach ich dzieci znów będą jeździć na wycieczki autokarem.
Bo zaufanie do kierowców to rzecz najważniejsza.

Kiedy sędzia wpadnie na sędziego

Dosłownie na oczach Hiobowskich doszło do wypadku drogowego. Na rogu ulic Stefana Michnika i Wacława Krzyżanowskiego samochód potrącił na przejściu pieszego.
– Nie samochód – zaprotestował tata Łukaszka. – Kierowca samochodu.
Uwaga wszystkich skupiła się jednak na potrąconym. Młody człowiek powoli i z bólem podnosił się z asfaltu. Zbiegli się ludzie, a nawet i jeden policjant też przyszedł.
– O, potrącił pieszego na pasach. Odsiadka jak nic – kiwali głową widzowie.
– Ale ten samochód to terenowy Mercedes – zauważył Łukaszek.
– Tak, to może być ktoś znaczny – zasępił się policjant i oznajmił pieszemu:
– Będzie pan siedział za wtargnięcie na jezdnię i wgniecenie maski.
– Jeszcze czego – stęknął przejechany. – We pan kim ja jestem?
– Co to ma do rzeczy? – wzruszyła ramionami mama Łukaszka. – Prawo jest równe dla wszystkich. Konstytucja! Konstytucja!
Wszyscy spojrzeli na nią z politowaniem.
– Jestem sędzią – oznajmił przejechany z dumą.
– O, grubo – policjant zdjął czapkę i otarł czoło. – W takim razie kierowca będzie siedział za próbę morderstwa. No, chyba, że to ktoś ze Służby obsługi Rządu…
Ludzie skierowali wzrok na auto. W tym momencie otworzyły się drzwi pojazdu i wysiadł starszy, surowo wyglądający pan.
– Pan sędzia! – zachłysnął się policjant.
– Drugi? – zapytali wszyscy osłupiali. – To kto teraz ma rację.
– Poddaję się – rozłożył ręce policjant. – Zgodnie z Konstytucją w przypadku wypadku drogowego rację mają kolejno: dziennikarz, aktor a najwyżej są niezawiśli sędziowie. Ale gdy sędzia sędziemu… Hm… to chyba będzie musiał rozstrzygnąć sąd…
Sędzia przejechany wykuśtykał zza samochodu i na widok kierowcy jego oczy stały się okrągłe ze zdumienia.
– Tata! To ty?
– Ano ja.
– Nie poznałem samochodu. To twój? Przecież masz Volvo.
– Miałem. Sprzedałem, a wczoraj odebrałem tego. Nówka z salonu – wycedził kierowca. Obejrzał maskę a potem z krzykiem napadł na przejechanego:
– Jest wgniecenie! Nowy samochód! zapłacisz mi za to! Do sądu cię podam!
– Może być wesoło – zauważył filozoficznie dziadek Łukaszka. Obaj sędziowie zaczęli na niego krzyczeć. I nagle do uszu wszystkich doszedł odgłos zapuszczanego silnika. Za kierownicę Mercedesa wsiadł jakiś facet i go uruchomił.
– Złodziej! – zapiał kierowca. Nie zdążył odskoczyć, auto go zaczepiło, przewróciło, po czym uderzyło w znak drogowy.
– Błotnik!!! Błotnik!!! – wył sędzia senior. Zza kierownicy wysiadł facet i skruszonym tonem przeprosił za swój wyczyn…
– …ale musiałem. W ten sposób odzyskałem wolność.
Tłum gwałtownie zażądał wyjaśnień.
– No… Tak to jest – przyznał niechętnie sędzia junior pomagając tacie wstać. – Jeśli ktoś potrąci pieszego na pasach, a sąd nie jest w stanie określić z jaką prędkością on wszedł na pasy…
– Ja na nich stałem! – wycharczał gniewnie sędzia senior.
– Ale jakoś musiał pan na nie wejść, prawda? – argumentował facet. – A z jaką prędkością pan wszedł?
Nikt nie wiedział.
– Ale do tego trzeba nie mieć OC samochodu! – wykrzyknął sędzia junior.
– Nie mam – wyznał cicho jego ojciec. – mówiłem ci, że to nówka z salonu. Chciałem załatwić w przyszłym roku. Kto by wiedział? Ale, ale… Pewnie ma pan prawo jazdy?
– Nie mam! – wykrzyknął radośnie facet. – Nie mam! Przejechałem człowieka i będę wolny!
– A ile panu groziło? – zainteresowała się babcia Łukaszka.
– Dwadzieścia lat.
– Poważna sprawa. Co pan przeskrobał? Sfałszował pan legitymację? Napisał pan na Twitterze „gruba” o jakiejś celebrytce?
– Zakłóciłem sąsiadom ciszę nocną. Dwa razy.
– I bardzo dobrze, że dostał pan dwadzieścia lat – rzekł ze złością sędzia senior. – Nawet gwałciciel nie może się równać z kimś, kto celowo i z rozmysłem zakłóca innym nocny odpoczynek!
– Albo przeszkadza w chemseksie! – dodał junior.
– Coś ty powiedział? Że co? – ojciec spojrzał na niego podejrzliwie.
– To nie ja. Taki tylko hipotetyczny wywód.
– No dobrze, a co z moim samochodem – sędzia senior ponownie oglądał błotnik.
– Tu, obok jest warsztat – włączyła się mama Łukaszka. – Ja pana podprowadzę, pokażę, to na pewno dobry fachowiec.
Rzeczywiście. Okrążyli widziany od tyłu rząd pawilonów. Nad jednym z nich na dachu stały wielkie cztery litery AUTO. Poniżej, na ścianie był mniejszy napis: „Naprawa”. Fachowcowi zaświeciły się oczy na widok Mercedesa i obiecał wszystko.
– Skąd pani wiedziała, że to taki dobry fachowiec? – sędzia senior raczył zainteresować się mamą Łukaszka.
– Bo on przestrzega Konstytucji.
Sędzia junior zażądał wyjaśnień. On nie rozpoznał, a chciałby wiedzieć jak to robić. Na wszelki wypadek.
Mama Łukaszka zaprowadziła wszystkich z powrotem na ulicę, na miejsce wypadku. Widzieli teraz warsztat od tyłu. Sterczące na jego dachu cztery litery tworzyły teraz inny napis.
OTUA.

Jak sprzedać każdą rzecz

Pan Sitko był niezadowolony i to bardzo. A powodem było to, że jego żona, dozorczyni, oznajmiła, że wychodzi.
– Wyjść nie mogę? – wyszła z siebie pani Sitko.
– Jest mecz, kto mi poda piwo? – argumentował rzeczowo pan Sitko.
– Obejrzyj mecz na trzeźwo. Ja wychodzę! Tu masz mój portfel.
– Co? Jak? Po co?
I pani Sitko zaczęła cierpliwie tłumaczyć, że wychodzi na specjalne spotkanie, połączone z prezentacją.
– Czego?
Pani Sitko odparła, że nieistotne, bo i tak nie zamierza tego kupić.
– Poddaję się – jęknął pan Sitko i dopił nalewkę.
– Chcę się przyjrzeć technikom sprzedaży. Podobno mają jakąś taką sekretną metodę, że są w stanie sprzedać wszystko – dozorczyni się zachłystywała powietrzem. – Na wszelkie więc wypadek zostawiam pieniądze w domu.
– Nie boisz się, że je przepiję? – spytał podejrzliwie pan Sitko.
– Przecież tobie nawet się nie chce podejść do lodówki po piwo – zmiażdżyła go werbalnie połowica. – Pilnuj domu. Załatwiaj interesantów.
– Jakich interesantów? – wybuchnął radosnym śmiechem pan Sitko.
Czternaście minut później musiał otworzyć drzwi, o żona już poszła, a natarczywy sygnał dzwonka nie dawał mu spokoju.
– Czego, Hiobowski.
– Ja z interesem.
– Nie mam pożyczyć pieniędzy.
– Ja z interesem do pana żony.
– Co za interes można mieć do dozorczyni?
– Klucze do suszarni.
Zapadła krępująca cisza. Pan Sitko runął do kuchni i wrócił z miseczką pełną kluczy.
– Wybierz se.
– Który to? – spytał zakłopotany Łukaszek.
– Nie wiesz?
– Nie.
– Ja też nie – na twarzy pana Sitko odmalowała się rozpacz. – A zaraz jest mecz! Grają Pas Szachida Goeteborg kontra Halal Falafel Bordeuax!
– Nie ma. To znaczy mecz jest, ale nie będzie transmisji – poinformował posępne Łukaszek.
– Nie? A co będzie w zamian?
– Pokażą jak Tolga-Okarczuk odbiera Nobla.
– Znowu? – jęknął pan Sitko. – Podobno nawet Wiodący Tytuł Prasowy apelował, żeby telewizja publiczna przestała to w kółko pokazywać.
– Nawet Greta Thunberg napisała pocztówkę do prezesa telewizji w tej sprawie: „How dare you”.
– I co on na to?
– Nic, bo jeszcze jej nie dostał. Greta leci z nią balonem, ale wiatr się zmienił i wczoraj minęła Kinszasę. To co z tym kluczem?
– Weźmiemy chyba wszystkie i pójdziemy wypróbować…
I poszli. Udali się w najbardziej odludne i zakurzone podziemia bloku, gdzie było tylko dwoje drzwi. Suszarnia i wózkarnia. Taki blokowy koniec internetu.
– Suszarnia mówisz… – pan Sitko grzebał w miseczce z kluczami. Nagle podniósł głowę i spojrzał na Łukaszka. – Mówiłeś coś?
– Nie. Myślałem, że to pan…
Teraz obaj usłyszeli głos, potem kilka następnych i zza załomu korytarza wyłoniła się grupa ludzi.
– Szczęść Boże.
– Oni są wszędzie, mówię panu.
– Żeby Polak w Polsce nie mógł…
– Wszyscy muszą o tym się dowiedzieć…
Grupa ludzi dreptała w dziewiczym kurzu pod drzwiami wózkarni i szarpała za klamkę.
– Czy ja się dowiem o co tu chodzi? – spytał zrozpaczony pan Sitko. Przeklinał w duchu żonę, jej wyjście, Alfreda Nobla i brak piwa.
– Mieliśmy tu mieć spotkanie promocyjne – powiedział jakiś młody w krawacie odejmując telefon od ucha. – Ale właśnie się dowiedziałem że samorząd obcego wyznania zadzwonił do samorządu naszego terenu z interwencją. Nie będzie tu naszego spotkania. Wypowiedzieli nam najem!
I wszyscy, którzy przyszli zawrzeli oburzeniem.
– Hańba!
– Sromota!
– Targowica!
– Głośniej krzyczcie – prosił jakiś łysy robiący zdjęcia.
– Spotkanie zostanie przeniesione do osiedlowego domu kultury! – zakrzyknął triumfalnie młody w krawacie. – Polacy! Teraz!
I grupka ludzi zaczęła się oddalać skąd przyszła, jeszcze tylko gwar się niósł za nimi:
– Wiktoria!
– Sobieski!
– Żeby Kazimierz Wielki nie przygruchał sobie tej Esterki bylibyśmy dzisiaj od Oceanu do Oceanu!
Zapadła cisza.
– Myślałem, że wózkarnia jest zamknięta – powiedział Łukaszek.
– Żona zgubiła od niej klucz dwa lata temu – poinformował pan Sitko. – Wtedy gdy Puchar Polski zdobył LGBT Warszawa po pokonaniu Danzigjugend Gdańsk. Więc jak oni mieli mieć tu spotkanie skoro…
– O ten klucz pasuje – ucieszył się Łukaszek i otworzył suszarnię.
– To bierz go i zjeżdżaj – mruknął pan Sitko i wrócił do mieszkania. Telefon, który zostawił na ławie przed telewizorem grzał się od esemesów. Wszystkie były od zony i miały taką samą treść: „Przyjdź z pieniędzmi do osiedlowego domu kultury”.
Pan Sitko, pełen jak najgorszych przeczuć, ubrał się i wyszedł. Pieniądze zostały na stole, wziął tylko drobne na cytrynówkę.
Kiedy wszedł do osiedlowego domu kultury spełniły się jego najczarniejsze myśli. Tłum urzeczonych ludzi wpatrywał się z portfelami w garści w młodego w krawacie. A młody w krawacie mówił do mikrofonu:
– Próbują nam zamknąć usta. Próbują nas zablokować. Próbują nam wmówić, że nasz kraj nie jest już nasz. Pokażmy im, że się mylą! Że my to my! Że nasze to nasze! Że nie damy się nigdy! Mogą nam wymówić tysiąc sal, to tylko działa na naszą korzyść! Chcą nas uciszyć, a dzięki temu będzie o nas głośno! A wy… Wy macie ostatnią, jedyną i niepowtarzalną okazję…
Młody w krawacie podszedł do stołu i pokazał na to, co stało na nim:
– Tylko dziś możecie nabyć te trzy garnki za jedyne cztery tysiące!

Rolnik szuka żony, odcinek 12/6, finał

No to po kolei.
1. W tak pięknych okolicznościach przyrody… I tego… I niepowtarzalnej… Grande finale w Kazimierzu Dolnym. Kilka dni temu TVP pokazało w Alarmie materiał o Rolniku, więc wszyscy wiedzieli kto z kim nadal jest. Widzowie ekscytowali się tylko niewiadomą kto komu nawtyka.
2. Najpierw rolnicy siedzieli wokół stołu i wspominali miłe chwile. Potem zaczęły się spotkania indywidualne i niemiłe chwile.
3. Sławek gładko opowiedział o tym jak chciał poznawać, rozwijać, ale teraz z Martą to przyjaźń, tak. Wszystkie panie zgodnie stwierdziły, że Sławek praktycznie w ogóle się o nie nie starał. No i bombka: Marta zeznała, że mama Sławka mówiła „weź kogokolwiek”. Marta jeździła po programie do Sławka, a tam rodzice oczekiwali „młodej z gospodarstwa” czyli Natalii a on wybrał 30-stkę z miasta czyli Martę. I zrobiło się nieprzyjemnie. Na szczęście Sławek przyznał, że aktualnie spotyka się z kimś. A Marta, o czym internet już od dawna wiedział, w Anglii.
4. Główne gwiazdy czyli Ania i Kuba. Kuba dobrze dogaduje się z synem Ani. I co ciekawe Kuba jeździ do niej a nie ona do niego. Bo Kuba – uwaga przyszli startujący – wybrał bardzo mądrze. Obie jego kandydatki mieszkały w odległości max 50 km od niego. W każdym razie – miłość Kuby i Ani kwitnie.
5. Prowadząca opierniczyła Waldemara że nie podał wieku kandydatki w wizytówce. Waldek nadal nie potrafi tego wyartykułować. Bo co ludzie powiedzą, że on 45 lat chce młodszą. I chce się zakochać. Waldek dzięki programowi już wie że chce szukać. Może prościej by było gdyby zamiast startować poszedł do psychologa się przełamać?
6. Adrian został strasznie zgrilowany pytaniami przez prowadzącą i oczywiście bardzo się denerwował. Sprytnie jednak wybrnął z podchwytliwych pytań mówiąc „nie wiem”, „tak bym tego nie nazwał”. Wiedział, że Ilona siedzi za ścianą i słucha. Wiola przyznała, że pomysł „bądźmy wszyscy do końca” był nieudany, ona – uwaga – wolałaby wyjechać zaraz po nieudanej randce. Agata była bardzo zawiedziona, że po trzech godzinach od randki z nią Adrian zmienił zdanie o 180 stopni (czytaj: wybrał inną). Marta stwierdziła, że mało brakowało, aby związek z Iloną w ogóle się nie narodził. Ilona powiedziała, że – uwaga – Adrian za bardzo się skupił na tym aby wszystkie traktować równo. I że tak naprawdę poznali się dopiero gdy wyjechały kamery (?). Są w każdym razie razem, związek się rozwija, Ilona widzi siebie u Adriana, Adrian kupił konie.
7. Creme de la creme czyli Seweryn. Asia nie przyjechała, pojawiła się na Skype. Jest w ciąży, ma kogoś i pomachała pierścionkiem do kamery. I wkopała Marlenę, która jej też pokazywała wiadomości od Seweryna, ba nazwała to intrygą. Diana powiedziała dwa słowa i siedziała mocno zniesmaczona. Seweryn z Marleną trochę się pospierali, trochę się przeprosili. Oboje już kogoś mają. Jego przypadek jest modelem jak spierniczyć program i jak jedna z kandydatek może go rozwalić.
8. Na końcu były rady rolników dla osób startujących w następnej edycji. I nie było zaskoczenia, że najcelniej wypowiedział się Jakub.
Do zobaczenia w odcinku świątecznym.

Ekodieta pana Sitko

Pan Sitko miał dzisiaj zły dzień. Bardzo zły. Jakby cały świat się sprzysiągł przeciwko niemu, żeby go zdenerwować.
Najpierw przeżył przykrą przygodę pod sklepem spożywczym. Spostrzegł tam bowiem grupę młodzieży, która pod sklepem kręciła się z butelkami piwa. Kiedy wychodził ze sklepu, kręcili się tam nadal. Podszedł bliżej, spojrzał i gniew go ogarnął.
– Co to jest?! – ofuknął ich głośno.
Młodzieży zatrzęsły się ręce.
– O co panu chodzi? – jęknął nieśmiało jeden chłopak. – Że co, że piwo? Mamy prawo.
– Nie, że piwo – obruszył się pan Sitko. – Chodzi mi o to co wy z nim robicie,
– Otwieramy je.
– Naprawdę? – głos pana Sitko ociekał ironią. – Przez dwadzieścia minut? Jak wy chcecie dać sobie potem radę w życiu jak wy butelki z piwem nie umiecie otworzyć? Może powinniście zainwestować w otwieracz?
– My już mamy otwieracz – przyznał chłopak.
Pan Sitko zawył.
– Spokojnie! Kolega już patrzy na Youtube jak się tego używa! Zaraz sami sobie poradzimy!
– Dajcie mi to zaraz! – pan Sitko zgrabnie przechwycił jedną z butelek i spojrzał odruchowo na etykietę, bowiem tego akurat piwa nie znał. Miał prawo. Było to bowiem piwo bezalkoholowe, bezglutenowe, bezchmielowe, bezdrożdżowe, z potrójnym sokiem malinowym.
Pan Sitko zdruzgotany oddał butelkę i poszedł do domu. Szedł sapiąc zagniewany aż tu zobaczył kolejną nietypową scenę. Otóż tuż przed nim szła jego sąsiadka z bloku, mama chłopca o mieniu Wiktymiusz. Ale jak szła! Niosła w obu rękach cały pęk ciężkich toreb, które wręcz szorowały po chodniku. Pan Sitko zrównał z nią krok i spytał co się stało.
– Przepuściła pani całe pięćset plus na raz?
Mama Wiktymiusza obraziła się. Owszem pobierała pięćset plus, ale tylko dlatego, aby przyspieszyć upadek znienawidzonej przez nią władzy.
– Może poniosę pani którąś torbę? – zaoferował się szarmancko pan sitko, ale mama Wiktymiusza potrząsnęła głową i powiedziała cicho:
– Nie. On mnie obserwuje.
– Kto?
– Mąż. Z okna. Przez lornetkę. Powiedziałam mu, że jest białą, nieekologiczną, męską świnią. A on, niech pan sobie wyobrazi, powiedział, że nie zrezygnuje z jeżdżenia samochodem, bo jak spakować zakupy? Więc aby mu udowodnić poszłam do składu budowlanego „Larwa”, nakupiłam rzeczy na drobny remont i niosę to teraz do domu. Uf. Żeby mu udowodnić. Muszę to zrobić sama. Jeśli poproszę go o pomoc to on…
– …przyjedzie samochodem – pokiwał głową pan Sitko. – Ce o dwa, ha dwa o i tak dalej.
– Właśnie. Także ten… Dziękuję panu – sapnęła mama Wiktymiusza. – A pan też powinien.
– Co? Obywać się bez samochodu? Całe życie to robię.
– Pan sapie, panie Sitko. Pan ma słabą kondycję. Pan jest przetłuszczony. Pan powinien odstawić mięso!
Pan Sitko pożegnał się ozięble i posapując przyspieszył kroku. Rozmyślając nad przyszłością planety powrócił do swojego mieszkania, gdzie czekała na niego małżonka z obiadem i przykrą niespodzianką.
– Gdzie mięso? – zaniepokoił się pan Sitko nicując szybko widelcem zawartość talerza.
– Nie ma – odparła odważnie pani Sitko. – Nasza sąsiadka, pani Hiobowska dała mi nowy przepis. Nie można jeść przecież cały czas mięsa.
– Nie jem cały czas! Tylko na obiad!
– Powinieneś jeść więcej warzyw! A nie tylko mięso, ryby i kiełbasy!
– To ja ci coś powiem – pan Sitko celował w żonę widelcem. – Pięć lat temu jeden Polak powalił terrorystę kłem wieloryba. Wyobraź sobie teraz, że cały świat jest wegetariański. No jakby on by pokonał tego gościa selerem? Albo garścią malin? Wiesz ile ludzi by zginęło? Tego chcesz, tak?
Pani Sitko skapitulowała i zaczęła smażyć kotlety,
– Mimo wszystko jednak – powiedziała od kuchenki – powinieneś schudnąć.
– Masz rację – zgodził się jej mąż pałaszując ziemniaki. – Będę pił mniej piwa…
– Nie! -ucieszyła się pani Sitko.
– …a więcej wódki.
– Co? Jak to?
– Widziałaś kiedyś grubego pijaka?