Lekcja wstydu

Tata Łukaszka szedł przez osiedle gdy ujrzał mrożący krew w żyłach obrazek – jakiś rosły młodzian napadł staruszka i ukradł mu portfel. Kiedy przebiegał obok taty Łukaszka, ten zachował się jak trzeba. Nie, nie walczył z większym i silniejszym młodzianem, lecz zgrabnie podstawił mu nogę. Młodzian poleciał do przodu machając rękami, łupnął głową w tęczową ławkę i znieruchomiał.
– Dwie pieczenie na jednym ogniu – rzekł sentencjonalnie tata Łukaszka patrząc na tęczową ławkę, która kosztowała piętnaście tysięcy euro, a pogięła się tak straszliwie, jakby kosztowała euro piętnaście. Tata wyjął z dłoni złodzieja portfel i oddał go staruszkowi. Młodzian stęknął, wstał i podszedł do nich masując głowę.
– Nie udała się kradzież, co? – rzekł z potępieniem tata Łukaszka. – Nie wstyd ci okradać starych ludzi?
Młodzian milczał ponuro, a staruszek nerwowo zajrzał do portfela.
– Nic nie zabrał, nie zdążył – uspokoił go tata Łukaszka.
– Siedem tysięcy – powiedział staruszek i zamyślił się. – Trochę mało.
– Przecież on nic nie wziął – powtórzył tata Łukaszka.
– No to zostaje pan – młodzian rzucił z bezczelnym uśmiechem. – Nie wstyd panu okradać starych ludzi?
Tata Łukaszka zignorował tę zaczepkę i zapytał staruszka ile było w tym portfelu.
– Hm – rzekł staruszek.
– Dziesięć – podpowiedział złośliwie młodzian.
– Podoba mi się twój tok rozumowania – uśmiechnął się do niego przyjaźnie staruszek. – Dwanaście. Tu, panie drogi, było dwanaście tysięcy.
– Piętnaście – wciął się szybko młodzian. – Dołożyłem swoje trzy.
– Piętnaście – staruszek potrząsnął tacie Łukaszka portfelem przed nosem. – Gdzie jest zatem osiem tysięcy?
– Ja nic nie ukradłem – bronił się tata Łukaszka.
– Przecież wszyscy wiedzą, że Polacy kradną – wzruszył ramionami młodzian. – Pora ujawnić brudne karty ze swojej przeszłości. Musi pan oddać te osiem tysięcy.
– I odsetki – zastrzegł staruszek.
– Nie oddam, bo nie wziąłem.
– To my narobimy panu takiego wstydu na osiedlu… – zaczął staruszek i nie skończył, bo zagarnęła go przechodząca grupa ludzi. Tłum nie był zbyt liczny, ale za to bardzo międzynarodowy. Wszyscy manifestowali pod transparentami zaczynającymi się „My Polacy”.
– Ała! – rozległ się za plecami taty Łukaszka znajomy głos. Obejrzał się i ujrzał swoją żonę.
– Jak ty łazisz! – piszczała mama Łukaszka. – Oczu nie masz? Podeptałeś mnie! Wstydź się! Na oczach międzynarodowej społeczności…
– A właśnie – tata Łukaszka pokazał protestujących. – Dlaczego Niemiec i Rosjanie stoją pod transparentem „My Polacy”?
– Bo tak się okazuje międzynarodową solidarność.
Tata cofnął się i przeczytał co tam głoszą na transparentach. I aż się zagotował.
– My Polacy przepraszamy za to, że niemieckie koncerny samochodowe parę lat temu gazowały małpy w ramach testów? Dlaczego?
– Widzisz – powiedziała mama Łukaszka z powagą. – Bo człowiek tyle o sobie wie ile go sprawdzono. Zło drzemie w każdym człowieku. Nikt nie zagwarantuje że my będąc na ich miejscu zachowalibyśmy się inaczej. I tylko sytuacja nas przed tym uratowała. Na szczęście nie mamy swoich koncernów motoryzacyjnych. Gdybyśmy my mieli swoje koncerny motoryzacyjne to dzisiaj my gazowalibyśmy te małpy.

Wycieczka do Sąd Marino

Pani pedagog szkoły, do której chodził Łukaszek, wpadła na genialny pomysł. Zaproponowała, aby w czasie ferii uczniowie udali się na wycieczkę do Sąd Marino. Pomysł swój przedstawiła na zebraniu rodziców.
– Przepraszam bardzo, co to jest Sąd Marino? – ku ogólnemu zaskoczeniu spytała jakaś pani.
– Nie wie pani? Naprawdę? – pani pedagog nie kryła zdumienia. – Co pani, ze wsi?
– Dziaduś był ze wsi.
– A, to wiele tłumaczy – ironizowała pani pedagog. – I co tam robił?
– Pracował w bibliotece.
– Czyli był bibliotekarzem?
– Nie, pułkownikiem.
Zapadła niezręczna cisza.
– Proszę pani – odezwała się mama Łukaszka z szacunkiem. – Trudno nam uwierzyć, że ktoś dorosły w Polsce nie zna tej stoi, tego polskiego Sevres niezawisłości. Otóż parę lat temu grupa prześladowanych przez reżim sędziów wybiła się na niepodległość i założyła własne państwo. Sąd Marino.
– I dzieci pojadą w ferie je zwiedzać – dodała z dumą pani pedagog.
– Och – stropiła się pani. – Nie mamy paszportu.
– Nie trzeba – odezwała się inna z mam. – Sąd Marino leży w Europie. Nie tak jak ten kraj.
– Gdzie będą spać? – zapytała pani.
– Nigdzie – roześmiała się pani pedagog. Sąd Marino leży koło Pawełkowic i jest bardzo małe. Właściwie to jedna wieś o nazwie Ger.
– To co tam będą zwiedzać?
– Odwiedzimy stację paliw i sklep z wiertarkami – oznajmiła pani pedagog i lekko się zasępiła. – Tylko… Trzeba uważać. Na portfele. Bo… Tam kradną.

Śniadanie na włamanie

Dozorczyni bloku, w którym mieszkali Hiobowscy, przeżyła już wiele dziwnych poranków. Ale te, który przytrafił jej się ostatnio szturmem zdobył jedno z czołowych miejsc. Zaczęło się banalnie: wyszła z miotłą przed blok i wtedy ich zobaczyła.
Na ławce pod blokiem siedziało dwóch panów pilnowanych przez dwóch policjantów.
– Czy moglibyśmy prosić o kawę? – odezwał się jeden z panów siedzących.
Pani Sitko osłupiała.
– Co wy sobie żarty stroicie? – ofuknęła ich. – Co to ja kawiarnia jestem?
– To wyjątkowa sytuacja – poinformował ją drugi zatrzymany. – Zostaliśmy zatrzymani za włamanie.
– Co w tym nadzwyczajnego?
– Właśnie – poparł panią Sitko pierwszy policjant. – Nic w tym nadzwyczajnego, że zostali zatrzymani.
– Nie zostali zatrzymani – wtrącił drugi policjant.
– Zostali.
– Nie zostali.
– Tak.
– Nie.
Pani Sitko osłupiała.
– Oni tak już dwie godziny – poskarżył się pierwszy siedzący. – Może i coś tam ukradliśmy…
– Nigdy się nie przyznawaj! – syknął drugi.
– Przecież sam widzisz, że nie wiedzą co z nami zrobić. A odejść nam nie pozwalają. Jakby pani była łaskawa jakieś kanapki albo chociaż kawę…
– A dlaczego to tak? – zaciekawiła się pani Sitko.
– Ponieważ nie jesteśmy patrolem policyjnym – rzekł z namaszczeniem drugi policjant.
– Jak to?!
– Ponieważ w patrolu musi być co najmniej dwóch policjantów.
– Przecież jesteście…!
– Tu jest tylko jeden prawdziwy policjant – rzekł z dumą drugi funkcjonariusz.
– A ja? – zaperzył się pierwszy policjant.
– Ty jesteś dubler policjanta mianowany przez wybranego z pogwałceniem Konstytucji neokomendanta.
– Przecież ma broń, mundur, pałę… – wyliczała pani Sitko.
– To wszystko nieważne – zamachał rękami drugi policjant. – On nie spełnia podstawowego warunku. Co musi mieć policjant, żeby być policjantem? – zapytał znienacka.
Padało wiele różnych odpowiedzi, ale nikt nie zgadł.
– Musi mieć oczywiście średnie wykształcenie – poinformował drugi policjant. – A ten dubler nie ma.
– Mam!
– To pokaż testy maturalne, hochsztaplerze! Bez tego nie jesteś policjantem, bez tego nie jesteśmy patrolem, bez tego nie możemy nikogo zatrzymać! – krzyczał drugi policjant.
– Przepraszam bardzo – odezwał się pierwszy siedzący. – Ale czy ma pan kompetencje, żeby coś takiego sprawdzać czy kwestionować? Komendant wysłał panów na patrol i tyle, to jego rzecz i jego odpowiedzialność…
– Mam takie kompetencje jak każdy uczciwy Polak – odciął się drugi policjant. – A pan co? Chce pan być aresztowany?
– Nie, skądże – pospieszył z odpowiedzią drugi siedzący. – Tylko wie pan co, siedzimy tu już długi czas. Głodni jesteśmy, no i do toalety by człek chciał. Jak długo będziecie nas tu trzymać? Kolega zziębnięty, chucha w dłonie, wie pan ile tego CO2 idzie w powietrze?
– Wiem – zasępił się drugi policjant. – Ale ja muszę zobaczyć tę maturę. Podejrzewam zresztą, że jej nie ma, a ten uzurpator po prostu wdział ten mundur nielegalnie.
– Moje testy maturalne są w archiwum Szkoły Dobrego Klimatu w Pawełkowicach – oznajmił z godnością pierwszy policjant.
– Trzeba było tak od razu. Idę tam. Choć podejrzewam, że na próżno – rzekł z ironią drugi policjant i poszedł. Pani Sitko też poszła, w końcu trzeba było zamieść schody. Siedzący też poszli. No bo ten jeden policjant co został, nie był w świetle przepisów patrolem.
Drugi policjant nie dotarł do testów maturalnych pierwszego policjanta. Kiedy już był na rogatkach Pawełkowic zadzwonił do niego wściekły komendant i kazał mu natychmiast przestać się wygłupiać i wracać do roboty, bo nie płacą mu za wycieczki. Drugi policjant nadal utrzymuje, że komendant to neokomendant i jest w zmowie z pierwszym policjantem, bo nie pozwolili mu przekonać się, że ta matura nie istnieje.

Jaki piękny samobójczy

Oczywiście, mecz oglądała cała rodzina Hiobowskich, bo kiedy faceci oglądają mecz, to musi o tym wiedzie cały świat. Tak przynajmniej uważała babcia Łukaszka. Wycofała się do kuchni i szykowała surówkę na jutrzejszy obiad. Razem z nią siedziały mama Łukaszka i jego siostra. Z dużego pokoju dochodził dzikie wrzaski.
– Coś wrzeszczą jakoś inaczej niż zwykle – zauważyła siostra Łukaszka.
– Bo i mecz jest inny niż zwykle – odrzekła babcia z dumą siekając kapustę. – To mecz z Niemcami.
– Skończmy z tymi resentymentami wojennymi – powiedziała mama czytając najnowszą powieść noblistki „Prowadź swój pług śnieżny poprzez Kościerzynę”.
– Skończmy, skończmy, a sztućców nie oddali – sapnęła babcia.
– Zaraz się zacznie dyskusja kto wywołał wojnę – mama wywróciła oczami. – Skończmy z tym, naprawdę. Od tego nasze sądy nie będą wolne.
– Po co nam właściwie sądy? – rozległ się głos od drzwi. Do kuchni wszedł Łukaszek. – No po co? Człowiek tylko traci czas, pieniądze, nerwy, nawet jak ma rację ot nie wiadomo czy wygra, a nawet jak wygra to i tak mu się to na końcu nie opłaca.
– Przestań z tą swoją sofistyką! – mama palnęła pięścią w stół. Babcia w ostatniej chwili złapała spadający ocet „Jak za komuny”.
– Nie powinieneś teraz oglądać meczu? – spytała słodko siostra Łukaszka.
– Muszę się napić – powiedział Łukaszek. – Niemcy oszukują.
– Niemcy nie mogą oszukiwać – głos mamy drgał z gniewu.
– A Dieselgate kto wywołał?
– Diesel! – zakrzyknęła błyskotliwie siostra Łukaszka i została wyrzucona z kuchni. Wróciła jednak po chwili i oznajmiła zdumiona:
– Niemcy naprawdę oszukują.
Mama i babcia spojrzały po sobie i runęły w kierunku telewizora. Łukaszek i jego siostra poszły za nimi.
Przed odbiornikiem siedzieli tata i dziadek Łukaszka złorzecząc sąsiadom zza Odry.
– Ach ten wasz hejt – westchnęła mama Łukaszka. – A co ja patrzę i co ja widzę? Piękną kampanię społeczną – pokazała ekran. Na ekranie widać było trybuny, boisko, kibiców, wszystko otagowane #Stop12.
Tata chaotycznie wyjaśnił na czym polega ta akcja.
– Otóż organizacja polska Fussballjugend PL…
– Jaka tam polska! W zarządzie same teutońskie nazwiska! – wykrzyknął dziadek.
– …otóż ta organizacja prowadzi kampanię społeczną #Stop12. Polega on na tym, aby nie wprowadzać dwunastego zawodnika na boisko.
– Przecież w piłkę nożną gra jedenastu – zauważyła odkrywczo siostra Łukaszka. – To po co ta kampania?
– Policz Niemców na boisku – rzekł gorzko dziadek Łukaszka.
Siostra policzyła i wyszło jej dwunastu.
– Bo oni się ruszają – zirytowała się mama Łukaszka. – Czekajcie, ja policzę.
Wyszło dwunastu.
– Dlaczego Polacy nie protestują? – pytała gorączkowo babcia. – Przecież to jawne pogwałcenie zasad gry!
– Trudno oskarżać inicjatora akcji #Stop12, że sam ją łamie – westchnął Łukaszek. – Pozostaje mieć nadzieję, że nasi utrzymają remis do końca.
– Jest zero zero – wtrącił dziadek.
– Pozostaje mieć nadzieję, że w następnym meczu nie będzie akcji #Stop13 albo #Stop14 – rzekł przewidująco tata Łukaszka.
I kiedy pod koniec zanosiło się, że rezultat pozostanie bez zmian, wydarzyło się coś niespodziewanego. Polski napastnik, Framasz-Tonkowski przejął piłkę, zawrócił, pognał w kierunku własnej bramki i umieścił piłkę w siatce obok kompletnie zaskoczonego polskiego bramkarza.
W sektorach niemieckich kibiców wybuchła euforia. Tak samo wśród niemieckich zawodników. A także wśród części polskich kibiców i zawodników.
Hiobowscy patrzyli na siebie w osłupieniu. Ale nie wszyscy.
– Chociaż jeden zachował się jak trzeba – mama Łukaszka była bardzo zadowolona. – Co tak na mnie patrzycie? Złamał jakieś przepisy?
– Nie, przepisów nie złamał – powiedział wolno tata Łukaszka. – Ale mecz… Wynik…
Mecz się właśnie zakończył. Na gorąco nadawano wywiad z Framaszem-Tonkowskim.
– Tak, strzeliłem tego gola. To był mój obowiązek, proszę pana, jako Polaka i jako patrioty. Nie, to nie jest gol przeciwko Polsce. To jest gol przeciwko naszemu trenerowi, który łamie konstytucję i uzyskał licencję trenerską niezgodnie z prawem, ponieważ komisja nadająca licencję obradowała w czwartek zamiast w środę i w związku z tym licencja jest nielegalna i trener jest nielegalny.
– Ale gra pan w drużynie pod jego kierownictwem – znalazł się przytomnie reporter.
Piłkarz zastanowił się chwilę.
– Wie pan co, akurat drużyna jest legalna.

Styczniowy finał Bożego Ciała

Hiobowskich o szóstej rano obudziło głośne bicie kościelnych dzwonów.
– To dziś – podniecony dziadek wkładał kapcie.
– Co dzisiaj? – spytała półprzytomna mama Łukaszka.
– Dzień Jałmużny! Styczniowy finał Bożego Ciała!
– Jestem za rozdziałem religii od państwa – głowa mamy opadła na poduszkę.
– Przecież jest rozdzielone – dziadek szybko się ubrał i wziął do ręki tacę z gorejącym sercem i napisem „Co łaska”. – No, to lecę kwestować.
I poszedł.
Hiobowscy z trudem się pozbierali. Siostra Łukaszka o dziwo wstała pierwsza, ale miała silną motywację. W telewizji miał być emitowany odcinek jej ulubionego serialu „Korona królów disco polo”.
Nie był. Zamiast tego była pierwsza odsłona styczniowego finału Bożego Ciała.
– Szczęść Boże!!! – ryczał do mikrofonu ksiądz dyrygujący zbiórką jałmużny.
Cyfry na liczniku zbiórki zmieniały się tak szybko, ze nie można było za nimi nadążyć wzrokiem.
Kiedy Hiobowscy wyszli po zakupy spotkali pana Sitko wracającego ze sklepu monopolowego. Pan Sitko miał w siatce o jedno piwo mniej niż zwykle, miał na kurtce naklejkę z krzyżykiem i płakał.
– Jedno piwo! – chlipał. – Na jedno mi zabrakło!
– Podrożało – rzekła z satysfakcją mama Łukaszka. – Głosował pan to teraz pan ma.
– Nie podrożało! – burknął pan Sitko ocierając rękawem łzy. – Musiałem im wrzucić do puszki!
– Komu?
– Kwestującym.
– Zmusili pana?
– Nie, ale oni wywierają presję patrząc. I mówią tak nienawistnie „Szczęść Boże”. I że to na chore dzieci. Nie ma jak ich ominąć.
I pan Sitko poszedł dalej obiecując sobie, że to jedno piwo nadrobi jutro.
Faktycznie. Nawet podczas krótkiej drogi do sklepu Hiobowscy spotkali co najmniej sześć kilkuosobowych grup młodzieży i dzieci. Kwestujący mieli na kurtkach naklejki z krzyżykiem, na szyjach święte obrazki a w rękach tace. Zbierano oczywiście na umierające dzieci. Kiedy ujrzeli nieoklejonych Hiobowskich rzucili się na nich z radosnym kwikiem.
– Nie dajemy – próbował się bronić tata Łukaszka.
– Bo daje pan komu innemu! A pamiętaj pierwsze przykazanie! Bóg i tylko Bóg!
– Daliśmy już komuś innemu – próbowała babcia Łukaszka.
– Wyciąg z konta poświadczony notarialnie! Ile pani dała? Komu! Świadkowie są?
– Są, Jehowy – odparł Łukaszek. Kwestujących zatkało, a Hiobowscy wykorzystali to i przemknęli się do sklepu. Niestety, sklep też brał udział w Święcie Jałmużny. Wszystkie towary oklejone krzyżykiem, wszystkie kasy oznaczone krzyżykiem, nawet personel nosił krzyżyki. Dodatkowo jeszcze nad kasami wisiała wielka informacja, że co któreś euro z zakupów sklep przekazuje na Styczniowy finał Bożego Ciała.
– No nie da się nie dać – jęknęła zrezygnowana mama Łukaszka.
Wrócili do domu i próbowali przetrwać jakoś dzień. Trudno było. Krzyżyki był i na stronach banku i na stronach portali i w każdej telewizji. Wszyscy prezenterzy i dziennikarze mieli wpięty krzyżyk w klapę. Akcja trwała w całym kraju. Dzieci kwestowały wszędzie. W każdej parafii był sztab, który zbierał pieniądze. Wszystkie służby państwowe i samorządowe włączyły się do akcji. Celebryci zachęcali do licytowania ich aukcji. Część wystawiła dewocjonalia, pamiątki z pielgrzymek i relikwie. U tych z Poznania i Krakowa można było wygrać wspólną modlitwę albo przechadzkę do spowiedzi.
Wreszcie nadeszła godzina dwudziesta pierwsza. Po wielkiej gali fajerwerków na Apel Jasnogórski zaprezentowano kolorowankę z jakąś astronomiczną sumą.
– Tyle zebraliśmy! Bóg zapłać! – wychrypiał do mikrofonu ksiądz szefujący fundacji Jałmużna.
Jedynie w Najlepszej Telewizji, która też sekundowała zbiórce, ale z umiarem, pojawiły się głosy wątpliwości. Pokazano blogera, który odkrył tajemnicze powiązania fundacji Jałmużna organizującej zbiórkę. Okazało się, że ksiądz jako szef fundacji przekazywał poważne kwoty spółce Denar Cezara.
– Fundacja Jałmużna nie może zarabiać, a ktoś musi ogarniać puszki, nalepki i tego typu rzeczy – tłumaczył ksiądz.
– Czy ksiądz jest prezesem spółki Denar Cezara?
Ksiądz zrobił zdumioną minę i oznajmił, że nie pamięta. A okazało się, że faktycznie, jest. Co więcej. Spółka Denar Cezara zlecała wszystkie usługi za duże pieniądze trzem firmom. Budowlanej – Golgota, księgowej – Zacheusz i piarowej Siedem Ryb. Dwie pierwsze były własnością kolegów księdza (też księży), a trzecia – jego kościelnego.
Najlepsza Telewizja pokazał też film sprzed jakiegoś czasu, kiedy to ich reporter zapytał księdza na konferencji o budowę pewnego ośrodka. Otóż w dziewiczym lesie powstawał wielki kompleks wypoczynkowo-konferencyjny „Maria Magdalena”, który ponoć miał mieścić siedzibę fundacji Jałmużna.
– Czy ten ośrodek jest budowany za pieniądze fundacji? Przecież wszystko miało iść na chore dzieci? – zapytał bluźnierczo reporter. Ksiądz nie musiał nic mówić, ochrona sama wyrzuciła go za drzwi. Nawet inni dziennikarze czuli, że ich kolega przesadził, bo solidarnie milczeli, kiedy wołał o pomoc. Ksiądz jednak wyjaśnił, że owszem ośrodek powstał z pieniędzy fundacji, ale fundacja ma też szerzyć wiedzę, a w tym ośrodku będą się odbywać nauki przedmałżeńskie.
Na sam koniec Najlepsza Telewizja połączyła się ze sztabem fundacji Jałmużna. Zmęczony i zachrypnięty ksiądz siedział za stołem i odpowiadał niestrudzenie na pytania.
– Ja mam jedno – odezwał się reporter Najlepszej Telewizji. – Dlaczego poprzednie dwa finały nie są jeszcze rozliczone? Co się dzieje z tymi pieniędzmi?
Zapadła straszna cisza.
– Pan sugeruje, że ja kradnę? – poczerwieniały z gniewu ksiądz spytał strasznym głosem. – Że ja gdzieś schowałem jakąś tacę z pieniędzmi?
Po czym zrobił coś czego się nikt nie spodziewał. Wszedł na stół i zaczął pełzać po nim na czworakach rycząc:
– Gdzie jest ta taca?!
Więcej pytań nie było.

TVP ERO

Stało się: tuż przed sylwestrem ruszył kanał telewizji erotycznej.
– Sodoma i gomora – syczał dziadek Łukaszka wertując program.
– Mówcie co chcecie, ale za Gomułki byłoby to nie do pomyślenia – wtórowała babcia.
– Tyle ludzie mówili, żeby zalegalizować hazard albo prostytucję – powiedział tata Łukaszka niby to w przestrzeń pokoju, ale tak naprawdę patrzył na mamę Łukaszka.
– Nie mówi się prostytutka tylko sex worker – odparła z godnością mama Łukaszka. – Oczywiście, że powinno być zalegalizowane i…
– …i uczyniono ku temu pierwszy krok – wszedł jej w słowo tata Łukaszka. – Powstała telewizja erotyczna.
– Sodoma i gomora – zgrzytał zębami dziadek, ale ostrożnie, bo były nowe.
– Od kiedy to jest? – zaciekawiła się siostra Łukaszka.
– Od końca grudnia – nie mógł się uspokoić dziadek. – A ja nic o tym nie wiedziałem!
– To dziadek był chyba jedynym człowiekiem w tym kraju, który o tym nie wiedział – zirytowała się mama. – Przecież ten kanał to część telewizji reżimowej! Słowo publiczna nabiera tu dwuznacznego znaczenia!
– Chcecie powiedzieć, że to część oferty telewizji publicznej? TVP ERO? – dziadek nagle pobladł.
– Łukasz, czemu ty nic niw mówisz? – zaniepokoił się nagle tata.
– Bo przeglądam program tej stacji – odparł Łukaszek. – Jesteście pewni? Bo audycje są tu takie same jak na innych kanałach.
I faktycznie. Były tam takie tytuły jak „Dlaczego ja?”, „Trudne sprawy”, a nawet „Szkoła”, „Szpital” czy „Klan”.
– Dziwne – skomentowała babcia.
– Jest nawet dziennik – zauważyła siostra czytając Łukaszkowi przez ramię. I za nim ktokolwiek zdążył zareagować sięgnęła po pilota i przełączyła.
Rzeczywiście, był dziennik. Czytano nawet wiadomości. Prowadząca była w mundurze. Miała pejcz i oficerki.
Babcia zacisnęła usta, sięgnęła po pilota i wyłączyła.
– Jeśli komuś to nie odpowiada może pooglądać Filharmoników Wiedeńskich w Nowy Rok – rozłożył ręce tata.
– Ale ich tu nie ma – odezwała się siostra patrząc na program TVP ERO.
– Tam tego nie ma. Inny kanał.
– I do TVP ERO należy rekord oglądalności w Sylwestra – rzekł Łukaszek patrząc na smartfona. – Dziesięć milionów.
– A pik? – spytała słabym głosem mama.
– W piku trzynaście. Tuż przed północą.
– Pewno widzowie patrzyli na zegar – zażartował dziadek.
– Widzowie patrzyli wtedy na program, który nazywał się Sylwester Marzen. Dwie Marzeny, Ruda i Blond siedziały same w domu, gdy wpadła nagle do nich Marzena Brunetka. Akurat przechodziła z tragarzami…