You are currently viewing Diduszkowe sceny na Marszu Niepodległości

Diduszkowe sceny na Marszu Niepodległości

Hiobowscy pierwszy raz wybrali się stolicy na Marsz Niepodległości.
– To się źle skończy – wieszczyła mama Łukaszka, no i okazało się, że miała rację.
Problemy były zresztą od samego początku. Na przykład, mama Łukaszka oświadczyła, że nie pojedzie.
– Nie przyłożę ręki do marszu faszystów! – oświadczyła.
– Ale na marszu nie idzie się rękami, tylko nogami – zauważyła siostra Łukaszka i mama wyrzuciła ją za drzwi.
Jednak po naradzie z przewodniczącą osiedlowego koła Komitetu Obrony Dewiacji, czyli mamą Wiktymiusza, zmieniła zdanie i oznajmiła, że jedzie. Będzie pełnić rolę reporterki i monitorować faszystowskie hasła i zachowania.
No i pojechali.
Zaparkowali na przedmieściu stolicy, dojechali do centrum komunikacją miejską i ledwo wysiedli trafili na przykrą scenę. Policja znosiła na bok ulicy jakąś grupkę agresywnych seniorów.
– Faszystowskie służby mundurowe nękają niewinnych ludzi! – zachłysnęła się mama Łukaszka.
– Nie wykonują poleceń policji i blokują trasę pokojowego marszu – tłumaczył policjant.
Jeden z seniorów wulgarnie krzyczał, że polski rząd to okupanci zmuszający go do rodzenia martwych płodów.
– I to ma być pokojowy marsz? – mama załamała ręce.
– I tu panią mam! Jeszcze jest przed marszem! – uśmiechnął się zwycięsko jeden z policjantów.
– Więc dlaczego jesteśmy aresztowani – pytała z oburzeniem jakaś pani z transparentem „zamknąć wolnościowców”.
– Żeby marsz był pokojowy – wyjaśnił drugi policjant.
I marsz faktycznie był pokojowy. Pomimo tego, że brało w nim udział wiele tysięcy ludzi nie było żadnych incydentów.
– I co? Łyso? – zapytał z satysfakcją policjant mamę Łukaszka.
– Marsz jeszcze się nie skończył – mama Łukaszka zacisnęła pięści.
I jakby na zawołanie zrobił się tumult. Z bocznej uliczki wpadła w tłum grupa kilkunastu rozpędzonych osób. Rozpoczęło się przewracanie przechodniów, krzyki, piski, tumult.
– Faszyści! – pisnęła radośnie mama Łukaszka, sięgnęła po telefon i ruszyła w kierunku zamieszanie by je uwiecznić telefonem.
– Co tam się dzieje? – zaniepokoił się policjant i wraz z kolegami podążył za mamą Łukaszka.
No i to był błąd, bo sprawcy obiegli nieliczny policyjny patrol i zaczęli atakować coraz to nowych przechodniów. Można było zauważyć dwie ciekawe rzeczy: po pierwsze atakowali wyłącznie kobiety, a po drugie atak polegał na wręczeniu kartki i długopisu z prośbą o podpis.
– Wyłudzają pieniądze metodą na wnuczka! – głos babci Łukaszka drżał z oburzenia.
– Wpychają zgody na eutanazję! – wtórował dziadek.
– Albo co gorsza zrzeczenie się mieszkania! – tata Łukaszka był również oburzony.
Łukaszek nie powiedział nic bo rozglądał się niespokojnie gdzie zniknęła jego siostra. Kilka metrów dalej leżała na asfalcie na plecach, jeden z napastników wpychał jej w dłoń długopis a drugi podstawiał kartki do podpisu. Łukaszek tylko krzyknął „zakręt” po hiszpańsku i wraz kilkoma osobami runął na napastników. Kilka sekund później to atakujący leżeli bezradnie na jezdni przytrzymywani dziesiątkami rąk. Policjant przeglądał ich dokumenty.
– Studenci? – pytał nie dowierzając trzymanym w ręku legitymacjom.
– Pewno socjologia albo jakiś inny gender! – zawołał ktoś z tłumu.
– Politechnika – jęknął ze wstydem jeden ze studentów.
– Uczelnie techniczne były ostatnim bastionem zdrowego rozsądku wśród polskich uczelni wyższych – rzekł ze smutkiem policjant. – Co was ukąsiło?
– Plan równości płci – wybąkał student.
– Że co?
– Nasza uczelnia ogłosiła wejście na ścieżkę prowadzącą do absolutnego zrównania ilości osób obu płci.
– Nadal uważają, że są dwie płcie, nie jest tak źle – odetchnął z ulgą policjant.
– Nie jest tak źle?! – zakrzyknął z rozpaczą student. Jest jedenasty listopada a my nadal nie znaleźliśmy wymaganej przez uczelnię liczby studentek aby rozpocząć naukę! Jeśli do połowy miesiąca ich nie znajdziemy to przyjdzie nam powtarzać rok! Uczelnia narzuciła nam absurdalnie wysoki procent!
– Jaki procent? – spytał ostrożniej policjant.
– Procent studentek. To jest warunek, żeby w ogóle nasz kierunek ruszył z zajęciami.
– Mówi pan absurdalnie wysoki… A… Ile procent.
– Dziesięć.

(Wyświetlono 373 razy, 1 dzisiaj)

Marcin Brixen

Jestem z Poznania, jestem inżynierem.

Ten post ma 2 komentarzy

  1. bez kropki
    Mniam!:) Czy muszę dodawać, że jestem absolwentką polibudy?;)
    1. Marcin Brixen
      Nie wiedziałem, pozdrawiam 🙂

Leave a Reply