Menu

Park Wolności, czyli obóz dla leminga

19 lipca 2020 - Świat za pięć lat
Park Wolności, czyli obóz dla leminga

Upłynęło kilka wakacyjnych tygodni, gdy w głowie mamy Łukaszka pojawiła się straszna myśl. Zaginęła mama Wiktymiusza.
– Wiktymiusza niedawno widziałem w telewizji – poinformował Łukaszek. – Był ze swoją babcią na paradzie „Queer kids”. Miał sukienkę i…
– Dlaczego na tak ważną paradę nie poszedł z matką? – przerwała mu mama Łukaszka. – Powiem wam dlaczego. Ona nie żyje. Jej mąż ją zabił i zakopał ciało w lesie.
Zapadła cisza. Hiobowscy z niedowierzaniem popatrzyli na siebie.
– Przecież las jest daleko – babcia wzruszyła ramionami. – A wiecie ile kosztuje paliwo?
– Znowu mniej – zauważył z satysfakcją tata Łukaszka.
– Nie o to chodzi! – tupnęła nogą mama Łukaszka. – Chodzi o to czy ją zabił?!
– Pan Sitko widuje tatę Wiktymiusza co rano w spożywczaku – odezwał się dziadek Łukaszka. – Kupuje ośmiopaki piwa. Codziennie.
Zapadła cisza.
– Jednak zabił – stwierdziła babcia. – Żadna kobieta by nie pozwoliła na coś takiego.
– Że pijany? – wzruszył ramionami dziadek.
– Że tyle pieniędzy na alkohol! Ty wiesz ile by to było ziemniaków?!
– Tatę Wiktymiusza widuję co noc – podjął Łukaszek.
– Chyba nie w spożywczaku? – mama spojrzała na niego z ukosa.
– Nie, w internecie. Streamuje po pijaku jak gra w Sapera.
Znowu zapadła cisza. Mama Łukaszka zaczęła liczyć na palcach:
– Dodajmy fakty. Wiktymiusz jest u babci. Jej mąż pije całymi dniami i całymi nocami gra na komputerze. To najlepszy dowód, że jej nie ma w domu. A zatem morderstwo!
– Sama mówisz, że nie wolno tak mówić! – milcząca dotąd siostra Łukaszka zerwała się z fotela.
– Ja?
– Tak, ty! Nie wolno używać tak ciężkiego słowa! Sama tak mówisz! Może po prostu ten biedny uchodźca nie zna jeszcze kodu kulturowego Europy i nie rozumie kiedy kobieta mówi nie?
– Uch! – zgrzytnęła zębami mama Łukaszka i wyrzuciła ją za drzwi. – Musimy ustalić gdzie ukrył zwłoki! Ktoś ma jakieś pomysły!
– Ja – Łukaszek wstał i wyszedł. Ku zaskoczeniu wszystkich wrócił w towarzystwie taty Wiktymiusza. Tata Wiktymiusza miał na sobie trzydniowy zarost, czterodniowy t-shirt i w ręku trzymał puszkę piwa Eichhoernchensurin.
– To coś pilnego? – spytał zachmurzony. – Zaraz mam streaming. Fani czekają.
– Tylko jedno pytanie – mama Łukaszka ruszyła do ataku. – Co pan zrobił ze zwłokami?
– Czyimi zwłokami?
– Pańskiej żony!
– Nic, bo ona żyje.
– To dlaczego jej nie ma?!
– Bo wyjechała.
– Dokąd?!
– Na wakacje.
– Od dwóch tygodni próbuję się do niej dodzwonić!
– Bo w pracy jej nie pozwalają odebrać.
– Zaraz: jak to pracy? – mama była czujna. – Przecież podobno wyjechała na wakacje?! To gdzie ona tak naprawdę jest? Co to za miejsce?
– No, obóz…
Mama Łukaszka załamała się i zaczęła płakać.
– Wiedziałam, że w końcu partia rządząca i Karosław-Jaczyński zaczną zamykać ludzi w obozach!
Tata Wiktymiusza wypił łyk piwa.
– Chyba sąsiadka mnie źle zrozumiała. To jest obóz wakacyjny… Dużo kosztował. Nazywa się to „Park Wolności”. Turnus trwa miesiąc. Dużo kosztował. Ale warto było! Miesiąc wolności!
– Won pijany chamie z mojego domu!
Kiedy mama już odprowadziła tatę Wiktymiusza do drzwi zapytała czy ktoś coś słyszał o owym Parku Wolności. Okazało się, że nikt. Po szybkich poszukiwaniach udało się jedynie ustalić adres.
– Jutro jedziemy! – zakomenderowała mama Łukaszka.
I pojechali. Wąska asfaltowa droga przez las zawiodła ich do wielkiej bramy w betonowym murze. Pod bramą stał jakiś człowiek i oglądał kompletnie zniszczony furgon.
– A… Myślałem, że to laweta – powiedział na ich widok.
Zasypali go pytaniami.
– Nie, nie wolno wjechać. Trwa turnus i dopóki się nie skończy to nikt nie wyjdzie.
– Ale my chcemy wejść – powiedziała mama Łukaszka
– Wejść mogą tylko goście.
– Czyż my nie jesteśmy gośćmi?
Pan zaczął się śmiać.
– Goście, jacy tu przyjeżdżają proszę pani, to nie byle kto, z przeproszeniem. To Jantyna-Krysda albo Stuciej-Mahr. Oni przyjeżdżają, zrobią sztukę, opowiedzą dowcipy o wylewach i wracają.
– Skąd pan to wszystko wie? I co pan tu właściwie robi? – zapytał podejrzliwie dziadek.
– Nie uwierzy mi pan, ale czekam na pomnik smoleński.
– Co tam się właściwie dzieje?
Pan był zaskoczony.
– Jak to, przyjeżdżacie do Parku Wolności i nie wiecie co to jest? To jak tu trafiliście?
– Nasza znajoma tu jest, szukamy jej…
W końcu stwierdził, że skoro obaj kierowcy się spóźniają i nie ma co robić, to może im uchylić rąbka tajemnicy.
– Jestem właścicielem Parku Wolności. To taki obóz. Dla lemingów. Kupiłem stary pegeer, nie trafiłem z inwestycją, byłem na dnie. Rozmawiałem z rodziną, chcieli podzielić kraj, szukali swojego azylu. Wpadłem więc na pomysł, aby zrobić im takie miejsce, gdzie nie ma partii rządzącej, a rządzi opozycja.
– Taka iluzja – podpowiedziała babcia.
– Żadna tam iluzja – machnął ręką pan. – Oni wiedzą. Ale przyjeżdżają. Mimo to. I mimo ceny. Pobyt tutaj kosztuje pięć tysięcy.
– Ile??? – wykrzyknęli Hiobowscy.
– To i tak niewiele, zważywszy na koszty. W pierwszej połowie turnusu demolują furgonetkę antyaborcyjną. W drugiej połowie turnusu niszczą pomnik smoleński. Co miesiąc muszę kupować nowe.
– Chyba pan przesadził.
– Co też państwo. Już początek pobytu jest niezły, bowiem pierwszego dnia dowiadują się, że sąd ogłosił zwycięstwo Trzasfała-Rakowskiego w wyborach prezydenckich i Podestu Oligarchów w parlamentarnych. A dalej jest jeszcze lepiej. Dostają kilkaset euro na głowę i to też muszę wliczyć w koszty.
– I na co te pieniądze?
– A za co kupią sobie jedzenie?
– Pan żartuje??? Oni jeszcze muszą kupować jedzenie??? Przecież im nie starczy!
– Oczywiście, że nie starczy, tym bardziej, że ceny mamy dwa razy wyższe niż na zewnątrz. Muszą brać pieniądze z zewnątrz – zachichotał pan.
– To pana śmieszy?
– Ale proszę pani, to tylko miesiąc, a kiedyś niektórzy tak mieli całe życie! Jedzenie jest oczywiście w stu procentach zagraniczne, żeby nasi kuracjusze nie wspierali z jakikolwiek sposób polskiego rolnictwa.
– Ile tu jest osób? – zapytała babcia Łukaszka wpatrując się w budynek widoczny za murem.
– Dwieście.
– Dwieście osób w tym domku???
– Śpią po troje w jednym łóżku. Zresztą, i tak śpią na zmianę. Pierwsza zmiana w nocy, druga zmiana w dzień.
– Jak zmiana?
– Produkcyjna. Oni tu pracują. Po dwanaście godzin. Robią gadżety z ośmioma gwiazdkami, koszulki, kubki. Szyją tęczowe torby LGBT, z którymi bez obaw mogą chodzić po terenie. Oczywiście oprócz spania mają też rozrywkę. Retransmitujemy im Najlepszą Telewizję ze znaczkiem telewizji publicznej.
– To musi pan mieć z tego niezły pieniądz- zauważył tata Łukaszka.
– Et… – westchnął pan. – Zastanawiam się proszę pana czy jednak tego nie rzucić. Pieniądze pieniędzmi, ale nerwów nikt mi nie zrekompensuje. A tu, proszę państwa co miesiąc, na końcu turnusu dzieją się dantejskie sceny. Krzyki, płacz, histeria, wyzywanie, hiperwentylacja, samookaleczenia, autoagresja, publiczne obnażanie się, przykuwanie się płotów… Miejscowa policja nie daje rady, trzeba wołać antyterrorystów, terytorialsów, agencje ochrony.
– Co się takiego dzieje? – chciał wiedzieć Łukaszek.
Pan pokazał brodą za mur i mruknął:
– Oni nie chcą stąd wyjeżdżać.

(Wyświetlono 160 razy, 1 dzisiaj)

Leave a Reply